O potrzebie szaleństwa

Wprawdzie filozofowie zapewniają, że tylko panowanie nad afektami daje nam wolność, ale nie zawsze wypada słuchać ich mądrych rad. Czasem jest potrzebna odrobina szaleństwa. Stanowi ona bowiem antidotum na dwie podstawowe bolączki naszej egzystencji, które nie są uleczalne za pomocą racjonalnych maksym. Rozum jest bardzo ważny, ale nie jest jedyną opoką naszej egzystencji. Potrzeba jeszcze szaleństwa.

Pierwsza bolączka to rutyna, jednostajność i nuda, które są nieodłączne od naszego życia. Świat to system nawyków, które, jako instynkty, podtrzymują jego istnienie, ale jako przyzwyczajenia są jego grobem. Z czasem prawie wszyscy ludzie stają się swoimi karykaturami, bezwiednymi automatami prowadzącymi życie wedle martwych reguł. A wtedy w pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: „Dosyć!” Jeśli to zrobimy, wyrwiemy się spod władzy zastałego rozsądku, a strumień naszego życia popłynie znowu przed siebie, drogami, których nie mogliśmy przewidzieć. I wtedy zakrzykniemy: „Ja żyję!”

Druga bolączka to zranienia emocjonalne i towarzyszący im psychiczny ból, pojawiający się wtedy, gdy życie pokaże nam swoją ciemną stronę. Wtedy też trzeba sobie powiedzieć „Dosyć!” i pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Odmieni ono wtedy bieg naszych afektów, odwróci ich powodujący ból przepływ i da nam poczucie, że warto żyć! Wiem, że to brzmi dosyć ogólnikowo, ale kto tego próbował – w pierwszym albo drugim przypadku – ten wie, o czym mówię. Wbrew stoikom, a w zgodzie z taoistami, zanurzenie się w rwącym strumieniu życia daje orzeźwiające efekty.

Jak uspokoić małpi umysł

Stara hinduska parabola przyrównuje nasz umysł do małpy, która skacze z gałęzi na gałąź. Obraz ten doskonale oddaje funkcjonowanie naszego umysłu, co chwila zwracającego uwagę na inny bodziec. Jest to zrozumiałe z ewolucyjnego punktu widzenia – zwracanie uwagi na dominujący bodziec w otoczeniu mogło uchronić przed atakiem drapieżnika lub innym niebezpieczeństwem. Jednak umysł współczesnego człowieka, żyjącego obecnie w miarę bezpiecznym środowisku, nie musi już działać w ten sposób. Wprost przeciwnie, małpi umysł staje się dlań źródłem rozproszenia. Niestety, nieustanne dystrakcje, w które obfituje to bezpieczne w miarę środowisko, są przyczyną braku skupienia i uważności, a co za tym idzie fragmentaryzacji i nieubłaganej zmienności życia. A doświadczanie zmiany jest tym, co buddyzm nazywa cierpieniem.

Jak temu przeciwdziałać? Wykorzystując możliwość kierowania uwagą. Ta zdolność jest czymś, co możemy wypracować. Wystarczy zawsze wtedy, gdy jakiś bodziec – na przykład wizualny – przyciągnie naszą uwagę, zapytać siebie: „Kto patrzy?” Gdy usłyszymy jakiś dźwięk pytamy: „Kto słyszy?” Gdy jakaś myśl zaprzątnie naszą uwagę pytamy: „Kto myśli?”. Tylko i aż tyle, nieustanne zapytywanie o podmiot doznawania. Powtarzanie tej praktyki daje niesamowite skutki. Nagle zauważamy, że nasza małpa się uspokaja, siedzi na jednej gałęzi i patrzy. Już nie skacze od bodźca do bodźca, ale staje się uważnym obserwatorem zjawisk. Wprowadza to do naszego życia spokój i jeśli nawet nie wyzwalamy się z cierpienia, staje się ono mniej dojmujące. Obserwujemy zmiany i akceptujemy je, jak obłoki płynące po niebie.

I, co najważniejsze – nigdy się nie dowiemy czym jest ów „kto”. To nie jest celem tej praktyki. Filozofia jest nieustannym zapytywaniem, a nie tworzeniem gładkich odpowiedzi. Wystarczy pytać. Nic więcej.

