O realizacji mitu

Każde społeczeństwo, każde plemię, żyje jakimś mitem. Według Marii Janion tym mitem jest w przypadku Polaków cierpienie. Nasze społeczeństwo, niczym pełna kompleksów neurotyczka, musi się ciąć, by poczuć, że żyje. Jednak nie ma nic gorszego niż urzeczywistnianie głęboko zakodowanych kompleksów kulturowych poprzez ich legalizację prawną czy poprzez ideologiczny nacisk. To tylko intensyfikuje cierpienie. No, ale o to przecież chodzi ludziom opętanym przez ten mit. Nic dziwnego zatem, że teraz, gdy najbardziej chore warstwy tego społeczeństwa dorwały się do władzy, starają się realizować na wszelkie sposoby ten patologiczny polski mit. A ponieważ nie ma wrogów zewnętrznych, na których można by zrzucić odpowiedzialność za cierpienie, tworzy się wrogów wewnętrznych. Dzisiaj dostało się kobietom. To wydawałoby się idealny wróg. Gnębione przez patriarchalną ideologię od pokoleń, gwałcone mentalnie przez obraz „matki Polki”, która ma poświęcić siebie dla dobra rodziny, ale głównie dla dobra ojca, posłuszne, ciche i rodzące. Dlaczego by im jeszcze bardziej nie dokopać, myślą sobie oni, przecież będą tylko siedzieć i skamleć? Oby się nie pomylili, bo czasy się jednak zmieniają. Kobiety nie są już takie jak niegdyś, już nie chcą tylko cierpieć. Może teraz nastała chwila, by wyrwać się spod z hipnotycznej władzy tego mitu? Bo jeżeli nie dziś, to kiedy?

O przyszłości

António Guterres, sekretarz generalny ONZ: „Wszyscy tu jesteśmy, ponieważ rozpoczęło się odliczanie klimatyczne, a nie jesteśmy nawet w pobliżu miejsca, w którym powinniśmy być. Nauka mówi nam, że musimy ograniczyć globalne ocieplenie do 1,5℃ powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej. Jesteśmy na dobrej drodze do co najmniej 3℃. Żaden kraj nie jest odporny na kryzys klimatyczny. Jednak w każdym kraju najbiedniejsi i najbardziej bezbronni są najbardziej dotknięci, mimo że zrobili najmniej, by spowodować problem. W ciągu ostatnich 25 lat najbogatsze 10% światowej populacji było odpowiedzialne za ponad połowę wszystkich emisji dwutlenku węgla, a najbiedniejsze 50% – za zaledwie 7% emisji. Stopień niesprawiedliwości i nierówności w tej skali to rak. Jeśli nie zaczniemy działać teraz, ten wiek może być jednym z ostatnich w historii ludzkości”.
Gdy weźmiemy pod uwagę diagnozę Guterresa, to możemy ją tylko poszerzyć. Ludzkość toczy rak. A raczej sama ludzkość jest rakiem. Zbyt dużo komórek. Zbyt się mnożą. Dobrze ujmuje to James Lovelock, cytowany w książce Johna Gray’a „Słomiane psy”: „Ludzie zachowują się pod pewnymi względami jak organizmy patogeniczne, jak komórki raka, nowotworu. Wraz ze wzrostem naszej liczebności zaczęliśmy tak bardzo przeszkadzać Gai, że nasza obecność stała się zauważalnym zakłóceniem. Gatunek ludzki jest obecnie tak liczny, że stanowi poważną, planetarną chorobę. Gaja cierpi na primatemaję rozsianą – zarazę ludzką.” Nie jesteśmy dziećmi bożymi, koroną stworzenia, sukcesem ewolucji – jesteśmy rakiem.
Klimatolożka Joëlle Gergis pisze: „Doszliśmy do punktu w historii ludzkości, który uważam za ‘wielkie rozpadanie się’. Nigdy nie sądziłem, że dożyję horroru upadku planety. Coraz częściej czuję się przytłoczona i niepewna, w jaki sposób mogę najlepiej żyć w obliczu katastrofy, która teraz nas czeka. Niepokoi mnie ogromna skala tego, co trzeba zrobić, boję się tego, co może czekać w mojej skrzynce odbiorczej. Coś we mnie jakby pękło, jakby zawiodła jakaś istotna nić nadziei. Wiedząc, że czasami rzeczy nie da się uratować, że planeta umiera, że nie mogliśmy zjednoczyć się na czas, aby uratować to, co niezastąpione. Czuję się tak, jakbyśmy doszli do punktu w historii ludzkości, kiedy wszystkie drzewa na świecie już zniknęły, nasz związek z mądrością naszych przodków przepadł na zawsze”.
Ludzkość ma mniej niż 10% szans na przetrwanie. Optymiści zakładają, że upadek nastąpi za 40 lat, pesymiści, że za dekadę lub wcześniej. Tak czy inaczej, całkowity rozpad społeczeństwa jest nieunikniony. Bez wątpienia przyczynią się do tego sami ludzkie, którzy w suicydalnym pędzie wybierają polityków najgorszego sortu by nimi „rządzili”. Jeśli ludzkość jest rakiem Ziemi, to prognozy te są właściwie optymistyczne. Życie może przetrwa, ludzie nie. Szkoda tylko młodych, którzy myślą, że jest przed nimi jakaś przyszłość. There is no future.

