O mieście i negatywnej kobiecości

Ostatnio coraz częściej spotykam ludzi, którzy marzą o tym, by żyć poza miastem, z rodziną na wsi lub w jakiejś komunie. Niektórzy realizują to pragnienie, które kontrastuje z ogólnym trendem, polegającym na tym, że już ponad połowa ludzkości mieszka w miastach, a ten odsetek będzie rosnąć. A skoro pragnienie i realność się rozbiegają, to warto się odwołać do psychologii. Czego szukamy w mieście, a co otrzymujemy?

W ujęciu psychologii analitycznej miasto jest powiązane z pierwiastkiem żeńskim. Jego symbolika zatem wywodzi się z pierwotnej, archetypowej z sensie Junga, symboliki kobiecości, którą dokładnie opisał Erich Neumann w swoim dziele Wielka Matka. Dowodzi on w nim, że fundamentalna symbolika kobiecości zawarta jest w równoważności znaczeń następujących domen symbolicznych; kobieta, ciało, naczynie, świat. Z formuły tej, obowiązującej jeszcze w świecie przedneolitycznym, wywodzi się symbolika chroniącej jaskini, prowadząca do dalszych domen symbolicznych: „Chroniąca jaskinia – pisze Neumann – jako część góry w kontekście rozwoju historycznego stanowi naturalną formę symboli kulturowych oznaczających zamknięta, strzeżoną przestrzeń – świątynia i temenos, chata i dom, wioska i miasto, ogrodzenie płot, mur, to, co zamknięte; bramy i drzwi stanowią tu łono macierzyńskiego naczynia”. Miasto, jako zajmujące określoną przestrzeń, funduje swoje numinalne znaczenie na świętości pierwiastka żeńskiego. Miasto to zawsze mieszkanie bogini, która jest jego symboliczną personifikacją, jego „osobowością”. Można też pojmować miasto jako ciało bogini, na zasadzie symbolicznego powiązania między miastem, materią, przestrzenią i ciałem, które w symbolice noszą zawsze żeński charakter.

Przytoczone motywy mitologiczne są charakterystyczne dla pozytywnej symboliki miasta. Ma ona jednak także swój negatywny aspekt, związany z archetypem Strasznej Matki, kojarzonej ze śmiercią, pochłanianiem, ćwiartowaniem, niszczeniem, gniciem. Ta ambiwalencja jest ujmowana nieraz jako przeciwstawienie dwu stron miasta. Jak podaje Neumann: „Jako dobra matka jest ona panią Wschodniej bramy, Bramy narodzin; jako okrutna matka czuwa nad Bramą Zachodnią, Bramą Śmierci. Brama , drzwi, gardziel, przepaść i otchłań to symbole łona kobiecego, łona ziemi – jako miejsca numinalne wyznaczają one drogę wiodącą w mistyczne mroki świata podziemnego”. Mieszkańcy miasta w tej perspektywie są jednej strony dziećmi Wielkiej Matki, chronionymi przez nią macierzyńskimi murami, a z drugiej strony są embrionami, pożeranymi i wchłanianymi przez potężną strukturę miasta.

