O ukochanej

Ibn Arabiemu, najwybitniejszemu filozofowi i mistykowi sufickiemu, przypisuje się opowieść o mężczyźnie, który zapukał kiedyś do drzwi swej ukochanej. Zapytała: „Kto tam?”, a na to on odparł: „To ja!” Nie wpuściła go. Po paru latach zapukał ponownie. Ukochana zapytała: „Kto tam?” Odparł wtedy: „To Ty!” I drzwi się otwarły…

Myślę, że komentowanie tych słów jest niepotrzebne. Nikt bowiem prościej i zwięźlej nie oddał istoty miłości, nikt lepiej nie opisał tego, jak otworzyć drzwi do bycia razem. Ibn Arabi miał oczywiście na myśli relację między duszą człowieka a Bogiem, ale czyż to nie w misterium miłości między kobietą a mężczyzną zawiera się cała mistyka?

O cierpieniu

Cierpienie nie uszlachetnia. Jest wprost odwrotnie, to człowiek szlachetny może je uczynić szlachetnym. A właściwie może stać się co najwyżej „godnym swojego cierpienia”, jak to ujął Dostojewski, i stanąć na wysokości zadania, by przyjąć przypadłe mu cierpienie. Wysiłkiem swojego ducha może nawet uczynić owo cierpienie sensownym, cokolwiek by to nie znaczyło. Wystarczające jest już powiedzenie mu „tak”, akceptowanie cierpienia, gdy jest ono nie do uniknięcia.

Zwykle jednak cierpienie czyni człowieka egoistycznym i narcystycznym. To ja cierpię. I stawiam sobie pytanie: Dlaczego ja? Cierpienia różnych ludzi są nieporównywalne, ale zapominamy o tym, gdy to ja cierpię, bo wtedy najważniejsze jest moje cierpienie. To jak „wielkie” jest moje cierpienie zależy tylko ode mnie. Ból czyni mnie nadwrażliwym, w skrajnym przypadku uważam nawet, że inni ludzie powinni a priori wiedzieć, jak bardzo cierpię, jeśli nawet im tego nie powiem. Taka postawa to nic innego, jak sposób na odrzucenie cierpienia – chcę je wykluczyć ze swego życia, bo to moje ja jest w nim najważniejsze. Pozornie je gloryfikuję, ale w istocie – odrzucam.

Mistrz Eckhart, wielki średniowieczny mistyk, napisał kiedyś, że cierpienie jest najszybszym koniem doprowadzającym nas do Boga. Tak w swoim chrześcijańskim języku sformułował myśl o tym, że szlachetny człowiek wykorzystuje cierpienie jako wehikuł wyprowadzający go poza jego „ja”. Zresztą, jak dobrze wiemy, cierpienie zwykle czyni to nie pytając nas o pozwolenie, przystępuje do nas i robi swoje. A my możemy co najwyżej zdobyć się na szlachetną odpowiedź, unikając cierpiętnictwa ani nie winiąc innych.

O transferze pobudzenia

W 1974 roku dwóch psychologów kanadyjskich, D.G. Dutton i A.P. Aron (mąż E.N. Aron, specjalistki od osób wysoko wrażliwych), przeprowadziło ciekawy eksperyment. Samotni mężczyźni mieli przejść przez jeden z dwóch mostów: chwiejnym, zawieszonym siedem metrów nad górskim strumieniem i skałami i stabilnym, położonym tylko trzy metry nad lustrem spokojnej wody. Na końcu każdego czekała piękna pomocnica eksperymentatorów. Przejście przez ten pierwszy most wywoływało strach w sercach mężczyzn, oni jednak owo pobudzenie, przyśpieszone tętno i spocone dłonie przypisywali bardziej widokowi pięknej kobiety niż własnym obawom (wszak byli mężczyznami!). Piękna pomocnica prosiła mężczyzn, którzy zeszli z mostu, by opisali pewien obrazek. Ci, którzy zeszli z niebezpiecznego mostu mieli skojarzenia erotyczne z tym obrazkiem o wiele częściej niż ci, którzy zeszli z mostu bezpiecznego. Potem podawała im swój numer telefonu, na wypadek, gdyby chcieli porozmawiać o eksperymencie. Co drugi schodzący z mostu niebezpiecznego zadzwonił, a z tych schodzących z mostu bezpiecznego tylko co dziesiąty. Jak skonkludowali badacze – pobudzenie fizjologiczne przenosi się na ocenę atrakcyjności partnerki przez mężczyzn, czyli następuje transfer pobudzenia. Warto tu ponadto zauważyć, że gdy po drugiej stronie mostów stał mężczyzna, prawie nikt nie chciał do niego zadzwonić. A co jeszcze ciekawsze – nie zrobiono takiego eksperymentu z kobietami. Wniosek dla związków – przeżywajcie razem ekscytujące chwile!