O chrześcijaństwie i spermie

Richard Rohr w swej książce „W poszukiwaniu Graala” przytacza historię młodego filipińskiego franciszkanina (sam Rohr też jest franciszkaninem), który po raz pierwszy w życiu doświadczywszy wytrysku poczuł, że to jest jego chwila chwały i moment przełomowy w jego życiu. „Wbiegłem na boisko – mówi ów młody franciszkanin – z ręką pełną spermy, a wokół mnie zebrali się koledzy. Mam nasienie, mam nasienie – wołałem do nich. Wszyscy patrzyli na mnie z podziwem, bo znaczyło to, że jestem już mężczyzną. I wtedy podszedł mnie stary franciszkanin i zapytał: Co trzymasz w ręce? Odpowiedziałem, że moje pierwsze nasienie. Idź i umyj ręce i nie waż się teraz wracać – powiedział”. Zawiedziony młodzieniec pyta: „Dlaczego nasienie, które Bóg umieszcza w naszym ciele miałoby być czymś, czego należy się wstydzić?”

To pytanie młodego franciszkanina to podstawowe pytanie skierowane do chrześcijaństwa. Pomimo swej tezy o inkarnacji boga w ciało jest ono kompletnie bezradne wobec spraw ciała. Można powiedzieć, że chrześcijaństwo odniosło totalną porażkę, jeśli chodzi o cielesność i męskość. Wprawdzie symboliczny areopag chrześcijaństwa stanowią bóstwa męskie, ale przez to mężczyźni wcale nie mają lepiej. Są co najwyżej patologicznymi beneficjentami patriarchatu. Żadnej radości z pierwszego wytrysku, tylko nędzne, wtórne przekonanie o własnej wyższości kosztem kobiet, dzieci i świata.

Takich historii jak powyżej można usłyszeć wiele. Mnie kiedyś pewien młody mężczyzna powiedział, że gdy miał pierwszy wtrysk pod prysznicem, to oprócz oczywistej przyjemności poczuł się także winny, bo mógł przecież owego nasienia użyć do zapłodnienia jakieś kobiety. To wspaniały przykład podświadomej transmisji poczucia winy, tak charakterystycznej dla chrześcijaństwa. Rodzina tego młodego mężczyzny nie należała do zbyt pobożnych, ale jego matka była sierotą, wychowaną przez zakonnice. Porównajmy jego poczucie winy z radosnym przeżyciem młodego Filipińczyka.

Radość kontra poczucie winy – oto chrześcijaństwo. Niestety, ta esencjonalnie patriarchalna mitologia nie przysłużyła się mężczyznom, budowała czasami tylko dobry pijar dla ich najgorszych przywar. Mężczyźni padają bowiem ofiarą tego, co tak lubią – hierarchii. W oparciu o nią budują instytucje religijne i wszelkie inne struktury. A instytucja wypacza doświadczenie indywidualne, którego podstawą jest doświadczenie ciała. Hierarchia i nieodłącznie z nią powiązana rywalizacja jako tako funkcjonują w stadzie szympansów, ale w społeczeństwach ludzkich są tylko źródłem zła strukturalnego.

O męskości

Nie jest możliwe cokolwiek powiedzieć o psychice i duchowości mężczyzn bez odniesienia się do tego, że świat, w którym żyjemy, jest światem patriarchalnym. Patriarchat to formacja kulturowa, która z psychologicznego punktu widzenia jest zbiorową kompensacją męskiej niemocy, polegającej w dużej mierze na uzależnieniu od matki. Przeciętny mężczyzna zatem to osobnik, który nigdy nie uwolnił się od wpływu swojej matki. Tak więc w patriarchacie, wbrew powszechnej opinii, to mężczyźni są zależną płcią, bo są poddani władaniu wewnętrznej, niezintegrowanej kobiecości. Ich życie jest wieczną ucieczką przed kobiecością albo nieudanymi próbami jej kontrolowania. Rodzi to z jednej strony całkowitą niemożność do budowania zdrowych relacji z kobietami, a z drugiej – przemoc wobec kobiet. Mężczyzna albo chce być posłusznym synem kobiety, widząc w niej swoją matkę, albo walczy z kobietą, deprecjonując ją i jej uwłaczając.

