Jesteśmy nomadami. Nasze życie to wędrówka. Tak było przez dziesiątki tysięcy lat. Nieustanne wędrowanie, czasem siedzisko na porę zimową. Stabilność życia osiadłego to tylko ostatnie dziesięć tysięcy lat. A i ta stabilność tylko pozorna, podtrzymywana przez takie kulturowe pomysły jak pismo, organizacja społeczna, religie jako instytucje, miasto. To kulturowe chochoły, w których trwożliwe lokujemy swoją tożsamość. Ale tak naprawdę nic się nie zmieniło. Struktura naszej egzystencji, jako istot obdarzonych świadomym ja, pozostaje niezmienna. Startujemy z punktu, w którym nas nie ma i dochodzimy do punktu, w którym nas nie ma. A pomiędzy tymi punktami bywamy tu i ówdzie, pomieszkujemy w różnych miejscach i gościmy w życiu różnych ludzi. Tak, nasze życie ma stały, niezmienny rytm: raz tu, raz tam, raz nigdzie…
O kreatywności
Istotą kreatywności jest umiejętność do utrzymywania w umyśle dwóch sprzecznych, całkowicie sobie przeciwstawnych idei jednocześnie. Jeśli od razu dążę do zredukowania dysonansu poznawczego, tłumię tym samym swoją kreatywność, dlatego warto wytrzymać napięcie pomiędzy tymi ideami. Nazywa się to czasem myśleniem janusowym, od rzymskiego boga Janusa, którego dwa oblicza spoglądały w przeciwne strony. Dodatkowym źródłem kreatywności jest odczuwanie tego napięcia jako przyjemnego, podniecającego, bo to daje zastrzyk naturalnych endorfin, które ułatwiają nowe połączenia pomiędzy neuronami w moim mózgu. Jak napisał Albert Einstein: „Kreatywność to inteligencja, która się raduje”. Tak, tylko wtedy gdy jestem przyjemnie podniecony tym, że to, o czym myślę, może być jednocześnie całkiem czymś innym, tylko wtedy mogę być kreatywny. Tworzenie rodzi się ze zderzenia przeciwieństw, jak iskra rodzi się z uderzenia dwóch kawałków krzemienia.
Tworzeniu towarzyszy dogłębne poczucie satysfakcji, wypływające z odnalezienia tego, co wspólne. Jednolity wzór strukturalny rządzący odkryciem ukrytych podobieństw został nazwany przez Arthura Koestlera aktem bisocjacji. Akt bisocjacji jest centralnym momentem procesu twórczego, jego esencją, próbą uchwycenia chwili transformacji umysłu prowadzącej do pojawienia się nowych ujęć znanych treści. Jest on zdefiniowany przez niego jako przecięcie się dwóch matryc myślenia czy też percepcji. Podobnie jak psycholog Alison Gopnik ujmuje akt wyjaśniania jako analog orgazmu, tak dla Koestlera intelektualna ciekawość wywodząca się z jednego z podstawowych popędów – popędu eksploracyjnego – daje powód do zamanifestowania się skomplikowanego zespołu emocji: „Najpierw jest triumfalna eksplozja napięcia, które nagle okazało się zbędne, gdyż problem został rozwiązany – tak więc wyskakujesz z kąpieli i biegniesz przez miasto śmiejąc się i krzycząc ‘Eureka!’ Potem następuje powolny zanik poświaty, stopniowe katharsis emocji samotranscendujących – spokojne, kontemplatywne rozkoszowanie się prawdą, którą odsłoniło odkrycie, blisko spokrewnione z doświadczeniem piękna, które jest dane artystom”. Dla takich doświadczeń warto żyć, bo życie to tworzenie.
