O synchroniczności

W 1952 roku C.G. Jung opublikował rozprawę Synchronizität als ein Prinzip akausaler Zusammenhänge, w której podsumował swoje, trwające ponad dwie dekady, rozmyślania i badania nad komplementarną do przyczynowości zasadą wyjaśniania zjawisk, którą nazwał synchronicznością. Być może lepszym tłumaczeniem byłoby słowo „synchronistyczność”, akceptujące zbieżność w czasie dwóch nie powiązanych przyczynowo zdarzeń. Synchroniczność można formalnie zdefiniować jako jednoczesne pojawienie się pewnego stanu psychicznego i jednego lub więcej zewnętrznych zdarzeń, postrzeganych jako sensownie powiązane z tym stanem psychicznym jakiegoś człowieka. Jung pisze: „Na synchroniczność składają się dwa czynniki: a) jakiś nieświadomy obraz pojawia się w świadomości już to bezpośrednio (tj. literalnie), już to pośrednio (w formie symbolu lub sugestii) jako marzenie senne, idea czy przeczucie; b) jakaś obiektywna sytuacja zbiega się z tą treścią.” Mamy tu zatem do czynienia ze zjawiskami, pomiędzy którymi zachodzi znacząca koincydencja, ale które w żaden sposób nie mogą być ze sobą powiązane przepływem energetycznym. Synchroniczność może także obejmować jednoczesne pojawienie się dwóch stanów psychicznych mających podobne znaczenie. Innymi słowy synchroniczność to nic innego jak sensowna koincydencja zjawisk nie powiązanych ze sobą w żaden sposób przyczynowo.

We wspomnianej rozprawie Jung opisuje przypadek młodej pacjentki, której postępy w terapii były zahamowane przez jej nader krytyczny, kartezjański intelekt. W czasie terapii opowiedziała sen, w którym otrzymała złotego egipskiego skarabeusza:„Pewna młoda kobieta, którą leczyłem, miała w krytycznym momencie terapii sen, w którym podarowano jej złotego skarabeusza. Kiedy opowiadała mi ten sen, siedziałem tyłem do zamkniętego okna. Nagle usłyszałem za sobą hałas przypominający łagodne stukanie. Odwróciłem się i zobaczyłem owada, który w locie uderzał z zewnątrz w futrynę okna. Otworzyłem okno i schwytałem go. Stworzonko to stanowiło najbliższą analogie do złotego skarabeusza, jaką można spotkać w naszej strefie geograficznej: był to żuk z rzędu skarabeuszowatych, pospolity złotawiec (Cetonia aurata), który wbrew swym normalnym obyczajom wyraźnie poczuł potrzebę dostania się do ciemnego pokoju w tym szczególnym momencie. Muszę przyznać, że nic podobnego nigdy nie wydarzyło mi się ani przedtem, ani potem, i że sen pacjentki również pozostał czymś niepowtarzalnym w całym moim życiu.”

Jak podkreśla, „niemożliwość” owej sytuacji skruszyła opór jej intelektu i terapia ruszyła dalej. Przykład ten, oprócz tego, że ilustruje zjawisko synchroniczne, jest też przykładem genialnej interwencji terapeutycznej Junga. Wielokrotnie doprowadzał on swych pacjentów do granic ich racjonalnego światopoglądu i pokazywał, jak poszerzenie postrzegania rzeczywistości poza obowiązujący paradygmat naukowy czy filozoficzny może doprowadzać do uleczenia z nerwicy. Zapytajmy teraz, co to znaczy: genialna interwencja terapeutyczna? Czy nie oznacza ona tego, że we właściwym momencie terapeuta wypowiedział właśnie to słowo, uczynił właśnie ten gest, dokładnie takie, jakie były potrzebne i skuteczne dla procesu terapii? Taka interwencja jest zjawiskiem synchronicznym, zbiegiem dwóch nie powiązanych przyczynowo zdarzeń. Bo nie jest tak, że to terapeuta, reagując na sytuację klienta, coś wymyśla przyczynowo, czerpiąc z zasobów swej wiedzy. Nie, najlepsze interwencje to te nieuprzyczynowane, nie zapośredniczone przez wiedzę, wyszkolenie i intelekt.

