O introwersji, ekstrawersji i miłości

Wedle koncepcji Junga introwertycy pragną władzy i kontroli nad obiektami, które – jak im się wydaje – stanowią dla nich zagrożenie. Ekstrawertycy natomiast wychodzą do obiektów i czerpią z nich przyjemność. To zróżnicowanie odbija się w podejściu do miłości i związków u obu typów. I wygląda to na pierwszy rzut oka nieco paradoksalnie. Introwertyk zachowuje rezerwę wobec obiektu uczuć, ale dąży to tego, by się zakochać. Stan zakochania daje mu bowiem iluzję kontroli nad obiektem uczuć. Jakże pożądaną, ale tylko iluzję (czyż można bowiem kogokolwiek kontrolować?). Ekstrawertyk, w poszukiwaniu przyjemności, wchodzi w relację z obiektem swoich uczuć, nie dążąc do stanu zakochania. Daje mu to iluzję przyjemności (ale czy można naprawdę przeżyć coś przyjemnego bez bliższego kontaktu?). Niestety, introwertyk szybko przekonuje się, że zakochując się właśnie stracił wszelką kontrolę, a ekstrawertyk przekonuje się, że dążąc do przyjemności właśnie się jej pozbawił.

Wyjściem z tej niezbyt wesołej sytuacji jest, jak zawsze, wyzbycie się iluzji. Dla introwertyka oznacza to uświadomienie sobie, że zakochując się poddaje się władzy obiektu uczuć. Jeśli sobie to uświadomi, będzie mógł naprawdę dawać miłość. Dla ekstrawertyka z kolei oznacza to uświadomienie sobie, że przyjemność, do której dąży, może wyniknąć tylko z autentycznego pokochania obiektu uczuć. Jeśli pokocha, da siebie i utworzy autentyczny związek. W ten sposób możemy uwolnić się od nawykowych postaw psychicznych i stać się zdolnymi do nawiązania prawdziwej, głębokiej relacji z drugą osobą, poza osobistymi uwarunkowaniami.

O tym, dlaczego jesteśmy tak genialni i dlaczego nas to przerosło

Tym, co wyróżnia gatunek homo sapiens jest niezwykła zdolność do adaptacji kulturowych. Znaczy to, że nie możemy istnieć bez wiedzy, która jest nam przekazywana przez poprzednie generacje. Już nie instynkt, ale właśnie nabywana wiedza pozwala nam kontynuować i tworzyć swoje życie. Dzieje się tak dzięki trzem umiejętnościom: jesteśmy inteligentni, mamy rozwiniętą zdolność do współpracy w obrębie własnego gatunku i mamy doskonale opanowane to, co psychologia nazywa społecznym uczeniem się. Ponadto, dzięki językowi mamy zdolność do tego, by od poprzednich pokoleń nauczyć się sposobów życia, a następnie wznieść się ponad nie, rozwijając wiedzę i cywilizację dzięki innowacjom. Michael Tomasello w swej książce Kulturowe źródła ludzkiego poznawania nazywa to uczeniem opartym na współpracy: „Wierny przekaz społeczny funkcjonuje jak zapadka, nie pozwalając się cofnąć do poprzednich stadiów. W ten sposób nowo powstały czy zmodyfikowany wytwór czy praktyka zachowują osiągniętą formę, dopóki nie zdarzy się kolejna modyfikacja czy ulepszenie”.

Cóż, jednak każdy geniusz napotyka swoje ograniczenia. Tak oto i my staliśmy się zakładnikami własnego sukcesu ewolucyjnego. Ewolucja kulturowa ma bowiem jedną niebezpieczną cechę – jest o wiele szybsza niż ewolucja biologiczna. Dosłownie przerosła człowieka, jego umiejętności mentalne i emocjonalne. Według Robina Dunbara ewolucja wyposażyła ludzki mózg w zdolność radzenia sobie tylko z grupami liczącymi do 150 osób (tzw. liczba Dunbara). Życie osiadłe, rewolucja agrarna, powstanie miast zaowocowało skupiskami ludzkimi idącymi w tysiące. W ciągu ostatnich 10.000 tysięcy lat doszliśmy do współczesnego etapu rozwoju i co się okazało? Nasze życie emocjonalne pozostało daleko w tyle za osiągnięciami technicznymi. Nie radzimy sobie z naszymi pragnieniami, zalewającymi nas afektami. Cywilizacja naukowo-techniczna, wisienka na torcie naszego geniuszu, jawi się coraz bardziej jako narzędzie zagłady naszego gatunku. Naukowcy – najwyższy owoc owego rozwoju cywilizacyjnego – prognozują upadek naszej cywilizacji w ciągu dekady lub dwóch. Czy uratuje nas geniusz gatunku homo sapiens? Czy może raczej, by tak rzec, nie ogarniemy tego, co wytworzyliśmy i, jak dinozaury, odejdziemy w przeszłość? Cóż, o tym się dowiemy już wkrótce.

