O schizofrenii i człowieczeństwie

Doświadczenie schizofrenii jest prawdziwym laboratorium ludzkości. W formie skrajnej i patologicznej pokazuje to, o co chodzi w autentycznej ludzkiej egzystencji. Filozof i psychiatra, Karl Jaspers w swej książce Strindberg i van Gogh. Próba analizy patograficznej z porównawczym przywołaniem Swedenborga i Hölderlina wydanej 1922 roku zauważa: „To spektakularne, że dzisiaj wielu wybitnych artystów-schizofreników wywiera taki wpływ za sprawą swoich dzieł stworzonych w okresie choroby.” Przyznaje, że zafascynowała go twórczość van Gogha, w której w klarownej postaci odnalazł to, co stanowiło centrum jego poszukiwań: „To tak, jak gdyby na przelotną chwilę objawiło się ostateczne źródło egzystencji, jak gdyby bezpośrednio dały o sobie znać utajone źródła wszelkiego bytu.” Następnie przechodzi do osobistej obserwacji : „Kiedy w 1912 roku podczas wystawy kolońskiej oglądałem owe cudowne dzieła europejskiej sztuki ekspresjonistycznej powstałej wokół van Gogha, robiące wrażenie niejakiej monotonii, niekiedy opadało mnie poczucie, że van Gogh był jedynym wzniosłym indywiduum wbrew woli ‘szalonym’ pośród tylu innych, którzy chcieli być szaleni, lecz byli aż nazbyt zdrowi. Czy wierzymy w medium wysokiej kultury intelektualnej, nieograniczoną względem naszej wolę jasności, obowiązek szczerości i adekwatnego do niej realizmu, czy wierzymy w autentyczność tej rozkładającej głębi, owej boskiej świadomości właściwej tylko chorym psychicznie? Żyjemy dziś epoce sztucznego naśladownictwa, przekształcania wszelkiego rodzaju duchowości w fabrykę i instytucję, samej woli w rodzaj egzystencji i czynienia – wszystko to dzieje się na podstawie rozumienia, aktorskiego przeżywania, w epoce, w której żyją ludzie, którzy chcą zarazem być i wiedzieć, czym są, ba, ludzie charakteryzujący się udawaną prostotą, udawanym doświadczeniem dionizyjskim i udawaną dyscypliną formowania, ludzi, którzy w jednej chwili pragnęliby uczynić zadość jednemu i drugiemu. Czy w takich czasach przeżycie schizofreniczne nie jest aby warunkiem autentyczności w sferach, które w okresach znamionujących się większą samodyscypliną mogły być prawdziwe przeżywane i przedstawiane bez udziału schizofrenii?”

Schizofrenik wykracza poza kulturę i stawia się na jej marginesie, na samej krawędzi bycia człowiekiem. Pod pewnymi względami jest takim człowiekiem jak inni, ale pod innymi jest całkiem odmienny. Nie znaczy to, że nie jest ludzki. Można powiedzieć, że ludzie dotknięci schizofrenią są tacy sami jak wszyscy, z tym że jeszcze bardziej. Jak w powiększającym zwierciadle schizofrenia pokazuje to kim naprawdę jesteśmy. Wybitny polski badacz schizofrenii, Antoni Kępiński, uważał że „schizofrenia odsłania niezwykłe bogactwo ludzkiej natury”. Pojawia się ona na styku naszej indywidualności z kulturą i społeczeństwem i często jest reakcją na nieubłagane procesy kształtowania umysłu przez naciski społeczne. Jak pisze Kępiński: „ Schizofrenia jest chorobą ludzi młodych. Najczęściej występuje między pokwitaniem a pełną dojrzałością, tj. mniej więcej między 15 a 30 rokiem życia. Fakt, że właśnie w tym okresie są największe szanse rozbicia osobowości, nie jest, jak się zdaje, bez znaczenia. Przy wszystkich blaskach młodości jest to okres życia bardzo trudny, nieraz tragiczny w spięciu między marzeniem a rzeczywistością, w dążeniu do sprawdzenia siebie, w łamaniu się młodzieńczych ideałów”.