O rodzajach inteligencji
To podobno Robert Oppenheimer, jeden z ojców bomby atomowej, miał powiedzieć, że są trzy rodzaje inteligencji: ludzka, zwierzęca i wojskowa. Przykładem inteligencji ludzkiej był on sam, genialny fizyk, doktorat w wieku 22 lat, znał pięć języków, a holenderskiego nauczył się w ciągu 6 tygodni, co pozwoliło mu swobodnie wygłosić w tym języku referat naukowy oraz uczestniczyć w dyskusji podczas pobytu w Lejdzie. Potem mamy inteligencję zwierzęcą, której przykłady by można mnożyć bez końca, od roztropności kruków po językowe zdolności szympansów. No i w końcu mamy inteligencję wojskową. Czym się ona charakteryzuje? Jej esencją jest rozkaz, czyli brak samodzielnego myślenia, całkowite posłuszeństwo bez zwracania uwagi na indywidualny osąd sytuacji. To całkowite zaprzeczenie człowieczeństwa. Zatem, najkrócej, inteligencja wojskowa jest brakiem. Brakiem myślenia, brakiem współczucia, brakiem wyobraźni. Te puste miejsca zapełnia schematyzmem, rygorem, obowiązującą ideologią i – co najważniejsze – realizacją najniższych instynktów, odreagowaniem strachu i przymusu. Bo dziś etos wojownika już nie istnieje. Gromady młodych mężczyzn zmuszanych do uczestnictwa w wojnie reagują na grożąca im śmiercią sytuację na najniższym poziomie, mordując i gwałcąc. A rozkazy wydają im podstarzali generałowie, którzy widzą tylko jedną możliwość rozstrzygania konfliktów: wojnę. Oppenheimer miał styczność z generalicją amerykańską, gdyż był szefem projektu Manhattan. Zakończył się on wyprodukowaniem bomby atomowej. Decyzję o jej użyciu podjęli generałowie. Pierwszą detonację bomby atomowej, 16 lipca 1945 roku na poligonie w Nowym Meksyku, w pobliżu miasta Alamogordo, skomentował cytatem z Bhagavadgity: „Jasność tysiąca słońc, rozbłysłych na niebie, oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów”. Ten poziom refleksji jest niedostępny dla inteligencji wojskowej.
O rodzicach
Salvador Dali był drugim dzieckiem swoich rodziców. Pierwszym był również Salvador Dali, który zmarł w wieku około trzech lat. Rodzice zabierali drugiego Dalego na grób ich pierworodnego, a ten był przekonany że to jego grób! Podobno to ukształtowało w nim silną ekscentryczność, sam w jednym z wywiadów mówił, że dzięki niej udowadniał sam sobie i innym, że jednak żyje. Opisy podobnie dziwacznych, a często głupich czy nawet okrutnych zachowań rodziców wypełniają tomy książek psychologicznych. Tysiące psychoterapeutów zbija dzięki nim swoje fortuny. Praktycznie nie ma końca tym zachowaniom, bo większość rodziców widzi w potomkach głównie sposób realizacji swoich chorych wyobrażeń. Nie mają nawet najmniejszej wiedzy na temat tego, jak ich zachowania wpływają na dzieci. Realizują w nich swoje nieprzeżyte życie, tworzą z nich nędzne kserokopie siebie samych, traktują gorzej niż niewolnika. Widząc w oczach dzieci pełne oddanie i miłość wykorzystują to dla podbudowania swojego poczucia niższości i odreagowania kompleksów. Pewien mój znajomy, który od lat walczy z traumą wczesnodziecięcą, opowiadał mi, że na pierwszym warsztacie psychologicznym nie chciał podjąć się pracy nad sobą. „U mnie w rodzinie wszystko było w porządku”, mówił terapeucie. A potem się zaczęło…Tak, przekonanie, że rodzice są dobrzy, że nas kochają, to podstawowa iluzja dzieciństwa, która pozwala nam je przetrwać. A poza tym każdy rodzic, nawet najlepszy, pozostawia w nas zadrę, z którą musimy sobie radzić w życiu dorosłym.
Wiem, że to napisałem jest jednostronne, że są dobrzy rodzice, że są dzieci, które do grobowej deski będą ich kochać. Tak, wiem i proszę mnie nie nudzić w komentarzach takimi uwagami. Skoro już ktoś doczytał do końca ten tekst, to niech przytknie dłoń do dłoni i się zastanowi. Tylko o to mi chodzi.
O mądrości
Według C.G. Junga: „Paradoks życia ludzkiego polega na tym, że akurat to, co wyzwala w człowieku największy lęk, jest też źródłem największej mądrości”. Uciekając od lęku nie pozwalamy, by najwyższa mądrość wkroczyła nasze życie. Wolimy się ograniczyć do nędznego mędrkowania, z którego słynie ego. Ono zawsze uzasadni naszą ucieczkę, zawsze usprawiedliwi tchórzostwo. To dobrze znamy. Ale na czym polega mądrość, którą możemy zdobyć, jeśli nie uciekniemy od lęku? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Spójrzmy jednak na te momenty, w których jednak wykazaliśmy się odwagą i pokonaliśmy lęk. Wtedy coś wkroczyło w nasze życie, coś czego się nie spodziewaliśmy. Doświadczenie przekroczenia lęku ukazało nam, jacy naprawdę jesteśmy, uświadomiło nam, że jest w nas coś więcej, coś szerszego i większego niż nasze małe „ja”. To coś możemy różnie nazywać. Jung nazywał to jaźnią, pełnią, której częścią jesteśmy. William James nazywał to po prostu more. Dopiero wtedy, gdy doświadczymy, że jesteśmy czymś więcej (more) osiągamy mądrość.