Odpowiednio, największe pragnienie mężczyzny i zarazem jego największy lęk to powrót do łona. Tylko gdy przezwycięży ową regresywną tęsknotę i wtórną wobec niej agresję, może stać się samodzielnym człowiekiem. Tylko wtedy będzie mógł naprawdę ukochać życie, zamiast być symbiotycznie od niego uzależnionym albo je niszczyć. Dopiero wtedy będzie mógł wyjść poza zabójczy dualizm – niszczyć siebie albo niszczyć innych. Dawniej w owym przezwyciężeniu pomagały inicjacje, dostarczające młodym mężczyznom archetypowych wzorców męskości i dzięki intensywnym przeżyciom emocjonalnym uwalniające ich ze świata matek. Dzięki inicjacji mężczyzna odkrywał obszar bytu dostępny tylko dla niego, stawał się bytem teoretycznym, kulturowym konstruktem realizującym ideały danej kultury. W ten sposób uzupełniał zjednoczoną z naturą sferę kobiecości, urzeczywistniając taoistyczny ideał in-jang.

Jednak współczesny mężczyzna to pozbawiony ojca chory człowiek patriarchatu. Stworzył ze swych zranień świat, w którym, jak pisze Joseph Campbell: „Życie podporządkowane jest przemocy, zamiast miłości, indoktrynacji zamiast edukacji, władzy zamiast doświadczeniu”. Nic dziwnego, że w tym świecie cierpi wszystko – kobiety, mężczyźni, zwierzęta, cała planeta. To świat ponurych, dogmatycznych, sztywnych ojców, niszczących życie swoich synów i córek, zadających wszystkiemu ból. A ze ślepego bólu nie może powstać nic innego jak ból. To świat opętany władzą, wyrastającą ze wszechobecnego strachu mężczyzn przed kompletnym brakiem znaczenia, odrzuceniem przez kobiety i zranieniem przez innych mężczyzn. Patriarchat jest zabójczy nie tylko dla kobiet, ale też dla mężczyzn, i dla całego świata, któremu obecnie grozi zagłada klimatyczna, ekonomiczna, wojenna. Przygniótł samych mężczyzn, którzy mimowiednie stworzyli rzeczywistość całkowicie wypraną z symbolicznych znaczeń, w której ich zranienia są tylko dosłowne i nie niosą nic poza cierpieniem dla nich samych i innych ludzi.

Coraz więcej kobiet jest świadomych tego, że troska o duszę jest najważniejsza w życiu. Mężczyźni nawet nie są świadomi tego, że utracili duszę, czyli zdolność do odczuwania i wchodzenia w głębokie relacje. W relacjach z kobietami liczy się dla nich tylko seks, a w relacjach z innymi mężczyznami rywalizacja. I nawet nie wolno im mówić o uczuciach, bo „chłopaki nie płaczą”. Owo kulturowe wyparcie skutkuje agresją, depresją, pracoholizmem i uzależnieniami. Nie mogą być autentyczni, nikt ich tego nie nauczył, nie pokazał jak dbać o siebie, a świat każe im tylko pracować, konkurować i cierpieć. Kultura patriarchatu jest zabójcza dla samych mężczyzn, którzy mają podobno być jej beneficjentami. Niestety, koszty przekraczają zyski, mężczyźni tracą zdrowie fizyczne i psychiczne, w zamian uzyskując pozorne korzyści w postaci dopieszczenia najbardziej żałosnego aspektu męskiej osobowości – ego.

Efektem tej kulturowej patologii jest między innymi to, że, mężczyźni opanowali do perfekcji sztukę udawania, są idealnymi pozerami, udającymi wszystko, co tylko się da. Niestety, na tę sztukę nabierają się kobiety, błądzące szlakami własnych kompleksów. Jak mi żałośnie powiedziała jedna z nich: „Zakochałam się w jego personie!”. I tak toczy się ten światek. A tymczasem potrzeba by mężczyźni wykroczyli poza dualizm wyznaczony z jednej strony przez autystycznego Clinta Eastwooda, a z drugiej przez długowłosego chłopaczka z warsztatów New Age. I dopiero wtedy będą mieli coś do zaoferowania światu.