Szymon Mag i Helena

Nazwany przez apologetyków chrześcijańskich ojcem wszystkich herezji, Szymon Mag do dzisiaj funkcjonuje jako archetyp gnostyka. Medium zbawczej wiedzy była dla niego prostytutka z Tyru, Helena, w której rozpoznał upadłe wcielenie myśli (ennoia) bożej. Szymon w związku z Heleną odtworzył święte małżeństwo boga i jego żeńskiego aspektu, kobiety-idei. Była ona wcieleniem pierwiastka żeńskiego, odrzuconego i zduszonego przez chrześcijaństwo, łączyła w sobie wszelkie przeciwieństwa jako święta ladacznica. W doświadczeniu wewnętrznym Szymona Helena była dlań wszystkim – prostytutką, boginią, kobietą-ideą, księżycem. Jego rozumienie świętości nie było ograniczone tylko do jasnej strony, zawierało także ciemną, żeńską stronę związaną z cielesnością i transgresją. Helena jest symbolem duszy księżycowej, duszy świata cielesnego. Ale zarazem jest ona także kobietą–ideą, boską pełnią wszystkich stwórczych myśli, jungowską animą.

Szymon Mag wiedział, że „mnie będą złorzeczyć jako temu, kto głosi rzeczy nowe, o których nikt nie słyszał.” Tą niesłychaną nowością, którą znajdujemy u Szymona i innych gnostyków jest bezkompromisowy bunt przeciw światu i jego stwórcy w imię absolutnej wolności duchowej, bunt stanowiący esencję wszelkiej gnozy, dążącej zawsze do przewartościowania wszystkich wartości. Gnostycy tacy jak Szymon pragnęli religii pojętej jako wewnętrzne doświadczenie przemieniające człowieka. Takie doświadczenie nie jest możliwe bez doświadczenia pełni kobiecości, jej wszystkich aspektów, jasnych i ciemnych. Tylko taka kobiecość dopełnia męskie doświadczenie świata, i prowadzi do wyzwolenia.

O potrzebie szaleństwa

Wprawdzie filozofowie zapewniają, że tylko panowanie nad afektami daje nam wolność, ale nie zawsze wypada słuchać ich mądrych rad. Czasem jest potrzebna odrobina szaleństwa. Stanowi ona bowiem antidotum na dwie podstawowe bolączki naszej egzystencji, które nie są uleczalne za pomocą racjonalnych maksym. Rozum jest bardzo ważny, ale nie jest jedyną opoką naszej egzystencji. Potrzeba jeszcze szaleństwa.

Pierwsza bolączka to rutyna, jednostajność i nuda, które są nieodłączne od naszego życia. Świat to system nawyków, które, jako instynkty, podtrzymują jego istnienie, ale jako przyzwyczajenia są jego grobem. Z czasem prawie wszyscy ludzie stają się swoimi karykaturami, bezwiednymi automatami prowadzącymi życie wedle martwych reguł. A wtedy w pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: „Dosyć!” Jeśli to zrobimy, wyrwiemy się spod władzy zastałego rozsądku, a strumień naszego życia popłynie znowu przed siebie, drogami, których nie mogliśmy przewidzieć. I wtedy zakrzykniemy: „Ja żyję!”

Druga bolączka to zranienia emocjonalne i towarzyszący im psychiczny ból, pojawiający się wtedy, gdy życie pokaże nam swoją ciemną stronę. Wtedy też trzeba sobie powiedzieć „Dosyć!” i pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Odmieni ono wtedy bieg naszych afektów, odwróci ich powodujący ból przepływ i da nam poczucie, że warto żyć! Wiem, że to brzmi dosyć ogólnikowo, ale kto tego próbował – w pierwszym albo drugim przypadku – ten wie, o czym mówię. Wbrew stoikom, a w zgodzie z taoistami, zanurzenie się w rwącym strumieniu życia daje orzeźwiające efekty.

