George Orwell napisał kiedyś:„Każde życie widziane od wewnątrz składa się z serii porażek, zbyt upokarzających i zbyt zawstydzających, ażeby inni mogli się im przyglądać”. Nie każdy zdobywa się na tyle szczerości wobec siebie i innych. Większość ludzi oszukuje siebie, udaje, wypiera, mami innych pozorami sukcesu. A tymczasem to, co z zewnątrz może być uznane za sukces, radość i szczęście, widziane od wewnątrz wcale takie być nie musi. Nie chcemy pokazywać innym prawdziwego charakteru naszego wnętrza, do którego nie dociera blask płynący od zewnętrznych osiągnięć.
Człowiek przypomina bowiem bardziej Księżyc niż Słońce. Błyszczy tym co zewnętrzne, jego blask jest blaskiem odbitym. Gdyby był jak Słońce, dawałby jasność innym, oświetlał ich życie. Ale taki ktoś to rzadkie zjawisko. Zwykle odbijamy się w oczach innych, czerpiąc z tego sens swojego życia, a niektórzy, ci o narcystycznej strukturze osobowości, nie istnieją nawet poza spojrzeniem innych. Relacyjny charakter postrzegania siebie jest czymś naturalnym w ludzkich społeczeństwach. Ale Orwell pisze o czymś innym.
Popatrzeć na siebie od wewnątrz. Z wnętrza swojej samotności, bo przecież jesteśmy jedynym człowiekiem, który obcuje z nami dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez kilkadziesiąt lat naszego życia jesteśmy tylko z sobą, z pewnymi przerwami na interakcje rodzinne, społeczne, czy romantyczne. To nie jest łatwe współżycie, z naszym współlokatorem zwanym ja często mamy na pieńku. Nieco to wydaje się paradoksalne, ale jakże często ów współlokator przeszkadza nam w byciu blisko z innymi. Jedynie ci szczęśliwcy, którym udaje się być w zgodzie z samym sobą, mogą mówić o tym, że samotność im nie doskwiera.
Ale nawet ten, kogo uważamy za takiego szczęśliwca nie zawsze musi nim być. Znowu napotykamy to rozróżnienie – wnętrze i zewnętrze. Depresja ma uśmiechniętą twarz. Staramy się robić dobrą minę do złej gry, zwłaszcza wtedy, gdy czujemy, że w tej grze, zwanej życiem, przegrywamy. A przegrywamy zawsze, bo życie nas przerasta, jest potężniejsze od nas. I jedyne, co nam pozostaje, to zaakceptowanie tego ciągu porażek. Możemy jedynie, jak Hiob przed Bogiem, powiedzieć do życia:„Raz przemówiłem, nie więcej, drugi raz niczego nie dodam”. Im wcześniej to zrobimy, tym krócej będziemy cierpieć.
