O doradztwie filozoficznym

W tym semestrze będę prowadził zajęcia z podstaw doradztwa filozoficznego. Czym zajmuje się doradca filozoficzny? Wiedza filozoficzna jest niczym innym jak rozumieniem własnego życia. W chwilach kryzysu, zamętu, na kolejnych zakrętach życia chcemy porozmawiać z kimś, kto wspomoże nas swym rozumieniem, innym postrzeganiem świata, doświadczeniem. Potrzebujemy mądrej rozmowy, nie diagnozy. To jest właśnie rola doradcy filozoficznego. Tradycja każe nam w takich sytuacjach zwracać się do osób duchownych, nauka kieruje do psychologów. Ale tylko w rozmowie z doradcą filozoficznym mamy unikalną możliwość skorzystania z bogactwa mądrości Zachodu i Wschodu. Dzięki rozmowie możemy wyrobić w sobie filozoficzną postawę wobec życia i sprawić, by płynęło ono dalej bez przeszkód. Na czym polega postawa filozoficzna?

Większość trudności, które spotykamy w swoim życiu ma swe źródło w naszych ograniczeniach, blokadach tkwiących w umyśle. Żywimy jakieś przekonania, utrzymujemy opinie, mamy nie wiadomo skąd pochodzące mniemania. Podstawowym celem doradztwa filozoficznego jest doprowadzenie do uświadomienia sobie całego tego bagażu. Skutkuje to zmianą naszego postrzegania świata i lepszym w nim funkcjonowaniem. Nie warto wyważać otwartych drzwi – dlatego doradca filozoficzny umożliwia żywy kontakt z tradycjami mądrościowymi, które już przed wiekami proponowały rozwiązania problemów nurtujących nas dzisiaj. I nie chodzi tu tylko o tzw. kwestie podstawowe, jak sens życia, śmierć czy dylematy moralne. Doradztwo filozoficzne zajmuje się także trudnościami w związkach, w pracy, w kontaktach z dorastającymi dziećmi czy problemami drugiej połowy życia. Nawet najbardziej wydawałoby się przyziemne problemy naszego życie mają swe filozoficzne podłoże. Kłótnie z partnerem wypływają z odmiennych systemów wartości, problemy w pracy mają swe źródło w niepewności co do celów, do których dążymy, a niemożność zmiany wypływa z niepewności kim jesteśmy. Mam nadzieję, że choć trochę z tej postawy uda mi się przekazać moim studentom.

O miłości

Ludzie zrobią wszystko by uczynić znośną chwilę teraźniejszą. Zwykle czynią to uciekając od niej. Uciekają w uzależnienia chemiczne, w bełkotliwe konstrukty ideologii religijnych i politycznych, w skomplikowane struktury swoich indywidualnych neuroz czy też w przypominającą dzień świstaka rutynę codzienności. Często łączą te ucieczki, by tym solidniej uciec od tej chwili, jedynej, która by mogła nadać ich życiu konsystencję. Nie chcą dostąpić podstawowego przeżycia, które by uleczyło ich cierpienie. Przeżyciem tym jest bliski, intymny kontakt z drugim człowiekiem, który odbywa się tylko w owej nieznośnej dla nich chwili teraźniejszej, od której nieustannie uciekają. Tak, uciekają od jedynej rzeczy, która by mogła im pomóc. Ale jeśli ktoś się odważy na to, by teraźniejszą chwilę uczynić nie tylko znośną, ale i pełną, zyskuje wszystko. Zwykle nazywa się to miłością. A ponieważ o miłości nie wolno zbyt dużo pisać, to już kończę i idę kochać.