Jak uspokoić małpi umysł

Stara hinduska parabola przyrównuje nasz umysł do małpy, która skacze z gałęzi na gałąź. Obraz ten doskonale oddaje funkcjonowanie naszego umysłu, co chwila zwracającego uwagę na inny bodziec. Jest to zrozumiałe z ewolucyjnego punktu widzenia – zwracanie uwagi na dominujący bodziec w otoczeniu mogło uchronić przed atakiem drapieżnika lub innym niebezpieczeństwem. Jednak umysł współczesnego człowieka, żyjącego obecnie w miarę bezpiecznym środowisku, nie musi już działać w ten sposób. Wprost przeciwnie, małpi umysł staje się dlań źródłem rozproszenia. Niestety, nieustanne dystrakcje, w które obfituje to bezpieczne w miarę środowisko, są przyczyną braku skupienia i uważności, a co za tym idzie fragmentaryzacji i nieubłaganej zmienności życia. A doświadczanie zmiany jest tym, co buddyzm nazywa cierpieniem.

Jak temu przeciwdziałać? Wykorzystując możliwość kierowania uwagą. Ta zdolność jest czymś, co możemy wypracować. Wystarczy zawsze wtedy, gdy jakiś bodziec – na przykład wizualny – przyciągnie naszą uwagę, zapytać siebie: „Kto patrzy?” Gdy usłyszymy jakiś dźwięk pytamy: „Kto słyszy?” Gdy jakaś myśl zaprzątnie naszą uwagę pytamy: „Kto myśli?”. Tylko i aż tyle, nieustanne zapytywanie o podmiot doznawania. Powtarzanie tej praktyki daje niesamowite skutki. Nagle zauważamy, że nasza małpa się uspokaja, siedzi na jednej gałęzi i patrzy. Już nie skacze od bodźca do bodźca, ale staje się uważnym obserwatorem zjawisk. Wprowadza to do naszego życia spokój i jeśli nawet nie wyzwalamy się z cierpienia, staje się ono mniej dojmujące. Obserwujemy zmiany i akceptujemy je, jak obłoki płynące po niebie.

I, co najważniejsze – nigdy się nie dowiemy czym jest ów „kto”. To nie jest celem tej praktyki. Filozofia jest nieustannym zapytywaniem, a nie tworzeniem gładkich odpowiedzi. Wystarczy pytać. Nic więcej.

O chrześcijaństwie i spermie

Richard Rohr w swej książce „W poszukiwaniu Graala” przytacza historię młodego filipińskiego franciszkanina (sam Rohr też jest franciszkaninem), który po raz pierwszy w życiu doświadczywszy wytrysku poczuł, że to jest jego chwila chwały i moment przełomowy w jego życiu. „Wbiegłem na boisko – mówi ów młody franciszkanin – z ręką pełną spermy, a wokół mnie zebrali się koledzy. Mam nasienie, mam nasienie – wołałem do nich. Wszyscy patrzyli na mnie z podziwem, bo znaczyło to, że jestem już mężczyzną. I wtedy podszedł mnie stary franciszkanin i zapytał: Co trzymasz w ręce? Odpowiedziałem, że moje pierwsze nasienie. Idź i umyj ręce i nie waż się teraz wracać – powiedział”. Zawiedziony młodzieniec pyta: „Dlaczego nasienie, które Bóg umieszcza w naszym ciele miałoby być czymś, czego należy się wstydzić?”

To pytanie młodego franciszkanina to podstawowe pytanie skierowane do chrześcijaństwa. Pomimo swej tezy o inkarnacji boga w ciało jest ono kompletnie bezradne wobec spraw ciała. Można powiedzieć, że chrześcijaństwo odniosło totalną porażkę, jeśli chodzi o cielesność i męskość. Wprawdzie symboliczny areopag chrześcijaństwa stanowią bóstwa męskie, ale przez to mężczyźni wcale nie mają lepiej. Są co najwyżej patologicznymi beneficjentami patriarchatu. Żadnej radości z pierwszego wytrysku, tylko nędzne, wtórne przekonanie o własnej wyższości kosztem kobiet, dzieci i świata.