Jeśli otworzymy się na takie transracjonalne postrzeganie rzeczywistości, możemy rzeczywiście przełamać wiele ograniczeń naszego umysłu. Opowiem, o co mi chodzi. W miejscu, w którym teraz mieszkam, lubię siedzieć sobie wieczorem na balkonie. Wtedy, tak około godziny 21, gromady chrabąszczy, guniaków czerwczyków, nawiedzają moje siedzisko. Pchają się do okna, nie zwracając na nic uwagi. Mają teraz okres godowy i tracą głowę, tak twierdzą entomolodzy. Zatem nic dziwnego nie ma w tym, że jakiś owad zachowuje się dziwnie. Mogę zatem spokojnie przylgnąć do owego wyjaśnienia przyczynowego, tym bardziej, że nie niepokoił mnie żaden sen o skarabeuszu. Zauważyliście, że wyjaśnienia przyczynowe są tak uspokajające, a zdarzenia synchroniczne tak niepokojące? Odnośnie żuka schwytanego przez Junga, nie wiem, w jakiej porze roku ani w jakiej godzinie dnia się garnął do jego ciemnego gabinetu. Zapewne też można by podać jakąś przyczynę jego osobliwego zachowania. Budowanie ciągów przyczyn jest jednak tu nieistotne, nie zajmujemy się bowiem nauką, ale poznaniem duszy. Najważniejsze jest to, że Jung otworzył oko swego umysłu na to całkowicie przypadkowe zdarzenie i wbrew racjonalnym wyjaśnieniom odkrył w nim sens. Tym jest bowiem ostatecznie zjawisko synchroniczności: to kreacja sensu, która dokonuje się dzięki wglądowi umysłu.

O głupocie

Głupota to doskonały temat do rozważań. Jest tak dlatego, że stanowi ona dominującą i definiującą cechę gatunku homo sapiens, i zawsze warto zastanawiać się, na czym ona polega – by jej nie ulegać. Oprócz uwagi, którą doskonale, z wyśmienitym angielskim akcentem, wypowiedział kiedyś John Cleese w jednym ze swoich filmików, a mianowicie, że głupiec świadomy swej głupoty przestaje być głupcem, mam jeszcze jedną, komplementarną uwagę. Otóż znaczącym znamieniem głupoty jest przekonanie, jakie żywi każdy głupiec, że to, co on uznaje za prawdę, jest powszechnie obowiązującą prawdą. Dlatego też głupiec nie może pomyśleć, że jest głupi. Jego zdaniem to, co myśli jest po prostu prawdą dotyczącą wszystkiego i wszystkich.

Tak, znamieniem głupoty jest takie właśnie przekonanie, które stanowi zadziwiające odwrócenie imperatywu kategorycznego Kanta. Imperatyw ów stwierdza, że właściwym postępowaniem jest to, które odbywa się wedle zasad, które powinny stać się prawem powszechnym, obowiązującym wszystkich ludzi. Głupiec myśli, by tak rzec, „podobnie”, i formułuje imperatyw kantowski á rebours. To, co wykluło się w mej głowie – rzecze sobie głupiec – jest przecie oczywistą oczywistością i prawdą uniwersalną. A kto myśli inaczej, ten idiota.

A na koniec: jeślibym pomyślał, że to co napisałem powyżej, jest prawdą, to byłbym głupcem. Zatem, drogi czytelniku, nie przejmuj się mymi słowami. Myśl swoje, raduj się świadomością tego, że masz własne myśli, które nie obowiązują nikogo. Nawet ciebie.

O samoświadomości

Samoświadomość wyraża się z sformułowaniu: „Wiem, że wiem”, albo jeszcze dokładniej: „Jestem świadomy tego, co jest treścią mojej świadomości”. Otóż okazuje się, że przez około 30-50% czasu naszego życia na jawie nie jesteśmy samoświadomi (tak pokazują różne badania, jest to więc średnia, moim zdaniem zbyt optymistyczna, bo o wiele więcej czasu spędzamy na autopilocie). Jesteśmy rozproszeni, nasz umysł wędruje, dokonujemy wielu rzeczy i rozmawiamy z ludźmi – ale nie jesteśmy samoświadomi. Nieustannie odklejamy się od teraźniejszości, pogrążając się w myślach, wspomnieniach, nagłych nastrojach. Śnimy na jawie i to przez połowę lub więcej swojego życia. Wskazuje to, jak trudny jest do uzyskania – i utrzymania – stan samoświadomości.

Jest takie piękne polskie słowo, którego zawsze używam mówiąc o samoświadomości. To słowo przytomność, które nie ma dla mnie sensu potocznego („stracił przytomność”), ale wywodzę go ze skojarzenia „być przy”. Jestem w pełni „przy czymś”, gdy jestem samoświadomy i w pełnym kontakcie z teraźniejszością. Ten stan pełnej przytomności pokazuje opowieść z kręgu buddyzmu zen. Otóż pewien mistrz zen swoich uczniów, którzy wchodzili do jego pokoju na indywidualne spotkanie mające sprawdzić ich stopień urzeczywistnienia, zwane dokusan, pytał zawsze na początku o to, gdzie zostawili swoje sandały przed wejściem – po lewej czy po prawej stronie drzwi. Jeśli jakiś uczeń nie umiał odpowiedzieć, był odsyłany z kwitkiem. Pełna przytomność, samoświadomość związana jest bowiem mocno z pamięcią, jak to dziś mawiają psychologowie, pamięcią roboczą.

