O południu życia

Wszyscy znają frazę z Horacego: Carpe diem. Zwykle jest tłumaczona jako „chwytaj dzień”. Jednak łacińskie carpo odnosi się do znacznie łagodniejszego działania, które można powiązać z kwiatem albo owocem. Można by powiedzieć, że chodzi o rozkoszowanie się czymś, a nie o zawładnięcie. Horacy nam mówi: nie chwytaj dnia kurczowo, tylko dlatego że przemija zbyt szybko, raczej smakuj go niczym owoc rozpływający się w twoich ustach, albo wąchaj jak spotkany przy drodze kwiat, którego nie zrywasz. Uwolnij się od pokusy posiadania chwili, bądź w niej, a potem pozwól jej odpłynąć, niczego nie oczekując. Bo Horacy pisze też: Quam minimum credula postero – „jak najmniej ufaj przyszłości”; pozostań w teraźniejszości, bo nie ma niczego poza nią.

Tak się właśnie teraz czuję, siedząc na balkonie pogrążony w lekturze dobrej książki; podnoszę oczy, rozkoszując się błękitem nieba, i wiem, że jestem w południu mojego życia. Słońce stoi w zenicie, nic mi nie brakuje, niczego nie chcę, do niczego nie dążę. Jest południe, jestem spokojny, spełniony, żadne niepokojące myśli nie nawiedzają mojego umysłu. Spoglądam w górę, mrużę oczy w słonecznym blasku, czuję ciepło na skórze, jest cicho, i wiem, dobrze wiem, że nic mi więcej nie potrzeba.

O ego raz jeszcze

W 1998 roku Matthew Botvinick i Jonathan Cohen, psychiatrzy z uniwersytetu w Pittsburghu, przeprowadzili słynny eksperyment z użyciem gumowej ręki. Badani obserwowali leżącą przed nimi gumową rękę, podczas gdy ich własna była zasłonięta ekranem. Pozostająca na widoku ręka gumowa i ręka rzeczywista na ekranem były jednocześnie dotykane. Okazało się, że w krótkim czasie, nawet jednej minuty, gumowa ręką zaczynała być odczuwana jako własna i badana osoba doznawała kolejnych dotknięć jako odczuwanych w niej. Badacze wykazali w ten sposób, że ludzka świadomość ma wrodzoną tendencję do budowania pewnego obrazu całości swojego ciała, do tworzenia jego wyobrażenia poprzez inkorporowanie wszelkich doznań zmysłowych. Ta tendencja odnosi się także do wszelkich innych cech, nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Na ich podstawie budujemy obraz siebie, który nazywamy zwykle ego. Jego istotą jest to, że powstaje wtedy, gdy do obrazu samych siebie włączymy swoje akty poznania samych siebie! Tak zaistniałe ego odpowiada (i jest wyrazem) za nasze poczucie „mojości”: mamy nasze myśli, nasze uczucia, nasze ciało.

Jak dobrze wiemy, zmysły człowieka prezentują tylko bardzo ograniczony wycinek rzeczywistości fizycznej. Funkcjonująca w oparciu o nie świadomość jest bardziej organem selekcji informacji przychodzących ze świata niż jego poznawania. Na tych wąskich podstawach jest budowane naszego ego. Służy ono dobrze przetrwaniu jednostki, ale nie poznaniu tego, jaka jest rzeczywistość, która ją otacza. Ego to druga strona monety, której pierwszą stroną jest obraz świata, jaki tworzy nasza świadomość z tak niepełnych danych. Ego jest sposobem konceptualizacji tego cząstkowego doświadczenia, ale jest też dążnością, by do tego cząstkowego doświadczenia włączać to wszystko, co odnosi się do ciała, jak to pokazuje eksperyment z gumową ręką. Konceptualizacja prowadzi do wytworzenia pojęcia, a pojęcie to coś, co „pojmuje” jakąś treść, to inkorporacja naszego doświadczenia w obręb świadomości, a zatem w bardzo ograniczony sposób. Ego jest takim właśnie pojęciem, centralnym pojęciem, wokół którego grupują się inne pojęcia kształtujące nasz odbiór rzeczywistości. Technicznie można je określić mianem metareprezentacji nadbudowanej na prezentacjach obrazów rzeczywistości w naszym mózgu. Wydaje się, że dążenie do integracji obrazu rzeczywistości, stworzenie całości z mnóstwa odrębnych doznań zmysłowych jest jedną z najważniejszych funkcji naszego umysłu. Jednak to ona właśnie doprowadziła do powstania ego jako fenomenalnego wyrazu owej integracji, który wyodrębnił się od pozostałych treści świadomości, poczynając swe istnienie w pętli samoodniesienia.