Takich historii jak powyżej można usłyszeć wiele. Mnie kiedyś pewien młody mężczyzna powiedział, że gdy miał pierwszy wtrysk pod prysznicem, to oprócz oczywistej przyjemności poczuł się także winny, bo mógł przecież owego nasienia użyć do zapłodnienia jakieś kobiety. To wspaniały przykład podświadomej transmisji poczucia winy, tak charakterystycznej dla chrześcijaństwa. Rodzina tego młodego mężczyzny nie należała do zbyt pobożnych, ale jego matka była sierotą, wychowaną przez zakonnice. Porównajmy jego poczucie winy z radosnym przeżyciem młodego Filipińczyka.

Radość kontra poczucie winy – oto chrześcijaństwo. Niestety, ta esencjonalnie patriarchalna mitologia nie przysłużyła się mężczyznom, budowała czasami tylko dobry pijar dla ich najgorszych przywar. Mężczyźni padają bowiem ofiarą tego, co tak lubią – hierarchii. W oparciu o nią budują instytucje religijne i wszelkie inne struktury. A instytucja wypacza doświadczenie indywidualne, którego podstawą jest doświadczenie ciała. Hierarchia i nieodłącznie z nią powiązana rywalizacja jako tako funkcjonują w stadzie szympansów, ale w społeczeństwach ludzkich są tylko źródłem zła strukturalnego.

O męskości

Nie jest możliwe cokolwiek powiedzieć o psychice i duchowości mężczyzn bez odniesienia się do tego, że świat, w którym żyjemy, jest światem patriarchalnym. Patriarchat to formacja kulturowa, która z psychologicznego punktu widzenia jest zbiorową kompensacją męskiej niemocy, polegającej w dużej mierze na uzależnieniu od matki. Przeciętny mężczyzna zatem to osobnik, który nigdy nie uwolnił się od wpływu swojej matki. Tak więc w patriarchacie, wbrew powszechnej opinii, to mężczyźni są zależną płcią, bo są poddani władaniu wewnętrznej, niezintegrowanej kobiecości. Ich życie jest wieczną ucieczką przed kobiecością albo nieudanymi próbami jej kontrolowania. Rodzi to z jednej strony całkowitą niemożność do budowania zdrowych relacji z kobietami, a z drugiej – przemoc wobec kobiet. Mężczyzna albo chce być posłusznym synem kobiety, widząc w niej swoją matkę, albo walczy z kobietą, deprecjonując ją i jej uwłaczając.

Odpowiednio, największe pragnienie mężczyzny i zarazem jego największy lęk to powrót do łona. Tylko gdy przezwycięży ową regresywną tęsknotę i wtórną wobec niej agresję, może stać się samodzielnym człowiekiem. Tylko wtedy będzie mógł naprawdę ukochać życie, zamiast być symbiotycznie od niego uzależnionym albo je niszczyć. Dopiero wtedy będzie mógł wyjść poza zabójczy dualizm – niszczyć siebie albo niszczyć innych. Dawniej w owym przezwyciężeniu pomagały inicjacje, dostarczające młodym mężczyznom archetypowych wzorców męskości i dzięki intensywnym przeżyciom emocjonalnym uwalniające ich ze świata matek. Dzięki inicjacji mężczyzna odkrywał obszar bytu dostępny tylko dla niego, stawał się bytem teoretycznym, kulturowym konstruktem realizującym ideały danej kultury. W ten sposób uzupełniał zjednoczoną z naturą sferę kobiecości, urzeczywistniając taoistyczny ideał in-jang.