A odbywa się to bardzo konkretnie. To te momenty, gdy uważając się za zwykłego, niezbyt odważnego człowieka zdobywamy się na akt odwagi. Gdy nagle czujemy, że musimy bez względu na wszystko wyznać naszą miłość osobie, która być może nas odrzuci. Gdy zostawiając wszystko na boku pomagamy komuś, nie zważając na własny interes. Gdy odrzucimy jakieś zakorzenione przekonanie i uznajemy rację innego człowieka. Gdy zrobimy coś, czego dotąd nie robiliśmy, czy to będzie skok do basenu, którego baliśmy się, pomimo iż umiemy pływać, czy też przeciwstawienie się osobie dotąd będącej dla nas autorytetem. W tych i w wielu innych przypadkach zyskujemy mądrość, mądrość płynącą z przekraczanie siebie. Bo nie ma innej. Ja zawsze mówię: Moja nieświadomość jest mądrzejsza ode mnie. Znaczy to: Możemy żyć tylko spoza siebie. A poza mną mieszka mój największy lęk – i moja największa mądrość.
O poczuciu winy
Zawsze nazywałem poczucie winy najbardziej bezużytecznym uczuciem we wszechświecie. Bo cóż dla drugiego człowieka z tego, że czuję się winny wobec niego, z tego lub innego powodu? Czyż poczucie winy nie zastępuje właściwego działania, które mogłem podjąć, ale go zaniechałem? Moje spojrzenie było jednak ograniczone, bo skupione na osobie, wobec której czuję się winny. Uświadomił mi to Gabor Maté, który w swej książce Kiedy ciało mówi nie napisał: „Dla wielu ludzi poczucie winy jest sygnałem, że zdecydowali się zrobić coś dla siebie”. Jeśli ktoś nie odczuwa poczucia winy to może znaczyć, że „stawia własne potrzeby, emocje i zainteresowania na ostatnim miejscu”. Tak, poczucie winy owocniej jest rozpatrywać z punktu widzenia czującego je człowieka. Bo dla wielu ludzi poczucie winy jest jednym sygnałem, że w końcu mniej lub bardziej asertywnie postawili siebie przed tym, czego pragną od nich inni. Oczywiście, najlepiej by było gdyby nie spoczęli tylko na samym poczuciu winy, a poszli dalej, by zobaczyć czego tak naprawdę chcą, w czym poświęcają się dla innych. A gdy to zobaczą, zrobią milowy krok w osobistym rozwoju. Tak więc poczucie winy jest rzeczywiście bezużyteczne, ale tylko wtedy gdy je zignorujemy, gdy nie odbierzemy go jako wskazówki do tego, by zadbać o siebie. Gdy mówię: „Czuję się winny, że tego dla ciebie nie zrobiłem” to znak, że nie chciałem tego zrobić, że odczułem to jako obce mi wymaganie. I tym samym afirmuję swój wybór, swoje działanie. A to jest dobre.
O miłości i sacrum
Ireneusz Kania w jednym ze swoich esejów pisze: „Sytuacją prowadzącą do przeżycia sacrum z rozlicznymi jego konsekwencjami (przełamanie poziomów, zanik granicy pomiędzy podmiotem a przedmiotem doświadczenia) może być na przykład miłość – jedna z ostatnich enklaw przeżycia sacrum, jakie jeszcze pozostały współczesnemu człowiekowi, żyjącemu we wspólnotach na ogół zsekularyzowanych”. Tak, doświadczenie miłości daje współczesnemu człowiekowi posmak tego, co nazywa się doświadczeniem religijnym. Czyni to w sposób specyficzny, wiążąc w unikalnej diadzie wcześniej sobie obojętne istoty ludzkie. Tak pojęta miłość nie jest wszelako wymysłem ostatnich dwu wieków, jak niektórzy twierdzą. Od zawsze ludzie jej doświadczali i w najlepszych tekstach dawnych epok znajdujemy jej ślady. To nie miłość się zmieniła, ale czasy. Dziś bardziej niż kiedyś szukamy i pragniemy doświadczać miłości, gdyż żyjemy w świecie obojętnym, zimnym, pseudoracjonalnym, odartym z tajemnicy i niezwykłości, w którym miłość została uznana za fakt fizjologiczny polegający na sekrecji hormonów.