Chciałbym przytoczyć teraz słowa Ericha Fromma, ukazujące ciekawy aspekt negatywnej kobiecości: „Nasza konsumpcyjna kultura kreuje nową wizję: jeśli pójdziemy dalej drogą postępu technologicznego, to w końcu osiągniemy punkt, w którym żadne życzenie nie pozostanie nie spełnione, a spełnienie będzie natychmiastowe i nie wymagające jakiegokolwiek wysiłku. W wizji tej technika przybiera cechy Wielkiej Matki, już nie naturalnej, lecz technicznej, która niańczy swoje dzieci i koi je nieustanną kołysanką (w postaci radia i telewizji). Pod względem emocjonalnym człowiek na powrót staje się niemowlęciem, któremu poczucie bezpieczeństwa daje nadzieja, że pierś matki zawsze dostarczy obfitości mleka i że nigdy nie trzeba już będzie samodzielnie podejmować decyzji. Będą one bowiem leżały w gestii samego aparatu technologicznego, interpretowane i wcielane w życie przez technokratów – nowych kapłanów rodzącej się religii matriarchalnej, której boginią jest Technika”. Zwraca on uwagę na oczywisty skądinąd fakt, że każde miasto jest przejawem technicznych umiejętności ludzi, zarówno w sensie zdolności do produkcji artefaktów, jak i zdolności do wytwarzania złożonej organizacji społecznej, bez której zbiorowy wysiłek owocujący zbudowaniem miasta nie byłby możliwy. Ta organizacja społeczna, skorelowana z rozwojem techniki, ma jednak wedle Fromma charakter regresywny i infantylizujący. Współcześnie, gdy już ponad połowa populacji planety żyje w miastach, słowa Fromma o „technicznej”, a nie naturalnej Wielkiej Matce brzmią doprawdy złowieszczo.

Nadmierne zagęszczenie populacji miast sprzyja spontanicznym i nieukierunkowanym manifestacjom dynamizmów ponadosobowych w ich obrębie. Jak pisze Jung: „Wszystko co przekracza w jakimś stopniu ludzki wymiar, wywołuje w takim samym stopniu nieludzkie siły w nieświadomości człowieka”. W obliczu tych sił adekwatna, indywidualna reakcja, wypływająca z określonych rozstrzygnięć etycznych staje się prawie niemożliwa. To właśnie w mieście człowiek jest postawiony wobec potężniejszej od niego rzeczywistości, która nie jest już rzeczywistością sił czysto naturalnych, lecz jest jego własnym wytworem, efektem trwających tysiące lat przemian kultury ludzkiej. Miasto jest „materializacją” tego, co w człowieku ponadludzkie, nie znaczy to jednak – najlepsze. Co zatem otrzymujemy żyjąc w miastach? Nic dobrego, nic ponad amplifikacje najbardziej negatywnych cech ludzkiej natury – przemoc, wyzysk, egoizm, alienacja, nienawiść, depresja, hałas, pośpiech. Każdy mieszkaniec miasta może tu dopisać swoją ulubioną negatywną cechę życia w mieście, w konsumpcyjnym łonie negatywnej Wielkiej Matki.

O lewej półkuli

Michael S. Gazzaniga, jeden z czołowych neuronaukowców, badacz osób z rozszczepionym mózgiem, u który rozcięto połączenie między półkulami mózgowymi, opisuje w swej najnowszej książce Instynkt świadomości reakcje takich osób na następującą historyjkę (nie wiem dlaczego etycy uwielbiają historyjki, szczególnie takie wagonowe – nie mają poważniejszych problemów?). Oto ta historyjka: sekretarka podaje szefowi kawę, chcąc go zabić, wsypuje więc biały proszek do kawy, ale okazuje się, że to zwykły cukier. Złe zamiary, pozytywny skutek. Druga sytuacja: sekretarka wsypuje biały proszek do kawy szefa (to jest tak w ogóle okropny seksizm, czy sekretarki nic innego nie robią? Nie wiem, nigdy nie miałem sekretarki) ale okazuje się, że to jest trucizna, którą przypadkowo jakiś chemik zostawił w jego gabinecie. Szef umiera. Dobry zamiar, zły skutek. Po wysłuchaniu tych historyjek pacjenci z rozczepionym mózgiem mieli poddać ocenie czy działanie sekretarki jest zabronione czy też dopuszczalne.

Jak można przypuszczać większość ludzi ocenia działanie w złych zamiarach jako zabronione, niezależnie od skutków (to się fachowo nazywa perspektywą deontologiczną). Tak samo działania bez złych zamiarów są przez większość ludzi oceniane jako dopuszczalne, nawet jeśli prowadzą do złych skutków (to perspektywa nazwana przez Gazzanigę utylitarną). Jednak pacjenci z rozczepionym mózgiem reagowali inaczej. Ich lewa półkula mózgowa okazywała się być ekstremalnie utylitarna. To znaczy, że jeśli bohaterka historyjki działała w złych zamiarach, ale nikomu nic się nie stało, to jej postępowanie oceniali jako dopuszczalne, natomiast – i to jest najciekawsze – jeśli bohaterka historyjki działa bez złych zamiarów, ale efekty jej działania były negatywne, to lewa półkula oceniała je jako zabronione.

