Archiwum kategorii: Bez kategorii

O drugiej połowie życia

Strindberg z niepokojem oczekiwał czterdziestki, czasu „gdy wszystko przenika się wzrokiem na wskroś, jakby było ze szkła” (K. Jaspers, „Strindberg i van Gogh”, s. 51). Nie spotkałem trafniejszych i bardziej zwięzłych słów, które by tak adekwatnie oddawały ową zmianę, jaka dokonuje się w percepcji rzeczywistości w drugiej połowie życia. Problem w tym, że większość ludzi tej zmiany nie chce zauważyć, ucieka od niej, przerażona kruchością i niesubstancjalnością świata, jaki mogła by im objawić ta przemieniona percepcja. A przecież widzi się wtedy dosłownie na wskroś, już nie zaślepiają nas złudzenia, wszystko jest tak cenne, jak nieuchwytna gra świateł na powierzchni jeziora, albo jak tęcza, którą widzimy mrużąc oczy. Dostrzegamy marność wszystkiego w najlepszym, koheletowskim sensie i odkrywamy, że to właśnie jest rzeczywistość, że taki jest świat – kruchy i nierzeczywisty, przemijający szybciej niż błysk światła słonecznego na rzęsie. I dopiero wtedy go zaczynamy doceniać. Jeśli szukamy trwałości, stałości i pewności – oszukujemy siebie, lgnąc do złudzeń pierwszej połowy życia.

O kandydatach na ten świat

Walka o życie kandydatów na ten świat kusi swoją absolutną szlachetnością. Jednak, jak to zwykle w tym świecie bywa, skupiona jest na symptomach, nie na przyczynach. Tak dzieje się zawsze, gdy najpierw przyjmujemy jakąś siatkę pojęciową, potem narzucamy ją na rzeczywistość i staramy się biedną rzeczywistość dostosować do naszych wyobrażeń. Zaczynamy moralizować, zabraniać, ustawy pisać i karać. Daje to różne skutki – przede wszystkim jest nader skutecznym sposobem na budzenie poczucia winy.  Przejdźmy jednak do rzeczy. Paromiesięczni kandydaci na ten świat są przecież w pełni zależni od decyzji dorosłych ludzi. To oczywiste. Ale nie chodzi tu o decyzję czy ma się ów kandydat urodzić, czy nie, albo czy mamy stanowić takie czy inne prawo, lub też czy tak lub inaczej wpływać na umysły rodziców. To nie tak. Tym, czym się musimy się przede wszystkim zająć nie są mali kandydaci na ten świat, lecz świat, na który mają przyjść. To jest ta sprawa, którą mogą zająć się dorośli, a nie mentalne i prawne gmeranie w macicy. Tym bardziej, że nie bierze się pod uwagę w tych żenujących okołomacicznych dyskusjach dalszego losu owych kandydatów, gdy już się narodzą i dorosną. Bo jak dorośnie człowiek, to chce, by też go szanowano i na głupie wojny nie wysyłano. Bo ojciec ma się swoim dzieckiem zająć, nie mordowaniem innych ojców. Bo jak dorośnie, chce też sam chce mieć potomków i chce móc ich utrzymać, a nie być niewolnikiem korporacji albo pracować za 6 złotych za godzinę. Bo jak matka rodzi swe dziecko, to chce by ono rosło, i żyło jak najdłużej i było szczęśliwe. Jak nad tym popracujemy, panie i panowie, to kobiety będą chciały rodzić w bezpiecznym świecie. I nie będzie żadnej potrzeby, by straszyć ustawami i krwawymi obrazami. I od tego trzeba zaczynać – od świata dorosłych, nie od świata kandydatów na ten świat. Zadbajmy o siebie, moi kochani dorośli, o świat, który tworzymy, to wtedy nie będziemy musieli „walczyć” o życie tych, których na świat sprowadzamy.