Jednak współczesny mężczyzna to pozbawiony ojca chory człowiek patriarchatu. Stworzył ze swych zranień świat, w którym, jak pisze Joseph Campbell: „Życie podporządkowane jest przemocy, zamiast miłości, indoktrynacji zamiast edukacji, władzy zamiast doświadczeniu”. Nic dziwnego, że w tym świecie cierpi wszystko – kobiety, mężczyźni, zwierzęta, cała planeta. To świat ponurych, dogmatycznych, sztywnych ojców, niszczących życie swoich synów i córek, zadających wszystkiemu ból. A ze ślepego bólu nie może powstać nic innego jak ból. To świat opętany władzą, wyrastającą ze wszechobecnego strachu mężczyzn przed kompletnym brakiem znaczenia, odrzuceniem przez kobiety i zranieniem przez innych mężczyzn. Patriarchat jest zabójczy nie tylko dla kobiet, ale też dla mężczyzn, i dla całego świata, któremu obecnie grozi zagłada klimatyczna, ekonomiczna, wojenna. Przygniótł samych mężczyzn, którzy mimowiednie stworzyli rzeczywistość całkowicie wypraną z symbolicznych znaczeń, w której ich zranienia są tylko dosłowne i nie niosą nic poza cierpieniem dla nich samych i innych ludzi.

Coraz więcej kobiet jest świadomych tego, że troska o duszę jest najważniejsza w życiu. Mężczyźni nawet nie są świadomi tego, że utracili duszę, czyli zdolność do odczuwania i wchodzenia w głębokie relacje. W relacjach z kobietami liczy się dla nich tylko seks, a w relacjach z innymi mężczyznami rywalizacja. I nawet nie wolno im mówić o uczuciach, bo „chłopaki nie płaczą”. Owo kulturowe wyparcie skutkuje agresją, depresją, pracoholizmem i uzależnieniami. Nie mogą być autentyczni, nikt ich tego nie nauczył, nie pokazał jak dbać o siebie, a świat każe im tylko pracować, konkurować i cierpieć. Kultura patriarchatu jest zabójcza dla samych mężczyzn, którzy mają podobno być jej beneficjentami. Niestety, koszty przekraczają zyski, mężczyźni tracą zdrowie fizyczne i psychiczne, w zamian uzyskując pozorne korzyści w postaci dopieszczenia najbardziej żałosnego aspektu męskiej osobowości – ego.

Efektem tej kulturowej patologii jest między innymi to, że, mężczyźni opanowali do perfekcji sztukę udawania, są idealnymi pozerami, udającymi wszystko, co tylko się da. Niestety, na tę sztukę nabierają się kobiety, błądzące szlakami własnych kompleksów. Jak mi żałośnie powiedziała jedna z nich: „Zakochałam się w jego personie!”. I tak toczy się ten światek. A tymczasem potrzeba by mężczyźni wykroczyli poza dualizm wyznaczony z jednej strony przez autystycznego Clinta Eastwooda, a z drugiej przez długowłosego chłopaczka z warsztatów New Age. I dopiero wtedy będą mieli coś do zaoferowania światu.

O śmierci i czasie

Milan Kundera napisał kiedyś: „To, co przeraża nas najbardziej w śmierci, to nie utrata przyszłości, lecz utrata przeszłości. I rzeczywiście akt zapominania jest formą śmierci, zawsze obecną w życiu”. Każdy odbiera śmierć po swojemu. Kundera akurat tak, jak to opisał. Mnie utrata przeszłości nie przeraża. Wręcz przeciwnie, czasem chciałbym o niektórych rzeczach z przeszłości całkowicie zapomnieć. To by mi dało ulgę i nadzieję na przyszłość. Bo umieranie – w tym umieranie przeszłości – jest potrzebne, by narodziło się to, co nowe. Kundera ma oczywiście po części rację, gdy pomyślimy o starych ludziach często rozpaczających nad utratą pamięci o minionych latach. Czyż jednak nie czynią tego tylko dlatego, że pozostała im już tylko pamięć? Dziewięćdziesięciolatek z trudem może mieć nadzieję na przyszłość. I wtedy boi się zapominania. Cóż mogę rzec, umierajmy zatem wcześniej, nim pamięć całkiem pochłonie nasz umysł. Jak mawiał Nietzsche: „Umrzyj w porę”, gdy jeszcze przed tobą rozpościera się nieokreślony, otwarty horyzont przyszłości.

O mówieniu prawdy

Wszyscy znamy z filmów scenę, w której zaprzysięga się świadka w sądzie każąc mu powtórzyć formułę: „Będę mówił prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”. To potrójne powtórzenie nie jest tylko zabiegiem retorycznym. To najlepszy opis tego, jak należy mówić prawdę.

Po pierwsze, mówimy prawdę. Zapytany czy spotkałem się z X-em odpowiadam że tak. Jeśli powiem, że nie, a danego dnia go widziałem, będzie to proste kłamstwo zaprzeczenia.