A tymczasem to wszystko, co nadaje sens naszemu życiu, jego głębię i konsystencję możemy odnaleźć w oczach ukochanej osoby. Szukamy tam przebłysków tego, co przekracza realny świat. Oczywiście, często mylimy się, biorąc za miłość to, co nią nie jest. Ale czyż tak samo nie było zawsze z doświadczeniem sacrum? Gdyby było ono każdorazowo autentyczne, historia religii nie byłaby historią cierpień i przemocy. Nieliczni doświadczają sacrum, nieliczni doświadczają miłości. Ale ci, którym jest to dane, doświadczają czegoś bezcennego – owej koniecznej dla życia dawki niesamowitości, mysterium tremendum et fascinans, nieredukowalnego do niczego innego uczucia, pełnego ambiwalencji, ale zarazem powodującego, że życie odkrywa przed nami swoją podszewkę. I o to w tym wszystkim chodzi – tylko gdy kochając w pełni oddamy się drugiej osobie, doświadczymy tego, na czym polega życie.
Idźmy jednak dalej. Mistyczna diada tworzona przez akt miłości nie jest symbiotycznym lgnięciem do siebie, ale wzajemnym wyzwalaniem się. Doświadczenie sacrum czy też doświadczenie miłości to nic innego jak doświadczenie wolności – wolności od wszelkich uwarunkowań tego świata. To tylko pozorny paradoks, że w połączeniu między dwoma osobami można odnaleźć prawdziwą wolność. Kochać to dawać wolność osobie kochanej w swoim oddaniu. W miłości dwie osoby dają sobie wzajemnie wolność, a dzieje się to poprzez uznanie ograniczeń kochanej osoby. Tak, to jest to, co dobrze znamy. To powiedzenie: „Kocham Cię taką, jaka jesteś”. Banał, acz najtrudniejszy do zrealizowania.
To sprawia trudność, bo doświadczenie sacrum, podobnie jak doświadczenie miłości, jest doświadczeniem zbieżności przeciwieństw (coincidentia oppositorum). Tak się objawia nam sacrum i miłość – jako jakości ambiwalentne, dające zarazem największą rozkosz, jak i najwyższe cierpienie. Nie dajcie się jednak zwieść pięknym łacińskim słowom. Miłość to ostatecznie tylko zrobienie herbaty dla ukochanej, i przytulenie jej, gdy jest pogrążona w złym humorze i burczy na nas.
O fajerwerkach
Gdy przyrównamy dzieje wszechświata do jednego roku, to wielki wybuch zaistniał 1 stycznia, a homo sapiens pojawia się tak około minuty przed północą. Ułamki sekundy przed północą to zatem takie pomysły naszego gatunku jak cywilizacja techniczna, przeludnienie, kryzys klimatyczny, niekontrolowana agresja wewnątrzgatunkowa, owocująca nieustannymi wojnami. Trudno tego nie porównać do fajerwerków, które odpalamy tuż przed nastaniem nowego roku i które okraszają koniec starego. Zwłaszcza odnosi się to do wojny atomowej, ultymatywnego fajerwerku. Gdy 1 stycznia tego roku miałem okazję podziwiać spektakl fajerwerków nad gęsto zaludnionym terenem Zagłębia, nie spodziewałem się że ten widok tak szybko posłuży mi do tej niebyt wesołej metafory. Czy wymienione przez mnie fajerwerki zwiastują początek nowego czy też są efektowną manifestacją końca wszystkiego? Skłaniam się ku tej drugiej opcji. Homo sapiens odejdzie ze sceny życia przy huku petard i w blasku fajerwerków, bo taka jest jego natura.