Nie każdy schizofrenik ma taki talent jak van Gogh, nie każdy ma możliwość twórczej ekspresji nawet w stopniu umiarkowanym. Pomimo to owe chwile „szaleństwa”, które zdarzają każdemu z nas, są warte zauważenie i uchwycenia. Gdy pochylimy się nad sobą wtedy, gdy czujemy i robimy coś, co wykracza poza nas i poza wszelkie oczekiwania społeczne, dopiero wtedy sięgamy brzegu autentycznej egzystencji. Stawanie się człowiekiem to wykraczanie poza ustalone ramy człowieczeństwa, to bycie czymś więcej niż tylko zwykłym człowiekiem. Nic dziwnego, że dedykacja Schizofrenii Kępińskiego brzmi: „Tym, którzy więcej czują i inaczej rozumieją i dlatego bardziej cierpią, a których często nazywamy schizofrenikami”. Jak mawiał: tylko dzieci i schizofrenicy, z innymi trudno wytrzymać. Te pierwsze jeszcze nie wkroczyły w zabójczy świat ludzkiej normozy, ci drudzy próbują z niego uciec. I w tej ucieczce przekraczają to, co wyznacza ludzka natura, sięgając do jej źródeł.

O leczącej mocy snów

Według Hipokratesa w samej naturze drzemią leczące siły (vis medicatrix naturae). Dlatego trzeba zaufać naturze, zdać się na jej poczynania. Można jej pomagać, ale nigdy nie należy się jej przeciwstawiać – taki jest sens zasady primum non nocere. Tak więc lekarz ma być tylko pomocnikiem w procesie leczenia, gdyż organizm ma w sobie naturalne siły, zdolne przywrócić mu równowagę i doprowadzić do zdrowia. Natura bowiem, jak to też twierdzili taoiści, to coś, co powstaje samo z siebie (tzu-jan), spontanicznie i samoczynnie. Tao jest niczym innym jak biegiem natury, dążącej do całości i pełni. Podążanie ścieżką tao owocuje uzyskaniem cnoty (te), manifestującej się jako niczym nie zakłócone realizowanie tego, co daje nam natura.

Według C.G. Junga sny są tworem natury, którą nazywał w swoich książkach nieświadomością zbiorową albo psychiką obiektywną. Jako takie są niezależne od naszej postawy świadomej i stanowią jej kompensację. Każdy sen jest emisariuszem siły leczącej, starającej się przywrócić do zdrowia naszą kruchą i szwankującą świadomość. Niesie ze sobą energię, którą odczuwamy jako emocje towarzyszące zawsze marzeniom sennym. Emocje te mają moc transformowania świadomości. Nawet nie zrozumiany, a jedynie przeżyty, opowiedziany lub narysowany sen przyczynia się do zmiany naszego ego. Podstawowym założeniem Junga dotyczącym snów było to, że dzięki nim możemy uleczyć podstawową ranę człowieka współczesnego, jaką jest rozszczepienie pomiędzy świadomością i nieświadomością. Pracując ze swoimi snami i ze snami innych ludzi byłem po wielokroć świadkiem tego, jak zasymilowana przez świadomość treść snu leczy chore ego, zmieniając strukturę kompleksów, na których się ono opiera.

Śnimy cały czas. Nawet w stanie jawy podskórnie płynie aktywność nieświadomości, której nie postrzegamy zaabsorbowani światłem dnia. W nocy jednak, gdy wszystko przycicha, nasze ego w końcu przestaje układać jakże fragmentaryczną historię naszego życia i do głosu dochodzi sama natura. Z nieznanego nam źródła wypływają obrazy, śnimy o najdziwniejszych rzeczach, a wszystkie one, mimo iż tak często świadomość uznaje je za absurdalne, mają witalne znaczenie dla naszej duszy. To tylko dzięki tym obrazom możemy żyć, dzięki nim jeszcze nie wszyscy zwariowaliśmy. Gdy świadomość traci z oczu sens życia, pojawia się on w snach. Taka jest lecząca moc snów.