Ujmując to w innej metaforyce – ego to swego rodzaju okno, przez które patrzymy na świat, ale którego nie jesteśmy świadomi – ta nieświadomość to właśnie to, co czujemy jako „ja jestem”. Ego to obraz, który nie jest świadom sam siebie jako obrazu. Dlatego poszerzenie świadomość, na przykład w czasie praktyk medytacyjnych, powoduje, iż ego zanika, stając się tylko tym, czym zawsze było: strumieniem wrażeń, jak o tym pisał David Hume. Jawi się wtedy jako jako błąd poznawczy i rozpoznane jako takie odchodzi. Błąd ten ma wszelako swoją podstawę, w której jest dobrze ugruntowany, jest zatem w pewnym sensie błędem nieuniknionym. Podstawą tą jest nasze ciało. Bez nieustannego, trwającego całe życie dopływu bodźców z i za pośrednictwem ciała, ego by nie zaistniało. Spory wpływ na jego powstanie mają też inni ludzie, sami wyposażeni w ego i spoglądający na nas od kołyski jako na ludzi wyposażonych w ego. Relacje społeczne są bowiem silnym czynnikiem współgenerującym ego w jednostce. Jak pisał Arystoteles, jesteśmy zwierzęciem społecznym, a poza wspólnotą polis człowiek jest zwierzęciem albo bogiem.

Czy możliwe jest inne funkcjonowanie świadomości niż to oparte na ego? Co najmniej od czasów Upaniszad na taką możliwość wskazywały rozliczne tradycje duchowe. Rozmaite wybitne jednostki, takie jak Budda, rozpoznawały, że możliwie jest osiągnięcie transegoicznej podmiotowości, świadomości niedualnej, opisywanej w upaniszadzie Mandukja jak stan czwarty (turija). A w naszych czasach C.G. Jung pisał o jaźni, archetypie całości psychicznej, ujmując w tym pojęciu stan dynamicznej jedności świadomości i nieświadomości, relatywizujący ego, przenoszący je z roli podmiotu psychiki do statusu przedmiotu danego świadomości. Ego to niesamowite osiągnięcie ewolucji, musi jednak być przekroczone, gdyż jest tylko ograniczonym ewolucyjnie sposobem na osiągnięcie jedności obrazu świata. W doświadczeniach medytacyjnych i mistycznych zostaje ono zniesione. Nie zanika całkiem, ale zajmuje swoją właściwą pozycję, jako jedno z pojęć pomiędzy innymi pojęciami zaludniającymi nasz umysł.

O pociesze

To, że każda religia daje pociechę, jest oczywiste. Po to wszak pojawiły się w tym świecie. Idę o zakład, że również każda filozofia, nawet podobno takich pesymistów jak Schopenhauer czy Cioran, daje pociechę. Także nauka jest pełna pociechy w swym dążeniu do intersubiektywnej prawdy i w pragmatyzmie techniki. A cóż innego jak pociecha przyciąga wrażliwe na piękno jednostki do sztuki? Wbrew Freudowi, cała kultura jest źródłem pociechy. Ale ultymatywną pociechą jest samobójstwo – skoro nie mogę nigdzie znaleźć pociechy, niech chociaż nie odczuwam jej braku. Wszystko zatem, co czyni człowiek, jest albo pociechą albo ma na celu pociechę. Życie to nie przeciwstawianie się entropii (a jak wskazuje współczesna nauka, entropia nie jest tak straszna, jak ją Boltzmann malował – cóż za pociecha!), o nie! – życie to pęd ku pociesze. Jeżeli tak zdefiniujemy życie, bezprzedmiotowe staje się pytanie: „Dlaczego ludzie muszą mieć coś, co ich pociesza?” Po zadaniu takiego pytania świat staje się zagadką, a życie na nim zaczyna tak nieznośnie uwierać, że szukamy natychmiastowej… pociechy.

Pociecha, o ile ma być prawdziwa, musi być skuteczna. Najbardziej efektywne pod tym względem wydaje się być całkowite wstrzymywanie się od zadawania pytań metafizycznych. Pytań metafizycznych nie stawiamy sobie w dwu przypadkach: albo gdy jesteśmy dżdżownicą lub też gdy metodycznie powstrzymujemy się od zadawania takich pytań. To drugie oznacza powstrzymywanie się od myślenia w ogóle. Dlatego dionizyjska mądrość Greków mówiła, że najlepiej człowiekowi nie narodzić się w ogóle, a już narodzonym zalecała jak najszybszą śmierć; natomiast apollińska mądrość Hindusów zachwalała natychmiastową nirwanę. Co do chrześcijan, dobry chrześcijanin to chrześcijanin, który nie myśli. Każdy szuka pociechy – jednym wystarcza soczyste przekleństwo, inni nie spoczną, póki nie stworzą totalnego systemu metafizycznego czy religijnego.