Pamięć robocza (inaczej nazywana operacyjną) odpowiada za jednoczesne przechowywanie i przetwarzanie informacji. Pamięć tę można porównać do pamięci komputera. Podobnie jak w naszych komputerach mała pojemność pamięci operacyjnej sprawia, że sprzęt działa powoli, a niektórych programów wręcz nie może uruchomić, tak samo dzieje się w naszym wędrującym zwykle umyśle. Trenowanie przytomności jest zatem niczym innym jak nieustannym rozbudowywaniem pamięci operacyjnej naszego wewnętrznego komputera. Bo umysł uwielbia się zajmować sobą, ciągle ruminować i marzyć, i dopiero samoświadomym, medytacyjnym wysiłkiem trzeba go sprowadzać do rzeczywistości, dokleić do teraźniejszości.

Tylko w momentach samoświadomości jesteśmy w pełni ludźmi, bo wtedy jesteśmy wolni. Samoświadomość daje nam możliwość działania bez szkody dla innych, bo tylko wolny człowiek daje wolność. A dlaczego napisałem o momentach samoświadomości? Czy nie byłoby lepiej trwać w tym stanie bezustannie? Nie wiem czy to możliwe, wątpię, a ponadto mam w głowie pewną kabalistyczną przypowieść. Mówi ona, że Bóg patrzy na wszystko, zna wszystko i nad wszystkim panuje. Jak zatem człowiek może być wolny – pyta kabalista? Otóż może być wolny tylko w tych chwilach, gdy Bóg przymyka oczy. To najpiękniejsza przypowieść o samoświadomości jaką znam.

Gdy pisałem te słowa, z mojej pamięci wychynęło wspomnienie tego, w jakich okolicznościach ją po raz pierwszy usłyszałem. Było to w sierpniu 1997 roku, w letniskowej mieścinie pod Warszawą nazywającej się Urle, w czasie dyskusji na moim doktoratem, którą prowadziłem z moim promotorem, profesorem Andrzejem Wiercińskim. On wówczas, w niepamiętnym już teraz kontekście, przytoczył ową przypowieść. Tak, pamięć zachowuje tylko chwile samoświadomości.

O południu życia

Wszyscy znają frazę z Horacego: Carpe diem. Zwykle jest tłumaczona jako „chwytaj dzień”. Jednak łacińskie carpo odnosi się do znacznie łagodniejszego działania, które można powiązać z kwiatem albo owocem. Można by powiedzieć, że chodzi o rozkoszowanie się czymś, a nie o zawładnięcie. Horacy nam mówi: nie chwytaj dnia kurczowo, tylko dlatego że przemija zbyt szybko, raczej smakuj go niczym owoc rozpływający się w twoich ustach, albo wąchaj jak spotkany przy drodze kwiat, którego nie zrywasz. Uwolnij się od pokusy posiadania chwili, bądź w niej, a potem pozwól jej odpłynąć, niczego nie oczekując. Bo Horacy pisze też: Quam minimum credula postero – „jak najmniej ufaj przyszłości”; pozostań w teraźniejszości, bo nie ma niczego poza nią.

Tak się właśnie teraz czuję, siedząc na balkonie pogrążony w lekturze dobrej książki; podnoszę oczy, rozkoszując się błękitem nieba, i wiem, że jestem w południu mojego życia. Słońce stoi w zenicie, nic mi nie brakuje, niczego nie chcę, do niczego nie dążę. Jest południe, jestem spokojny, spełniony, żadne niepokojące myśli nie nawiedzają mojego umysłu. Spoglądam w górę, mrużę oczy w słonecznym blasku, czuję ciepło na skórze, jest cicho, i wiem, dobrze wiem, że nic mi więcej nie potrzeba.

O ego raz jeszcze

W 1998 roku Matthew Botvinick i Jonathan Cohen, psychiatrzy z uniwersytetu w Pittsburghu, przeprowadzili słynny eksperyment z użyciem gumowej ręki. Badani obserwowali leżącą przed nimi gumową rękę, podczas gdy ich własna była zasłonięta ekranem. Pozostająca na widoku ręka gumowa i ręka rzeczywista na ekranem były jednocześnie dotykane. Okazało się, że w krótkim czasie, nawet jednej minuty, gumowa ręką zaczynała być odczuwana jako własna i badana osoba doznawała kolejnych dotknięć jako odczuwanych w niej. Badacze wykazali w ten sposób, że ludzka świadomość ma wrodzoną tendencję do budowania pewnego obrazu całości swojego ciała, do tworzenia jego wyobrażenia poprzez inkorporowanie wszelkich doznań zmysłowych. Ta tendencja odnosi się także do wszelkich innych cech, nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Na ich podstawie budujemy obraz siebie, który nazywamy zwykle ego. Jego istotą jest to, że powstaje wtedy, gdy do obrazu samych siebie włączymy swoje akty poznania samych siebie! Tak zaistniałe ego odpowiada (i jest wyrazem) za nasze poczucie „mojości”: mamy nasze myśli, nasze uczucia, nasze ciało.