Najprawdopodobniej z rozmysłem badacze przywołali w swoim eksperymencie pewną archetypową sytuację. Jej klasyczny opis znajdujemy w starożytnym irańskim tekście, Jaszt 22. Opowiada on o spotkaniu duszy wyzwolonego mężczyzny z jej niebiańskim odpowiednikiem. Mężczyzna ów przechodzi po śmierci przez most przeznaczenia, Otóż po drugiej stronie mostu czeka na niego: „(…) jego własna daena w postaci pięknej dziewczyny, wdzięcznej, o białych ramionach, silnej, pięknego wyglądu, wyprostowanej, smukłej, zielonookiej, o pełnych piersiach, o zdrowym ciele, szlachetnie urodzonej, z bogatej rodziny pochodzącej, piętnastoletniej, tak pięknej wzrostem i na ciele, jak najpiękniejsze ze stworzeń”. Aż cztery razy wspomniane jest piękno daeny, synonim zbawienia duszy mężczyzny. Oczywiście ów mężczyzna miał taką wizję tylko wtedy, gdy jego własna dusza była czysta, gdyż daena jest właśnie jego duszą. W kategoriach jungowskich to anima mężczyzny. I tu mamy możliwość głębszej interpretacji tego eksperymentu. W sytuacji zagrożenia mężczyzna odczuwa troskę o swoje życie, czyli o swoją animę, archetyp życia. Obraz animy ulega projekcji na piękną pomocnicę, która jawi się jako ta, dzięki której i do której przeszedł on przez niebezpieczny most. Jest ona zarazem ratowniczką i nagrodą. Tu wniosek sięga dalej – czujemy czym jest życie tylko wtedy, gdy stajemy na krawędzi mostu śmierci.

O przywilejach wieku

Każdy wiek ma swoje przywileje. O tych, które daje młodość nie ma co pisać, każdy je albo zna albo ich pragnie. O przywilejach wieku starszego jednak warto napisać. A są one specyficzne. Najlepiej ujął je Schopenhauer: „Kto przeżył dwa lub zgoła trzy pokolenia, temu tak jest na duszy, jak widzowi, który przypatrując się różnym popisom kuglarzy w jarmarcznych budach pozostaje na miejscu i ogląda ten sam numer dwa lub trzy razy po kolei; sztuczka była, mianowicie, obliczona tylko na widowisko jednorazowe i dlatego nie robi już wrażenia, skoro złudzenie i nowość prysły”. Całkowicie się z nim zgadzam. Mimo mego skromnego jeszcze wieku, w tym roku tylko 58 lat, już parę kuglarskich popisów obejrzałem, ba, sam w nich uczestniczyłem. I po drugim już powtórzeniu nie czynią one na mnie najmniejszego wrażenia. Według Strindberga rzeczy stają się w tym wieku przeźroczyste i nie wywierają już takiego wpływu, nie są tak dojmujące, jak za pierwszym razem. Nie lgnę już do młodzieńczych iluzji, które równie dużo obiecują, co z czasem odbierają. Czerpię natomiast pełnymi garściami z życia takim, jakie ono jest.

Bo tak jest to wszystko dziwnie skonstruowane, że w pierwszej połowie życia, gdy jesteśmy jeszcze młodzi, głupi czy choćby naiwni, podejmujemy decyzje, które zaważą na drugiej jego połowie. Wybieramy wykształcenie, partnera, zawód, krąg przyjaciół. W drugiej połowie życia zbieramy owoce tych decyzji. Dopiero gdy nam się owe owoce nie podobają, buntujemy się i zmieniamy bieg swojego życia. O ile oczywiście mamy odwagę by coś zmienić. Dla mnie przywilejem mojego wieku jest to, że bardziej świadomie niż w młodości mogę wybierać, zmieniać i kształtować swoje życie. A to znaczy – zaczynać je od nowa, od samych jego podstaw. Znam już pragnienia mojego serca, jak pisał Konfucjusz, i mogę za nimi podążać. Niczego więcej już mi w życiu nie potrzeba – oprócz mojego ukochanego zielonego nieba.