Oto, co mam do powiedzenia: nieustanne zapytywanie naprawdę nic nie daje. Jest tylko jeden świat, tylko jedno rozwiązanie, tylko jeden wysiłek. W średniowieczu wystarczyło stwierdzić ora et labora; dzisiaj wybór dróg życia jest obfitszy. W każdym razie pociechę z ust Epikura odnośnie bogów i śmierci należy stosować notorycznie i nie pytać wciąż „kto” lub „co” zrzuciło cegłę na naszą głowę. Świat nasz, tak żywo pulsujący w czasie i przestrzeni, odznacza się bowiem pewną piękną koniecznością, koniecznością faktu. Gdyby nią nie dysponował, nie moglibyśmy go podziwiać. Umysł ludzki jest wyposażony mocą tej konieczności w zdolność do wybiegania w przyszłość; może przewidywać, ale przewidywaniu temu podlegają jedynie możliwości. Otóż pociecha to nic innego jak możliwość, co do której żywimy nadzieję, że stanie się faktem. Prawie wszyscy ludzie są tak niecierpliwi, że to, co daje im pociechę uznają za fakt, popełniając niewybaczalny błąd przejścia od możliwości do faktyczności. Mechanizm ten można nazwać ideologizacją pociechy, tj. uznaniem jej za rzeczywistość, czyli za coś, co może być przyczyną naszych czynów. Pociecha powinna jednak zostać jedynie możliwością, czystą potencjalnością, gdyż inaczej wyradza się w lęk przed rzeczywistością.

Jakie zatem jest wyjście? Tylko powstrzymanie się od wszelkich pociech może dać, by tak rzec, ostateczną pociechę. To eschatologiczne epoche, stanowiącepodstawowy warunek dobrego życia. A zatem, podsumowując, nie ma żadnej pociechy, shit happens, a paragraf 22 obowiązuje. Nad portalem kobiecego łona, przez które wchodzimy na ten świat, winien widnieć napis: Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate. Każdy bowiem, kto świadomie na ten świat patrzy, nie pragnie żadnej pociechy, a interesuje go tylko jedna rzecz: to, jak najszybciej ten świat opuścić. Nie przez samobójstwo czy inną głupotę, ale przez rozpoznanie, że nie ma nikogo, kto miałby pragnąć jakiejkolwiek pociechy.

O esencji miłości

Pisałem już o zakochaniu. Jest ono prostym odzwierciedleniem, wzajemną projekcją. Miłość jest niewyobrażalnie trudniejszym tematem, spróbuję jednak coś o niej powiedzieć. Jeśli podejmując to zdanie polegnę, proszę mi wybaczyć. Jednak spróbuję. Istota miłości polega na tym, że przyjmujemy, akceptujemy drugiego człowieka. Należy jednak dokładniej powiedzieć, na czym to przyjęcie polega. Przyjmujemy kochanego przez stworzenie mu w naszym wnętrzu przestrzeni, do której on może wejść, zagościć się w niej i rozwinąć; a być może także zakwitnąć i przynieść owoc. I teraz to, co najważniejsze – taka miłość tworzy się przez akt ustąpienia, cofnięcia się w siebie i dania miejsca ukochanej. Jak matka czyni w swym ciele miejsce dla dziecka, tak osoba kochająca tworzy w sobie miejsce, w którym przyjmuje ukochaną. Jakaś część matki umiera i zmartwychwstaje w dziecku. Podobnie dzieje się w miłości do partnerki czy partnera. Miłość to nie wyjście ze swoimi pragnieniami do drugiej osoby, to ruch wprost przeciwny; to zapewnienie wolności, wewnętrzne przyzwolenie na to, by osoba kochana urzeczywistniała siebie w naszym związku. Bowiem miłość to pozwolenie na to, by kochana osoba powróciła do siebie, poznała siebie. Pomimo wszelkich podziałów i różnic.

