Gdy czytamy o związkach słowo prawość prawie się nie pojawia. Nic dziwnego, ten temat zdominowali psycholodzy, a oni mają inne słownictwo. Ale dobrze czasem coś usłyszeć inaczej. Człowiek prawy to taki, który żyje w zgodzie ze swoim wnętrzem, kieruje się wewnętrzną dobrocią i zasadami. Jego zachowanie nie jest zależne zatem od zachowania innych ludzi. Tymczasem w związkach często da się usłyszeć sformułowanie: Będę dobrze traktował ciebie, jeśli będziesz dobrze traktować mnie. Albo: Jeśli coś zrobisz dla mnie, to ja coś zrobię dla ciebie. Takie słowa są wyrazem skrajnej niedojrzałości, jeśli są wypowiadane na początku związku albo wskazują, iż związek się właśnie zakończył, jeśli partner słyszy je po jakimś czasie trwania związku. To ten etap, gdy już tylko chcemy, by partner zaspokoił nasze potrzeby, nie dbając o niego. A to znaczy, że pozwalamy się kontrolować zachowaniami innej osoby i nie jesteśmy już osobą prawą. Bo osoba prawa nie kieruje się własną korzyścią, jej zasady nie są skierowane na nią – wtedy stanowiły by tylko racjonalizację jej egoizmu, jak to bywa u większości ludzi. Prawe zasady postępowania nie odnoszą się do jednostki, ale do wszystkich. Postępując zgodnie z nimi traktuję innych ludzi na równi ze sobą. Dlatego postawa prawości może być podstawą dobrego związku, w którym moja partnerka jest rzeczywiście moją partnerką. A to znaczy, że jej dobro jest na równi z moim, ale nie na zasadzie patologicznej wzajemności (ty mi zrób dobrze, to ja tobie zrobię dobrze), lecz poprzez utożsamienie – wszystko co czynię tobie, ty czynisz mnie.
O polerowaniu pamięci
Według św. Augustyna pamięć jest „obecnością rzeczy przeszłych”. Dzięki niej przeszłość istnieje w pewien sposób, ułomny, acz często dotkliwy. Staramy się ją wyprzeć, jak mawia psychoanaliza, ale ona zawsze powraca, uparcie domagając się uwagi. Przeszłość jest bowiem tym segmentem trójdzielnego czasu, który nadaje konsystencję naszemu życiu. Jesteśmy zbudowani z przeszłości i im bardziej staramy się od niej uciec, tym bardziej jej podlegamy. Często słyszymy: To przeszłość, zostaw to, nie wracaj do niej. Ale nie da się zostawić przeszłości, uwolnić się od niej. Wolność od przeszłości to częste pragnienie, ale jest ono niebezpiecznym łudzeniem samego siebie. Im mniej bowiem pamiętamy przeszłość, tym bardziej jest ona obecna w naszym życiu, tyle że w sposób nieświadomy. A wtedy rządzi naszym życiem poza świadomą wolą. Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie, jak pisał Santayana. Nie tak prosto jest napić się wody z Lete, rzeki zapomnienia.
Dlatego jedyne, co możemy zrobić, to polerować pamięć. Przeszłość jest obecna jako pamięć, a ta jest podstawą naszej świadomości. Musimy ją poznać i wykorzystać po to, by żyć. I tym jest właśnie polerowanie pamięci – oczyszczaniem jej poprzez dokładne poznanie, tak dokładnie na ile to możliwe. Wygaszamy w ten sposób stare uwarunkowania i budujemy nowe życie, już wolne. Sięgajmy zatem do wszystkich przetrwalników pamięci, do naszych zapisków, wspomnień, nagrań, zdjęć, wypytujmy znane nam osoby o ich wersje zdarzeń z przeszłości, o najbardziej ważne albo całkiem nieistotne szczegóły (kto może bowiem rozstrzygnąć, co jest ważne dla drugiej osoby?). W ten sposób, na wypolerowanej silnej nici naszej pamięci, snujemy osnowę naszego życia, a wplatając w nią teraźniejsze wątki, tkamy jego kobierzec.