Gazzaniga podsumowuje to z ten sposób – lewa półkula zachowuje się tak, jakby nie miała teorii umysłu, czyli, mówiąc najkrócej, jakby nie umiała się w ogóle wczuć się w umysł drugiego człowieka. Jest zajęta tylko samą sobą, o czym pisałem już tu. Jest źródłem fundamentalnego egoizmu człowieka, polegającym na budowaniu jak najbardziej spójnej narracji, oczywiście spójnej tylko dla danego człowieka. Świadomość ludzka, szczególnie ta pozostająca pod przemożnym wpływem lewej półkuli wydaje się niezbyt udanym tworem ewolucji. Właściwie – to totalna porażka.

O robieniu tego samego

Jest takie powiedzenie łacińskie, jedno z moich najbardziej ulubionych: „Duo cum faciunt idem, non est idem”, co znaczy: „Gdy dwaj robią to samo, to nie jest to samo”. Odnosi się to do robienia różnych rzeczy przez różnych ludzi. Bardziej jednak mym zdaniem odnosi się do wypowiedzi różnych ludzi na temat, który wydaje się taki sam, ale tak naprawdę jest całkowicie różny. Podam jako przykład dwa cytaty, które brzmią jakże podobnie, ale dotyczą czegoś całkiem różnego. Możemy je odnaleźć w książce Philipa Kapleau Zen: świt na Zachodzie. Oto one:

„Uważał siebie za jedyny w swym rodzaju odczuwający środek wszechświata, za jedyne autentyczne wcielenie zawartej w nim obecnie lub kiedykolwiek w przeszłości woli. Ja jestem, nikt prócz mnie”.

„W całych niebiosach i na całej ziemi jestem tym jedynym, najbardziej godnym czci!”

Pierwszy cytat pochodzi z książki Richarda Hughesa The Fox in the Attic i odnosi się do Hitlera. Drugi cytat to stwierdzenie przypisywane Buddzie. Tak, jeśli dwaj mówią to samo, to nie jest to samo. Wszystko zależy od kontekstu, wszystko zależy od tego, kto mówi, do kogo mówi i co ma celu mówiąc swe słowa. Wypowiedź nigdy nie ma żadnego obiektywnego znaczenia, ten kto tak myśli jest ekstremalnie naiwny. Jest tylko czysto kontekstualne rozumienie. Dlatego sztuka hermeneutyki jest tak trudna. I tak trudno się ludziom porozumieć. Bo największym błędem w procesie komunikacji jest przyjęcie, że do niej doszło, że zrozumiało się to co ktoś powiedział. Bo skąd mamy wiedzieć co ktoś powiedział, jeśli słowa których użył są tak podobne do tych, które uznajemy za zrozumiałe?

O naturalnym egoizmie

Pod koniec XIX wieku psycholog i filozof William James stworzył koncepcję strumienia świadomości. Przeciwstawiała się ona pokutującej od dawna koncepcji kartezjańskiej, która ujmowała świadomość jako res cogitans. Podsumował ją w pięciu punktach, z których przytoczę tylko pierwszy: „Jedyny stan świadomości, z którym mamy do czynienia, to indywidualna świadomość, umysł, jaźń, konkretne Ja i Ty”. To najważniejsza cecha świadomości w jej najpowszechniejszej postaci. Nie zajmuję się tu innymi jej stanami, zmienionym przez specyficzne doświadczenia, które już 120 lat temu sam James opisywał w „Odmianach doświadczenia religijnego”. Tak czy inaczej, czy to Kartezjusz ze swoim ego sum, czy James ze swoim strumieniem świadomości, czy też dziesiątki innych myślicieli, konkluzja jest jedna – świadomość jest numerycznie jedna (tak ujął to Schrödinger), acz zawsze jest osadzona w konkretnym indywiduum.