O drzew wycinaniu

Dlaczego nie lubię, gdy wycina się drzewa? Nawet gdy ktoś argumentuje, że sadzi nowe na ich miejsce? Z czysto egoistycznych powodów. Wiem, że nie doczekam czasu, gdy nowo posadzone drzewo będzie takie, jak to wycięte. Drzewa rosną długo, a ja egoistycznie chcę obcować z dużymi drzewami, o grubych pniach i obfitej koronie liści. Chcę budząc się rano widzieć przez okno ich korony i słyszeć śpiew ptaków siedzących na gałęziach. Wtedy wiem, że żyję. Drzewo jest jak najlepszy przyjaciel, daje dobrą samotność. Poza tym – nie ma żadnych rozsądnych powodów, by wycinać drzewa. Jednak ludzie niestety uwielbiają wycinać drzewa, zawsze padają one jako pierwsze ofiarą wszelkich zmian w środowisku, jakie wprowadza człowiek. Tymczasem drzewo jest symbolem naszej siły duchowej. Jung radził człowiekowi, który napotkał przeszkodę „nie do pokonania” by „zapuścił korzenie i rósł jak drzewo”. Nie umiem otrząsnąć się z wrażenia, że wycinając drzewa w odruchu autodestrukcji pozbawiamy się niemych świadków naszych najgłębszych duchowych dążeń, że wycinamy nasze sumienie.

O ateizmie i nie tylko

Ostatnimi laty okazało się, że w Polsce istnieją tzw. ateiści. Dużo dyskutuje się się o różnych projektach wiązanych z ateizmem – billboardy, wycofanie religii ze szkół, etyka w szkole i wiele innych. Słowa „ateizm” i „ateiści” są odmieniane we wszelkich możliwych przypadkach, nie tylko w mediach katolickich. Jednak, jak to zwykle w dyskursie publicznym, kwestia ścisłości nazw jest na ostatnim planie. Wprowadźmy więc nieco jasności, rozróżniając w kwestiach religijnych cztery kategorie ludzi, zwykle bowiem mówi się tylko o dwóch. Pierwszą z nich są teiści, czyli osoby biorące czynny udział w kulcie religijnym i uznające wartości danej religii, a drugą ateiści, będący zwolennikami świeckiego życia. To przeciwstawienie jest jednak mylące. Teistom, jako osobnikom wierzącym w boga, w sensie właściwym przeciwstawiają się antyteiści. Poświęcają oni wiele czasu i energii na zwalczanie wiary i zachowań teistów w życiu publicznym. Te kategorie są ze sobą ściśle związane, jak policjanci i złodzieje. Kłótnie teistów i antyteistów, prowadzone z obu stron w dogmatycznym ferworze, są wszechobecne w internecie i poza nim, nie przynosząc prawie nigdy nic pozytywnego. Dlatego są one nużące dla ateistów w sensie właściwym. Ateiści w sensie właściwym to indywidua, które są nader często są mylone z antyteistami, a tymczasem są oni po prostu indyferentni wobec kwestii religii, która ich obchodzi tyle co nic. Dla świętego (nomen omen) spokoju ateiści potrafią uczestniczyć w rytuałach religijnych, ale stawiają je na równi z dowolnym innym rytuałem – korporacyjnym, partyjnym czy szkolnym. Podejrzewam, że spora część populacji Polski to tacy funkcjonalni ateiści.Chciałbym tu zaproponować jeszcze czwartą kategorię, która jest mi szczególnie bliska. W nawiązaniu do poprzednich trzech kategorii można ją nazwać niezbyt zręcznie transteistami. Transteista nie wikła się w spory teistów i antyteistów, uważając je za miałkie, ale też nie wykazuje obojętności wobec religii, która charakteryzuje ateistę. Interesuje go wiara, religia, a szczególnie doświadczenie religijne pojęte jako specyficzny stan umysłu. Uznaje realność tych zjawisk, ale tylko jako fenomenów ludzkiej psychiki. Wie, że teiści, antyteiści i ateiści żyją w swoich własnych światach mentalnych, bada je i usiłuje dowiedzieć się na podstawie tych badań czegoś o naturze człowieka.