A co to znaczy praktycznie? Gdy odejdzie od nas najbliższa nam osoba, niekoniecznie umierając, pamiętamy o niej, ale dzięki wypolerowanej pamięci uczymy się żyć bez niej. Dzięki temu zmienimy nasze życie. Przeszłość z nią zawiązana nie będzie już ciężarem i więzieniem, a stanie się zarodkiem przyszłości.
O uczeniu się emocji
Dobrze znany jest schemat czterech etapów uczenia się autorstwa Noela Burcha. Można go zastosować do procesu uczenia się panowania nad emocjami. Wtedy są to etapy naszego dojrzewania, stawania się dorosłym, odpowiedzialnym i samoświadomym człowiekiem.
Etap pierwszy to całkowite zanurzenie się w emocjach. W reakcji na jakieś nawet błahe wydarzenie dajemy upust emocjom, nie odróżniając się od nich. Na przykład nasza partnerka zapomniała zrobić coś o co ją prosiliśmy i wyrażamy swoją złość, narzekając na jej roztrzepanie. To etap nieświadomej niekompetencji.
Etap drugi polega na tym, że uświadamiamy sobie iż emocje nas poniosły, ale nic z tym nie możemy zrobić, dalej im podlegamy. W głębi ducha czujemy, że to idiotyczne, ale dalej narzekamy. To etap świadomej niekompetencji.
Etap trzeci następuje wtedy, gdy dostrzegamy, że gderanie i narzekanie nic nie da, tylko pogorszy sytuację. Czujemy emocje, ale ich nie uzewnętrzniamy i pomieszczamy je w sobie. To etap świadomej kompetencji.
Wreszcie etap czwarty, gdy problem po prostu nie powstaje. Przyjmujemy do wiadomości, że partnerka czegoś zapomniała i nie pojawiają się żadne emocje Mówimy: W porządku Kochanie, jutro to załatwimy. To etap nieświadomej kompetencji.
W przechodzeniu tych etapów pomaga uważność. W przejściu od pierwszego do drugiego jest to zauważenie emocji. Drugi etap jest trudny, bo zauważamy już swoje emocje, ale dalej im podlegamy. Ale jak uda się przejść do etapu trzeciego zyskujemy poczucie wolności od emocji, osadzone w naszej uważności. A stąd już tylko krok do etapu czwartego, w którym rozkoszujemy się wolnością od emocji i przytulamy naszą partnerkę mówiąc: Kochanie, nic się nie stało, kocham cię.
Niestety, prawie wszyscy ludzie pozostają na etapie pierwszym. Jeśli chodzi o emocje jesteśmy dziećmi, obłąkanymi dziećmi pogrążonymi we śnie, chorymi na emocje, które biorą się z lęku, przywiązania i niewiedzy. Konsensualna rzeczywistość jest tkana przez emocje, które wiążą wszystkie umysły we wspólnym śnie. A sen, który śnimy dziś jest szczególnie przerażający – to kryzys klimatyczny i wojna, twory naszych emocji. Dlatego tak dobrze jest się przebudzić z tego obłąkanego snu…ale jest to możliwe tylko dla jednostek.