O samsarze

Gendyn Czopel (1903-1951), kontrowersyjny tybetański myśliciel, autor m.in. książki „Tybetańska sztuka kochania. Seks, orgazm i uzdrawianie duchowe”, napisał kiedyś słowa, które dobrze oddają buddyjskie podejście do rzeczywistości: „Bogaty gdera z pałacu, biedny lamentuje z nory, Każdy człowiek dźwiga brzemię własnego cierpienia – w samsarze nie ma dobrych dni”. Tak, samsara to nie jest miejsce na dobre dni. Stwierdzenie, że świat jest cierpieniem, czyli pierwsza szlachetna prawda Buddy, jest konstatacją faktu, a nie oceną. Świat taki jest. Nagardżuna, największy filozof buddyjski, dobrze to ujął: „Samsara jest nirwaną, a nirwana samsarą”. Czy zamieszkujesz pałac czy norę, czy jesteś zdrowy czy chory, bogaty czy biedny, czy się rodzisz czy umierasz, czy jesteś samotny czy w szczęśliwym związku – wszystko jest tym samym. Nie ma nic ponadto.

O samobójstwie planetarnym

Gdyby przybysz z innej planety mógł zaobserwować to, co dziś dzieje się na Ziemi, być może wyciągnąłby wniosek z tych obserwacji następujący – oto gatunek homo sapiens podjął niezwykłą decyzję, by popełnić zbiorowe, ogólnoplanetarne i rozszerzone samobójstwo. Jak dobrze wiemy pewne grupy miały takie pomysły, jak to pokazuje przypadek Jonestown z 1979 roku. Jednak skala tego obecnego samobójstwa jest imponująca i dech zapierająca. Oto cały gatunek systematycznie niszczy wszelkie ekosystemy podtrzymujące życie na tej planecie. Wąska garstka ludzi wskazuje na zagrożenia, głównie naiwniacy zwani naukowcami i aktywiści ekologiczni, ale jeszcze mniejsza garstka, zwana najbogatszymi (ok 1% populacji) intensywnie prze do absolutnej destrukcji. Ich emisje CO2 były w ostatnim ćwierćwieczu dwukrotnie większe niż emisje biedniejszej połowy ludzkości. Jedynie 6% wzrostu emisji w ostatnim ćwierćwieczu można przypisać tym najbiedniejszym.
Można by podawać dziesiątki powodów owego suicydalnego zachowania homo sapiens. Ale po co? Jednym bowiem z tych powodów jest kompulsywne myślenie, polegające na szukaniu przyczyn i powodów wszystkiego. Czy naprawdę jesteśmy najbardziej inteligentnym gatunkiem na tej planecie? Wszystko wskazuje, że nie, że jesteśmy raczej totalną pomyłką ewolucji. Esencją tej pomyłki jest egoiczna świadomość, ograniczona do skorupy własnego ciała. Stąd wypływa także brak zdolności do przewidywania skutków działań większych grup ludzkich – a kto ogranie 7,6 miliarda ludzi? Podobnie brak nam zdolności do ogarniania większego spektrum czasu. Nie martwimy się tak naprawdę losem naszych dzieci i wnuków. Najbiedniejsi nie martwią się, bo nie mają możliwości zadbania o ich przyszłość. Najbogatsi działają wedle zasady „po nas choćby potop”. W tym tunelu nie ma żadnego światełka.