Po drugie, mówimy całą prawdę. Gdybym powiedział, że widziałem X-a, ale zataił, że poszliśmy razem do niego, będzie to kłamstwo pominięcia.

Po trzecie, mówimy tylko prawdę. Gdy zapytany, czy spotkałem się z X-em, odpowiadam: „Spotykam się z wieloma osobami, bo taką mam pracę” będzie to kłamstwo wpływu, wynikające z chęci zmiany postrzegania danej sytuacji.

Teraz już wiemy dlaczego tak trudno mówić prawdę. Nawet jeśli ustrzeżemy się przed kłamstwem zaprzeczenia, to z trudem, o ile w ogóle, możemy uniknąć kłamstwa pominięcia, chowając w cieniu to, czego się wstydzimy. A kłamstwo wpływu nie jest nawet postrzegane jako kłamstwo, ale jako oczywiste usprawiedliwienie. Mówimy wtedy: „No wiesz, to się zdarzyło, taka była sytuacja”. Ten rodzaj kłamstwa jest najbardziej powszechny, bo wszyscy ludzie nazywają wedle swego uznania to, co zrobili. Dlatego można nazwać je też kłamstwem terminologii. Można wręcz powiedzieć, że dla prawie całej populacji ludzkiej komunikowanie to naklejanie dogodnych etykietek na rzeczywistość, typu: „To nie było wymuszenie, tylko poproszenie”.

Szczera rozmowa jest możliwa tylko wtedy, gdy pamiętamy o tych trzech punktach. Dlatego jest tak rzadka, o ile w ogóle możliwa. Inspirację do tego wpisu zaczerpnąłem z książki „Anatomia kłamstwa”, napisanej przez trzech byłych agentów CIA. Oni wiedzą, że prawdę trzeba wyciągać z ludzi, że sami jej nie powiedzą, czasem nawet najbliższej, ukochanej osobie. Tak działa ludzki umysł, nie mówi prawdy, ale nieustannie konstruuje narrację zgodną z jego egoistycznym i perspektywicznym widzeniem rzeczywistości. Kłamią już zwierzęta, a ludzie rozwinęli umiejętność kłamania do perfekcji. Dlatego słysząc coś, zastanawiam się zawsze, jakim rodzajem kłamstwa właśnie mnie poczęstowano.

O nietrwałości

Wedle buddyzmu nic nie ma swojego wewnętrznego istnienia, wszystkie rzeczy są puste, a to co powstało, musi się rozpaść. Rzeczy przypominają raczej tęczę albo bańkę mydlaną, są piękne acz nietrwałe. Także taoizm twierdzi, że świat jest czymś na kształt strumienia, czasem rwącego, a czasem spokojnego. Nic nie jest trwałe, wszystko płynie. Na pewnym moście w Szwajcarii znajdujemy tabliczkę z napisem: „Wszystko jest przejściem”. Póki żyjemy pozostajemy w samsarze, płyniemy w strumieniu, nieustannie przechodzimy od jednego stanu do drugiego. Te przejścia są czasem niezauważalne, a czasem gwałtowne, przypominają wtedy turbulencje, które wprawiają nasze życie w stan chaosu.

Ludzie boją się nietrwałości, która jest niebezpiecznie spokrewniona ze śmiercią. Nic dziwnego, że szukają złudzenia stałości i niezmienności wierząc w nieśmiertelną duszę, albo niezwykłe stany umysłu. Często jednak to tylko łudzenie się. Ja wolę podejście filozoficzne, gdy za Ludwigiem Wittgensteinem mogę powiedzieć:„Filozofować to zstąpić w pierwotny chaos i czuć się tam dobrze”. Gdy patrzę na zmiany w moim życiu wydają się mi one czystym chaosem. A jednak jestem w nich, zanurzam się w ich przepływie, czasem skaczę na głęboką wodę nieznanego. Filozofować to nie znaczy odkrywać jakiś sens w tych przemianach – bo tego sensu tam w ogóle nie ma – nie, wystarczy, że czuję się w nich dobrze. Na tyle dobrze, że już nie planuję, nie przewiduję, nie wiem co będzie za chwilę czy rok. Jestem w obecnej chwili, bo wiem, że ona zaraz minie.