O nomadach
Jesteśmy nomadami. Nasze życie to wędrówka. Tak było przez dziesiątki tysięcy lat. Nieustanne wędrowanie, czasem siedzisko na porę zimową. Stabilność życia osiadłego to tylko ostatnie dziesięć tysięcy lat. A i ta stabilność tylko pozorna, podtrzymywana przez takie kulturowe pomysły jak pismo, organizacja społeczna, religie jako instytucje, miasto. To kulturowe chochoły, w których trwożliwe lokujemy swoją tożsamość. Ale tak naprawdę nic się nie zmieniło. Struktura naszej egzystencji, jako istot obdarzonych świadomym ja, pozostaje niezmienna. Startujemy z punktu, w którym nas nie ma i dochodzimy do punktu, w którym nas nie ma. A pomiędzy tymi punktami bywamy tu i ówdzie, pomieszkujemy w różnych miejscach i gościmy w życiu różnych ludzi. Tak, nasze życie ma stały, niezmienny rytm: raz tu, raz tam, raz nigdzie…
O kreatywności
Istotą kreatywności jest umiejętność do utrzymywania w umyśle dwóch sprzecznych, całkowicie sobie przeciwstawnych idei jednocześnie. Jeśli od razu dążę do zredukowania dysonansu poznawczego, tłumię tym samym swoją kreatywność, dlatego warto wytrzymać napięcie pomiędzy tymi ideami. Nazywa się to czasem myśleniem janusowym, od rzymskiego boga Janusa, którego dwa oblicza spoglądały w przeciwne strony. Dodatkowym źródłem kreatywności jest odczuwanie tego napięcia jako przyjemnego, podniecającego, bo to daje zastrzyk naturalnych endorfin, które ułatwiają nowe połączenia pomiędzy neuronami w moim mózgu. Jak napisał Albert Einstein: „Kreatywność to inteligencja, która się raduje”. Tak, tylko wtedy gdy jestem przyjemnie podniecony tym, że to, o czym myślę, może być jednocześnie całkiem czymś innym, tylko wtedy mogę być kreatywny. Tworzenie rodzi się ze zderzenia przeciwieństw, jak iskra rodzi się z uderzenia dwóch kawałków krzemienia.
Tworzeniu towarzyszy dogłębne poczucie satysfakcji, wypływające z odnalezienia tego, co wspólne. Jednolity wzór strukturalny rządzący odkryciem ukrytych podobieństw został nazwany przez Arthura Koestlera aktem bisocjacji. Akt bisocjacji jest centralnym momentem procesu twórczego, jego esencją, próbą uchwycenia chwili transformacji umysłu prowadzącej do pojawienia się nowych ujęć znanych treści. Jest on zdefiniowany przez niego jako przecięcie się dwóch matryc myślenia czy też percepcji. Podobnie jak psycholog Alison Gopnik ujmuje akt wyjaśniania jako analog orgazmu, tak dla Koestlera intelektualna ciekawość wywodząca się z jednego z podstawowych popędów – popędu eksploracyjnego – daje powód do zamanifestowania się skomplikowanego zespołu emocji: „Najpierw jest triumfalna eksplozja napięcia, które nagle okazało się zbędne, gdyż problem został rozwiązany – tak więc wyskakujesz z kąpieli i biegniesz przez miasto śmiejąc się i krzycząc ‘Eureka!’ Potem następuje powolny zanik poświaty, stopniowe katharsis emocji samotranscendujących – spokojne, kontemplatywne rozkoszowanie się prawdą, którą odsłoniło odkrycie, blisko spokrewnione z doświadczeniem piękna, które jest dane artystom”. Dla takich doświadczeń warto żyć, bo życie to tworzenie.