Co jest najważniejszą cechą tak pojętej świadomości? Z punktu widzenia relacji międzyludzkich jest to coś, co tu nazywam naturalnym egoizmem. Można go zdefiniować jako permanentny stan niezwracania uwagi na inne osoby, o ile nie dostarczają one przyjemnego doświadczenia. Tak funkcjonuje świadomość większości ludzi, jeśli nie wszystkich. Ekstremalny przykład tego naturalnego egoizmu to zaburzenie zwane psychopatią. Świadomość zachwyca się sama sobą, jest absolutnie autoerotyczna. Świadczy o tym najlepiej potoczny egoizm zwykłego człowieka, dogłębnie przejętego swoją nędzną i miałką egzystencją. Jednak nie tylko przeciętny Kowalski prezentuje taki naturalny egoizm. O wiele bardziej manifestuje się on w obszarze wyobraźni religijnej i kulturowej. Oto w chrześcijaństwie Bóg się mógł wcielić tylko w człowieka, a w buddyzmie tylko będąc człowiekiem możemy uzyskać wyzwolenie i ostateczną przyjemność nirwany. Dlaczego Bóg nie mógł wcielić się w kurę? Dlaczego bonobo nie może osiągnąć nirwany? Samozachwyt człowieka, wypływający z jego egoicznej świadomości, jest doprawdy najbardziej żałosnym zjawiskiem we wszechświecie.

Dostojewski o zarazie z Azji

Ten wpis jest tylko jednym długim cytatem. Nawet nie będę go szerzej komentował, przypomnę tylko, że tekst powstał ponad 150 lat temu. Pod koniec Zbrodni i kary czytamy o śnie Raskolnikowa, przebywającego wówczas na katordze. Oto ten sen: „Już będąc rekonwalescentem, przypomniał sobie swoje sny, gdy jeszcze leżał w gorączce i w malignie. Roiło mu się w chorobie, jakoby cały świat skazany został na pastwę jakiejś strasznej i niesłychanej morowej zarazy, idącej z głębi Azji na Europę. Wszyscy musieli zginąć oprócz niektórych, bardzo niewielu wybranych. Zjawiły się jakieś nowe bakterie, żyjątka były duchami, obdarzonymi rozumem i wolą. Ludzie, których się uczepiły dostawali zaraz obłąkania. Lecz nigdy, nigdy ludzie nie mieli się za tak rozumnych i stanowczych, jak ci właśnie zarażeni. Nigdy nie uważali za bardziej kategoryczne i słuszne swoich wyroków, swoich wywodów naukowych, swoich moralnych przekonań i poglądów. Całe osady, całe miasta i narody zarażały się i wariowały. Wszyscy byli niespokojni i nie rozumieli jeden drugiego, każdy myślał że w nim jednym zawarta jest prawda, i męczył się, patrząc na innych, bił się w piersi, płakał i załamywał ręce. Nie wiedzieli kogo i jak sądzić, nie mogli się zgodzić co uważać za złe, a co za dobre. Nie wiedzieli kogo oskarżać, a kogo usprawiedliwiać. Ludzie zabijali jeden drugiego w jakiejś bezmyślnej złości. Zbierali się jeden przeciwko drugiemu całymi armiami, lecz armie już w marszu, zaczynały nagle same siebie gnębić, szeregi pierzchały, rycerze rzucili się jeden na drugiego, kłuli się i zarzynali gryźli i pożerali jeden drugiego. W miastach przez cały dzień uderzano na trwogę: wzywano wszystkich, lecz kto i po co wzywał, nikt tego nie wiedział, a wszyscy byli w trwodze. Opuszczano najpospolitsze rzemiosła, każdy bowiem ofiarowywał swoje myśli, swoje poprawki i zgodzić się nie mogli; rolnictwo stanęło. Gdzieniegdzie ludzie zbiegali się w kupki, umawiali się o coś, przysięgali, że się nie rozstaną, ale zaraz zaczynali coś zupełnie innego, aniżeli zamierzali przed chwilą, zaczynali oskarżać siebie nawzajem, bili się i zarzynali. Zaczęły się pożary, zaczął się głód. Wszyscy i wszystko ginęło. Zaraza wzrastała i rozszerzała się coraz dalej i dalej. Uratować się w całym świecie mogło bardzo niewielu, a tymi byli czyści i wybrani, posłannicy nowego rodzaju ludzi i nowego życia, lecz nikt nie słyszał ich ani głosu.”