Jak przebiega dynamika miłości? Jak rozgrywa ona ową wydawałoby się nierozwiązywalną kwestię oddzielenia i samoistności kochających się osób? Opowiem pewną historię. Powiedziane jest, że czas i przestrzeń są przyczyną cierpień, a wielość jest przyczyną sporów. Chasyd mówi: na świecie jest mało miejsca, bo jeden chce wejść na miejsce drugiego. Biorę zatem jabłko, tak piękne, że aż przykro zjeść je samemu. Podaję je mej ukochanej, piękne i dar. Jej oczy się śmieją, a ręce ukochanej d z i e l ą otrzymany dar – dla m n i e i dla n i e j. Podaje mi swoją c z ę ś ć, sięgając dłonią poprzez c z a s i p r z e s t r z e ń ku mnie. Rozkoszujemy się smakiem o b o k siebie. Tak niewiele potrzeba by dzięki wielości odkryć jedność.

A skoro jesteśmy przy chasydyzmie to pójdźmy dalej i nieco dawniej. W kabale Izaaka Lurii centralne miejsce zajmuje pojęcie cimcum, które należy rozumieć jako wycofywanie się Boga z jakiegoś miejsca, po to by świat mógł powstać. Świat mógł zostać stworzony tylko dlatego, że Bóg się w pewnym sensie skurczył, odszedł do własnego wnętrza. I to jest najdoskonalsza metafora miłości. Bóg kocha swoje stworzenie, a by mogło ono w ogóle zaistnieć i rozkwitnąć, daje mu miejsce w sobie ku temu. W ten sposób chroni stworzenie przed rozpłynięciem się w nim. Bóg jest w tym ujęciu matką, która daje miejsce swemu dziecku. Podobnie kochający daje miejsce kochanej, by była sobą, by realizowała swe najistotniejsze pragnienia. Kochający woła do kochanej: „Stań się sobą!” Bo miłość jest aktem stworzenia, a akt stworzenia jest aktem ofiary. Dzisiaj psychologowie mówią o dawaniu przestrzeni, ale chcę pokazać, że metafora przestrzeni to o wiele głębsza i starsza idea, sięgająca swoimi korzeniami archetypowego podłoża naszej psychiki. Bo miłość to coś większego niż tylko ty i ja.

To czyni miłość tak trudną. Mężczyźni zwykle się szybciej zakochują, ale miłość jest dla nich wyzwaniem, wyzwaniem dla ich ego. A że współcześnie są bardzo niepewni i krusi, kochać nie potrafią, otorbiają się w sobie. Zwykle rozumieją miłość jako branie – i giną od tego. Kobiety, potencjalne matki, kochają ustępując i dając siebie. Mężczyzna jest dla nich niczym dziecko (z czego mężczyźni tak często korzystają!), dają mu miejsce w sobie, a czasem nawet dają całą siebie, zapominając o sobie i swoich potrzebach („bo faceci tak mają” ). Zwykle rozumieją miłość jako dawanie – i giną od tego. Obydwie postawy niszczą każdy zalążek miłości. Bo miłość to zespolenie dwu pierwiastków, opisywanych w taoizmie jako yin-yang, to pełen radosnej dynamiki taniec dawania i brania, tworzący nową jakość, jaką jest my.

O plemienności

Neurobiolog David Eagelman stosując technikę fMRI przeanalizował aktywność mózgową osób oglądających filmy, na których widoczne były dłonie ludzi nakłuwane igłą. Kiedy nakłuwana była dłoń osoby będącej tego samego wyznania co badany, obszar mózgu odpowiedzialny za reakcję na ból był bardziej aktywny niż wtedy, gdy dłoń należała do osoby innego wyznania. Możemy to zrozumieć – „biją naszych”. Ale nawet gdy grupy tworzono w sposób całkowicie arbitralny, na przykład przez rzut monetą, na chwilę przed rozpoczęciem badania, reakcja mózgu na osobę z „mojej” grupy też była zdecydowanie silniejsza.

Psychologowie wyciągają z takich badań prosty wniosek – jesteśmy mniej empatyczni wobec osób nie należących do naszej grupy, których postrzegamy jako „innych”, choćby kryterium owej „inności” było banalne i wydumane. Uwielbiamy być częścią grupy i konkurować z inną grupą, jak to pokazują liczne eksperymenty z zakresu psychologii społecznej. Plemienność (trybalizm) wydaje się być genetycznie wdrukowana w ludzki umysł. W imię przynależności do grupy jesteśmy gotowi odpuścić sobie osobistą moralność i przestać myśleć samodzielnie, poddając się psychologii „my kontra oni”.