O rodzajach inteligencji
To podobno Robert Oppenheimer, jeden z ojców bomby atomowej, miał powiedzieć, że są trzy rodzaje inteligencji: ludzka, zwierzęca i wojskowa. Przykładem inteligencji ludzkiej był on sam, genialny fizyk, doktorat w wieku 22 lat, znał pięć języków, a holenderskiego nauczył się w ciągu 6 tygodni, co pozwoliło mu swobodnie wygłosić w tym języku referat naukowy oraz uczestniczyć w dyskusji podczas pobytu w Lejdzie. Potem mamy inteligencję zwierzęcą, której przykłady by można mnożyć bez końca, od roztropności kruków po językowe zdolności szympansów. No i w końcu mamy inteligencję wojskową. Czym się ona charakteryzuje? Jej esencją jest rozkaz, czyli brak samodzielnego myślenia, całkowite posłuszeństwo bez zwracania uwagi na indywidualny osąd sytuacji. To całkowite zaprzeczenie człowieczeństwa. Zatem, najkrócej, inteligencja wojskowa jest brakiem. Brakiem myślenia, brakiem współczucia, brakiem wyobraźni. Te puste miejsca zapełnia schematyzmem, rygorem, obowiązującą ideologią i – co najważniejsze – realizacją najniższych instynktów, odreagowaniem strachu i przymusu. Bo dziś etos wojownika już nie istnieje. Gromady młodych mężczyzn zmuszanych do uczestnictwa w wojnie reagują na grożąca im śmiercią sytuację na najniższym poziomie, mordując i gwałcąc. A rozkazy wydają im podstarzali generałowie, którzy widzą tylko jedną możliwość rozstrzygania konfliktów: wojnę. Oppenheimer miał styczność z generalicją amerykańską, gdyż był szefem projektu Manhattan. Zakończył się on wyprodukowaniem bomby atomowej. Decyzję o jej użyciu podjęli generałowie. Pierwszą detonację bomby atomowej, 16 lipca 1945 roku na poligonie w Nowym Meksyku, w pobliżu miasta Alamogordo, skomentował cytatem z Bhagavadgity: „Jasność tysiąca słońc, rozbłysłych na niebie, oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów”. Ten poziom refleksji jest niedostępny dla inteligencji wojskowej.
O rodzicach
Salvador Dali był drugim dzieckiem swoich rodziców. Pierwszym był również Salvador Dali, który zmarł w wieku około trzech lat. Rodzice zabierali drugiego Dalego na grób ich pierworodnego, a ten był przekonany że to jego grób! Podobno to ukształtowało w nim silną ekscentryczność, sam w jednym z wywiadów mówił, że dzięki niej udowadniał sam sobie i innym, że jednak żyje. Opisy podobnie dziwacznych, a często głupich czy nawet okrutnych zachowań rodziców wypełniają tomy książek psychologicznych. Tysiące psychoterapeutów zbija dzięki nim swoje fortuny. Praktycznie nie ma końca tym zachowaniom, bo większość rodziców widzi w potomkach głównie sposób realizacji swoich chorych wyobrażeń. Nie mają nawet najmniejszej wiedzy na temat tego, jak ich zachowania wpływają na dzieci. Realizują w nich swoje nieprzeżyte życie, tworzą z nich nędzne kserokopie siebie samych, traktują gorzej niż niewolnika. Widząc w oczach dzieci pełne oddanie i miłość wykorzystują to dla podbudowania swojego poczucia niższości i odreagowania kompleksów. Pewien mój znajomy, który od lat walczy z traumą wczesnodziecięcą, opowiadał mi, że na pierwszym warsztacie psychologicznym nie chciał podjąć się pracy nad sobą. „U mnie w rodzinie wszystko było w porządku”, mówił terapeucie. A potem się zaczęło…Tak, przekonanie, że rodzice są dobrzy, że nas kochają, to podstawowa iluzja dzieciństwa, która pozwala nam je przetrwać. A poza tym każdy rodzic, nawet najlepszy, pozostawia w nas zadrę, z którą musimy sobie radzić w życiu dorosłym.
Wiem, że to napisałem jest jednostronne, że są dobrzy rodzice, że są dzieci, które do grobowej deski będą ich kochać. Tak, wiem i proszę mnie nie nudzić w komentarzach takimi uwagami. Skoro już ktoś doczytał do końca ten tekst, to niech przytknie dłoń do dłoni i się zastanowi. Tylko o to mi chodzi.