O śmierci i czasie

Milan Kundera napisał kiedyś: „To, co przeraża nas najbardziej w śmierci, to nie utrata przyszłości, lecz utrata przeszłości. I rzeczywiście akt zapominania jest formą śmierci, zawsze obecną w życiu”. Każdy odbiera śmierć po swojemu. Kundera akurat tak, jak to opisał. Mnie utrata przeszłości nie przeraża. Wręcz przeciwnie, czasem chciałbym o niektórych rzeczach z przeszłości całkowicie zapomnieć. To by mi dało ulgę i nadzieję na przyszłość. Bo umieranie – w tym umieranie przeszłości – jest potrzebne, by narodziło się to, co nowe. Kundera ma oczywiście po części rację, gdy pomyślimy o starych ludziach często rozpaczających nad utratą pamięci o minionych latach. Czyż jednak nie czynią tego tylko dlatego, że pozostała im już tylko pamięć? Dziewięćdziesięciolatek z trudem może mieć nadzieję na przyszłość. I wtedy boi się zapominania. Cóż mogę rzec, umierajmy zatem wcześniej, nim pamięć całkiem pochłonie nasz umysł. Jak mawiał Nietzsche: „Umrzyj w porę”, gdy jeszcze przed tobą rozpościera się nieokreślony, otwarty horyzont przyszłości.

O mówieniu prawdy

Wszyscy znamy z filmów scenę, w której zaprzysięga się świadka w sądzie każąc mu powtórzyć formułę: „Będę mówił prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”. To potrójne powtórzenie nie jest tylko zabiegiem retorycznym. To najlepszy opis tego, jak należy mówić prawdę.

Po pierwsze, mówimy prawdę. Zapytany czy spotkałem się z X-em odpowiadam że tak. Jeśli powiem, że nie, a danego dnia go widziałem, będzie to proste kłamstwo zaprzeczenia.

Po drugie, mówimy całą prawdę. Gdybym powiedział, że widziałem X-a, ale zataił, że poszliśmy razem do niego, będzie to kłamstwo pominięcia.

Po trzecie, mówimy tylko prawdę. Gdy zapytany, czy spotkałem się z X-em, odpowiadam: „Spotykam się z wieloma osobami, bo taką mam pracę” będzie to kłamstwo wpływu, wynikające z chęci zmiany postrzegania danej sytuacji.

Teraz już wiemy dlaczego tak trudno mówić prawdę. Nawet jeśli ustrzeżemy się przed kłamstwem zaprzeczenia, to z trudem, o ile w ogóle, możemy uniknąć kłamstwa pominięcia, chowając w cieniu to, czego się wstydzimy. A kłamstwo wpływu nie jest nawet postrzegane jako kłamstwo, ale jako oczywiste usprawiedliwienie. Mówimy wtedy: „No wiesz, to się zdarzyło, taka była sytuacja”. Ten rodzaj kłamstwa jest najbardziej powszechny, bo wszyscy ludzie nazywają wedle swego uznania to, co zrobili. Dlatego można nazwać je też kłamstwem terminologii. Można wręcz powiedzieć, że dla prawie całej populacji ludzkiej komunikowanie to naklejanie dogodnych etykietek na rzeczywistość, typu: „To nie było wymuszenie, tylko poproszenie”.

Szczera rozmowa jest możliwa tylko wtedy, gdy pamiętamy o tych trzech punktach. Dlatego jest tak rzadka, o ile w ogóle możliwa. Inspirację do tego wpisu zaczerpnąłem z książki „Anatomia kłamstwa”, napisanej przez trzech byłych agentów CIA. Oni wiedzą, że prawdę trzeba wyciągać z ludzi, że sami jej nie powiedzą, czasem nawet najbliższej, ukochanej osobie. Tak działa ludzki umysł, nie mówi prawdy, ale nieustannie konstruuje narrację zgodną z jego egoistycznym i perspektywicznym widzeniem rzeczywistości. Kłamią już zwierzęta, a ludzie rozwinęli umiejętność kłamania do perfekcji. Dlatego słysząc coś, zastanawiam się zawsze, jakim rodzajem kłamstwa właśnie mnie poczęstowano.