O wypadnięciu z kolein

„Być może niektórym wyda się to dziwne, ale moim pierwszym nauczycielem filozofii był Shakespeare. Od niego usłyszałem tak zagadkowe i niepojęte, a jednocześnie tak zatrważające słowa: czas wypadł z kolein. Co można zrobić, co można przedsięwziąć w obliczu czasu który wypadł z kolein, w obliczu owych potworności bytu, które odsłaniają się człowiekowi wraz z czasem wytrąconym z kolein?” Te słowa Lwa Szestowa dobrze opisują stan obecnego świata. Bo jak czas wypada z kolein, to wypada z nich także świat. W języku hebrajskim olam znaczy świat, ale też czas trwania tego świata w jego obecnej postaci, coś jakby dany eon jego istnienia. Wszystko wskazuje, że ten eon się kończy.

Może należałoby zmodyfikować nieco słowa Szestowa. Świat dopiero wypada z kolein. Jak na filmie, który odtwarza scenę wypadku samochodowego, widzimy wolno szybujący pojazd, który dopiero za parę sekund roztrzaska się o drzewo, tak obecnie dopiero wypadamy z kolein, szybujemy ku temu, co nieuchronne. Trochę to przypomina sytuację jaka wydarzyła się na początku drugiej wojny światowej, a którą nazwano „dziwną wojną”. Od września 1939 roku do maja 1940, pomimo formalnego wypowiedzenia wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię, nie toczyły się żadne walki. Wszystko trwało w zawieszeniu, a politycy na pewno mieli swoje racje. Podobnie teraz, wszyscy wiedzą, że jest sytuacja najgorsza od dekad, ale każdy podejmuje jedynie pozorowane działania, oczekując w bezwiednej inercji na to, co nieuchronne. Dziwny czas.

O cenzurze

I ja kiedyś byłem cenzorem. Dawno dawno temu, w 1992 roku, podjąłem się nauczania etyki w moim macierzystym liceum. Bibliotekarka zaprosiła mnie pewnego dnia do swego matecznika i poprosiła bym przejrzał półkę z filozofią. Wiadomo, nowe czasy nastały i trzeba dokonać czystki, także w dziedzinie książek dostępnych dla uczniów, by nie stykali się z „niewłaściwą” literaturą, jak to ujęła. Cóż, podjąłem się tego zadania, skrupulatnie przeglądając z dwie setki książek i odkładając te, które prezentowały owe „niewłaściwe” poglądy, charakterystyczne dla minionej epoki. Większość z nich zresztą nie była czytana od dziesiątek lat. Jako nagrodę za wykonane zadanie poprosiłem bibliotekarkę, by podarowała mi pewien dialog Platona, też nie czytany od 30 lat.