O mądrości
Według C.G. Junga: „Paradoks życia ludzkiego polega na tym, że akurat to, co wyzwala w człowieku największy lęk, jest też źródłem największej mądrości”. Uciekając od lęku nie pozwalamy, by najwyższa mądrość wkroczyła nasze życie. Wolimy się ograniczyć do nędznego mędrkowania, z którego słynie ego. Ono zawsze uzasadni naszą ucieczkę, zawsze usprawiedliwi tchórzostwo. To dobrze znamy. Ale na czym polega mądrość, którą możemy zdobyć, jeśli nie uciekniemy od lęku? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Spójrzmy jednak na te momenty, w których jednak wykazaliśmy się odwagą i pokonaliśmy lęk. Wtedy coś wkroczyło w nasze życie, coś czego się nie spodziewaliśmy. Doświadczenie przekroczenia lęku ukazało nam, jacy naprawdę jesteśmy, uświadomiło nam, że jest w nas coś więcej, coś szerszego i większego niż nasze małe „ja”. To coś możemy różnie nazywać. Jung nazywał to jaźnią, pełnią, której częścią jesteśmy. William James nazywał to po prostu more. Dopiero wtedy, gdy doświadczymy, że jesteśmy czymś więcej (more) osiągamy mądrość.
A odbywa się to bardzo konkretnie. To te momenty, gdy uważając się za zwykłego, niezbyt odważnego człowieka zdobywamy się na akt odwagi. Gdy nagle czujemy, że musimy bez względu na wszystko wyznać naszą miłość osobie, która być może nas odrzuci. Gdy zostawiając wszystko na boku pomagamy komuś, nie zważając na własny interes. Gdy odrzucimy jakieś zakorzenione przekonanie i uznajemy rację innego człowieka. Gdy zrobimy coś, czego dotąd nie robiliśmy, czy to będzie skok do basenu, którego baliśmy się, pomimo iż umiemy pływać, czy też przeciwstawienie się osobie dotąd będącej dla nas autorytetem. W tych i w wielu innych przypadkach zyskujemy mądrość, mądrość płynącą z przekraczanie siebie. Bo nie ma innej. Ja zawsze mówię: Moja nieświadomość jest mądrzejsza ode mnie. Znaczy to: Możemy żyć tylko spoza siebie. A poza mną mieszka mój największy lęk – i moja największa mądrość.
O poczuciu winy
Zawsze nazywałem poczucie winy najbardziej bezużytecznym uczuciem we wszechświecie. Bo cóż dla drugiego człowieka z tego, że czuję się winny wobec niego, z tego lub innego powodu? Czyż poczucie winy nie zastępuje właściwego działania, które mogłem podjąć, ale go zaniechałem? Moje spojrzenie było jednak ograniczone, bo skupione na osobie, wobec której czuję się winny. Uświadomił mi to Gabor Maté, który w swej książce Kiedy ciało mówi nie napisał: „Dla wielu ludzi poczucie winy jest sygnałem, że zdecydowali się zrobić coś dla siebie”. Jeśli ktoś nie odczuwa poczucia winy to może znaczyć, że „stawia własne potrzeby, emocje i zainteresowania na ostatnim miejscu”. Tak, poczucie winy owocniej jest rozpatrywać z punktu widzenia czującego je człowieka. Bo dla wielu ludzi poczucie winy jest jednym sygnałem, że w końcu mniej lub bardziej asertywnie postawili siebie przed tym, czego pragną od nich inni. Oczywiście, najlepiej by było gdyby nie spoczęli tylko na samym poczuciu winy, a poszli dalej, by zobaczyć czego tak naprawdę chcą, w czym poświęcają się dla innych. A gdy to zobaczą, zrobią milowy krok w osobistym rozwoju. Tak więc poczucie winy jest rzeczywiście bezużyteczne, ale tylko wtedy gdy je zignorujemy, gdy nie odbierzemy go jako wskazówki do tego, by zadbać o siebie. Gdy mówię: „Czuję się winny, że tego dla ciebie nie zrobiłem” to znak, że nie chciałem tego zrobić, że odczułem to jako obce mi wymaganie. I tym samym afirmuję swój wybór, swoje działanie. A to jest dobre.