O etyce dla rodziców

Dlaczego posyłać dziecko na etykę? Zastanówmy się nad tym pytaniem.
W aktualnej sytuacji prawnej dziecko może chodzić na religię, na etykę, na religię oraz na etykę lub też zrezygnować z obu przedmiotów. To oczywiście czysta teoria, bowiem w sytuacji, gdy etyka jest obecna w 3% szkół rezygnacja z niej jest nie tyle łatwa, co oczywista. Ale gdy mamy taką możliwość, warto zapytać, jakie argumenty mogą przemawiać za tym by dziecko uczęszczało na zajęcia z etyki.
Gdybym miał przed sobą grupę rodziców, którzy mogą podjąć decyzję o uczęszczaniu ich dzieci na zajęcia z etyki, co bym im powiedział? Pierwszą i najważniejszą sprawą jest uświadomienie, że nie ma przeciwieństwa między religią a etyką. Podobnie jak nie ma religii bez nakazów etycznych, tak i nie ma etyki, która by nie mówiła o tym co dla każdego człowieka najważniejsze – o dobrym życiu. Gdyby świat był czarno-biały, to religia by uczyła o tym, co dobre, a etyka o tym, co złe. Świat jednak nie składa się z takich prostych przeciwieństw. W świecie żyją różni ludzie, a każdy z nich chce prowadzić jak najlepsze życie. Z jakiegoś jednak powodu nie zgadzają się co do sposobów realizacji owego dobrego życia. Czy to coś złego? Niekoniecznie. Św. Tomasz z Akwinu mawiał: Różnorodność cieszy. Na łące mamy mnóstwo różnych roślin, niesamowitą różnorodność barw i kształtów, która cieszy nasze oczy. Porównajmy spacer po rynku wybrukowanym jednolitymi betonowymi kostkami ze spacerem po łące. Drodzy rodzice – różnorodność nie jest chaosem i względnością, jest tym, co daje nam życie. W naszym ciele są miliony komórek i dzięki temu, że różnią się one od siebie, w ogóle możemy żyć. Nasze ciało to organizm, czyli zorganizowana całość, w ramach której każda komórka pozostaje sobą i współpracuje z innymi. I takiej współpracy nasze dzieci powinny się uczyć na wszystkich lekcjach w szkole. Etyka uczy współpracy z każdym człowiekiem, niezależnie od jego religii czy światopoglądu.
Drugą sprawą, na jaką bym zwrócił uwagę jest to, że religia i etyka różnią się w sposobach uzasadnienia postępowania moralnego – w pierwszym przypadku powołujemy się na przykazania religijne, w drugim odwołujemy się do uzasadnień racjonalnych. Jednak co do nauczanych treści religia i etyka nieraz się nie różnią. Podobnie jak przykazania różnych religii, które toczyły ze sobą spory w historii, są często do siebie podobne, tak i etyka nie zawsze odbiega od tego, czego nauczają religie. Przykazania religijne odwołują się do boskiego autorytetu, co wydaje się zapewniać skuteczność ich wypełniania. Dobrze jednak wiemy, drodzy rodzice, że tak nie jest. Religia jest najstarszym towarzyszem ludzkości i nic nie zapowiada, by to się zmieniło. Dlaczego? Gdyż nieustannie, dla każdego nowego pokolenia religia musi powtarzać swe nakazy. Człowiek to skomplikowana istota i zwykłe stwierdzenie: „Musisz tak postępować” niestety na niego nie działa. Każdy wychowawca wie dobrze, że najskuteczniejszy jest przykład, nie nakaz. Wie też, że młody człowiek, odkrywający swoją niezależność i wolność buntuje się przeciwko wszelkim nakazom. Chce polegać na sobie, chce dążyć do szczęścia – i chce w tym dążeniu mądrych, praktycznych wskazówek od ludzi, którzy już taką ścieżką podążali. Dlatego warto by usłyszał o takich ludziach – czy to na lekcji religii czy etyki. Katecheta albo etyk nie muszą być wzorcem cnót – choć byłoby to nader pożądane – lecz warto, by uczyli o ludzkich ścieżkach do prowadzenia dobrego życia. A te, jak już wspomniałem, są różne, tak jak różni są ludzie.
Po trzecie, drodzy rodzice, nie ma nic ważniejszego ponad dobro naszych dzieci. Gdy my już umrzemy, to one zrodzą kolejne pokolenia i zapewnią przetrwanie ludzkości. Pewien etyk, zastanawiający się nad współczesną cywilizacją stwierdził, iż najważniejsze jest to byśmy pozostawili ten świat w takim stanie, który by umożliwił życie w nim kolejnym pokoleniom. To bardzo dobra rada – ostatecznie nasi rodzice i ich rodzice starali się tak czynić. Dzięki nim my możemy żyć w tym świecie i realizować swoje marzenia. Oczywiście, każdy z nas rodziców jest przekonany, że wie najlepiej co jest dobre dla jego dziecka. Nie chcemy by ktoś nam wmawiał, co jest dobre dla naszego dziecka. Jednak wiemy też – jako dzieci swoich rodziców – że często przeciwstawialiśmy się się temu, co rodzice dla nas zamyślili jako najlepszą opcję naszego życia. Sami wybieraliśmy cele do których dążymy, nie zawsze dysponując odpowiednią wiedzą. Dlatego warto dać szansę i umożliwić naszym dzieciom nauczenie się samodzielnego myślenia i podejmowania racjonalnych decyzji. Wyposażone w taką umiejętność będą lepiej radziły sobie w naszym szalonym świecie. To na etyce mogą poznać nie tylko zasady rządzące naszym życiem moralnym, mogą także nauczyć się rozwiązywać kwestie, których pokolenia ich rodziców i dziadków często nie znały. Wtedy ich poleganie na sobie nie będzie tylko buntem przeciw światu, w jaki wrzucili ich rodzice, ale zyska podstawę w w postaci odwołania się do rozumu. Skoro uważamy, że młodego człowieka możemy, dajmy na to, powołać do wojska i pozwolić mu zabijać, to pozwólmy mu także nauczyć się myśleć.
W zakończeniu podkreśliłbym jeszcze raz to, co najważniejsze – nasze dzieci uczą się dla siebie, dla przyszłości. Mają poznawać tradycję i historię, ale równie ważne jest to, by umiały w swym dorosłym życiu podejmować decyzje i krytycznie myśleć. Świat dziś zmienia się tak szybko, że jeśli chcemy dobrej przyszłości dla swych dzieci musimy im dać coś, co im naprawdę pomoże. Jest to umiejętność samodzielnego kształtowania swego życia w złożonym i dynamicznym świecie.