O monoteizmie i nienawiści

Prof. Aleksander Krawczuk, niedawno zmarły w pięknym wieku 100 lat, prosto wyjaśnił kiedyś w jednym z wywiadów, na czym polega problem z religiami monoteistycznymi: „Wszyscy, którzy są monoteistami wierzą w jednego, doskonałego Boga i zarazem, chcą czy nie chcą, muszą też wierzyć w jego przeciwieństwo, czyli esencję zła. W szatana. Z tej też przyczyny skłoni są dzielić wszystko, co na tym świecie się dzieje – dychotomicznie. Tu jasność, tam ciemność. Ja mam rację, ty jej nie masz, więc trzeba cię niszczyć. I stąd religie monoteistyczne są z reguły swej religiami nienawiści. I to jest zrozumiałe. Bo jeżeli ktoś nie jest po mojej stronie, to służy złu, diabłu i trzeba go wyplenić z korzeniami. Na co zresztą Pismo Święte daje szerokie przyzwolenie”. Sam prof. Krawczuk określał się jako politeista i jak dalej mówi: „Natomiast my, politeiści, jesteśmy sługami wielu bogów, którzy nie są doskonali. I stąd się biorą sympatyczne cechy politeistycznej religii — wyrozumiałość, łagodny sceptycyzm, naturalna tolerancja oraz pokora wobec ludzi i świata. My przede wszystkim jesteśmy otwarci, bo tak do końca nie jesteśmy pewni czy ten, czy tamten ma rację”.

Cóż mogę dodać do słów szacownego, krakowskiego profesora. Monoteizm niestety pociąga za sobą dualizm, a ten jest źródłem wszelkiego zła – i to już u samego jego źródła, czyli w Księdze Rodzaju, gdzie czytamy, że stwarzając światłość Bóg uznał ją za dobrą i oddzielił od ciemności, domyślnie złej. Jakże inaczej jest w taoizmie, gdzie przeciwieństwa nie tylko nie są rozszczepione, ale trwają w ścisłej jedności. Jednak półkula zachodnia wpadała na inny pomysł, fundując podstawy swoich religii. I jak to bywa ze wszelką religią, nauki te zostały szybko przekute na formę strawną dla przeciętnych umysłów, czyli na instytucje religijne. Cechą fundamentalną każdej instytucji jest bowiem zwolnienie jej członka z konieczności myślenia i wybawienie od indywidualnej odpowiedzialności. Z psychologicznego punktu widzenia instytucja jest niczym innym jak tylko powszechnie dostępną formą ucieczki od wolności, czyli zamrożoną nienawiścią.

O codzienności zła

Pierwsza szlachetna prawda buddyzmu głosi, że wszystko jest cierpieniem. Zło w takim razie nie jest czymś co się przytrafia bytowi, a stanowi konstytuujący go element. Trafnie tę intuicję ontologiczną oddają słowa Michela Houllebecqu’a: „Jeśli jest jakaś kategoria, która w naszym świecie czuje się jak w domu, którą tu odnajdujemy bez cienia zdziwienia, o której istnieniu można wiele powiedzieć, ale na pewno że nie jest problematyczna, to właśnie zło”. Niczym sól wodę morską, tak zło przenika ten świat, jest wszechobecne, nadając gorzkawy posmak każdej kropli naszego doświadczenia.

Hannah Arendt komentując proces Adolfa Eichmanna ukuła termin banalność zła. Eichmann, żyjąc poprawnie, wedle reguł jego czasu, przyczynił się do cierpienia milionów ludzi. Codzienność zła nie przybiera tak ekstremalnej postaci. Ujawnia się w tym, że każdy z nas czyni zło nie robiąc nic szczególnego, tylko pragnąc żyć. Nieliczni, którzy wykraczają poza reguły codziennego życia, czasem są zdolni czynić mniej zła, ale tylko trochę.

Nawet najbliższa mi osoba może mnie w każdej chwili zranić – a ja ją – tylko dlatego, że jesteśmy różni. Każde z nas ma inne linie papilarne. Tylko to, co przekracza wszelkie różnice może załagodzić codzienność zła. Zwykle nazywa się ten paradoksalny, bo wykraczający poza nasze ego akt woli, miłością. Dlatego słowa: „Kocham cię” są niczym innym jak zobowiązaniem do tego, by zminimalizować codzienne zło czynione drugiej osobie.

