Archiwum kategorii: Bez kategorii

O metaforach świadomości

Zbyt przeceniamy naszą świadomość. Większość ludzi uważa, że są tylko tym, czego są świadomi i że poza świadomością nie ma nic w ich umyśle. Wizja świadomość jako przeźroczystego dla siebie medium jest nader kusząca. Cogito ergo sum i sprawa załatwiona. Jednak wygłaszając swoje twierdzenie Kartezjusz bardzo się pomylił. Tuż po nim, w filozofii Leibniza, pojawiła się idea podprogowych percepcji. Dała ona asumpt do powstania koncepcji nieświadomości, która rozwijała się przez kolejne wieki, aż do Freuda, który dzięki opakowaniu jej w konteksty seksualne, znacząco ją rozreklamował. Freud powiedział również, że nie jesteśmy panem we własnym domu, nie jesteśmy przejrzyści dla samych siebie. Jego rewolucyjne podejście jest dobrze znane, a Jung poszedł nawet dalej ze swoją koncepcją nieświadomości zbiorowej. Tu jednak nie będę szedł w tak odległe rejony myśli. Postawię sobie tylko jedno pytanie: jaki jest ilościowy stosunek informacji przetwarzanych świadomie do tych przetwarzanych nieświadomie. I mam zawsze na myśli świadomość przeciętnego człowieka, będącego przedmiotem badań psychologii akademickiej.

Niektórzy proponują metaforę, wedle której dziewięć dziesiątych naszego umysłu jest pogrążone w nieświadomości, a tylko jedna dziesiąta to właśnie świadomość. Takie są proporcje zanurzenia góry lodowej, pływającej po oceanie. To niesłychanie optymistyczne założenie. Moim zdaniem, które potwierdzają także współczesne badania nad mózgiem, nasza świadomość to zaledwie mała śnieżynka, która leży sobie na szczycie tej góry lodowej. Taką metaforę znajdujemy na przykład w książce Timothy Wilsona Strangers to Ourselvs, w której podaje on, że do naszego mózgu dociera na sekundę 11 milionów bitów informacji, z czego świadomość przetwarza tylko 40. To około 0.0004%. Takie maleństwo, nic więcej. Ale maleństwo, które jest przekonane, że jest całym światem.

Możemy też spotkać inną obrazową metaforę, która przyrównuje świadomość do szympansa posadzonego za sterami Jumbo Jeta lecącego na autopilocie. Dopóki lot przebiega gładko, szympans jest zadowolony, gdyż życie biegnie mu łatwo i po jego myśli. Naciska sobie guziki, lampki się palą, a szympans myśli, że w pełni panuje nad sterami. Gdy jednak tylko samolot napotka jakieś problemy, gdy trzeba wyłączyć autopilota i podjąć decyzję co do dalszego lotu, zaczyna się robić nieciekawie. Wszyscy znamy takie sytuacje ze swojego życia. Doprawdy, obserwując czasem co niektórzy ludzie wyrabiają ze swoim życiem, myślę, że lepiej by na ich miejscu sprawił się ów metaforyczny szympans. Świadomość bowiem zwykłego człowieka bardziej przypomina sen na jawie, w którym jesteśmy przekonani, że żyjemy i sprawujemy kontrolę nad swoim życiem.

Pozostaje pytanie dlaczego tak wielu ludzi przecenia rolę świadomości w swoim życiu, dlaczego są tak pewni tego, że ich świadomy umysł jest wszystkim. Moim zdaniem to nic innego, jak ekstremalny przypadek efektu Dunninga-Krugera, który da się opisać najkrócej w sposób następujący: ludzie nie posiadający praktycznie żądnej wiedzy na jakiś temat wykazują największą pewność siebie, wypowiadając się właśnie na ten temat. Albo, jak to zgrabniej ujął już dawno temu Charles Darwin:„Niewiedza znacznie częściej wywołuje poczucie pewności siebie niż posiadanie wiedzy”. A my wszyscy praktycznie nic nie wiemy o swoim umyśle, o jego funkcjonowaniu, nieświadomych treściach i ich wpływie na świadomość. Nic. I z tej nicości rodzi się owo najdziwniejsze pod Słońcem przekonanie, że świadomość jest wszystkim.