O internetozie

Odkryłem u siebie nowy rodzaj nerwicy. To internetoza. Od miesięcy siedzę przed ekranem komputera, prowadzę webinary dla studentów, odpowiadam na maile, skanuję dokumenty. Wszelka aktywność zawodowa przeniosła się, jak to pięknie mawiają, do przestrzeni internetu. Rzadkie wizyty na uczelni wywołują wrażenie obcowania z absurdalną rzeczywistością rodem z filmów postapo. No i parę dni temu zrobiłem ostatni webinar. Powinienem być zadowolony i korzystać z wolnych chwil. Ale nie jestem. Wewnętrzny głos mi mówi: Czy czegoś nie zapomniałeś? Na pewno nie musisz jutro prowadzić jakiś zajęć? Czy nie powinieneś czegoś jeszcze przeczytać na poczcie? Tylko z tego jednego powodu, że teraz siedzę przed komputerem ten głos się odzywa, ewokując internetozę. Może jestem zbyt starej daty by odczuwać radość, że nawet trening interpersonalny się odbywa online, jakom usłyszał od pewnej psycholożki. Nie, nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu. Jesteśmy ludźmi i byłoby najlepiej, gdybyśmy nimi pozostali. Internet to śmierć ludzkości.

Nagardżuna

Największy z dialektyków buddyjskich, twórca najsubtelniejszego poglądu filozoficznego w historii ludzkości. Wedle legendy władca węży (nagaradźa) miał przekazać mu teksty sutr mahajany zebrane pod nazwą „Pradźniaparamita”. On sam miał się kiedyś odwołać do następującego znaczenia słowa naga, cytując Buddę; „Wąż jest tym, który niszczy splamienia”. Stworzona przez niego filozofia madhjamaki głosiła pustkę (śunja) wszystkich rzeczy. Nagardżuna odkrył, że intelekt jako narzędzie poznania rzeczywistości całkowicie zawodzi, jest bowiem wewnętrznie sprzeczny, a zatem każde twierdzenie przy dogłębnej analizie przechodzi w swe przeciwieństwo. Należy przeto odrzucić wszelkie intelektualne kategorie, w tym te najwyższe – istnienia i nieistnienia, bo natura rzeczywistości nie jest osiągalna dla pojęć. Ścieżka środkowa (madhjamaka) oznacza odrzucenie skrajności generowanych przez intelekt i pozostawanie w nieuchwytnym miejscu środkowym. Gdy dzięki wiedzy odrzucimy wszelkie złudzenia, ukaże się nam takość (tathata) rzeczy, takimi jakie one są. Wtedy zobaczymy, że samsara i nirwana są tożsame. Nie może być inaczej, albowiem rzeczy są puste, pozbawione istoty i pojawiają się wedle zasad prawa współzależnego powstawania.