Jak dobrze wiemy, zmysły człowieka prezentują tylko bardzo ograniczony wycinek rzeczywistości fizycznej. Funkcjonująca w oparciu o nie świadomość jest bardziej organem selekcji informacji przychodzących ze świata niż jego poznawania. Na tych wąskich podstawach jest budowane naszego ego. Służy ono dobrze przetrwaniu jednostki, ale nie poznaniu tego, jaka jest rzeczywistość, która ją otacza. Ego to druga strona monety, której pierwszą stroną jest obraz świata, jaki tworzy nasza świadomość z tak niepełnych danych. Ego jest sposobem konceptualizacji tego cząstkowego doświadczenia, ale jest też dążnością, by do tego cząstkowego doświadczenia włączać to wszystko, co odnosi się do ciała, jak to pokazuje eksperyment z gumową ręką. Konceptualizacja prowadzi do wytworzenia pojęcia, a pojęcie to coś, co „pojmuje” jakąś treść, to inkorporacja naszego doświadczenia w obręb świadomości, a zatem w bardzo ograniczony sposób. Ego jest takim właśnie pojęciem, centralnym pojęciem, wokół którego grupują się inne pojęcia kształtujące nasz odbiór rzeczywistości. Technicznie można je określić mianem metareprezentacji nadbudowanej na prezentacjach obrazów rzeczywistości w naszym mózgu. Wydaje się, że dążenie do integracji obrazu rzeczywistości, stworzenie całości z mnóstwa odrębnych doznań zmysłowych jest jedną z najważniejszych funkcji naszego umysłu. Jednak to ona właśnie doprowadziła do powstania ego jako fenomenalnego wyrazu owej integracji, który wyodrębnił się od pozostałych treści świadomości, poczynając swe istnienie w pętli samoodniesienia.

Ujmując to w innej metaforyce – ego to swego rodzaju okno, przez które patrzymy na świat, ale którego nie jesteśmy świadomi – ta nieświadomość to właśnie to, co czujemy jako „ja jestem”. Ego to obraz, który nie jest świadom sam siebie jako obrazu. Dlatego poszerzenie świadomość, na przykład w czasie praktyk medytacyjnych, powoduje, iż ego zanika, stając się tylko tym, czym zawsze było: strumieniem wrażeń, jak o tym pisał David Hume. Jawi się wtedy jako jako błąd poznawczy i rozpoznane jako takie odchodzi. Błąd ten ma wszelako swoją podstawę, w której jest dobrze ugruntowany, jest zatem w pewnym sensie błędem nieuniknionym. Podstawą tą jest nasze ciało. Bez nieustannego, trwającego całe życie dopływu bodźców z i za pośrednictwem ciała, ego by nie zaistniało. Spory wpływ na jego powstanie mają też inni ludzie, sami wyposażeni w ego i spoglądający na nas od kołyski jako na ludzi wyposażonych w ego. Relacje społeczne są bowiem silnym czynnikiem współgenerującym ego w jednostce. Jak pisał Arystoteles, jesteśmy zwierzęciem społecznym, a poza wspólnotą polis człowiek jest zwierzęciem albo bogiem.

Czy możliwe jest inne funkcjonowanie świadomości niż to oparte na ego? Co najmniej od czasów Upaniszad na taką możliwość wskazywały rozliczne tradycje duchowe. Rozmaite wybitne jednostki, takie jak Budda, rozpoznawały, że możliwie jest osiągnięcie transegoicznej podmiotowości, świadomości niedualnej, opisywanej w upaniszadzie Mandukja jak stan czwarty (turija). A w naszych czasach C.G. Jung pisał o jaźni, archetypie całości psychicznej, ujmując w tym pojęciu stan dynamicznej jedności świadomości i nieświadomości, relatywizujący ego, przenoszący je z roli podmiotu psychiki do statusu przedmiotu danego świadomości. Ego to niesamowite osiągnięcie ewolucji, musi jednak być przekroczone, gdyż jest tylko ograniczonym ewolucyjnie sposobem na osiągnięcie jedności obrazu świata. W doświadczeniach medytacyjnych i mistycznych zostaje ono zniesione. Nie zanika całkiem, ale zajmuje swoją właściwą pozycję, jako jedno z pojęć pomiędzy innymi pojęciami zaludniającymi nasz umysł.