O kompleksach i powadze

Pojęcie kompleksu rozsławił C.G. Jung dzięki swoim badaniom nad testami skojarzeniowymi w pierwszej dekadzie XX wieku. Kompleks to obraz pewnej sytuacji psychicznej, silnie zabarwiony emocjonalnie. To zespół treści psychicznych oderwanych od świadomości, który funkcjonuje autonomicznie w nieświadomości. Jak pisze Jung: „Kompleksy stoją na przeszkodzie zamiarom woli i zakłócają osiągnięcia świadomości; wywołują zaburzenia pamięci, blokują przepływ skojarzeń; mogą czasowo prześladować świadomość lub też wpływać na język i działanie. Jednym słowem, kompleksy zachowują się jak istoty niezależne”. Kompleksy tworzą się pod wpływem traumy, szoku uczuciowego, każdego bolesnego zdarzenia, które odłamuje fragment psychiki, bo nie możemy zaakceptować tego, co nas spotyka. Posiadanie kompleksów oznacza, że istnieje w nas coś niższego, niezgodnego i antagonistycznego. Są przeszkodami, ale zarazem mogą stanowić bodźce do większego wysiłku i nowych osiągnięć. Kompleksy stają się negatywne tylko wtedy gdy uznajemy, że ich nie mamy, gdy nie chcemy afirmować całości naszej indywidualnej natury, gdy nie możemy się pogodzić z tym, co nam się przydarzyło. Uświadomiony kompleks stając się częścią naszej osobowości przyczynia się do jej pełni.

Mamy kompleksy matki, ojca, władzy, erotyczny, niższości czy wyższości, i liczne kompleksy związane z indywidualnymi traumami. Nasza osobowość jest niczym innym jak zbiorowiskiem kompleksów. Także nasze ego też jest tylko kompleksem, jednym z wielu, ale za to naszym ulubionym, czyli zestawem treści psychicznych, z którymi się utożsamiamy. Ego powstaje jako efekt interakcji z otoczeniem rodzicielskim we wczesnym dzieciństwie, jest tym wszystkim, co pozwolono nam zaakceptować w sobie.

Z mojego osobistego doświadczenia wiem dobrze, kiedy jakiś kompleks owłada moją świadomością. Staję się wtedy patologicznie poważny, wszystkie myśli podsuwane mi przez kompleks uważam za ostatecznie prawdziwe. Towarzyszą temu często silne emocje, złość, nienawiść, rozczarowanie i wiele innych. Głos w moim wnętrzu mówi: „Tak jest i nie może być inaczej, nie ma innej opcji”. A to znaczy, że przestaję być świadomy, bo świadomość to nic innego jak możliwość wyboru reakcji. Gdy jestem nieświadomy widzę tylko jedną stronę całej sytuacji, nie mam do niej żadnego dystansu. Jest to szczególnie przykre w relacjach partnerskich, bo wtedy aktywizują się kompleksy animy i animusa, jak również osobiste kompleksy wywodzące się z traum z poprzednich związków. Wtedy na poważnie oskarżamy partnera o rzeczy, które bolą tylko nas.

Zniekształcenie świadomości przez powagę to ważna cecha kompleksu, której Jung zbytnio nie akcentował. Świadomość zmieniona przez kompleks jest świadomością, która traktuje siebie w sposób absolutnie poważny, co samo w sobie jest śmieszne. Opanowuje nas bowiem przekonanie, że to, co nas drażni emocjonalnie jest absolutną prawdą. Nie jest możliwe inne spojrzenie na konstelującą kompleks sytuację, nikną wszelkie inne możliwości. Opętani przez kompleks przypominamy psa goniącego za własnym ogonem, tracimy możliwość świadomego działania, ulegamy natrętnemu myśleniu, słowem jesteśmy w stanie ograniczonej poczytalności. Weźmy kogoś z kompleksem wyższości. Człowiek ów zobaczywszy, że ktoś inny chwali się swoimi osiągnięciami, myśli sobie: „Jestem lepszy, ten ktoś to amator, nieudacznik nie znający się na rzeczy”. I bierze tę myśl na poważnie, opanowuje ona jego świadomość, bo jest przekonany, że tak jest naprawdę. Powaga tej myśli jest zabójcza, a wypływa ona tylko z tego, że właśnie zaktywizował się jego kompleks. Dlatego unikam jak ognia śmiertelnie poważnych ludzi, bo są to osobniki opętane przez kompleksy. Każdy, kto jest przekonany o prawdziwości swoich poglądów, jakiejkolwiek by one nie były natury, jest pod wpływem kompleksu.

Dobrym przykładem takich osobników są ludzie religijni, czy to opętani przez kompleks Boga czy też nawiedzeni przez jakąś bliżej nieokreśloną duchowość. Można ich rozpoznać po tym, że gdy tylko pojawi się przedmiot ich kompleksu, natychmiast piorunują wzrokiem i słowem, wzywając do absolutnej powagi. Stają się drażliwi, wzbiera w nich gniew boży czy też duchowy, albowiem znają prawdę. Ja nie znam i nie rozumiem dlaczego drogą do absolutu nie może być śmiech, radość, dezynwoltura i brak wszelkiej powagi. Śmiech jest przecież oznaką wyzwolenia, doświadczenia wolności, czegoś najcenniejszego w naszym życiu.