O kupowaniu i docenianiu

Wszyscy znamy ową mantrę współczesności: „Docenisz tylko to, za co zapłacisz”. Dla większości ludzi naszej cywilizacji nastawionej na maksymalizację zysku i kręcącej się w błędnym kole towaru, kupna i sprzedaży to po prostu oczywistość. Uwielbiają ten płaski świat, w którym wszystkie wartości są sprowadzone tylko do jednej. Moim zdaniem jednak kupowanie i docenianie to przeciwieństwa. Gdy coś kupuję, czy to będzie przedmiot materialny, usługa, bilet na koncert czy cokolwiek innego, cenię to tylko dlatego, że wydałem na zakup część moich pieniędzy i tym samym inkorporuję to, co kupiłem, do swego stanu posiadania. Przedmiot zakupu staje się ekstensją mojego ego. Natomiast po to, by coś docenić nie muszę wydawać pieniędzy. Prawdziwie docenić mogę tak naprawdę tylko to, czego nie mogę kupić. To raczej ono samo mi się oddaje i to ja staję się częścią tego, co doceniam. Docenianie i kupowanie to dwa przeciwstawne sobie ruchy w naszej duszy. Docenianie to przekraczanie swego egoizmu. Kupowanie to jego pielęgnowanie.

O empatii

Dzięki umiejętności wczuwania się w cudze uczucia, zwanej powszechnie empatią, budzi się w nas współczucie wobec innych ludzi. Empatia zasadza się, jak twierdzi nauka, na funkcjonowaniu neuronów lustrzanych, odkrytych ledwie dwadzieścia lat temu. Dzięki ich istnieniu w naszym mózgu jesteśmy zwierzętami społecznymi, możemy dosłownie odczuwać w nas samych to, co dzieje się z innymi. Dzięki nim dziecko komunikuje się z matką, a kochankowie nawiązują głęboką więź. Jednak empatia nie jest wrodzona – neurony lustrzane muszą być aktywowane w relacjach międzyludzkich. I tu czasem coś się nie powiedzie. Empatia ma bowiem dwa składniki. Pierwszy to rozumienie cudzych uczuć. Drugi to ich podzielanie. Zwykle obydwa są połączone, ale u niektórych osobników mogą być one oddzielone. Szukając odpowiedzi na pytanie dlaczego ludzie zadają niewyobrażalne cierpienia innym, w czasie wojen, rewolucji, w torturach i w zwykłych zbrodniach nie mogę się opędzić od podejrzenia, że tu też w grę wchodzi empatia. Gdy rozumiemy, jaki ból możemy zdać innemu człowiekowi, ale nie podzielamy jego uczuć, gdy możemy sobie wyobrazić jego strach i przerażenie, ale mu nie współczujemy – wtedy korzystamy z tej ciemnej strony empatii. Empatia czyni nas zatem zdolnymi zarówno do największego dobra, jak i do najgorszego zła .