O broni posiadaniu

Każdy z tych, co za powszechnym dostępem do broni są, uważa się bez wątpienia za dobrego człowieka, takiego, który tylko w nieubłaganej konieczności broni owej użyje, w obronie swoich dziatek bezbronnych albo gwałconej połowicy, no może, ostatecznie, gdy mu jakowyś menel z ogródka grilla zechce wyekspediować. To jednak podstawowy błąd selfizmu, że każdy myśli o sobie, iż dobry z niego człek, a w łeb by strzelił tylko temu złemu. Myślenie o powszechnym posiadaniu broni ekstremalnie egoistycznym bowiem jest. Moim zdaniem zaprawdę dobry człowiek o posiadaniu, a tym bardziej o użyciu broni nie myśli. Ale spora część populacji nie dość, że o posiadaniu broni myśli, to jeszcze o jej użyciu marzy, bo po co komu spluwa, gdy zimną lufą spoczywa w szufladzie? Pozwolenie na posiadanie broni takie osobniki odbierają jako pozwolenie na jej użycie. Nawet jak im sąsiad trawnik zadepcze albo gałązkę tui złamie. I to mentalne, kulturowe przyzwolenie jest dla nich tak cenne, bo przecież ogół daje im tym samym prawo do realizowania swoich niskich, aż nazbyt niziutkich marzeń. Są bowiem dupkami, a czują się jak wikingowie jacyś albo i rycerze waleczni, gdy ruchem swego maleńkiego paluszka wskazującego mogą roztrzaskać czaszkę innego. I tyle w temacie, bo szkoda na nich sobie język strzępić.

O bezradności

Kilkanaście lat temu mój ojciec trafił do szpitala. W trakcie jednych z odwiedzin u niego zostałem poproszony przez grupę trzech pielęgniarek o pomoc. Przenosiły z łóżka na łóżko pacjenta i nie dawały sobie rady. Nic dziwnego. Był to bardzo duży mężczyzna, co najmniej 190 cm wzrostu i dobrze ponad 100 kilogramów wagi. Z ledwością w czwórkę daliśmy radę. Dlaczego o tym piszę? Ze względu na jego oczy. Prawdopodobnie był po udarze, przytomny, ale całkiem bezwładny. Gdy pomagałem go przenosić spojrzał na mnie. Nigdy tego spojrzenia nie zapomnę. Potężny facet, zapewne gdy był zdrowy to wszyscy się go słuchali, kładąc uszy po sobie, w rodzinie był półbogiem, w firmie pracownicy lękali się jego gniewu. Był wtedy panem życia, podejmował decyzje i rządził. A teraz jego spojrzenie było spojrzeniem bezradnego, zrozpaczonego dziecka. Nie mógł poruszyć nawet palcem u nogi. Pozostała mu tylko czysta świadomość, przepełniona poczuciem całkowitej niemożności i bezradności.
Tak, najtrudniej sobie nam radzić w poczuciem bezradności. Kultura wmawia nam, że musimy być sprawczy, że działanie i praca to istota życia. Nie, tak nie jest. Są w naszym życiu momenty bezradności. Nie zawsze tak drastyczne jak u tego mężczyzny, ale zawsze ciężkie do zniesienia. Gdy zostawia nas kochana osoba, gdy umiera ktoś bliski, gdy nasze przedsięwzięcie ponosi porażkę. Wtedy nic nie możemy zrobić, czujemy się bezradni. Gdy spotka nas coś takiego cóż możemy zrobić? Nic. To nic jest dla nas najtrudniejsze. Brakuje nam taoistycznego płynięcia z nurtem strumienia, który nigdy sam nie wybiera, tylko podążą za tym, co napotyka na drodze. Czasem rączo dąży przed siebie, a czasem zastyga w niemożności. Wtedy rozlewa się w czystej świadomości nie czynienia. Oczywiście lepiej nie czynić z własnego wyboru, ale czasem trzeba inaczej, trzeba zaakceptować to, co się przydarza i przyjąć bezradność. Uświadomić sobie, że już nic nie możemy zrobić i spocząć w tym, co jest.