Eksperyment Eagelmana wskazuje na to, że pomimo tego, iż każdy nas jest odrębny, zamknięty we własnej kapsule ze skóry, to na najbardziej podstawowym, nieświadomym poziomie czujemy i stanowimy jedność z innymi ludźmi. To piękne, ale niestety owa jedność ogranicza się do grupy, plemienia, hordy. Czy jednak tak trudno sobie wyobrazić człowieka, który reaguje tak samo bez względu na to, czy ktoś przynależy do jego grupy czy nie? Chyba dopiero o kimś takim można by powiedzieć, że jest w pełni człowiekiem. Egoiczne trwanie w odrębności od innych to podstawowa iluzja ontologiczna, którą dane jest nam przekroczyć tylko w chwilach ekstazy. A wtedy wszechświat staje się naszym przyjacielem (socius), jak pisał William James, czego efektem jest także to, że czujemy każde ukłucie.

O zakochaniu

Co dzieje się wtedy, gdy się zakochujemy? Wymyślamy sobie osobę z którą jesteśmy, tworzymy jej obraz, czerpiąc inspirację z paru cech realnej osoby, będącej obiektem naszego zakochania. Technicznie nazywa się to projekcją. Zakochanie to proces twórczy, to wykreowanie czegoś dotąd nie istniejącego, co pojawia się dopiero w relacji. Zakochujemy się zatem w wytworzonym przez nas obrazie, nie zauważając tych cech osobowości kochanej przez nas osoby, które nie są zgodne z tym obrazem. Obrazy mają nas ogromny wpływ, praktycznie nigdy nie znamy drugiego człowieka jako takiego, zawsze widzimy w nim tylko coś, co pragniemy zobaczyć. Nic dziwnego, że gdy związek przejdzie do fazy bliższego i dłuższego obcowania z kimś, w kim się zakochaliśmy, najczęściej dochodzi do tego, że zakochanie się kończy. Rzeczywistość tej osoby wtedy do nas dociera i nie możemy już dłużej żyć iluzją jej wspaniałego obrazu.

Ciekawe, że psychologowie ewolucyjni zwrócili uwagę, iż okres zakochania trwa dwa, trzy lata. A to jest dokładnie tyle, ile trzeba by dziecko, częsty owoc zakochania, stało się w miarę samodzielne. Do tego czasu dobrze było, twierdzą oni, by para była zespojona mocnym uczuciem, by wspólnie je wychowywać. Nie wiem, czy to jest trafne spostrzeżenie, czy przypadkowa zbieżność. W każdym razie tak to się dzieje, też w naszym świecie, który tak dalece odbiega od realiów życia naszych przodków z paleolitu. Ponadto mężczyźni, zwłaszcza młodsi, częściej się zakochują niż kobiety, w czym też widać mądrość ewolucji. Co prawda zwykle biorą za zakochanie stan wzmożonego popędu seksualnego, ale nie przeszkadza im to w snuciu wizji wspólnego życia, czy też raczej pożycia.

Co zatem może nastąpić, gdy para się zwiąże? Mamy tu dwie możliwości. Pierwsza z nich polega na tym, że para żyje razem, dostosowując się do standardów ogólnie obowiązujących w danej społeczności, tworząc dosyć nudne i pozbawione bliższych relacji stadło, jak to jest w większości takich związków. To patologia, ale tak powszechna, że uznawana jest za normę. Druga możliwość to oczywiście rozstanie się. Ale jest jeszcze trzecia. Nazywana jest ona najczęściej miłością. Nie wiem, czym jest miłość. Wiem tylko, że jest możliwa jedynie wtedy, gdy poznamy osobę kochaną taką, jaka ona jest. I zaakceptujemy ją. To trudne, rzadkie, ale być może możliwe. A ponadto – jeśli zakochanie to szukanie w drugim człowieku zaspokojenia swoich potrzeb, to miłość jest czymś odwrotnym – to zaspokajanie potrzeb kochanej osoby. To taka skromna, funkcjonalna definicja miłości. Może jednak nieco nam pomóc, gdy szukamy odpowiedzi na pytanie: Czy kocham?

O zachwycie

Jedno z najsłynniejszych wielkich powiedzeń (mahawakja) Upaniszad brzmi: „Tat tvam asi” – ty tym jesteś. Gdy czytamy upaniszadę Czhandogja poruszają nas słowa: „To jest dusza całego świata, to rzeczywistość, to atman, ty jesteś tym, Świetaketu!”. Brzmią one dla niektórych jak filozofia panteistyczna, ale nie to autor upaniszady miał na myśli. Lepiej jego intencje oddają słowa pewnego współczesnego hinduskiego guru, który rzekł: „Bóg mieszka w tobie jako ty”. Podobnymi słowy Hindusi sprzed tysięcy lat starali się oddać swoją intuicję rzeczywistości. A brzmi ona tak: rzeczywistość jest świadomością (pradźmanam brahma – świadomość jest brahmanem, co jest kolejnym wielkim powiedzeniem z Upaniszad). To, że Bóg jest mną nie jest wyrazem inflacji psychicznej, jest natomiast próbą wyrażenia słowami tego co niewyrażalne – że bez świadomości człowieka ten świat byłby tylko nagromadzeniem martwych brył materii. Tak, świadomość jest tym, co odczuwamy jako boskość, świętość. I nie chodzi tu o figury świadomości, ale o nią samą, która nadaje wszystkiemu poblask istnienia.