O pociesze

To, że każda religia daje pociechę, jest oczywiste. Po to wszak pojawiły się w tym świecie. Idę o zakład, że również każda filozofia, nawet podobno takich pesymistów jak Schopenhauer czy Cioran, daje pociechę. Także nauka jest pełna pociechy w swym dążeniu do intersubiektywnej prawdy i w pragmatyzmie techniki. A cóż innego jak pociecha przyciąga wrażliwe na piękno jednostki do sztuki? Wbrew Freudowi, cała kultura jest źródłem pociechy. Ale ultymatywną pociechą jest samobójstwo – skoro nie mogę nigdzie znaleźć pociechy, niech chociaż nie odczuwam jej braku. Wszystko zatem, co czyni człowiek, jest albo pociechą albo ma na celu pociechę. Życie to nie przeciwstawianie się entropii (a jak wskazuje współczesna nauka, entropia nie jest tak straszna, jak ją Boltzmann malował – cóż za pociecha!), o nie! – życie to pęd ku pociesze. Jeżeli tak zdefiniujemy życie, bezprzedmiotowe staje się pytanie: „Dlaczego ludzie muszą mieć coś, co ich pociesza?” Po zadaniu takiego pytania świat staje się zagadką, a życie na nim zaczyna tak nieznośnie uwierać, że szukamy natychmiastowej… pociechy.

Pociecha, o ile ma być prawdziwa, musi być skuteczna. Najbardziej efektywne pod tym względem wydaje się być całkowite wstrzymywanie się od zadawania pytań metafizycznych. Pytań metafizycznych nie stawiamy sobie w dwu przypadkach: albo gdy jesteśmy dżdżownicą lub też gdy metodycznie powstrzymujemy się od zadawania takich pytań. To drugie oznacza powstrzymywanie się od myślenia w ogóle. Dlatego dionizyjska mądrość Greków mówiła, że najlepiej człowiekowi nie narodzić się w ogóle, a już narodzonym zalecała jak najszybszą śmierć; natomiast apollińska mądrość Hindusów zachwalała natychmiastową nirwanę. Co do chrześcijan, dobry chrześcijanin to chrześcijanin, który nie myśli. Każdy szuka pociechy – jednym wystarcza soczyste przekleństwo, inni nie spoczną, póki nie stworzą totalnego systemu metafizycznego czy religijnego.

Oto, co mam do powiedzenia: nieustanne zapytywanie naprawdę nic nie daje. Jest tylko jeden świat, tylko jedno rozwiązanie, tylko jeden wysiłek. W średniowieczu wystarczyło stwierdzić ora et labora; dzisiaj wybór dróg życia jest obfitszy. W każdym razie pociechę z ust Epikura odnośnie bogów i śmierci należy stosować notorycznie i nie pytać wciąż „kto” lub „co” zrzuciło cegłę na naszą głowę. Świat nasz, tak żywo pulsujący w czasie i przestrzeni, odznacza się bowiem pewną piękną koniecznością, koniecznością faktu. Gdyby nią nie dysponował, nie moglibyśmy go podziwiać. Umysł ludzki jest wyposażony mocą tej konieczności w zdolność do wybiegania w przyszłość; może przewidywać, ale przewidywaniu temu podlegają jedynie możliwości. Otóż pociecha to nic innego jak możliwość, co do której żywimy nadzieję, że stanie się faktem. Prawie wszyscy ludzie są tak niecierpliwi, że to, co daje im pociechę uznają za fakt, popełniając niewybaczalny błąd przejścia od możliwości do faktyczności. Mechanizm ten można nazwać ideologizacją pociechy, tj. uznaniem jej za rzeczywistość, czyli za coś, co może być przyczyną naszych czynów. Pociecha powinna jednak zostać jedynie możliwością, czystą potencjalnością, gdyż inaczej wyradza się w lęk przed rzeczywistością.

Jakie zatem jest wyjście? Tylko powstrzymanie się od wszelkich pociech może dać, by tak rzec, ostateczną pociechę. To eschatologiczne epoche, stanowiącepodstawowy warunek dobrego życia. A zatem, podsumowując, nie ma żadnej pociechy, shit happens, a paragraf 22 obowiązuje. Nad portalem kobiecego łona, przez które wchodzimy na ten świat, winien widnieć napis: Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate. Każdy bowiem, kto świadomie na ten świat patrzy, nie pragnie żadnej pociechy, a interesuje go tylko jedna rzecz: to, jak najszybciej ten świat opuścić. Nie przez samobójstwo czy inną głupotę, ale przez rozpoznanie, że nie ma nikogo, kto miałby pragnąć jakiejkolwiek pociechy.