Ucieczka od miłości

Tydzień temu pisałem o tym, że tym, co tak naprawdę kochamy jest potencjał obecny w kochanej osobie. Pewien mężczyzna zapytał wtedy: A co się dzieje, gdy ten potencjał umiera? Gdy już nie możemy stać się lustrem dla kochanej osoby? Albo gdy ona nie może odzwierciedlić uczucia? Cóż, mogę tylko powiedzieć, że gdy potencjał umiera, to taka osoba staje się niekochalna. Tak, to ogromny problem naszych czasów. Ów mężczyzna napisał, że widzi tysiące umierających potencjałów. Tak, już nie ma miłości, nawet przyjaźń niknie, mężczyźni i kobiety zostają friends with benefits albo singlami, czy też uskuteczniają situationship, czy jak to jeszcze najnowsza moda każe nazywać kolejny rodzaj ucieczki od miłości, który chwytliwą nazwą przykrywa całkowitą pustkę ich pseudorelacji.

Tak, gdy spotkają się dwie osoby niekochalne to pomiędzy nimi nic się nie może narodzić. Uciekają razem od miłości, prowadząc bezsensowną egzystencję, która daje im schronienie przed tym, co najistotniejsze w życiu, przed prawdziwym i głębokim spotkaniem z drugim człowiekiem. Miłość to nie jest łatwy kawałek chleba, to ciężka praca. O ileż łatwiej spoczywać spokojnie w swoim egoizmie, męczyć drugą osobę, by zaspokajała nasze pragnienia i żądze, a gdy już tego nie robi, to ją zostawić. Zapytajmy, kto nie miał w swoim życiu toksycznego związku? Gdy, gnany własnymi pragnieniami, zgodził się na wiele – by nie osiągnąć nic poza postraumatycznym rozczarowaniem.

Uciekając od miłości uciekamy od świata. Patrząc na współczesny świat nie dziwę się temu totalnemu eskapizmowi. Już bardzo młodzi ludzie jedynie pozorują relacje, a i starsi do nich nie lgną. Ten świat nikomu nie oferuje nic oprócz marnych ersatzów. Tak, gdy potencjał umiera, pozostaje nam tylko ucieczka od miłości, by już nigdy nie poczuć bólu bycia z kimś, bólu, który jako jedyny daje sens istnienia.

Co kochamy, gdy kochamy

Viktor Frankl pisze w Bogu ukrytym: „Obiektem miłości jest jedyny w swoim rodzaju uśpiony potencjał kochanej osoby. Co więcej miłość i tylko miłość, pozwala temu kto kocha, dostrzec wyjątkowość kochanej osoby”. Pozwolę sobie odczytać pierwsze zdanie w sposób pozbawiony osobowych naleciałości, wydobywając z niego coś, czego by chyba sam Frankl się nie spodziewał. Powiem tak – gdy mówimy: „Kocham Ciebie” to tak naprawdę kłamiemy, dajemy jedynie wyraz naszego egoizmu. Jeśli bowiem prawdziwie kochamy, to w kochanej osobie nie ją samą kochamy, ale potencjał, który może się przez nią zamanifestować, siłę, dzięki której może ona ulec przemianie i stać się wyjątkowym, niepowtarzalnym indywiduum. To myśl, którą znajdujemy także u C.G. Junga. Według niego możemy podążać drogą indywiduacji, czyli osiągać pełnię psychiczną wykraczającą poza nasze ego, tylko poprzez relacje z innymi ludźmi. A miłość jest wyjątkową relacją, gdyż jest bezpośrednio nakierowana na ponadosobowy ( i tym samym ponadegoiczny) potencjał tkwiący w każdym z nas, nazywany przez Junga jaźnią.