Ramón Lull – opowieść o kobiecie i filozofie

Daty życia Ramóna Lulla (1232 – 1316) wskazują, że był on nieomal rówieśnikiem Dantego i, podobnie jak twórca „Boskiej komedii”, dał w swym dziele syntezę średniowiecznego światopoglądu. Opracowana bowiem przez niego sztuka kombinatoryczna miała ambicje dać wyraz całości ludzkiego poznania. Lull był Katalończykiem urodzonym na Majorce, która w tych czasach była tyglem trzech kultur: chrześcijańskiej, żydowskiej i islamskiej. Za młodu światowiec, płynnie władający wieloma językami, po kryzysie wewnętrznym, którego doświadczył w wieku około trzydziestu lat, zostaje franciszkańskim tercjarzem. Uważał, że różnice między wyznaniami wypływają z różnic między językami. Zaprojektował więc w swym dziele Ars Magna język uniwersalny, odzwierciedlający wspólne dla całego rodzaju ludzkiego uniwersum idei. Wedle legendy Lull zmarł zamęczony przez Saracenów, wśród których zjawił się ze swoją Ars Magna jako środkiem perswazji. Inspirowany kabałą Lull wychodził w swym dziele od dziewięciu imion bożych, które poprzez szereg permutacji i kombinacji tworzą swoisty „język” opisujący strukturę rzeczywistości, wspólną dla wszystkich ludzi. Jego filozofia była być może efektem transmutacji miłości, której nie przeżył w swoim życiu.

Najciekawsza jest bowiem opowieść o tym, jak doszło do owego kryzysu w życiu Lulla. Otóż zakochał on się w pięknej damie i długo zabiegał o spotkanie z nią. Ona z niewiadomych mu powodów się nieustannie opierała. Gdy w końcu doszło do spotkania, kobieta odsłoniła przed nim swoje piersi, zżarte przez raka. Wywołany tym widokiem wstrząs zmienił jego życie. Piękna opowieść. Potężne emocje przetransformowały jego świadomość, gorąca namiętność zmieniła swój bieg. Czy jednak zarazem opowieść ta nie jest jednak nieco żałosna? Czy on kochał tylko jej piersi? Nie wiemy, kim ona była, jak zareagowała, czy chciała go odstraszyć i odsunąć od swego cierpienia, czy może pragnęła akceptacji tego, jaka jest i chciała jego przytulenia w momencie bliskiej śmierci. W takich patriarchalnych opowieściach kobiety tak naprawdę nie istnieją. Może gdyby Lull zareagował inaczej nie znalibyśmy dzisiaj go jako słynnego filozofa, nie znalibyśmy go w ogóle, tak jak nie znamy kobiety, w której się zakochał. Może tylko w XIII wieku ktoś byłby przez chwilę szczęśliwy…

O śmierci i spełnieniu

Genialną definicję śmierci podał Alan Watts: „Śmierć to koniec naszego systemu wspomnień”. Nic więcej, strumień tego czym byliśmy, strumień zwany pamięcią, kończy się. Ostatniej chwili już nie zapamiętamy, zresztą podobnie jak milionów chwil wcześniejszych. Rodzimy się nieświadomi, pełni sił życiowych, ale też w pełni zależni od innych. Od nich zależy całe nasze przyszłe życie. Potem żyjemy na wpół świadomi, uwikłani w najdziwniejsze relacje. I w końcu umieramy, i wtedy dopiero możemy w pełni przejawić swoją pełną tożsamość, spełnić to, kim jesteśmy. Śmierć to moment, gdy nasza ludzka godność osiąga swój szczyt. Niczym dojrzała gruszka spadamy z drzewa. Z jednej strony to koniec naszego dotychczasowego istnienia, przywiązanego do gałęzi bycia dojrzewającym owocem. Z drugiej strony to właśnie odpadnięcie jest esencją bycia owocem, bo w ten sposób zapładniamy przyszłe życie. Tak o tym pisał Leśmian w wierszu „Pragnienie”:

„I chciałbym przez przygodny wśród gałęzi przezior
Patrzeć, pieszcząc, w noc – w gwiazdy i w błyskania jezior
I za boga brać wszelkie lśniwo u błękitu,
I na piersi dziewczęcej doczekać świtu,
A słońce witać krzykiem i wrzaskiem i wyciem,
Żyć na oślep, nie wiedząc, że to zwie się życiem –
I pewnej nocy przez sen zaśmiać się w twarz niebu
I nie znając pokuty, modlitw ni pogrzebu,
Jak owoc, co się paszczy żarłocznej spodziewa,
Z łoskotem i łomotem w mrok śmierci spaść z drzewa!”