Dostojewski o zarazie z Azji 2.0
Ten wpis jest tylko jednym długim cytatem. Nawet nie będę go szerzej komentował, przypomnę tylko, że tekst powstał ponad 150 lat temu. Zamieściłem go już na blogu prawie dwa lata temu. Od paru dni jest znowu aktualny. Tym razem w kontekście obłędu Putina. Pod koniec Zbrodni i kary czytamy o śnie Raskolnikowa, przebywającego wówczas na katordze. Oto ten sen: „Już będąc rekonwalescentem, przypomniał sobie swoje sny, gdy jeszcze leżał w gorączce i w malignie. Roiło mu się w chorobie, jakoby cały świat skazany został na pastwę jakiejś strasznej i niesłychanej morowej zarazy, idącej z głębi Azji na Europę. Wszyscy musieli zginąć oprócz niektórych, bardzo niewielu wybranych. Zjawiły się jakieś nowe bakterie, żyjątka były duchami, obdarzonymi rozumem i wolą. Ludzie, których się uczepiły dostawali zaraz obłąkania. Lecz nigdy, nigdy ludzie nie mieli się za tak rozumnych i stanowczych, jak ci właśnie zarażeni. Nigdy nie uważali za bardziej kategoryczne i słuszne swoich wyroków, swoich wywodów naukowych, swoich moralnych przekonań i poglądów. Całe osady, całe miasta i narody zarażały się i wariowały. Wszyscy byli niespokojni i nie rozumieli jeden drugiego, każdy myślał że w nim jednym zawarta jest prawda, i męczył się, patrząc na innych, bił się w piersi, płakał i załamywał ręce. Nie wiedzieli kogo i jak sądzić, nie mogli się zgodzić co uważać za złe, a co za dobre. Nie wiedzieli kogo oskarżać, a kogo usprawiedliwiać. Ludzie zabijali jeden drugiego w jakiejś bezmyślnej złości. Zbierali się jeden przeciwko drugiemu całymi armiami, lecz armie już w marszu, zaczynały nagle same siebie gnębić, szeregi pierzchały, rycerze rzucili się jeden na drugiego, kłuli się i zarzynali gryźli i pożerali jeden drugiego. W miastach przez cały dzień uderzano na trwogę: wzywano wszystkich, lecz kto i po co wzywał, nikt tego nie wiedział, a wszyscy byli w trwodze. Opuszczano najpospolitsze rzemiosła, każdy bowiem ofiarowywał swoje myśli, swoje poprawki i zgodzić się nie mogli; rolnictwo stanęło. Gdzieniegdzie ludzie zbiegali się w kupki, umawiali się o coś, przysięgali, że się nie rozstaną, ale zaraz zaczynali coś zupełnie innego, aniżeli zamierzali przed chwilą, zaczynali oskarżać siebie nawzajem, bili się i zarzynali. Zaczęły się pożary, zaczął się głód. Wszyscy i wszystko ginęło. Zaraza wzrastała i rozszerzała się coraz dalej i dalej. Uratować się w całym świecie mogło bardzo niewielu, a tymi byli czyści i wybrani, posłannicy nowego rodzaju ludzi i nowego życia, lecz nikt nie słyszał ich ani głosu.”
O skromniemózgowych
Bywało, do czego się przyznaję ze skruchą, że zdarzało mi się użyć wobec niektórych ludzi określenia, które oznaczało w grece „człowieka prywatnego”. To było wysoce niesprawiedliwe. Bo należy przyznać, że praktycznie wszyscy ludzie, włącznie ze mną, zajmują się przede wszystkim swoimi sprawami prywatnymi. Nie wychodzą poza ograniczony krąg swoich przekonań, pragnień i lęków. W kręgu tym zamykają ich emocje, ugruntowane na przekonaniach – no i wtedy, gdy biorą one górę, okazujemy się skromniemózgowymi. W technicznym języku psychologii oznacza to, że jesteśmy wtedy nieświadomi. Nieustanie czegoś pragniemy, coś odrzucamy, jesteśmy zazdrośni albo pyszni. Nie widzimy racji innych, tylko swoje własne. A to oznacza właśnie skrajną nieświadomość. Zawsze gdy jesteśmy przekonani, że mamy rację, jesteśmy właśnie nieświadomi. Zawsze gdy ogarnia nas jakaś emocja (obojętne czy pozytywna, czy negatywna) wobec innej osoby – jesteśmy nieświadomi. Dlatego jesteśmy skromniemózgowymi, nie wystawiającymi nosa poza tunel naszego ego. Jak kiedyś powiedział Michał Heller: „Pytany o inteligentne życie pozaziemskie odpowiadam, że nie jestem pewien, czy życie inteligentne istnieje nawet na Ziemi”. Według mnie istnieje – ale skromniemózgowe właśnie. Na tyle, na ile nas stać. I przyznanie się do tego może być dla nas, skromniemózgowych, największym osiągnięciem.