O prawdy pożądaniu

W umyśle ludzkim znajdujemy dosyć niezwykłą właściwość – jest to pożądanie prawdy, pragnienie przylgnięcia do jakiegoś fragmentu doświadczenia, który uznamy za ostateczny i absolutnie obowiązujący – jednym słowem prawdziwy. Z tą naturalną skłonnością naszego umysłu zmaga się praktyka filozofii, ukazując, że owo dążenie do prawdy absolutnej – występujące przecież nawet w najbardziej prymitywnych umysłach – wypływa z podstawowego lęku, zrodzonego przez samą naturę świadomości. Świadomość objawia nam świat, który jest ciągłym przepływem, świat, nad którym nie możemy zapanować, nie możemy kontrolować. Dlatego pożądamy prawdy absolutnej, czy to religijnej, czy naukowej, czy nawet – o zgrozo! – filozoficznej, która by nam sprowadziła nieogarnioną złożoność świata do paru prostych myśli. To bez wątpienia największy błąd ludzkości! Zrodził on niegdyś, u samego zarania świadomości, wiarę w bogów kontrolujących przepływ strumienia rzeczywistości. Ta wczesna epoka ludzkiej świadomości była koniecznym etapem jej rozwoju, ale, na bogów, trzeba z niej wyrosnąć! To, co człowiek pierwotny odczuwał jako bogów, to były siły, nad którymi nie panował. Świat współczesny mami nas złudzeniem „opanowania przyrody”, jej „podboju”. To intelektualistyczne zwyrodnienie, pycha charakterystyczna dla człowieka Zachodu, apotropaiczne zaklinanie tego, co nie do opanowania. Trzeba pewnego wyrafinowania kultury by ową całość nazwać tao, jak to uczynili Chińczycy. Chiński pogląd na świat jest dobrym przykładem tego jak dobra filozofia eliminuje złą religię. Zawsze podejrzewałem, że Chińczycy mają bardzo praktyczne podejście do życia. Nie myliłem się: „Zarówno religia, jak i poezja są wytworem ludzkiej fantazji. Obie mieszają wyobraźnię z rzeczywistością. Różnica między nimi polega na tym, że religia przyjmuje to, co sama głosi, za prawdę, poezja zaś traktuje to, co sama mówi, jako fałsz i jest to świadome samooszukiwanie się.” (Feng Youlan, „Krótka historia filozofii chińskiej”, s. 170) Ja jestem po stronie poezji!

O Bogu

Czy zauważono już, że nad człowiekiem, któremu mówi się, że Bóg jest zły, nie można panować, natomiast panowanie nad tym, który od kołyski słyszy, iż Bóg jest dobry, przychodzi z łatwością? To prosty psychologiczny zabieg, który przyniósł tyle radości tym, którzy lubią panować. Ostatnio parę osób spytało mnie o Boga. Cóż, Bóg to sposób organizacji doświadczenia konkretnego człowieka. I tyle…, nie ma o co kruszyć kopii. W swojej biografii N. Kazantzakis przytacza słowa człowieka będącego pierwowzorem Greka Zorby: „…jeśli jakiś klecha przyjdzie mnie wyspowiadać i dać mi komunię, powiedz mu, żeby się ulotnił, i że może mnie nawet przekląć!” ( I. D. Yalom, Psychoterapia egzystencjalna, s. 130). To model życia, w którym w momencie śmierci pozostawiamy tylko „wypalony zamek”. Nikt i nic nie ma się wtedy czego uczepić – bo i kto, jeśli już nie ja?