O obrotach Ziemi

Parę dni temu pięciominutowym bohaterem internetu stał się arabski szejk, który za pomocą szklanki udowadniał, że Ziemia się nie obraca. Jego intencje i umysł mnie tu jednak nie interesują. Ciekawi mnie natomiast reakcja wielu osób, które zakrzyknęły: Ha! Zwolennicy ruchu Ziemi, czy znacie argumenty na rzecz jej ruchu? Sam miałem okazję dyskutować z jednym z nich na Facebooku, a i GW (http://wyborcza.pl/1,75400,17473513,Posmieliscie_sie_z_szejka__To_teraz_udowodnijcie_.html#BoxGWImg) popisała się idiotycznym artykulikiem o identycznej intencji. Wszystko pod szczytnym hasłem: Skoro nie możecie przytoczyć argumentów na rzecz obrotu Ziemi, dlaczego naśmiewacie się z szejka? Poprawność polityczna w pełnej krasie! I to nie tylko manifestowana przez GW, ale i przez mego rozmówcę, który tego artykuliku nawet nie czytał. Pomimo tego, że szejk przedstawił tylko nader żałosny argument zakładający, iż Ziemia i atmosfera się poruszają niezależnie, to mój dyskutant domagał się ode mnie szeregu dowodów np. szczegółowego opisu doświadczeń związanych z siłą Coriolisa, by odeprzeć tezę o nieruchomości Ziemi. Cóż, niektórym tak łatwo odrzucić cały dorobek wieków badań naukowych i uznać, że szejk jest cool, bo się przeciwstawia mainstreamowi. I tak łatwo uznać go za „nauczyciela fizyki”. A tymczasem jedyne, co należało by zrobić, to w jednym zdaniu pokazać fałszywość jego wypowiedzi, jak to uczyniłem powyżej. Rzeczywiście nasze czasy są ciemne, glajszachtyzacja umysłów ludzi młodych jest zaawansowana, skoro uważają oni, że do myślenia pobudza szejk, że religijnego manipulatora bierze się jako przykład osoby „samodzielnie myślącej” (jak to określił mój rozmówca). Takie pomieszanie pojęć to oznaka bardzo głębokiego zagubienia umysłów. Myślenia naukowego na poziomie popularnym to uczyli niegdyś Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński w programie „Sonda” – i to, co dziwne, nie podając jako przykładu tezy do dyskusji tego, że Ziemia się nie obraca. Gdy twórcy „Sondy” zginęli w wypadku samochodowym w 1989 roku mój rozmówca miał 10 lat (autor tekstu w GW, Karol Wójcicki miał wtedy roczek), nic więc dziwnego, że ich nie pamiętają i epatują się dzisiejszym bezmózgowiem.

O śmierci

W najbliższy wtorek, 24 lutego, rozpoczynam wykład fakultatywny „Filozofia śmierci”. Ogromny temat, a ja mam tylko 30 godzin. O czym mówić? Na pewno podejmę temat, który in nuce pokazuje podstawowy problem, jaki ze śmiercią ma człowiek. Śmierć, obok płciowości, najbardziej uwydatnia naszą zwierzęcą naturę. Ludzie są jednak zwierzętami chorymi. Zwierzęta przyjmują swoją śmierć w sposób naturalny. Nie mówię tu o gwałtownej śmierci zadanej przez drapieżnika, ale o spokojnym udaniu się do miejsca śmierci i dokończeniu żywota w samotności, tak jak czynią to koty czy słonie. Tymczasem śmierć człowieka jest nadmiernie zrytualizowana, co wynika jednak głównie z potrzeb tych, którzy pozostają przy życiu, gdyż, rzecz oczywista, zmarły nie ma tu już nic do gadania. Lekarze i kapłani ze swymi mniej lub bardziej apotropaicznymi zabiegami są zbędnym dodatkiem, który ma tylko łagodzić lęki pozostających przy życiu. Ta rytualizacja jest jeszcze w pewnym stopniu zrozumiała wtedy, gdy umiera młody człowiek, przed swym czasem i często przypadkowo, w bezsensownej wojnie, czy w wyniku niespodziewanej choroby. Ale gdy umiera starzec, syty swych dni, żaden rytuał nie jest potrzebny – tak jak dojrzały owoc odpada z drzewa, tak dojrzały człowiek opuszcza życie, co jest naturalną koleją rzeczy. Dojrzał, stał się indywidualnością, i spokojnie może przestać istnieć, korzystając w przywileju ściśle osobistego stosunku do śmierci. Nie pozostawia po sobie żalu czy rozpaczy, tylko pamięć swoich czynów i słowa, które wypowiedział albo napisał. Umiera syty dni, a my żyjemy sycąc się jego spuścizną. Dlaczego więc lękamy się śmierci? Lękamy się jej póki nie staniemy się sobą, póki nie dojrzejemy, póki nie wyżyjemy do końca swego życia. A to – trzeba przyznać – udaje się nielicznym.