Bogdan Kurpas

Niecały miesiąc temu zmarł mój wieloletni przyjaciel, Bogdan Kurpas. Trochę czasu mi zajęło, by zabrać się do napisania tych paru słów. Bogdan prowadził malutką księgarenkę w Katowicach, w domu handlowym „Skarbek”. Poznałem go w połowie lat dziewięćdziesiątych, w miarę rozwoju znajomości zaczęliśmy za sobą coraz dłużej rozmawiać – a bywałem u niego w księgarni co parę dni – a potem też spotykać się z innymi znajomymi na kolacjach. Bogdan miał obszerne znajomości w kręgach psychologicznych, znał blisko Wojciecha Eichelbergera, Jacka Santorskiego, Zenona Mazurczaka, Annę Winnicką. Jego zainteresowanie psychoterapią nie było tylko teoretyczne, bywał na warsztatach w Laboratorium Psychoedukacji (jeszcze w latach osiemdziesiątych), miał też własną terapię indywidualną i ustawienia systemowe. W latach dwutysięcznych przy jego współpracy w Katowicach pojawiły się takie postacie jak Bert Hellinger, Willigis Jaeger, Aleksander Poraj-Żakiej. Słowem był człowiekiem, który znał tych, których trzeba znać, by się orientować w psychologii. W jego księgarni mogłem nabyć wszystkie najnowsze pozycje psychologiczne. A ostatnimi laty, w tych ciemnych czasach, gdy w Katowicach ostały się tylko dwie porządne księgarnie, informował mnie zawsze telefonicznie o nowościach wydawniczych.

Te jego zainteresowania i znajomości, poparte także uczestniczeniem przez dekady w wielu warsztatach i terapiach psychologicznych, wynikały, jak to zawsze jest z nami, z jego osobistych problemów. Gdy parę lat temu zamknął swoją księgarnię, nasze kontakty ograniczyły się już tylko do rozmów telefonicznych. Miał problem, o którym tu nie chcę mówić, a także po prostu nie miał zbyt dużo pieniędzy. Rozmawialiśmy głównie o tym, co było jego głównym punktem zainteresowania od lat – o traumie. Dyskutowaliśmy bez końca o książkach Gabora Mate czy Levina i innych. Niestety, aż do końca swoich dni Bogdan nie uporał się ze swoją traumą, chociaż z jego słów i snów, które pomagałem mu interpretować, wynikało, że było blisko. Jeden z ostatnich snów na to wskazywał.

Parę miesięcy przed śmiercią skarżył się na kłopoty z sercem, miał arytmię. Być może miał też inne kłopoty zdrowotne, o których nie chciał wspominać. Mówił, że 69 lat to trochę za wcześnie by umierać. Niestety tak się stało. Ale najbardziej w pamięć mi zapadły jego słowa, które powiedział mi już dobrych parę lat temu, jeszcze wtedy, gdy prowadził swoją księgarnię. Przytoczył pewnego dnia stare śląskie powiedzenie: „Panu Bogu starość się nie udała”. Trudno się z tymi słowami nie zgodzić, bo wyrażają one krótko i zwięźle mądrość, która jest dostępna zwykłym ludziom, a często jest tak obca wyrafinowanym umysłom teologów, filozofów czy psychologów, pocieszających nas w ten czy inny sposób. Ale snują oni tylko swoje iluzje. Tak, starość nas zaskakuje, nie jest bowiem tym, co nam obiecywało życie. Każdy z nas kiedyś doświadczy starości, i będzie mógł osobiście skonfrontować się z treścią tego powiedzenia.

To tyle krótkiego wspomnienia o Bogdanie. Jak zawsze, więcej pozostanie niewypowiedziane, bo albo on by tego nie chciał, albo ja też o wielu rzeczach nie wiedziałem. Każdy człowiek jest tajemnicą, niepowtarzalnym zaistnieniem, którego nikt nigdy do końca nie pozna. W swoim czasie każdy z nas weźmie ze sobą do grobu całą swoją niepowtarzalność i wyjątkowość, całą pamięć, która żyła tylko w nim, pamięć tych wszystkich chwil, niegdyś pierworaźnych, a potem spłowiałych przez zapominanie w ciągu przybywających lat. Tak działa przemijanie, nietrwałość tego świata. Księgarze mawiają, że książki mają swoje losy. Tym bardziej sami księgarze. I podobnie my wszyscy.