Ludzkie zoo

Byłem wczoraj nad jeziorem. Ciepło i słońce. Ludzie opalają się na plaży, jedzą lody, piją piwo, jedzą zapiekanki. Dzieci biegają, nastolatki flirtują, faceci gadają o samochodach, kobiety o koleżankach. Sobota, nic się nie dzieje. Ogólne rozleniwienie i zapychanie pustki egzystencji drobnymi, pustymi przyjemnościami. Z mej strony narastała jednak degustująca obserwacja gatunku homo sapiens, to co Tacyt nazwał odium humani generis. Cioran kiedyś wybrał się do zoo. Gdy doszedł do klatki z szympansami skonstatował – czuć, że człowiek jest blisko. Ja bym to odwrócił. Obserwując ludzi widzę, że niezbyt się się od szympansów różnią. A jeśli się różnią to w sposób negatywny. Bo ludzie są niczym więcej jak małpami, które sobie ubzdurały, że są czymś lepszym niż cała reszta istot żyjących. Opętani przez swoją wąską świadomość uzurpują sobie prawo do wykorzystywania całości rzeczywistości, konsumują świat jak hamburgera, niszczą, co tylko mogą zniszczyć, nienawidzą, co tylko mogą znienawidzić. Nieświadomi apokalipsy, która za dekadę lub dwie zmiecie ich świat wraz z nimi, snują się w błogiej i ślepej niewiedzy, zaspakajając swe płytkie pożądania. Doprawdy niewiele się nie różnią od zwierząt w zoo, które karmione przez opiekunów żyją sobie w bezwiednej niewoli. Ale póki jest słonce, jest ciepło i można zanurzyć się w chłodnej wodzie, po co się martwić? Nawet teraz, w roku będącym zapowiedzią apokalipsy, trajlerem postapokaliptycznej rzeczywistości, która nas czeka, spokojnie jemy lody, opalamy się, gadamy o głupstwach, kontynuujemy pozbawioną wszelkiego sensu egzystencję. A za horyzont zachodzi Słońce, zapada powoli zmrok, powietrze staje się chłodniejsze. The end is coming.

O Margot

Parę dni temu obejrzałem wywiad internetowy na YT ze słynną Margot przeprowadzony przez radio ZET. Z mego pierwszego wejrzenia, jako osobnika całkowicie heteronormatywnego, to całkiem miły, inteligenty i przystojny chłopak. Identyfikuje się jako niebinarny, używa żeńskich końcówek. Gdybym był dziewczyną to by mnie zapewne zainteresował. Nie jestem dobrze obeznany z niuansami społeczności LGBTQ więc tylko podam parę ogólnych uwag wyłącznie w odniesieniu do tego wywiadu. Prawie 90% oglądających dało łapkę w dół. To dużo mówi o klaustrofobicznej mentalności seksualnej naszego społeczeństwa. Dlaczego jeśli ktoś chce identyfikować jako kobieta ma mnie to urażać? Ja bym chętnie się spotkał z taką osobą. Tak, wiem, wielu by nie chciało. Boją się własnych nieświadomych tendencji, stąd ich projekcyjna agresja. Strach przez tym co inne, nieznane jest podstawowym odruchem standardowych przedstawicieli homo sapiens. Bądźmy zatem niestandardowi, jak Margot. Z bliskiego mi psychologicznego punktu widzenia androgyniczna całość jest tym, co najlepsze w ludzkiej psychice. To swego rodzaju buddyjska droga środka, podążanie drogą tao, które polega na unikaniu skrajności samej tylko żeńskości czy męskości. Świat zamieszkały przez ludzi takich jak Margot byłby bardziej kolorowy, by nie rzec – tęczowy.
Swoistym kuriozum jest natomiast postawa prowadzącej wywiad dziennikarki, na siłę próbującej sprowokować niektóre wypowiedzi Margot, a zarazem wykazującej się typowym dla dziennikarzy sformatowanym stylem. No cóż, 99% dziennikarzy tak robi i im to chwały nie przynosi. Prowadząca jest po prostu głupią babą. Mówi się, że prasa i dziennikarstwo to czwarta władza – okazje się, że równie głupia jak politycy, ograniczona mentalnie jak prawnicy i służalcza jak prezydent. Jakby jakiś mój student został dziennikarzem, to bym się do niego nie odzywał.
Tu wywiad: https://www.youtube.com/watch?v=lrQ7Npmi9BU&feature=share&fbclid=IwAR3MZI76xUq7X23Q42PLqpIXh4m7Bafl0_RQ2jzL7VME2-c3k43n9WigZHs