O pytaniach

Znamieniem wymiaru ducha człowieka jest stawianie sobie pytań, na które zwykle nie ma odpowiedzi. Postawić sobie pytanie i uzyskać na nie odpowiedź jest rzeczą małą. Postawić sobie pytanie, na które nie ma odpowiedzi i zdzierżyć jej brak jest miarą wielkości umysłu. Niewiedza jest boleścią dla małych ludzi, którzy zawsze muszą znać odpowiedź, najczęściej nawet nim dobrze przemyślą pytanie. Ścierpienie braku odpowiedzi jest jedną z cech duchowości. Jedno z najbardziej klarownych określeń duchowości podał Jaron Lanier, przedstawiciel nauk komputerowych, twórca pojęcia wirtualnej rzeczywistości: „Duchowość to siła emocjonalnego stosunku, jaki ludzie żywią do pytań, na które nie sposób odpowiedzieć”. By dobrze żyć nie musimy znać wszystkich odpowiedzi. Każda odpowiedź zabija umysł, sprowadzając go do wymiaru małego, głupiutkiego komputerka. Leśmian napisał w wierszu „Schadzka”: „Bo wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi”. Tak, nie pytaj, kochaj, „milcz i całuj”, jak pisze Leśmian. To cała filozofia.

O wykształceniu…wyższym

Coraz więcej osób uzyskuje wykształcenie wyższe. To już prawie 18 procent Polaków. Czy wypada się cieszyć? Niekoniecznie. Jak dobrze wiemy, każde upowszechnienie ma swoją cenę, także upowszechnienie wykształcenia wyższego. Jednym z najbardziej przerażających efektów rozpowszechnia się wykształcenia wyższego jest bowiem to, że doprowadziło ono do pojawienia się całego pokolenia ludzi, którzy odebrali wykształcenie znacznie przewyższające ich zdolność do samodzielnego, analitycznego myślenia. To efekt podobny tego, jaki zachodzi wtedy, gdy zdobycie zdolności czytania doprowadza tylko do lektury tabloidów. Ci, którzy odebrali wyższe wykształcenie w ciągu ostatnich lat posiadają pewną wiedzę, posiadają czasem i umiejętności pozwalające im funkcjonować we współczesnej rzeczywistości. Potrafią ją „czytać”, ale nie są zdolni do jej interpretowania. Ich wykształcenie jest czysto instrumentalne, nie hermeneutyczne – jako tako orientują się w coraz bardziej skomplikowanym otoczeniu społecznym i technicznym, jednak nie są zdolni do wyrobienia sobie własnego zdania na jego temat. Przejmują krążące w sferze publicznej opinie, trendy, kalki. Własne przemyślenia zastępują im motywujące obrazki wszechobecne w internecie. W związku z tym nie są zdolni do zakwestionowania świata, w którym żyją – ich wykształcenie służy tylko sprawnemu funkcjonowaniu w rzeczywistości, jaka ich otacza. Kto nigdy nie negował zastanych reguł, gdy miał lat dwadzieścia, nic nie stworzy, gdy będzie miał lat czterdzieści. Dziwę się sam sobie, że to piszę, ale uświadomiłem sobie, iż edukacja nie jest panaceum – edukacja może też szkodzić. Niestety mamy tu do czynienia ze zjawiskiem swego rodzaju inflacji, gdy nadmierne upowszechnienie edukacji wyższej traci swoją podstawową funkcję, jaką jest selekcja prowadząca do wyłonienia się elit.