O animizmie

Niedawno spędziłem parę dni na „Festiwalu szamanizmu” w Nowym Kawkowie. Moc warsztatów i innych zajęć. Oprócz doświadczeń i niezwykłych przeżyć – o których teraz nie chcę tu pisać – nie byłbym sobą, gdybym nie wyniósł ze spędzonych tam dni także pewnej inspiracji intelektualnej. W czasie jednego ze spotkań usłyszałem bardzo ciekawą interpretację tego, czym jest animizm, uznawany za pierwotny światopogląd ludzkości i mocno związany z szamanizmem, który, jak dobrze wiadomo, opiera się w całości na kontakcie ze światem duchów i na pracy z duszami.

Termin animizm (łac. anima) pojawił się w XIX wieku jako nazwa sposobu postrzegania rzeczywistości charakterystycznego dla społeczeństw pierwotnych. W tej wizji świata wszystko posiada duszę, a więc jest ożywione: nie tylko ludzie, ale i oczywiście zwierzęta, rośliny, kamienie, góry, rzeki, piorun, wiatr czy cień. Wszystko. Całość rzeczywistości jest w tej perspektywie żywa. Ale co to znaczy żywa, co znaczy posiadająca duszę (która od zawsze była we wszystkich kulturach uznawana za zasadę życia)? Dlaczego możemy o czymś powiedzieć, że posiada duszę?

Odpowiedź animizmu jest bardzo prosta, chociaż niesamowicie trudna do zrozumienia przez współczesnego człowieka. Być żywym, a więc posiadać duszę, to znaczy być połączonym z całością rzeczywistości. Jeśli mam duszę to mam możliwość czucia w sobie wszystkich innych istot, czy to będą zwierzęta, czy rośliny, kamienie, wiatr itd. Mieć duszę to być połączonym z wszystkimi bytami. One również mają duszę, co znaczy, że są połączone ze mną. Mogę podejść do kwiatka i zapytać go o sprawę, która mnie dręczy, bo on ma duszę i w mojej głowie mogę usłyszeć jego odpowiedź ( zrobiłem takie ćwiczenie i wiem, że to działa). To nie tylko pogląd, to praktyka życiowa ludów szamańskich sięgająca czasów paleolitu, a według niektórych jeszcze wcześniej. Ludy te doświadczały świata jako jednej wielkiej, żywej całości. Widoczne to było na przykład w ich stosunku do zwierząt łownych, których dusze zawsze po zabiciu były przebłagiwane.

Jednym słowem – bycie żywym oznacza bycie połączonym z całością wszechświata. Kojarzy mi się to z buddyjską koncepcją pustki (śunjata). W tym koncepcie, nieco zbyt suchym (no ale cóż, Budda był facetem i jego następcy też), także ujęte jest to, że wszystko jest ze sobą połączone i żaden byt nie ma niezależnego od innych osobnego istnienia, ani żadnej własnej istoty. W ujęciu buddyjskim istnieć to współistnieć. Buddyjską pustkę można też rozumieć jako pełnię, w której wszystko jest ze sobą połączone. Takie ujęcie pustki/pełni bardziej współgra z pierwotnym rozumieniem natury rzeczywistości w animizmie.

Dla mnie jednak najważniejsze jest rozumienie bycia żywym jako połączenia ze wszystkim. Jestem martwy, gdy otaczają mnie odrębne ode mnie byty, które wypełniają na przykład współczesne miasta. Płyty chodnikowe, tory tramwajowe, moje buty, samochody, budynki, nawet drzewa w ogromnych donicach zamiast zasadzone w ziemi – wszystkie są w tym sensie martwe. Nie ma środowiska mniej przyjaznego życiu, czyli wzajemnemu połączeniu, niż miasto. Cała nasza cywilizacja, od co najmniej kilkuset lat, od czasu Kartezjusza i powstania nauki, tworzy świat odłączenia i rozszczepienia, dążąc tym samym do śmierci, a nie do życia.

To chyba najważniejszy przekaz dla człowieka współczesnego – możesz być żywy, możesz odczuwać w trzewiach sens swojego życia, tylko wtedy, gdy jesteś połączony z całością, ze wszystkim co cię otacza, a czego jesteś witalną częścią. Nie ma życia poza tym połączeniem, nie ma żadnego sensu poza tą całością. A najważniejsza część tego przekazu brzmi – jest to możliwe do osiągnięcia, nawet dla nas, zagubionych dzieci współczesności.