O pakiecie leczniczym na rok 2022

William S. Burroughs napisał, że miłość jest najbardziej naturalnym środkiem przeciwbólowym („natural painkiller”). No, nie jest to całkiem prawdziwe stwierdzenie. Miłość daje nam w pakiecie tak naprawdę dwie rzeczy, jak każdy dobry specyfik leczniczy. Z jednej strony obdarza nas radością, szczęściem, ekstazą, ale z drugiej strony daje ból, cierpienie, niedolę. Rabini żydowscy mawiali, że Bóg dał ludziom dwie rzeczy, by mogli wytrzymać życie w tym świecie – śmiech i łzy. Te dwa bieguny naszego istnienia są najbardziej nam dostępne właśnie wtedy, gdy kochamy. Bo wtedy jestem najbliżej drugiej strony mojej psychiki, gdy widzę w jej oczach siebie i jednocześnie ją, całkiem inną osobę, tak ode mnie odmienną. Jak mawiali alchemicy, miłość to „mysterium coniunctionis”, tajemnica zjednoczenia. Życzę zatem dużo miłości w 2022 roku, bo nic bardziej nie będzie nam potrzebne w tym świecie, rozdzieranym przez sprzeczności i krańcowo spolaryzowanym. A i świat ten przetrwa tylko wtedy, gdy wystarczająco dużo ludzi odnajdzie i urzeczywistni jedność najpierw z samym sobą, a potem z drugim człowiekiem.

O doświadczeniu zwanym Bogiem

Ludzie zapomnieli o Bogu. Mimo to cały czas o nim mówią. Niektórzy szukają go w kościołach, inni w księgach, jeszcze inni w zatraceniu się w ludziach. Ale nie tędy droga. Najłatwiej znaleźć go w sobie. I najtrudniej to odnalezienie wytrzymać. Bo gdy Bóg jest bezpośrednim doświadczeniem to najczęściej jest tym, czego najbardziej nie chcemy. Dobrze to doświadczenie wyraził C.G. Jung: „Wspominam Go, wzywam Go, kiedykolwiek używam Jego imienia ogarnięty gniewem czy lękiem, kiedykolwiek bezwiednie powiem: ‚O Boże’. Zdarza się tak, gdy spotykam kogoś lub coś potężniejszego od samego siebie. Jest to adekwatne imię nadane wszelkim zawartym we mnie emocjom, które biorą górę i podporządkowują sobie moją świadomą wolę i uzurpują sobie prawo do kontroli nade mną. Mianem tym określam wszystkie rzeczy, które gwałtownie i w sposób bezwzględny, stają na drodze mojej własnej woli, wszystkie rzeczy będące w niezgodzie z moimi subiektywnymi poglądami, planami i intencjami i zmieniające bieg mojego życia na lepsze lub gorsze. Zgodnie z tradycją nazywam potęgę losu – zarówno w jej pozytywnym jak i negatywnym aspekcie, o ile tylko jej źródło znajduje się poza moją kontrolą – ‚bogiem’, ‚osobistym bogiem’, ponieważ los ten wiele dla mnie znaczy, zwłaszcza gdy pojawia się w formie sumienia jako vox Dei, z którym mogę nawet rozmawiać oraz dyskutować”.

Jung, zgodnie ze swoim charakterem i chrześcijańskim wychowaniem, podkreśla gwałtowność swego doświadczenia i jego przemożność. Ponadto wielu jego czytelników podkłada pod jego słowa swoje własne, infantylne i dualistyczne rozumienie Boga jako jakiegoś pozaświatowego bytu. To powoduje najzabawniejsze nieporozumienia. Tacy czytelnicy są dobrym towarzystwie, bo na przykład taki Buber czy Frankl nie mogli też zrozumieć o co chodzi Jungowi. Prawie nikt nie pojmuje, że próbuje on temu tak obciążanemu kulturowo słowu przywrócić jego pierwotny sens. Dopiero gdy zapomnimy o tym obciążeniu, może dotrzeć do nas znaczenie jego słów: „Droga do poznania Boga rozpoczyna się od poznania siebie”.