O esencji miłości

Pisałem już o zakochaniu. Jest ono prostym odzwierciedleniem, wzajemną projekcją. Miłość jest niewyobrażalnie trudniejszym tematem, spróbuję jednak coś o niej powiedzieć. Jeśli podejmując to zdanie polegnę, proszę mi wybaczyć. Jednak spróbuję. Istota miłości polega na tym, że przyjmujemy, akceptujemy drugiego człowieka. Należy jednak dokładniej powiedzieć, na czym to przyjęcie polega. Przyjmujemy kochanego przez stworzenie mu w naszym wnętrzu przestrzeni, do której on może wejść, zagościć się w niej i rozwinąć; a być może także zakwitnąć i przynieść owoc. I teraz to, co najważniejsze – taka miłość tworzy się przez akt ustąpienia, cofnięcia się w siebie i dania miejsca ukochanej. Jak matka czyni w swym ciele miejsce dla dziecka, tak osoba kochająca tworzy w sobie miejsce, w którym przyjmuje ukochaną. Jakaś część matki umiera i zmartwychwstaje w dziecku. Podobnie dzieje się w miłości do partnerki czy partnera. Miłość to nie wyjście ze swoimi pragnieniami do drugiej osoby, to ruch wprost przeciwny; to zapewnienie wolności, wewnętrzne przyzwolenie na to, by osoba kochana urzeczywistniała siebie w naszym związku. Bowiem miłość to pozwolenie na to, by kochana osoba powróciła do siebie, poznała siebie. Pomimo wszelkich podziałów i różnic.

Jak przebiega dynamika miłości? Jak rozgrywa ona ową wydawałoby się nierozwiązywalną kwestię oddzielenia i samoistności kochających się osób? Opowiem pewną historię. Powiedziane jest, że czas i przestrzeń są przyczyną cierpień, a wielość jest przyczyną sporów. Chasyd mówi: na świecie jest mało miejsca, bo jeden chce wejść na miejsce drugiego. Biorę zatem jabłko, tak piękne, że aż przykro zjeść je samemu. Podaję je mej ukochanej, piękne i dar. Jej oczy się śmieją, a ręce ukochanej d z i e l ą otrzymany dar – dla m n i e i dla n i e j. Podaje mi swoją c z ę ś ć, sięgając dłonią poprzez c z a s i p r z e s t r z e ń ku mnie. Rozkoszujemy się smakiem o b o k siebie. Tak niewiele potrzeba by dzięki wielości odkryć jedność.

A skoro jesteśmy przy chasydyzmie to pójdźmy dalej i nieco dawniej. W kabale Izaaka Lurii centralne miejsce zajmuje pojęcie cimcum, które należy rozumieć jako wycofywanie się Boga z jakiegoś miejsca, po to by świat mógł powstać. Świat mógł zostać stworzony tylko dlatego, że Bóg się w pewnym sensie skurczył, odszedł do własnego wnętrza. I to jest najdoskonalsza metafora miłości. Bóg kocha swoje stworzenie, a by mogło ono w ogóle zaistnieć i rozkwitnąć, daje mu miejsce w sobie ku temu. W ten sposób chroni stworzenie przed rozpłynięciem się w nim. Bóg jest w tym ujęciu matką, która daje miejsce swemu dziecku. Podobnie kochający daje miejsce kochanej, by była sobą, by realizowała swe najistotniejsze pragnienia. Kochający woła do kochanej: „Stań się sobą!” Bo miłość jest aktem stworzenia, a akt stworzenia jest aktem ofiary. Dzisiaj psychologowie mówią o dawaniu przestrzeni, ale chcę pokazać, że metafora przestrzeni to o wiele głębsza i starsza idea, sięgająca swoimi korzeniami archetypowego podłoża naszej psychiki. Bo miłość to coś większego niż tylko ty i ja.

To czyni miłość tak trudną. Mężczyźni zwykle się szybciej zakochują, ale miłość jest dla nich wyzwaniem, wyzwaniem dla ich ego. A że współcześnie są bardzo niepewni i krusi, kochać nie potrafią, otorbiają się w sobie. Zwykle rozumieją miłość jako branie – i giną od tego. Kobiety, potencjalne matki, kochają ustępując i dając siebie. Mężczyzna jest dla nich niczym dziecko (z czego mężczyźni tak często korzystają!), dają mu miejsce w sobie, a czasem nawet dają całą siebie, zapominając o sobie i swoich potrzebach („bo faceci tak mają” ). Zwykle rozumieją miłość jako dawanie – i giną od tego. Obydwie postawy niszczą każdy zalążek miłości. Bo miłość to zespolenie dwu pierwiastków, opisywanych w taoizmie jako yin-yang, to pełen radosnej dynamiki taniec dawania i brania, tworzący nową jakość, jaką jest my.