Tak to wyglądało niegdyś, przed epoką internetu. Dziś zalewa nas ogromna ilość informacji, ale nie wiemy, która z nich zasługuje na uwagę, która jest bliższa prawdy, cokolwiek by pod tym pojęciem rozumieć. Ten natłok także jest swego rodzaju formą cenzury. Dawnymi czasy cenzorzy usuwali informacje, by nie przedostawały się do oficjalnego obiegu, tak jak ja to zrobiłem w moim skromnym wymiarze. Dziś wprost odwrotnie – „informacje” są produkowane i tworzą gęstą mgłę, przez którą już nic nie można dostrzec. To najbardziej perfidna forma cenzury, a właściwie prania mózgu, jak to obserwuję po pewnej znajomej mi osobie, która straciwszy pracę, zatopiła się w filmikach na YouTube. Bombarduje mnie linkami i wpada w coraz większy chaos mentalny, choć dla niej samej proces „edukowania się” tymi filmikami oznacza wyzwolenie, otwarcie oczu na „prawdę”. Witaj, Nowy Wspaniały Świecie, w którym ludzie sami z siebie się okłamują i z radością oddają się zbiorowej iluzji.

O reakcjach pandemicznych

Zwierzęta mają do wyboru różne rodzaje reakcji na stres spowodowany przez zagrożenie. Zwykle jest to wybór pomiędzy reakcją „walcz” albo reakcją „uciekaj”. Ale jest jeszcze jedna – to zamrożenie, udawanie martwego. Ta reakcja jest często spotykana w świecie zwierząt, ale też obserwujemy ją u ludzi. Bardzo dobrze to widać w czasach pandemii. Gdy nie możemy walczyć, no bo jak zwykły człowiek może walczyć z niewidzialnym wirusem; gdy nie możemy uciekać, bo gdzie mamy uciec, gdy musimy iść do pracy albo po zakupy, wtedy wybieramy ową trzecią reakcję czyli zobojętnienie, apatię. To pełne rezygnacji pogodzenie się z istniejącą sytuacją i nie możemy mieć pretensji do osób, które ją wybierają, bo w mej ocenie jest to najpowszechniejszy sposób zachowania się w trudnych sytuacjach.

Stąd zapewne owa powszechna akceptacja absurdalnych nieraz wymogów, stąd stanie karnie w kolejkach do supermarketów (tu dobrze widać poziom strachu, bo niektórzy stoją nie przepisowe dwa metry ale pięć), stąd duszenie się maseczkach, nawet gdy obok nie ma nikogo. Okazuje się, że Polacy to nagle bardzo owczy naród, gdzieś zapodziała się przysłowiowa rogata dusza słowiańska i dziś mamy tylko stada baranów na ulicach. Może nie tyle udajemy martwych ile nimi jesteśmy?

To jeszcze nie wszystkie sposoby reakcji. Psycholożka Shelley Taylor uważa, że reakcja „walcz lub uciekaj” to dominująca strategia radzenia sobie z zagrożeniem, ale tylko u samców. Według niej może to wyglądać zgoła inaczej u samic, które u większości gatunków są mniej agresywne, a konieczność opieki nad potomstwem często wyklucza ucieczkę. Jej zdaniem żeńska reakcja na stres jest raczej reakcją „opiekuj się albo zaprzyjaźnij”. Gdyby miała rację, to owa żeńska reakcja byłaby najbardziej odpowiednią w tych trudnych czasach. Bo ten chory świat wymaga takich reakcji, nie konfliktów, ale więcej współczucia i mądrości relacji.

Ćwiczenia z eschatonu

Trudno się oprzeć wrażeniu, że to, co dzieje się obecnie w tak wielu państwach świata, to swego rodzaju ćwiczenia poligonowe. Oto bowiem okazuje się, że można, dzięki decyzjom administracyjnym, często nie umocowanym w prawie, zatrzymać młyny napędzające naszą cywilizację, że możliwy jest prawie całkowity lockdown. Ludzie siedzą w domach, miliony tracą pracę, gospodarka siada. Od lat ekonomiści zapowiadali kryzys, ale kto mógł się spodziewać, że będzie on spowodowany przez decyzje rządów, przy pokornej aprobacie mas? Ludzkość zawsze oczekiwała eschatonu, zapowiadały go mitologie i religie. Okazaliśmy się jednak niecierpliwi i sami go sprowadzamy na siebie, nie czekając na bogów.