Badacz mitologii Joseph Campbell pisze:„W upaniszadach powiedziane jest, że gdy zachód słońca powoduje, iż zamierasz w zachwycie i mówisz ‘Ach!’, jest to rozpoznanie boskości. A kiedy mówisz ‘Ach!’ stojąc przed dziełem sztuki, to także jest rozpoznanie boskości. Czym jest ta boskość? To twoja boskość, jedyna istniejąca boskość. Wszyscy jesteśmy zjawiskowymi manifestacjami boskiej woli życia, a ta wola i świadomość życia jest w każdym z nas identyczna, i tą jedność właśnie wyraża dzieło sztuki”. W momencie zachwytu doświadczamy cudowności istnienia i to uczucie jest matrycą wszelkich doświadczeń mistycznych. Jest ono dostępne w nieznanym nam bliżej stopniu także naszym zwierzęcym kuzynom. Pewien badacz opisał stado pawianów, które w ciszy, przez ponad kwadrans, kontemplowało zachód Słońca. Gdy Słońce zaszło, nie przerywając ciszy, pawiany położyły się spać.

Narodziny świadomości, kiedyś u naszych zwierzęcych przodków, a potem w naszym gatunku to były narodziny zachwytu, uczucia stanowiącego pierwszą intuicję boskości. Zachwyt narodził się wcześniej niż nasze ego, i za każdym razem gdy go doświadczamy czujemy, że jesteśmy nieważni i nic nie znaczący wobec majestatu świata i jego piękna (oraz grozy). W momencie zachwytu już nic nie przeszkadza w podziwianiu świata, bo usuwa on ego. Jednak ludzie lgną do doświadczeń, pragną je zatrzymać i ponownie wywoływać. Zabrali się więc do tworzenia wyobrażeń, które by im udostępniały doświadczenie zachwytu na co dzień, na zawołanie. Powstały więc obrazy bogów, wyrafinowane koncepty, koany i modlitwy, świątynie i monastery – a wszystko po to, by mieć doświadczenie cudowności istnienia pod ręką.

Czy naprawdę się dziwimy, że pragnienia te spełzły na niczym, że wszelkie twory ludzkiej ręki i umysłu są tylko marnym ersatzem cudowności istnienia? Boskości w chwili zachwytu możemy doświadczyć tylko poza tym, co ludzkie. Campbell widzi ją także w sztuce, ale dla mnie jest to boskość wtórna, zapośredniczona przez naszą ludzką naturę. Sztuka jest bowiem zbyt ludzka, by zachwycać naprawdę. Świat sam w sobie odsłania się przed ludzką świadomością, czy ona tego chce czy nie chce, w sposób najdoskonalszy. Chmura na nieboskłonie wywołuje we mnie zachwyt, podobnie szum strumienia czy szafirowy połysk morza. Im dalej od tego co ludzkie, tym lepiej.

O wyobrażeniach religijnych

Świat wyobrażeń religijnych, symboli, bóstw, duchów i demonów wydaje się nieskończenie złożony. Jest jednak ograniczany przez struktury naszej wyobraźni, co powoduje że wszelkie postaci religijne są, jak mawiają badacze, minimalnie tylko kontrintuicyjne. Podstawową cechą wyobrażeń religijnych jest bowiem to, że są one wyznaczone przez kategorie ontologiczne naszego umysłu, takie jak osoba, rzecz, roślina, artefakt. Wyobraźnia religijna dodaje do nich pewne cechy specyficzne, wyróżniające je, ale nie niszczące kategorii ontologicznej do której przynależą. Bardzo dobrze to ujął mój syn, który w wieku pięciu lat tak scharakteryzował ducha: „Powietrze, a krzyczy”. Mamy tu zachowaną kategorię osoby, zmodyfikowaną minimalnie przez dodanie cechy niewidzialności. Podobnie święte drzewo jest drzewem (zachowana jest tu kategoria ontologiczna roślina), ale dodana jest pewna niezwykła cecha, na przykład wysłuchiwanie i spełnianie życzeń. Podobnie bogowie – są osobami, wyposażonymi jednak w dodatkowe kontrintuicyjne cechy, takie jak wszechwiedza.