O porażce

George Orwell napisał kiedyś:„Każde życie widziane od wewnątrz składa się z serii porażek, zbyt upokarzających i zbyt zawstydzających, ażeby inni mogli się im przyglądać”. Nie każdy zdobywa się na tyle szczerości wobec siebie i innych. Większość ludzi oszukuje siebie, udaje, wypiera, mami innych pozorami sukcesu. A tymczasem to, co z zewnątrz może być uznane za sukces, radość i szczęście, widziane od wewnątrz wcale takie być nie musi. Nie chcemy pokazywać innym prawdziwego charakteru naszego wnętrza, do którego nie dociera blask płynący od zewnętrznych osiągnięć.

Człowiek przypomina bowiem bardziej Księżyc niż Słońce. Błyszczy tym co zewnętrzne, jego blask jest blaskiem odbitym. Gdyby był jak Słońce, dawałby jasność innym, oświetlał ich życie. Ale taki ktoś to rzadkie zjawisko. Zwykle odbijamy się w oczach innych, czerpiąc z tego sens swojego życia, a niektórzy, ci o narcystycznej strukturze osobowości, nie istnieją nawet poza spojrzeniem innych. Relacyjny charakter postrzegania siebie jest czymś naturalnym w ludzkich społeczeństwach. Ale Orwell pisze o czymś innym.

Popatrzeć na siebie od wewnątrz. Z wnętrza swojej samotności, bo przecież jesteśmy jedynym człowiekiem, który obcuje z nami dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez kilkadziesiąt lat naszego życia jesteśmy tylko z sobą, z pewnymi przerwami na interakcje rodzinne, społeczne, czy romantyczne. To nie jest łatwe współżycie, z naszym współlokatorem zwanym ja często mamy na pieńku. Nieco to wydaje się paradoksalne, ale jakże często ów współlokator przeszkadza nam w byciu blisko z innymi. Jedynie ci szczęśliwcy, którym udaje się być w zgodzie z samym sobą, mogą mówić o tym, że samotność im nie doskwiera.

Ale nawet ten, kogo uważamy za takiego szczęśliwca nie zawsze musi nim być. Znowu napotykamy to rozróżnienie – wnętrze i zewnętrze. Depresja ma uśmiechniętą twarz. Staramy się robić dobrą minę do złej gry, zwłaszcza wtedy, gdy czujemy, że w tej grze, zwanej życiem, przegrywamy. A przegrywamy zawsze, bo życie nas przerasta, jest potężniejsze od nas. I jedyne, co nam pozostaje, to zaakceptowanie tego ciągu porażek. Możemy jedynie, jak Hiob przed Bogiem, powiedzieć do życia:„Raz przemówiłem, nie więcej, drugi raz niczego nie dodam”. Im wcześniej to zrobimy, tym krócej będziemy cierpieć.

O paradoksie ateisty

Jak głosi znany dowcip ateistyczny, ateista to osoba, która nie wierzy w żadnego z tysięcy bogów, jakich znała ludzkość. Jednak ateista wierzy w co najmniej jedną rzecz, a mianowicie wierzy, że osoba wierząca wierzy w swojego boga/Boga (kolejność ewolucyjna). Dlaczego ja, gdybym był ateistą, miałbym wierzyć, że mój kolega Franek rzeczywiście wierzy? Bo mnie zapewnia, że taka jest zawartość mentalna jego umysłu, a ponadto chce czasem nawet nawracać mnie na to, w co wierzy? Może mnie ma przekonać to, że co dzień odwiedza hospicjum, pomaga biednym i bezdomnym itd. (jeśli oczywiście jego wiara tego wymaga, bo być może wiara w Odyna ma inne reguły zachowań, na przykład zabijanie wrogów)? Nie muszę wierzyć, że Franek wierzy, chyba, że z czystej sympatii do niego.