O nietrwałości

Wedle buddyzmu nic nie ma swojego wewnętrznego istnienia, wszystkie rzeczy są puste, a to co powstało, musi się rozpaść. Rzeczy przypominają raczej tęczę albo bańkę mydlaną, są piękne acz nietrwałe. Także taoizm twierdzi, że świat jest czymś na kształt strumienia, czasem rwącego, a czasem spokojnego. Nic nie jest trwałe, wszystko płynie. Na pewnym moście w Szwajcarii znajdujemy tabliczkę z napisem: „Wszystko jest przejściem”. Póki żyjemy pozostajemy w samsarze, płyniemy w strumieniu, nieustannie przechodzimy od jednego stanu do drugiego. Te przejścia są czasem niezauważalne, a czasem gwałtowne, przypominają wtedy turbulencje, które wprawiają nasze życie w stan chaosu.

Ludzie boją się nietrwałości, która jest niebezpiecznie spokrewniona ze śmiercią. Nic dziwnego, że szukają złudzenia stałości i niezmienności wierząc w nieśmiertelną duszę, albo niezwykłe stany umysłu. Często jednak to tylko łudzenie się. Ja wolę podejście filozoficzne, gdy za Ludwigiem Wittgensteinem mogę powiedzieć:„Filozofować to zstąpić w pierwotny chaos i czuć się tam dobrze”. Gdy patrzę na zmiany w moim życiu wydają się mi one czystym chaosem. A jednak jestem w nich, zanurzam się w ich przepływie, czasem skaczę na głęboką wodę nieznanego. Filozofować to nie znaczy odkrywać jakiś sens w tych przemianach – bo tego sensu tam w ogóle nie ma – nie, wystarczy, że czuję się w nich dobrze. Na tyle dobrze, że już nie planuję, nie przewiduję, nie wiem co będzie za chwilę czy rok. Jestem w obecnej chwili, bo wiem, że ona zaraz minie.

O czterech rodzajach duchowości

Bardzo nie lubię definiowania niektórych pojęć. Moim ulubionym sposobem doprowadzania do ich zrozumienia jest krążenie wokół nich, tak by w miarę dochodzenia do pełnego kontekstu dociekliwy umysł pojął, jak ja coś widzę. Takim schematem, wedle którego możemy krążyć wokół pojęcia duchowości mogą być cztery funkcje świadomości ustalone przez Junga: percepcja, myślenie, uczucie i intuicja. Stanowią one podstawę do wyróżnienia czterech typów psychologicznych. Prawie każdy, zapytany o to czym jest duchowość, powie coś innego. Jednym z powodów jest to, że przynależy do odmiennego typu psychologicznego. Zacznijmy zatem.

Duchowość według typu percepcyjnego: dla takiej osoby duchowość to doświadczanie, zmysłowe (tantra) ale też dotyk drzew. Odczuwa subtelne energie, chętnie odwiedza miejsca mocy, gdzie wyraźnie doznaje obecnych tam energii. Duchowość to doznawanie we wszystkich tego słowa znaczeniach.

Duchowość wedle typu myślowego: dla niego duchowość to „życie w jakimś duchu”, podążanie za regułami religii czy mistrza duchowego. Ważne są idee, które realizuje się w swoim życiu, jak stoik urzeczywistniający ideały stoicyzmu. Duchowość to zbawcza wiedza (gnoza, dźniana).

Duchowość wedle typu uczuciowego: tu najważniejsze są uczucia, głównie miłość. Miłość do Boga (bhakti), do innych ludzi (agape) czy związek z całością życia i wszechświata w stanie wszechogarniającej unii. Duchowość to relacja, związek.

Duchowość wedle typu intuicyjnego: taka osoba ceni sobie przede wszystkim sny, wizje i przeczucia, ale też chętnie korzysta z rozmaitych technik mantycznych, by pozyskać wiedzę niedostępną świadomości. Duchowość to czysta intuicja, czyli obecność w umyśle niczym niezapośredniczonej wiedzy.

Tyle w wielkim skrócie. To oczywiście typy idealne, mniej lub bardziej obecne w każdym człowieku. Dają one jednak ogólny obraz występujących powszechnie różnic w podejściu do duchowości. Ostatecznie jest ona bowiem czymś indywidualnym, przeżywanym poza wszelkimi schematami.

O humorze i duchowości

Herman Hesse napisał w Wilku stepowym: „Otóż wszelki humor wyższego rzędu zaczyna się od tego, że nie bierze się już poważnie własnej osoby”. W opowiadaniu Naprawiacz świata tłumaczy dlaczego tak jest: „Nie ma nic bardziej niebezpiecznego i zabójczego dla duszy niż nieustanne zajmowanie się swoją własną osobą i poczynaniami, własnym samotnie przeżywanym niezadowoleniem i słabością”. Dystans do samego siebie, obiektywizacja swoich wad i słabostek rodzi zdolność do humoru, ale też jest źródłem tego, co nazywa się duchowością.