Wracając do doświadczenia, u mnie jest trochę inaczej. Tak, ścieżkę mojego życia co chwila przecinają rzeczy, których nie chcę albo te, które sycą moje pragnienie. Owoce jednych i drugich są mi nieznane. Mogę jak Grek Zorba zakrzyknąć; „Bóg i diabeł to jedno!” Patrzę i zdumiewam się. Życie jest cudem i jednocześnie straszliwym cierpieniem. Nie wiem co robię i to nie-wiedzenie jest esencją mojego życia. Radośnie popełniam coraz większe błędy, ale cieszę się, bo wszystkie idą na mój własny rachunek. Nabijają kabzę mojego życia. Im jestem starszy, tym większe robię głupstwa. Wszystko przemija, ale też wszystko się rodzi. A ja gdzieś pośrodku, niesiony meandrami losu, obserwuję ptaka szybującego po niebie. Mój Bóg jest taoistą.

O pożytku z medytacji

Dawno temu zetknąłem się z medytacją zen. Nie byłem formalnym członkiem sanghi buddyjskiej, ale medytowałem sam albo od czasu do czasu w jakieś grupie. Jednym z podstawowych pożytków, jakie ma przynosić medytacja jest umiejętność skupienia się i wzrost naszej uważności. Mam nadzieję, że ci, którzy praktykowali o niebo dłużej niż ja uzyskali takie wyniki. I że teraz, gdy minęło od tamtych czasów ponad trzydzieści lat, ich umysły są już spokojne i uważne. A jeśli chodzi o mnie to zauważyłem, że chociaż formalnie nie medytuję, to powstał we mnie pewien nawyk. Celem medytacji bowiem jest właśnie wyrobienie sobie nawyków innego funkcjonowania naszego umysłu. Nawyki te mają zastąpić jego zwyczajowe, chaotyczne i egoiczne działanie. Tak więc w jakimś sensie medytuję od lat. A jaka to medytacja? Otóż za każdym razem, gdy zamykam drzwi od mieszkania, skupiam swoją uwagę na przekręcanym kluczu i klamce, którą naciskam, by sprawdzić, czy drzwi są zamknięte. W tej, trwającej dwie, trzy sekundy chwili nie myślę o niczym innym, jest tylko klucz i klamka. W ten sposób codziennie odbywam króciutkie sesshin, jak nazywa się w buddyzmie zen parodniową praktykę medytacyjną. Słowo to oznacza „połączenie umysłu”. Buddyści łączą swój mały umysł z wielkim umysłem, z naturą Buddy, lub czymś równie podniosłym, a ja – z kluczem i klamką. Z każdym zamknięciem drzwi rozwiązuję koan: „Czy każde zamknięcie jest odejściem?” Codziennie jestem na chwilę niczym innym, jak tylko kluczem i klamką, i w tej chwili – niestety, tylko w tej chwili – mój umysł jest spokojny i klarowny. W ten sposób jestem zawsze pewny tego, że zamknąłem drzwi, nigdy nie wracam, by to sprawdzić. Zawsze to jakiś pożytek z medytacji.

O pletyzmografie prąciowym

Pletyzmograf prąciowy to urządzenie, które mierzy poziom krwi w prąciu, co jest dosyć dobrym wskaźnikiem podniecenia seksualnego u mężczyzn. Wynalazł je wesoły Czech Kurt Freund. Tym urządzeniem zostało przeprowadzone badanie na grupie mężczyzn homofobicznie nastawionych i na takiej samej ilościowo grupie mężczyzn neutralnie nastawionych. Oglądali film z seksem homoseksualnym. Okazało, że w grupie homofobicznie nastawionej 56% badanych osiągnęło wysoki poziom podniecenia, 26 % umiarkowany, a reszta 0 %. W grupie neutralnie nastawionej aż ponad 60% w ogóle nie osiągnęła podniecenia a tylko 26 % umiarkowane podniecenie. Jak można zinterpretować uzyskane wyniki? Ponad 100 lat temu Sigmund Freud zastanawiał się nad źródłami homofobii i doszedł do wniosków, że wzmożona agresja wobec osób homoseksualnych może być symptomem postawy obronnej wobec własnych nieuświadamianych uczuć, które się żywi do osób tej samej płci.

I to było tyle jeśli chodzi o homofobię.