Uważam zatem, że ateista nie powinien wierzyć w to, że ktoś w coś wierzy. I nie chodzi mi tu o podejrzenie często wysuwane przez ateistów, że ktoś zostaje, dajmy na to, kapłanem jakieś religii, ale tylko po to, by zrobić karierę. Bo można zostać ateistą też w tym samym celu. Zakładam, że słynne nieraz dyskusje pomiędzy „ateistami” a „wierzącymi” opierają się – o zgrozo! – na obopólnej wierze (bo wierzący również wierzą, że ateiści nie są zdolni do wiary). I to powinno dać do myślenia ateistom – że od jakieś postaci wiary nie da się uciec.

Chociaż, jak twierdzi paradygmat kognitywistyczny w badaniach nad religią, do pojawienia się zjawiska wiary religijnej jest konieczna rozbudowana teoria umysłu oraz zdolność do metareprezentacji. A są osoby, które mają z tym kłopot. Może to one są kandydatami na prawdziwych ateistów? Czy idealnym ateistą byłaby osoba ze spektrum autyzmu? Nie wiem, tylko spekuluję, bo podziwiam Temple Grandin i nie wyobrażam sobie jej sobie w nawach kościoła, a jedynie nauki. Ja osobiście wierzę w wiele rzeczy, a mój umysł mnie ciągle zadziwia, podsyłając mi setki rzeczy do wierzenia. Eh, chciałbym być prawdziwym ateistą.

O pokoleniu Z

To osoby urodzone około 2000 roku i później. W każdym razie są one teraz w wieku studenckim i mam z nimi kontakt. Co mogę zatem powiedzieć o tych dwudziestoparolatkach? Z moich doświadczeń mogę wysnuć tylko jedną konkluzję – chcą oni tylko jednego: chcą usunąć całe zło z tego świata, pragną jednak to osiągnąć poprzez wytapetowanie świata miękką skórą, zamiast założyć obuwie. Ale cóż, zmienianie świata zamiast zmieniania siebie to pokusa właściwa chyba każdemu pokoleniu. Pokolenie Z poddaje się tej pokusie szczególnie namiętnie, acz specyficznie, bo tylko w warstwie werbalnej.

Są oskarżani o roszczeniowość, ale też odnoszą ją do samych siebie, i ma wtedy postać potężnego gremlina ambicji, który każe im odnieść sukces przed dwudziestką. Nic dziwnego, że szukają oparcia w rozmaitych ideologiach, które zastępują im myślenie i doświadczenie, bo ideologia to ersatz rzeczywistości, w której jeszcze nie istniejemy (Haidt i Lukianoff nazywają to „rozpieszczonym umysłem”, polecam ich książkę pod tym tytułem). Owa roszczeniowość i ideologia są niczym innym jednak, jak mechanizmami obronnymi przed lękiem, wzbudzanym przez ich całkowicie niepewną przyszłość. Skupiają się na tym, co im się wydaje podatne na zmiany, na przykład na kwestiach tożsamości czy orientacji seksualnej. Jeśli coś postrzegają jako będące poza ich zasięgiem, jak zmiany klimatyczne, to się tym nie interesują, oprócz pewnych wyjątków. Być może jestem niesprawiedliwy w tych ocenach, ale każdy ma prawo do własnego zdania – a o to przecież walczy pokolenie Z. Chociaż, może się mylę?

O religii i wycieczkowcu

Każdy zna słowa Karola Marksa o religii, głoszące, że jest ona opium dla ludu. Nie każdy jednak wie, że poprzedza je nader ciekawe zdanie: „Religia jest westchnieniem duszy w bezdusznym świecie”. Słowa te są piękne i brzmią jak poezja, ale trudno się zgodzić z Marksem, tak z czysto religioznawczego punktu widzenia. Wszak dla ludzi religijnych wszystkich epok świat jest „pełen bogów”, jak o tym jeszcze zapewniał Heraklit. Bogowie i duchy zaludniały od zawsze całą rzeczywistość, a świat nie był jeszcze odczarowany. Czy zatem Marks się po prostu mylił?