Jak na razie sytuacja, na przykład w Polsce, nie jest jeszcze całkiem eschatologiczna. Dlatego nazywam to ćwiczeniami z eschatonu. Dzięki ćwiczeniom żołnierz na poligonie oswaja się z realiami pola walki. Przysłowie mówi: „Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w walce”. Pocimy się dziś na potęgę. Kolaps obecnej formy cywilizacyjnej w najbliższej przyszłości jest oczywisty, zatem takie ćwiczenia są przydatne. Tyle że, niestety, same są elementem owego kolapsu, jego preparacją, zapowiedzią.

Olga Tokarczuk mówi w najnowszym wywiadzie: „Coś nas testuje. Nie wiem, czy to fatum, demon, Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek? Testuje nas i to na bardzo wielu poziomach.” Po części ma rację, ale nie musimy przywoływać jakiś bytów metafizycznych po to, by zrozumieć naturę tego testu. Po prostu testujemy sami siebie. W bezmyślnym pędzie konsumpcji – i to nie tylko na mokrych targach w Chinach – doprowadziliśmy do tego, co nieuniknione. To nie Natura czy cokolwiek innego, to autodestrukcyjna, immanentnie suicydalna logika naszej cywilizacji doprowadza do jej końca.

O stratach ubocznych

Olga Tokarczuk w ostatnich słowach swojego najnowszego eseju pisze proroczym głosem: „Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas. Nadchodzą nowe czasy”. Noblistka nie wartościuje, raczej konstatuje. Ma rację, bo nie obudzimy się za rok czy dwa w takim świecie jak dziś. Jak napisał dwa tysiące lat temu św. Paweł : „Przemija bowiem postać tego świata”. Już nic nie będzie takie samo. Dawny świat wyparuje, a jaki będzie nowy? Moim zdaniem niezbyt wesoły.

Niektórzy jednak widzą pandemię nieco inaczej, jako szansę na restart naszej cywilizacji na nowych zasadach. Czasem czytam elukubracje dogmatycznych wyznawców ekologii ogłaszających koronawirusa nową nadzieją, głoszących iż obecna pandemia jest szansą na lepszy świat i lepsze życie. Nie biorą jednak pod uwagę tego, że będą tak zwane straty uboczne. W wojskowym języku angielskim istnieje piękny termin collateral damage, oznaczający niezamierzone ofiary śmiertelne działań wojennych. Podobnie będzie i teraz, będą straty uboczne, śmierć milionów ludzi. Będą to nie tyle ofiary pandemii, ile przede wszystkim katastrofy ekonomicznej i zaraz potem – klimatycznej. Ofiar walki z koronawirusem na pewno będzie więcej niż ofiar samego wirusa. Tak, może nastąpi restart, ale nie dla wszystkich.

Dziwi mnie takie stanowisko, wyzbyte współczucia, świadczące raczej o deficytach emocjonalnych osób je głoszących, niż o jakiś buddyjsko-taoistyczno-szamańskich inspiracjach do których się przyznają. Współczesna cywilizacja charakteryzuje się totalnym brakiem empatii i współczucia, i dotyczy to niestety wszystkich. Także jej krytyków, zamkniętych w swoich światach mentalnych i fizycznych. Zauważyłem, że osoby żyjące w środowisku wiejskim, z dala od skupisk miejskich nie przejmują się tym, co może zadzi się w miastach. A jeśli jeszcze te osoby są wyposażone w dogmatyczny, „ekologiczny” światopogląd to ich wypowiedzi bliskie są stwierdzenia après nous, le déluge. Prezentują zatem coś, co można tylko nazwać ekologicznym narcyzmem, takiego rodzaju egoistycznym myśleniem, które jest też istotą neoliberalnego kapitalizmu. Poddają się tym samym bezwiednie trwającemu obecnie zbiorowemu procesowi atomizacji społeczeństwa, w którym czy to ekolog, czy kapitalista, każdy sobie rzepkę skrobie. A to nie budzi nadziei na przyszłość.