O myśleniu i zapytywaniu

Myślenie można porównać do oddychania. Oddychanie jest czynnością, która dokonuje się automatycznie, ale czasami możemy świadomie kontrolować jego proces. Oddychamy nawet przez sen, ale gdy lekarz nas poprosi o głęboki oddech, wtedy bez trudu sterujemy naszymi płucami i wykonujemy parę głębokich wdechów. Pewien etap praktyki jogi, zwany pranajamą, polega na kontrolowanym oddychaniu. Analogicznie, możemy postarać się kierować naszym myśleniem, każdorazowo wybijając je z pozycji, w której chce spocząć. Narzędziem, które to czyni w sposób najdoskonalszy jest pytanie. Pytanie zatrzymuje bezrefleksyjny strumień naszej świadomości i luzuje nasze lgnięcie do przekonań. Dlatego filozofowie tak mocno akcentowali wagę zapytywania. Pytając przejmujemy kontrolę nad naszym myśleniem. Dzięki pytaniu możemy podważyć każdą treść naszej świadomości. Stąd pochodzi najbardziej radykalne filozoficzne ćwiczenie, polegające na postawieniu sobie pytania: „A może wszystko, co myślisz jest nieprawdą?” Spróbuj zadać sobie to pytanie. Spróbuj szczególnie podważyć wszystkie opinie, które masz na swój temat, nawet te hołubione i pieszczone od wczesnego dzieciństwa. Co pozostanie? Lęk. Kto ma mi powiedzieć, kim jestem, jeśli podważę wszystko, co stanowi treść mej świadomości? Czujemy się zagrożeni w swym istnieniu, jeśli nie mamy gotowego zestawu mniemań na swój temat. Ale skąd się wzięły owe mniemania? Czy to my je wytworzyliśmy? Nie, otrzymaliśmy je w spadku po rodzicach i poprzednich pokoleniach, otrzymaliśmy je wraz z całym dobrodziejstwem kultury. To one nas tworzą. To one są także niestety źródłem naszych fundamentalnych lęków. Nasze nieprzemyślane, niepodważone przekonania zarazem tworzą nasze lęki, jak i wydają się być antidotami na nie. To błędne koło, w którym kręcimy się dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie, że nasz mózg tworzy naszą rzeczywistość. Kultura jest koszmarem, z którego musimy się przebudzić. Zadając pytania.

O zawiązkach

Słowa Otto Kernberga z jego książki „Związki miłosne” można właściwie pozostawić bez komentarza: „Być zdolnym do sadystycznego ataku na partnera, a zarazem doświadczyć przetrwania jego lub jej miłości; umieć przeżyć przekształcenie własnych uczuć od bezwzględnej wściekłości i dewaluacji, poprzez poczucie winy, żałoby aż do pragnienia naprawienia szkód – to niezwykle istotne doświadczenia dla związku dwojga ludzi”. Ale dodałbym jeszcze jedno – w związku należy być gotowym na takie doświadczenia każdego dnia, niezależenie od jego stażu, niezależnie od tego jak jesteśmy sobie bliscy. Miłość, podobnie jak wszystko, ma swoją ciemną stronę. Jest jak nieustanny taniec, ale czasem jak walka. Para spiera się, każde chce postawić na swoim, kochają się, ale wymieniają też ciężkie słowa. Zarzucają sobie najgorsze rzeczy, ale potem rzucają się sobie w objęcia. Warto zawsze w tej sytuacji pamiętać o jednej zasadzie rządzącej związkami, którą podał Paweł z Tarsu: „Niechaj słońce nie zachodzi na zagniewanie wasze”.

O lgnięciu do pojęć

William James stwierdził kiedyś, że można prawdę absolutną ująć w słowa. Wedle niego możemy ją wyrazić banalnym zdaniem: „Istnieje prawda absolutna”. Cóż, treściowo to zdanie nic nam nie mówi. Ale, gdy przemyślimy głębiej propozycję Jamesa, możemy dojść do wniosku, że to zdanie nie jest takie bezpłodne. Pamiętam, że kiedyś pewna licealistka zarzuciła mi, że filozofia, skupiając się tylko na zapytywaniu, jest bezpłodna, bo nie daje odpowiedzi, tylko nieustannie pyta. Przyjęcie, że istnieje prawda nie oznacza jej uchwycenia – co rodziłoby pychę – lecz tylko wyznacza pewien pułap, „szklany dach”, do którego dobija się wszelkie filozofowanie. Filozof nie jest bowiem cynikiem, w potocznym sensie tego słowa. Filozof nawet jeśli twierdzi, że nic jest prawdziwe, używa słów jedynie jako narzędzi do oczyszczenia umysłu. „Nic nie jest prawdziwe, nawet to nie jest prawdziwe” napisał kiedyś Mutulali. Ta formuła, podobnie jak Sokratejskie „Wiem, że nic nie wiem” jest właśnie przykładem takiej przeczyszczającej pigułki, która uwalnia nasze umysły od lgnięcia do pojęć.