Nie, moim zdaniem Marks dobrze oddał stan duch człowieka końca XIX wieku. Przypomnijmy, że w tym czasie także Nietzsche pisał o śmierci Boga. Dla Marksa najważniejsze było położenie proletariatu, w którym pokładał nadzieję na rewolucję. Inni jednak widzieli nadzieję gdzie indziej, nie w transcendentnej rzeczywistości duchowej, ani tym bardziej w rewolucji proletariatu, ale w przyszłości pełnej technologicznych cudów. Pojawiały się opisy wspaniałej przyszłej cywilizacji, jak na przykład w wydanej w 1888 roku powieści Edwarda Bellamy’ego W roku 2000. Była ona niesamowicie popularna przez pół wieku, a dziś jest zupełnie zapomniana. Mark Twain nazwał ją „najnowszą i najlepszą z biblii”. Bellamy snuje w niej utopijne wizje przyszłości, w której panuje pełny dobrobyt, a technologia rozwiązuje wszystkie problemy. Takie hedonistyczne i futurystyczne utopie powstawały w owych czasach dziesiątkami i setkami.

Zatem Marks miał rację, nazywając swoje czasy bezdusznymi, ale tylko do pewnego momentu. Dzisiaj dążymy do bezdusznego świata lgnąc do przyjemności, dobrobytu i iluzorycznej równości. Nasze życie ma przypominać rejs na wycieczkowcu Icon of the Seas, o długości 365 metrów, o wyporności ponad 250.000 ton, zabierającym co najmniej 5600 pasażerów obsługiwanych przez 2300 osób. Titanic to przy nim łódka. Tydzień w luksusowym apartamencie kosztuje skromne 100.000 dolarów. W ten sposób, półtora wieku po Bellamym, spełniliśmy jego sen, tworząc świat błyszczący, połyskliwy i pozbawiony duszy.

Czy w takim świecie będzie jeszcze komuś dane westchnąć? Przypomina mi się opowieść pewnego stewarda z innego wycieczkowca. Opowiadał on, że po każdej dłuższej podróży, na przykład trwającej miesiące podróży dookoła świata, zawsze znajdowano w jakiejś kabinie martwe ciało samotnego, starszego pasażera. Dosłownie wybrał się on w swoją „ostatnią podróż”, albo, jak to dawniej powiadali Polacy, na „wakacje życia”. Ja to rozumiem doskonale. Czyż można jeszcze czegoś chcieć w tym świecie pragnień po tym, jak już zakończyliśmy wycieczkę życia na najwspanialszym wycieczkowcu?

Orwell ostrzegał przed totalitaryzmem, jednak wiek XXI to wbrew jego przewidywaniom wiek konsumpcjonizmu. Mottem człowieka XXI wieku jest: „Zeżrę całą planetę, czy wam to się podoba czy nie. Choćbym miał zdechnąć. W tym celu wyzbędę się myślenia, pozbawię się wszelkiego współczucia”. Konsumpcja okazała się większym zagrożeniem niż totalitarne reżimy. Bo konsumować chce każdy i nie potrzebuje do tego bata Wielkiego Brata. Hasło consumo ergo sum przyświeca każdemu współczesnemu człowiekowi. Sami budujemy gorliwie mury więzienia, w którym spędzamy pozbawione sensu życie. Osiem miliardów idiotów.

O śmierci za życia

Gdy ciało umrze i zostanie pozostawione w warunkach, które pozwalają na to, by wyschło i skurczyło się, to możemy odnieść wrażenie, że włosy i paznokcie rosną po śmierci. Stąd powstało nieprawdziwe, acz bardzo popularne wyobrażenie, że te części ciała ludzkiego rosną jeszcze po śmierci. Podobne wrażenie mamy wtedy, gdy obcujemy z niektórymi ludźmi. Są oni martwi mentalnie już od dawien dawna, ale jeszcze wydają się spełniać jakieś funkcje życiowe. Możemy z nimi rozmawiać, wymieniać słowa, ale są oni już martwi w środku.

Tak, można umrzeć za życia. Dzieje się to w różnym wieku, u jednych to są wczesne lata młodości, u innych trzydziestka lub czterdziestka, ale zawsze chodzi o czas, gdy już nie można zaakceptować niczego nowego. To właśnie ten moment śmierci. Nagle jakby czas się skończył i taki człowiek żyje już tylko tym, co przeżył. Wokół niego toczy się życie, ale nie wpływa ono na jego wnętrze. Niczym zamrożony w lodowcu trup taki osobnik po prostu trwa. Ma do dyspozycji mnóstwo wypróbowanych schematów myśli i zachowań, przez co czyni wrażenie żywego. Jednak dla niego wszystko już było. Już nic go nie zdziwi, już nic nie będzie dla niego natchnieniem.