Wszelako w naszym chaotycznym świecie, pełnym przypadkowych i płytkich relacji, spotkanie drugiej osoby, w której moglibyśmy dostrzec potencjał i ją pokochać, nie jest łatwe, a najczęściej wręcz niemożliwe. Jest tak w dużej mierze dlatego, że wchodzimy w związki kierując się egoistycznymi, „terapeutycznymi” celami. Ukochana czy ukochany ma nas zbawić, wyzwolić od cierpienia, naprawić deficyty dzieciństwa – a tymczasem w miłości chodzi o coś całkiem przeciwnego! To ja mam być uważnym lustrem, w którym odzwierciedli się ukryty potencjał ukochanej. I stanę się takim lustrem tylko wtedy, gdy będę jak najczęściej zapominał o sobie, pozwalając jej rozkwitać, czerpiąc radość z pragnienia jej szczęścia. Nie kochamy, powtarzam raz jeszcze, Zuzi czy Bartka, kochamy to, czym mogą się oni stać, a co przekracza egoiczne interesy kochanej i kochającego. Jedno ego nigdy nie pokocha drugiego ego, jak bowiem dwa płaskie wyobrażenia siebie mogą osiągnąć jakiekolwiek głębsze porozumienie?

O myśleniu i chrześcijaństwie

Muszę się do czegoś przyznać. Często zdarzało mi się mówić, że aby być dobrym chrześcijaninem trzeba nie myśleć. Nie brzmi to dobrze w obecnej epoce poprawności politycznej, gdy nawet na wiatr trzeba mówić, że to zorganizowany ruch powietrza. Nie łudźmy się jednak, pobożność i myślenie nie idą w parze. Całkiem niedawno przeczytałem zdanie, które wypowiedział autorytet chrześcijański, a które w nieco zawoalowany sposób ujmuje tą tak bliską mi myśl: „Wierzący chrześcijanin jest osobą prostolinijną: biskupi powinni strzec wiary swych maluczkich przed władzą intelektualistów”. To słowa biskupa Josepha Ratzingera, wypowiedziane w kazaniu uzasadniającym pozbawienie praw nauczania Hansa Künga, wypowiedziane 31 grudnia 1979.

Cóż, moim zdaniem chrześcijanin mógłby jednak myśleć. Treści jego wiary zawierają przecież wiele wspaniałych paradoksalnych przesłań symbolicznych pobudzających do myślenia. Tak czynią owi intelektualiści, przed którymi ostrzega Ratzinger, tacy jak Küng, Drewermann, czy u nas Obirek. To kościół jako instytucja pragnie by owieczki nie myślały. Każda instytucja tego pragnie, również uniwersytet. Dlatego każda instytucja jest występkiem przeciwko ludziom. A im jest większa, tym ten występek jest boleśniejszy. Chrześcijaństwo jako instytucja zawiniło potrójnie. Jest winne trojakiego wyparcia: seksualności, twórczej wyobraźni i związku z naturą. Seksualność została ograniczona do prokreacji, twórcza wyobraźnia została spętana przez system dogmatów, a szacunek do natury został zgnieciony przez pychę panowania nad nią. Dobrą wieścią jest to, że chrześcijaństwo instytucjonalne kończy się, wreszcie także w Polsce. I chwała Bogu!

Obyśmy się widzieli w roku 2023

Na’vi, rdzenni mieszkańcy Pandory z filmu „Avatar”, witając się mówią: „Widzę Cię”. Czasem używają tej formuły też w innych sytuacjach, ale zawsze podkreśla ona wagę relacji pomiędzy nimi albo z innymi istotami. Ta formuła ma głęboki sens. Wypowiadając „Widzę cię” potwierdzam, że wiem o Twoim istnieniu, dostrzegam Twój wewnętrzny świat, który stanowi o tym, kim jesteś. Nie jest to czymś oczywistym w relacjach między ludźmi. Filozofka Simone Weil napisała kiedyś: „Ostatecznie niewielu jest ludzi, którzy wiedzą, że inni istnieją”.Wiele osób czytających jej słowa, przytoczone przeze mnie na Facebooku, było wręcz oburzonych, twierdząc że przecież nieustannie zauważamy istnienie innych ludzi. Tak, ale prawie zawsze zauważamy ich jako takich, którzy albo dostarczają nam przyjemności, albo przykrości. Rzadko zwracamy uwagę na ludzi ze względu na nich samych, dostrzegając ich specyfikę, potrzeby i radykalną odmienność od nas. Powiedziałbym, że patrzymy na innych, ale ich nie widzimy – w sensie formuły Na’vi. C.G. Jung mawiał, że podstawowym błędem psychologicznym jest założenie, iż psychika drugiego człowieka jest taka sama jak nasza. Jest bowiem niesamowicie trudne, prawie niemożliwe, dostrzec odmienność innego, nawet jeśli jest to bardzo bliska nam osoba,