O miłości i sacrum
Ireneusz Kania w jednym ze swoich esejów pisze: „Sytuacją prowadzącą do przeżycia sacrum z rozlicznymi jego konsekwencjami (przełamanie poziomów, zanik granicy pomiędzy podmiotem a przedmiotem doświadczenia) może być na przykład miłość – jedna z ostatnich enklaw przeżycia sacrum, jakie jeszcze pozostały współczesnemu człowiekowi, żyjącemu we wspólnotach na ogół zsekularyzowanych”. Tak, doświadczenie miłości daje współczesnemu człowiekowi posmak tego, co nazywa się doświadczeniem religijnym. Czyni to w sposób specyficzny, wiążąc w unikalnej diadzie wcześniej sobie obojętne istoty ludzkie. Tak pojęta miłość nie jest wszelako wymysłem ostatnich dwu wieków, jak niektórzy twierdzą. Od zawsze ludzie jej doświadczali i w najlepszych tekstach dawnych epok znajdujemy jej ślady. To nie miłość się zmieniła, ale czasy. Dziś bardziej niż kiedyś szukamy i pragniemy doświadczać miłości, gdyż żyjemy w świecie obojętnym, zimnym, pseudoracjonalnym, odartym z tajemnicy i niezwykłości, w którym miłość została uznana za fakt fizjologiczny polegający na sekrecji hormonów.
A tymczasem to wszystko, co nadaje sens naszemu życiu, jego głębię i konsystencję możemy odnaleźć w oczach ukochanej osoby. Szukamy tam przebłysków tego, co przekracza realny świat. Oczywiście, często mylimy się, biorąc za miłość to, co nią nie jest. Ale czyż tak samo nie było zawsze z doświadczeniem sacrum? Gdyby było ono każdorazowo autentyczne, historia religii nie byłaby historią cierpień i przemocy. Nieliczni doświadczają sacrum, nieliczni doświadczają miłości. Ale ci, którym jest to dane, doświadczają czegoś bezcennego – owej koniecznej dla życia dawki niesamowitości, mysterium tremendum et fascinans, nieredukowalnego do niczego innego uczucia, pełnego ambiwalencji, ale zarazem powodującego, że życie odkrywa przed nami swoją podszewkę. I o to w tym wszystkim chodzi – tylko gdy kochając w pełni oddamy się drugiej osobie, doświadczymy tego, na czym polega życie.
Idźmy jednak dalej. Mistyczna diada tworzona przez akt miłości nie jest symbiotycznym lgnięciem do siebie, ale wzajemnym wyzwalaniem się. Doświadczenie sacrum czy też doświadczenie miłości to nic innego jak doświadczenie wolności – wolności od wszelkich uwarunkowań tego świata. To tylko pozorny paradoks, że w połączeniu między dwoma osobami można odnaleźć prawdziwą wolność. Kochać to dawać wolność osobie kochanej w swoim oddaniu. W miłości dwie osoby dają sobie wzajemnie wolność, a dzieje się to poprzez uznanie ograniczeń kochanej osoby. Tak, to jest to, co dobrze znamy. To powiedzenie: „Kocham Cię taką, jaka jesteś”. Banał, acz najtrudniejszy do zrealizowania.
To sprawia trudność, bo doświadczenie sacrum, podobnie jak doświadczenie miłości, jest doświadczeniem zbieżności przeciwieństw (coincidentia oppositorum). Tak się objawia nam sacrum i miłość – jako jakości ambiwalentne, dające zarazem największą rozkosz, jak i najwyższe cierpienie. Nie dajcie się jednak zwieść pięknym łacińskim słowom. Miłość to ostatecznie tylko zrobienie herbaty dla ukochanej, i przytulenie jej, gdy jest pogrążona w złym humorze i burczy na nas.