Jedno z najbardziej klarownych określeń duchowości podał Jaron Lanier, przedstawiciel nauk komputerowych, twórca pojęcia wirtualnej rzeczywistości: „Duchowość to siła emocjonalnego stosunku, jaki ludzie żywią do pytań, na które nie sposób odpowiedzieć”. A fundamentalnym pytaniem, na które nie sposób odpowiedzieć jest pytanie „Kim jestem?” Jeśli odpowiadam na nie zbyt łatwo, to tracę dystans do siebie, biorę na poważnie to „kim jestem”. Nie, nikt nie wie kim jest, prawdziwe centrum naszego bytu jest nieuchwytne. Każde rozumienie samego siebie to tylko zamawianie rzeczywistości, bajeczka, którą opowiadamy sobie na dobranoc. To już lepiej się z siebie pośmiać, przyznając się przed samym sobą, że to wszystko, co myślimy o sobie to po prostu ot taki dowcip, całkowicie zmyślony i nie zawsze dobry.

Bo bez poczucia humoru wszelka duchowość jest niczym innym, jak tylko kompensacją naszej nerwicy.

O personie

Poznanie siebie samego powinno owocować integracją rozmaitych części naszej osobowości, ich syntezą prowadzącą do doświadczenia pełni. Koniecznym etapem wstępnym jest jednak etap analizy, gdy owe części składowe rozpoznajemy i różnicujemy. W ujęciu Junga początkiem tego procesu jest uświadomienie sobie swojej persony jako czegoś różnego od naszego ja. Jak pisze Jung:„Persona jest tym, czym w istocie człowiek nie jest, czym on jest tylko w mniemaniu własnym i innych ludzi”. Jest ona zatem maską, która nieświadomie kształtuje się już w bardzo wczesnym okresie naszego życia, a dzięki której możemy funkcjonować w społeczeństwie. To takie nasze idealne ja, za które chcemy być brani przez innych. Prezentujemy się więc jako nauczyciel, lekarz, kapłan, policjant, matka, biznesmen, pielęgniarka, globtroter, spryciarz, itd. itp. Każda z tych person to maska na użytek publiczny, najczęściej nie mająca nic wspólnego z tym, kim naprawdę jesteśmy. W zależności od etapu rozwoju persona nasza odpowiada naszej tożsamości płciowej, zawodowi czy statusowi społecznemu. Gramy określone role by dostosować się do zbiorowości, a persona jest kompromisem między nami, jako indywidualnością, a społeczeństwem. Mamy nazwisko, tytuł, mundur, ale to jest wtórne wobec tego, kim naprawdę jesteśmy.

Sama w sobie persona nie jest czymś negatywnym, dopiero utożsamienie się z personą grozi zanikiem naszego prawdziwego ja, prowadzi do psychicznej kruchości i sztywności. Jest to nader realna groźba, bo czy ktoś oprze się pokusie bycia szefem wielkiej spółki, wielkim menadżerem, otrzymującym za swą rolę pieniądze i uznanie? Jednak w ten sposób wyprodukujemy w sobie tylko „sztuczną osobowość”, poza którą nie będzie nic autentycznego, tylko nastawienie na to, co zewnętrzne. Uświadomienie sobie persony to początek indywiduacji, czyli autentycznego stawania się sobą. Zdrowa persona przypomina półprzepuszczalną błonę komórkową, która chroni wnętrze, ale zarazem nie jest sztywna i zamknięta. Persona może być także narzędziem transformacji ja, gdy pewnych nieświadomych treści doświadczamy najpierw jako roli odgrywanej przez personę, by potem je zintegrować z ja. To jak z nauką jakiejś umiejętności – najpierw gramy rolę nauczyciela, starając się zachowywać jak nauczyciel, wyglądać jak nauczyciel, mówić jak nauczyciel. A po dłuższym czasie już jesteśmy nauczycielem, treści związane z tą funkcją stały się zasobem dostępnym naszemu ja. Jeśli tylko nie utożsamimy się z personą nauczyciela, to dalsze kroki na drodze indywiduacji są dla nas dostępne.