O plemienności

Neurobiolog David Eagelman stosując technikę fMRI przeanalizował aktywność mózgową osób oglądających filmy, na których widoczne były dłonie ludzi nakłuwane igłą. Kiedy nakłuwana była dłoń osoby będącej tego samego wyznania co badany, obszar mózgu odpowiedzialny za reakcję na ból był bardziej aktywny niż wtedy, gdy dłoń należała do osoby innego wyznania. Możemy to zrozumieć – „biją naszych”. Ale nawet gdy grupy tworzono w sposób całkowicie arbitralny, na przykład przez rzut monetą, na chwilę przed rozpoczęciem badania, reakcja mózgu na osobę z „mojej” grupy też była zdecydowanie silniejsza.

Psychologowie wyciągają z takich badań prosty wniosek – jesteśmy mniej empatyczni wobec osób nie należących do naszej grupy, których postrzegamy jako „innych”, choćby kryterium owej „inności” było banalne i wydumane. Uwielbiamy być częścią grupy i konkurować z inną grupą, jak to pokazują liczne eksperymenty z zakresu psychologii społecznej. Plemienność (trybalizm) wydaje się być genetycznie wdrukowana w ludzki umysł. W imię przynależności do grupy jesteśmy gotowi odpuścić sobie osobistą moralność i przestać myśleć samodzielnie, poddając się psychologii „my kontra oni”.

Eksperyment Eagelmana wskazuje na to, że pomimo tego, iż każdy nas jest odrębny, zamknięty we własnej kapsule ze skóry, to na najbardziej podstawowym, nieświadomym poziomie czujemy i stanowimy jedność z innymi ludźmi. To piękne, ale niestety owa jedność ogranicza się do grupy, plemienia, hordy. Czy jednak tak trudno sobie wyobrazić człowieka, który reaguje tak samo bez względu na to, czy ktoś przynależy do jego grupy czy nie? Chyba dopiero o kimś takim można by powiedzieć, że jest w pełni człowiekiem. Egoiczne trwanie w odrębności od innych to podstawowa iluzja ontologiczna, którą dane jest nam przekroczyć tylko w chwilach ekstazy. A wtedy wszechświat staje się naszym przyjacielem (socius), jak pisał William James, czego efektem jest także to, że czujemy każde ukłucie.

O zakochaniu

Co dzieje się wtedy, gdy się zakochujemy? Wymyślamy sobie osobę z którą jesteśmy, tworzymy jej obraz, czerpiąc inspirację z paru cech realnej osoby, będącej obiektem naszego zakochania. Technicznie nazywa się to projekcją. Zakochanie to proces twórczy, to wykreowanie czegoś dotąd nie istniejącego, co pojawia się dopiero w relacji. Zakochujemy się zatem w wytworzonym przez nas obrazie, nie zauważając tych cech osobowości kochanej przez nas osoby, które nie są zgodne z tym obrazem. Obrazy mają nas ogromny wpływ, praktycznie nigdy nie znamy drugiego człowieka jako takiego, zawsze widzimy w nim tylko coś, co pragniemy zobaczyć. Nic dziwnego, że gdy związek przejdzie do fazy bliższego i dłuższego obcowania z kimś, w kim się zakochaliśmy, najczęściej dochodzi do tego, że zakochanie się kończy. Rzeczywistość tej osoby wtedy do nas dociera i nie możemy już dłużej żyć iluzją jej wspaniałego obrazu.

Ciekawe, że psychologowie ewolucyjni zwrócili uwagę, iż okres zakochania trwa dwa, trzy lata. A to jest dokładnie tyle, ile trzeba by dziecko, częsty owoc zakochania, stało się w miarę samodzielne. Do tego czasu dobrze było, twierdzą oni, by para była zespojona mocnym uczuciem, by wspólnie je wychowywać. Nie wiem, czy to jest trafne spostrzeżenie, czy przypadkowa zbieżność. W każdym razie tak to się dzieje, też w naszym świecie, który tak dalece odbiega od realiów życia naszych przodków z paleolitu. Ponadto mężczyźni, zwłaszcza młodsi, częściej się zakochują niż kobiety, w czym też widać mądrość ewolucji. Co prawda zwykle biorą za zakochanie stan wzmożonego popędu seksualnego, ale nie przeszkadza im to w snuciu wizji wspólnego życia, czy też raczej pożycia.