Pomimo tej trudności chcę życzyć wszystkim na rok 2023 – byśmy widzieli innych. Bo możemy być przekonani, że kogoś widzimy, ale najczęściej są to tylko nasze projekcje. Gdy są pozytywne, wtedy kochamy, gdy negatywne – nienawidzimy. Tak czy inaczej, nie rozpoznajemy go we własnej jego istocie. Z tego nierozpoznania bierze się całe zło tego świata, zaludnionego przez osiem miliardów niewidzących siebie nawzajem istot. Zobacz zatem drugiego człowieka, rozpoznaj jego inność i ją zaakceptuj. Każdy z nas ma swoją drogę, każdy inną, ale wszystkie te drogi są drogami ludzi, i prowadzą do tego samego celu – do doświadczenia szczęścia w życiu. Nie utrudniajmy zatem tego ani sobie, ani innym – zobaczmy siebie. Jak pisał Rainer Maria Rilke: „Miłość to dwie samotności, które spotykają się i nawzajem wspierają”. Jeśli matka widzi swe dziecko od samych narodzin, to w tym dziecku budzi się i rośnie poczucie istnienia. Bo dla ludzi istnieć to znaczy współistnieć.

O zmianie i wolności

Viktor Frankl pisze w swej klasycznej książce Człowiek w poszukiwaniu sensu: „W sytuacji, której nie jesteśmy w stanie zmienić, stajemy przed wyzwaniem, które brzmi: zmień samego siebie”. Nie możemy zmienić tego, jak funkcjonuje ten świat. Nasza wolność w większości przypadków ogranicza się tylko do obrębu nas samych. A to znaczy, że w każdej sytuacji możemy zareagować tak, by uchronić swoją wolność i sens życia. Tak, by nie wejść w rolę bezwolnej ofiary, przytłoczonej tym, co nas warunkuje. I jak pokazuje Frankl, ta zmiana postawy wobec zewnętrznych wydarzeń i sytuacji jest możliwa nawet w obozie koncentracyjnym. Tym bardziej możemy ją zmienić w zwykłych okolicznościach życia, w relacji z kochaną osobą, z bliskimi, w pracy. Zawsze mamy wybór. Stoickie hasło „Drzwi są zawsze otwarte” można odnieść nie tylko do opuszczenia tego świata w akcie samobójstwa, w którym to kontekście zostało ono ukute. Nie, w każdej sytuacji naszego życia drzwi wolności są zawsze otwarte. Zawsze możemy zmienić swoją postawę wobec tego, co nam się przydarza. W cyklonie, jakim jest nasze życie, zawsze istnieje jego spokojne, ciche i wolne centrum, do którego możemy się odwołać i powiedzieć wszelkim zawirowaniom losu: „Zareaguję inaczej”. Albo, jak to napisał Albert Camus: „W odmętach zimy zrozumiałem, że w moim wnętrzu kryje się niezwyciężone lato”.

Nie tylko egzystencjalizm i stoicyzm mają podobną odpowiedź w kwestii fundamentalnej możliwości zmiany, opartej na wolności. Także buddyzm, ustami tantrycznego mistrza Milarepy, mówi: „Twoim problemem nie jest sansara, lecz twój stosunek do niej”. Według tantry sansara i nirwana to jedno, gdyż ostatecznie nirwana to nic innego jak dogłębne poznanie sansary, rozpoznanie jej prawdziwej natury. Buddyjska filozofia pustki (śunjata) jest wyrazem tego poznania. Twierdzi ona, że możliwa jest trwała zamiana percepcji, dzięki której rozpoznajemy zjawiska jako współzależne i nie posiadające trwałej istoty. A to oznacza, że możliwa jest wolność, że możliwa jest zmiana. Zamiast o pustce można zatem mówić o pełni, nieograniczonej możliwości zmiany. Puste jest także ja, i to chyba najważniejszy aspekt tej nauki, bowiem pustka ja oznacza możliwość zmiany przez odpuszczenie lgnięcia do niego, rozpoznanie go jako tylko konceptu i osiągnięcie nirwany – czyli innego stosunku do sansary, już nie zniekształconego przez ja, wolnego od ja.