Mam też o wiele gorsze podejrzenie, że niektórzy ludzie w ogóle się nie narodzili. Są niczym poronione płody. Porośli w ciało i wydają się być dorośli. Nie ma jednak w nich niczego, co by pochodziło od nich samych. Życie ich polega na przyswajaniu sobie powszechnych wzorców i ich powielaniu. Dlatego najlepiej czują się w grupie sobie podobnych. Kiedy napotykają w swoim życiu coś nowego, to jest dla nich najwyższe zagrożenie, gdyż opierają swoje istnienie na odrzucaniu wszelkich nowości.

Wracając do tych zmarłych za życia, którzy próbowali zaistnieć, ale ponieśli porażkę (bo czym innym jest życie jak nieuchronną porażką?). To mogą być nawet wyrafinowane umysły, erudycyjne, mogą to być całkiem mili ludzie (jak mój znajomy profesor z instytutu). Jednakoż zarazem są do cna nudni – i po tym można poznać zmarłych za życia. Przebywanie w ich towarzystwie przyprawia o ból głowy i szczęk. Nuda, jaka wieje z ich słów, a nawet z tonu ich głosu, jest przejmująca, a brak poczucia humoru przerażający.

Tu dotykamy istoty dzisiejszego tematu. Poczucie humoru znamionuje umysł, który jest otwarty na to, co nowe, i tym samym zdolny do twórczości. Ludzie nudni, pozbawieni poczucia humoru (utożsamiam te dwie cechy) nie są zdolni do stworzenia czegoś nowego, ani nawet do asymilacji jakieś nowej idei. Już dawno temu zmarli i tylko starają się wyglądać na żywych, co jednak im zupełnie nie wychodzi. Uśmiech nie gości w ich umysłach, ani radość, owa iskra bogów. Omijajcie zatem nudziarzy, martwych za życia, nie marnujcie tych paru chwil na Ziemi na nich. Żyjcie, bo życie to tworzenie, to nieustanne pojawianie się czegoś nowego.

O dialektyce relacji

Gdy kobieta i mężczyzna są ze sobą, chcą dzielić nawet najmniejsze przyjemności swego życia razem. Chcą siedzieć obok siebie, pogrążeni w lekturze interesujących ich książek. Gotować razem obiad, który za chwilę wspólnie zjedzą. Kochać się. Oglądać film. Rozmawiać o tym, co będą razem robić. Tulić się do siebie. Podróżować razem. Bycie ze sobą to nieustanne, małe kroki w tworzeniu wspólnego życia. Największa miłość to ta, która składa się z takich małych kroków. Czasem tylko powstaje pytanie – dlaczego tak trudno ją osiągnąć? W kolejnym akapicie zdradzę mężczyznom fundamentalny lifehack dotyczący relacji. Ma on dwie dobre strony – nie trzeba czytać poradników (czego i tak żaden facet nie lubi robić) i jest zawarty w jednym akapicie. Ma też jedną złą stronę – wymaga trochę wysiłku emocjonalnego połączonego ściśle z wysiłkiem mentalnym.

Bycie w związku to bardzo trudna sztuka. Sam nie wiem, jak mi się ona udaje (i na ile się udaje). Dzieje się tak chyba tylko z jednego powodu, a mianowicie niczego od swojej partnerki nie oczekuję i niczego od niej nie wymagam. Zwykle ludzie będąc ze sobą nieustannie żądają od partnera zaspokojenia wszelkich swoich pragnień. Ale to prosta droga do rozpadu związku. Gdy wszakże niczego nie pragnę i niczego nie wymagam, wtedy moja partnerka może przy mnie po prostu być, a nasz związek kwitnie. Taka prosta rzecz, a tak trudna dla mężczyzn (pewnie też dla kobiet, ale niezbyt dużo wiem, jak to jest z ich strony). Chyba jednak większość mężczyzn nie rozumie podstawowej dialektyki relacji, której reguła brzmi: dajesz nie dając, a otrzymujesz gdy nie chcesz. Jeśli ktoś rozgryzie ten koan, będzie dobrze.