Takie rozważania o naturze wierzeń religijnych spotykamy współcześnie w opracowaniach poświęconych kognitywistycznemu paradygmatowi w badaniach nad religią. To współczesne ujęcie tego, co od zawsze dobrze wiedzieli mistycy i filozofowie – że religia i jej bogowie są tworem ludzkiego umysłu. Wiara w coś transcendentnego, tak wielbiona przez teistów, jest najbardziej immanentnym stanem ludzkiego umysłu. Bóg czy też bogowie są niczym innym jak jedynie sposobem organizacji naszego doświadczenia. Przekonanie, że Bóg istnieje wypływa z określonego sposobu postrzegania świata, manifestującego się jako wiara mocno wpływająca na zachowania wierzącego. Jedni dzięki tej wierze kochają bliźnich, inni ich mordują – to chyba najlepszy dowód na to, że owa wiara jest jeno epifenomenem funkcjonowania ludzkiego umysłu.

Głębszą tajemnicą niż wszyscy bogowie i religie jest bowiem tajemnica ludzkiego umysłu. Z materialistycznego punktu widzenia umysł jest tożsamy z mózgiem, będącym porcją materii o najbardziej złożonej strukturze w znanym nam wszechświecie. Nie wiemy i zapewne nigdy nie będziemy wiedzieć jak w tym kawałku materii pojawiła się świadomość – ani czym ona jest. Wiemy tylko, że od setek tysięcy lat tworzy ona rozmaite wyobrażenia, które określa się mianem religijnych. A najbardziej intrygującym ze wszystkich tych wyobrażeń jest to o istnieniu świata niewidzialnego, świata duchów i bogów. W swych początkach było owo wyobrażenie niewinne, a może nawet pożyteczne ewolucyjnie – bo zawsze warto zważać na to, czego nasze zmysły nie dostrzegają – ale z czasem przekształciło się, głównie pod wpływem judaizmu i chrześcijaństwa, w wyobrażenie transcendentnego Boga, istoty całkowicie niezależnej od tego świata. To moim zdaniem największy błąd w historii ludzkości, polegający na wyrzuceniu doświadczenia niezwykłości (fascinosum) i cudowności tego świata poza jego obręb.

Tego błędu nie popełnili taoiści, którzy tao ujęli jako paradoksalny, bo konkretny i wewnątrzświatowy absolut. I dobrze wiedzieli, że wyobrażenia religijne są jak „psy ze słomy”, użyteczne w czasie rytuałów, ale nie posiadające żadnej świętości zaczerpniętej spoza nich. Wyobrażeń religijnych potrzebuje nasz zwierzęcy umysł, bo tylko w ten sposób może on przyswoić sobie to, co mu się odsłania jako świat, a czego niezwykłości nie może znieść. Tworzy więc obrazy i postaci, obdarzając je aurą niesamowitości i wyposażając je w „minimalnie kontrintuicyjne” cechy, bo po prostu inaczej nie umie zasymilować faktu cudowności istnienia. Postawieni wobec tego faktu ludzie wolą wierzyć w stworzone przez siebie wyobrażenia, bo jest to łatwiejsze niż poznanie swojego umysłu, dzięki któremu jest im dana cudowność istnienia. Poznanie to wymaga wysiłku, praktyki medytacyjnej najczęściej, albo chociaż głębokiej introspekcji i refleksji. Wiara jest prostsza, a już najprostsza jest wiara w to, że się w coś wierzy – a ten stan umysłu jest charakterystyczny dla prawie wszystkich wierzących, którzy zadowalają się „łatwym sacrum” bogów, świętych i całego tego mitologicznego panteonu, który zapośrednicza ich doświadczanie świata. Umysł religijny nawet Laozi uczynił z czasem Panem Lao. bóstwem i władcą kosmosu. No cóż, jak twierdzą kognitywiści, ludzki mózg jest tak zbudowany, że zawsze będzie tworzył wyobrażenia religijne.