Co zatem może nastąpić, gdy para się zwiąże? Mamy tu dwie możliwości. Pierwsza z nich polega na tym, że para żyje razem, dostosowując się do standardów ogólnie obowiązujących w danej społeczności, tworząc dosyć nudne i pozbawione bliższych relacji stadło, jak to jest w większości takich związków. To patologia, ale tak powszechna, że uznawana jest za normę. Druga możliwość to oczywiście rozstanie się. Ale jest jeszcze trzecia. Nazywana jest ona najczęściej miłością. Nie wiem, czym jest miłość. Wiem tylko, że jest możliwa jedynie wtedy, gdy poznamy osobę kochaną taką, jaka ona jest. I zaakceptujemy ją. To trudne, rzadkie, ale być może możliwe. A ponadto – jeśli zakochanie to szukanie w drugim człowieku zaspokojenia swoich potrzeb, to miłość jest czymś odwrotnym – to zaspokajanie potrzeb kochanej osoby. To taka skromna, funkcjonalna definicja miłości. Może jednak nieco nam pomóc, gdy szukamy odpowiedzi na pytanie: Czy kocham?

O zachwycie

Jedno z najsłynniejszych wielkich powiedzeń (mahawakja) Upaniszad brzmi: „Tat tvam asi” – ty tym jesteś. Gdy czytamy upaniszadę Czhandogja poruszają nas słowa: „To jest dusza całego świata, to rzeczywistość, to atman, ty jesteś tym, Świetaketu!”. Brzmią one dla niektórych jak filozofia panteistyczna, ale nie to autor upaniszady miał na myśli. Lepiej jego intencje oddają słowa pewnego współczesnego hinduskiego guru, który rzekł: „Bóg mieszka w tobie jako ty”. Podobnymi słowy Hindusi sprzed tysięcy lat starali się oddać swoją intuicję rzeczywistości. A brzmi ona tak: rzeczywistość jest świadomością (pradźmanam brahma – świadomość jest brahmanem, co jest kolejnym wielkim powiedzeniem z Upaniszad). To, że Bóg jest mną nie jest wyrazem inflacji psychicznej, jest natomiast próbą wyrażenia słowami tego co niewyrażalne – że bez świadomości człowieka ten świat byłby tylko nagromadzeniem martwych brył materii. Tak, świadomość jest tym, co odczuwamy jako boskość, świętość. I nie chodzi tu o figury świadomości, ale o nią samą, która nadaje wszystkiemu poblask istnienia.

Badacz mitologii Joseph Campbell pisze:„W upaniszadach powiedziane jest, że gdy zachód słońca powoduje, iż zamierasz w zachwycie i mówisz ‘Ach!’, jest to rozpoznanie boskości. A kiedy mówisz ‘Ach!’ stojąc przed dziełem sztuki, to także jest rozpoznanie boskości. Czym jest ta boskość? To twoja boskość, jedyna istniejąca boskość. Wszyscy jesteśmy zjawiskowymi manifestacjami boskiej woli życia, a ta wola i świadomość życia jest w każdym z nas identyczna, i tą jedność właśnie wyraża dzieło sztuki”. W momencie zachwytu doświadczamy cudowności istnienia i to uczucie jest matrycą wszelkich doświadczeń mistycznych. Jest ono dostępne w nieznanym nam bliżej stopniu także naszym zwierzęcym kuzynom. Pewien badacz opisał stado pawianów, które w ciszy, przez ponad kwadrans, kontemplowało zachód Słońca. Gdy Słońce zaszło, nie przerywając ciszy, pawiany położyły się spać.

Narodziny świadomości, kiedyś u naszych zwierzęcych przodków, a potem w naszym gatunku to były narodziny zachwytu, uczucia stanowiącego pierwszą intuicję boskości. Zachwyt narodził się wcześniej niż nasze ego, i za każdym razem gdy go doświadczamy czujemy, że jesteśmy nieważni i nic nie znaczący wobec majestatu świata i jego piękna (oraz grozy). W momencie zachwytu już nic nie przeszkadza w podziwianiu świata, bo usuwa on ego. Jednak ludzie lgną do doświadczeń, pragną je zatrzymać i ponownie wywoływać. Zabrali się więc do tworzenia wyobrażeń, które by im udostępniały doświadczenie zachwytu na co dzień, na zawołanie. Powstały więc obrazy bogów, wyrafinowane koncepty, koany i modlitwy, świątynie i monastery – a wszystko po to, by mieć doświadczenie cudowności istnienia pod ręką.

Czy naprawdę się dziwimy, że pragnienia te spełzły na niczym, że wszelkie twory ludzkiej ręki i umysłu są tylko marnym ersatzem cudowności istnienia? Boskości w chwili zachwytu możemy doświadczyć tylko poza tym, co ludzkie. Campbell widzi ją także w sztuce, ale dla mnie jest to boskość wtórna, zapośredniczona przez naszą ludzką naturę. Sztuka jest bowiem zbyt ludzka, by zachwycać naprawdę. Świat sam w sobie odsłania się przed ludzką świadomością, czy ona tego chce czy nie chce, w sposób najdoskonalszy. Chmura na nieboskłonie wywołuje we mnie zachwyt, podobnie szum strumienia czy szafirowy połysk morza. Im dalej od tego co ludzkie, tym lepiej.