O transhumanizmie, czyli o niechęci bycia człowiekiem

We wszystkich religiach występuje mit pierwotnego upadku, w którego wyniku istoty predystynowane do lepszego bytu stały się ludźmi. Mit ten wyraża podstawowe rozczarowanie z faktu bycia człowiekiem, z nędzy jego egzystencji. Można powiedzieć, że wraz z uświadomieniem sobie swej kondycji człowiek wyraził swoje głębokie niezadowolenie z niej. W dzisiejszym postmitycznym świecie mity upadku i odkupienia w dalszym ciągu tworzą naszą rzeczywistość psychiczną. Są tylko ubrane w szaty maskujące ich prawdziwy charakter. Takim mitem jest transhumanizm, będący – w tej perspektywie – pierwotną ideą ludzkości. Dzisiaj nie musimy już tak pompatycznie ogłaszać, że niewygoda naszej egzystencji jest wynikiem katastrof na skalę kosmiczną – możemy dziś z niepokojem zgłosić: „Houston, mamy problem”. A Houston nie zamieszkuje już dziś brodaty Jahwe, który tyle samo złego i dobrego uczynił swemu narodowi wybranemu. W Houston grupa ludzi pracuje nad rozwiązaniem problemu, choćby przypominał on kwadraturę koła. Skoro bogowie zawiedli (buddyzm jest tu szlachetnym wyjątkiem, nie angażując bogów w sprawę wyzwolenia) ludzie postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Czy jednak nie porywają się czyn godny barona Munchausena, który wyciągnął się sam z bagna, ciągnąc się za harcap – ba, wyciągnął też tak konia, którego miał pod sobą! Ale z drugiej strony – kto ma się tym zająć? Podobnie jak każdy nowy techniczny gadżet służył „wyjaśnieniu” tego, czym jest pamięć, tak każda ludzka aktywność miała posłużyć wyzwoleniu – religia, sztuka, filozofia, nauka, a nawet, o zgrozo, polityka! Słowem człowiek uświadamiając sobie swoją kondycję odkrył, że ma problem. I z zapałem zabrał się z jego rozwiązywanie.

Jaki jest zatem najnowszy pomysł na człowieka? No, nie taki nowy, ma już swe dzieje, jako pomysł filozoficzny ponad sto lat. Pomysł ten to prosta intuicja – skoro bycie człowiekiem jest problemem, to zostawmy ten problem za sobą. Przejdźmy do poza(trans)człowieka. Może ów transczłowiek nie będzie już wymyślał pseudoproblemów, a zajmie się tym, co najważniejsze – zapewnieniem sobie szczęśliwej egzystencji. Niezależnie jakbyśmy pojmowali szczęście, a każdy przecież pojmuje je inaczej, jest ono uniwersalnym pragnieniem. No, ale przecież mówimy o sprawie poważnej – o porzuceniu tożsamości gatunkowej, o zakończeniu historii człowieka. O wypisaniu się z gatunku ludzkiego, skażonego fundamentalną niedoskonałością zwaną byciem człowiekiem. Wszelako poważne mówienie o transhmanizmie grozi intelektualną patologią. Powaga tu jest niewskazana, bo zwykle prowadzi do bajek o nadczłowieku, nadętych i pustych. Istotną cechą człowieka jest humor. Nie chciałbym bo transczłowiek był pozbawiony poczucia humoru, wprost przeciwnie – chciałbym, aby Monthy Pythoni przy nim wydawali się nudni!

O tym, co najważniejsze w związku II

Dzisiaj tylko swego rodzaju apendyks do wpisu sprzed tygodnia. Skomentowały go w większości kobiety i paru mężczyzn. Panie wyrażały zwykle entuzjazm co do propozycji nieustannego rozmawiania. Panowie natomiast sugerowali, że rozmowa to domena kobiet, a facet to ten, który siedzi i milczy, najlepiej w samotności, a to co napisałem to romantyczne mrzonki. Tytułem komentarza chciałem tylko dopowiedzieć, że nie chodziło o rozmowę pojętą jako klej związku, codzienne dogadywanie się, co być może niektóre Panie miały na myśli. O nie, rozmowa którą mam na myśli to coś poważniejszego, to całkiem innego rodzaju doświadczenie, to ciężka praca zajmująca całe miesiące, prowadząca do powstania związku albo do jego transformacji. Nic dziwnego, że unikają jej Panowie. Trudno mi oddać smak takiego doświadczenia, bo jak opisać smak rzadkiego owocu? Nie domagam się zatem zrozumienia od czytelników. Tym bardziej że moje krótkie wpisy przypominają raczej test Rorschacha niż dydaktyczne objaśnianie albo przestawianie jakieś koncepcji. Każdy widzi w nich to co chce, albo to czego nie chce. Bo czyż życie nie jest też takim testem?