Giordano Bruno

Znany powszechnie jako filozof broniący panteistycznej wizji wszechświata i spalony na stosie męczennik nauki. Czy jednak jest to cała prawda o Brunie? To nawet nie prawda, ile potężne przekłamanie. Głębsze spojrzenie pokazuje go raczej jako renesansowego maga i hermetyka, wroga Kościoła katolickiego. Był bowiem też prorokiem, który chciał odnowić religię egipską, by ta zastąpiła chylącą się do upadku religię chrześcijańską. Wiedziony nietzscheańską wolą mocy – i poczuciem niższości, gdyż był nader skromnego wzrostu, a takie osobniki często nadrabiają ową skromność swoim ego – poszukuje w czasie wędrówek po całej Europie poparcia władców dla swych idei i niestrudzenie propaguje swe poglądy w szeregu książek opatrzonych niezwykłymi tytułami, takimi jak „Wypędzenie triumfującej bestii” czy „O heroicznym entuzjazmie”. Zarazem prowadzi życie epikurejczyka wielbiącego kobiety i sławę. Ostatecznie został schwytany przez inkwizycję w 1592 roku i spalony na stosie w roku 1600.

Bruno nie był męczennikiem nauki, jak go chcą widzieć popularyzatorzy filozofii. Jego światopogląd był natury magiczno-religijnej i dlatego nie mógł się go wyrzec w lochach inkwizycji. Odrzuciwszy spirytualistyczny pogląd na świat, swoim panteizmem wpisuje się w annały naturalizmu, swoiście jednak pojmowanego. Zaprzątają go kwestie magicznego wpływu na świat poprzez więzy łączące wszystkie rzeczy, a także „przekraczania progu” przez człowieka ogarniętego „heroicznym szaleństwem”. Pisał: „Osiągnęliśmy wiedzę, która nie nakazuje nam szukać bóstwa gdzieś poza nami, skoro jest ono wokół nas, a nawet w nas samych bardziej niżmy sami jesteśmy w sobie”. Bruno był w tych poszukiwaniach jednym z prawdziwych prekursorów tych, którzy w wieku XX budowali holistyczną wizję rzeczywistości, opartą już bardziej o naukę niż religię czy magię.

O radości z kontaktu

Rainer Funk w swojej książce Życie samo w sobie jest sztuką, poświęconej twórczości i życiu Ericha Fromma, do rozmaitych orientacji charakteru społecznego wymienianych przez Fromma (merkantylna, autorytarna, narcystyczna) dodaje swoją własną kategorię: orientację na ja. Jest ona powszechna w XXI wieku. Jej opis zajmuje wiele stron, więc skupię się tu tylko na jednej cesze, która ją dobrze charakteryzuje. Tak ją opisuje Funk: „Radość z kontaktu zastępuje w dużej mierze to, co wcześniej rozumiane było jako związek i podtrzymywanie relacji i umożliwia powiązanie bez zobowiązań: właśnie dlatego, że nie chodzi o tradycyjne związki emocjonalne, lecz o pielęgnowanie kontaktów, ludzie poszukują połączenia opierającego się na samostanowieniu, ale unikają wszystkiego, co idzie w parze z pragnieniem związku: zobowiązań, oczekiwania zaufania, a nawet nieustającego pragnienia bliskości”.

Jakże trafny to opis. Odnosi się do tych wszystkich relacji, w ramach których najważniejsze jest zachowanie niezależności swojego ja, a na drugim planie jest związek. Dwoje ludzi raduje się kontaktem, nie przejmując się zobowiązaniami i zaangażowaniem. Istnieją nawet specjalne określenia takich relacji, specyfikujące je wedle indywidualnych upodobań. Osoby zorientowane na ja zwykle nie czują zazdrości, nie chowają urazy i w razie niepowodzeń w związku pozostają przyjaciółmi. Jest dla nich ważne tylko to, by czuć się wolnym, by urzeczywistniać siebie, ale też dają wolność innym. Jeśli coś im nie przeszkadza to realizują to w swoim życiu, nie zwracając uwagi na zdanie osoby, z którą akurat są. Liczy się radość z doznawania, osobista przyjemność jest stawiana ponad wszystko. Ważne jest tylko tworzenie swojego życia i wezwanie by partner również podjął się tego samego.

Trudno nie zauważyć, na czym polega atrakcyjność tej orientacji. Pozwala spędzić życie w sposób satysfakcjonujący wszystkich, a zarazem bez narażania się na jakieś długotrwałe uwikłania w relacjach. Nie wymaga budowania czegokolwiek w życiu, w tym właśnie związku, a to daje możliwość przeżycia życia w dekadę lub dwie. Chciałbym na koniec pozwolić sobie na małą spekulację, gdyż uwielbiam małe spekulacje nie poparte niczym oprócz mojej intuicji. Otóż w kontekście zbliżającego się kolapsu naszej cywilizacji wydaje się, że ludzie o tej orientacji podskórnie czują, że takie życie teraz jest najlepsze, bo pozwala zachować radość – nie tylko z kontaktu.