O ciele i miłości

Ludzie potrzebują opowieści. Tworzyli je od zawsze, od czasów, gdy dopiero uczyli się mówić. Tworzyli mity, które budowały tkankę ich życia psychicznego, które opowiadały im, jak to jest być człowiekiem. Siedzieli przy ogniskach, wpatrzeni w płomienie, wsłuchani w ruchy, gesty, śpiew i głos opowiadacza; blisko siebie, dotykając się ciałami, czuli bliskość i bezpieczeństwo. I ta bliskość była najważniejsza, bo zetknięcie się ciał tworzyło bezsłowny sens owej opowieści. A o czym była ta opowieść? Była to opowieść o miłości, o tym, jak to jest być razem. Wszelka bowiem sensowna opowieść wyrasta z ciała, z jego najgłębszych pragnień. W splocie pragnienia i opowieści pojawia się ciało, wehikuł miłości.

Dzisiaj także tak jest, że gdy kogoś kochamy, jednym z pierwszych odruchów miłości jest chęć przytulenia ukochanej. Miłość rozgrywa się pomiędzy dwoma ciałami. Od pierwszego, nieśmiałego dotknięcia po namiętny pocałunek, i dalsze, coraz bardziej śmiałe pieszczoty. Dotykając wyczuwamy ciepło i życie w ciele ukochanej. Smakujemy jej usta, a potem przywieramy swoimi do jej piersi. Ręce głaszczą jej ciało, błądzą po jego zakamarkach. Nie trzeba nic mówić, ciała snują swoją własną opowieść nie potrzebując komentarza. Nasze ciała dogadują się bez słów, jak para aniołów, którzy jak wiadomo nie mają swoich słów, a jedynie przekazują myśli Boga, tego najgłębszego z naszych instynktów.

Dawno temu koleżanka z liceum napisała mi na zdjęciu, pamiątce z wycieczki szkolnej, słowa z Mickiewicza: „On kocha ludzi? Zacóż od ludzi ucieka? Bo on kocha w człowieku ludzkość, nie człowieka”. Miała rację, nigdy jej nie przytuliłem, nie pocałowałem. Moje uczucie było abstrakcyjne. Można kochać i wielbić wyobrażenie o kimś, podobnie jak bezcielesnych bogów albo idee, ale to nie jest miłość. Miłość staje się konkretna tylko dzięki ciału. Kobiety lubią usłyszeć od mężczyzny słowa miłości, są one jak kwiaty, ale ciepło uczucia i pewność daje im dopiero przytulenie i świadectwo ciała. „Kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie”, by znowu zacytować Mickiewicza.

Psychologowie mówią, że ciało pamięta. Koncentrują się wprawdzie na traumach, ale ciało pamięta też, a być może przede wszystkim, chwile rozkoszy. Z kolei dla buddystów nasze ciało jest skrystalizowaną karmą, a więc jest samą pamięcią, istotą wszechświata. Dzięki ciału istniejemy w tym świecie, jesteśmy żywymi punktami w siatce rzeczywistości. Ciała są odrębne, każde z nich jest zamknięte w kapsule skóry. Ale dzięki tej odrębności mogą się dotykać, mogą wyrażać miłość, której nie czulibyśmy, gdyby wszystkie ciała stanowiły jedność. Mistycy wprawdzie piszą o poczuciu wszechogarniającej jedności, ale prawdziwa miłość dzieje się tylko pomiędzy dwoma ciałami, które są same dla siebie i siebie pragnące.

Ciało nie ocenia, nie analizuje, nie nadyma się, nie pragnie zaszczytów, nie ma złych myśli – ciało wyraża. Wie, czego potrzebuje, albowiem było pierwsze, nim jeszcze pojawiła się mowa. Ciało może zamanifestować to, czego nie da się powiedzieć słowami, nic dziwnego zatem, że jest wehikułem dla tego, co dla niego najważniejsze, ale też całkiem niewymowne, czyli dla miłości. Jesteśmy ciałem i kochamy poprzez ciało. W miłości nie ma mnie. Jestem tylko okiem, które widzi jej ciało, jestem ręką dotykającą jej ciała. Dwa nagie ciała to esencja miłości. Gdy dwoje ludzi się kocha, są bliżej siebie niż matka i dziecko. Łączą swoje ciała w doświadczeniu całkowitej intymności, najwyższej z dostępnych w tym świecie.