O naturalnym egoizmie

Pod koniec XIX wieku psycholog i filozof William James stworzył koncepcję strumienia świadomości. Przeciwstawiała się ona pokutującej od dawna koncepcji kartezjańskiej, która ujmowała świadomość jako res cogitans. Podsumował ją w pięciu punktach, z których przytoczę tylko pierwszy: „Jedyny stan świadomości, z którym mamy do czynienia, to indywidualna świadomość, umysł, jaźń, konkretne Ja i Ty”. To najważniejsza cecha świadomości w jej najpowszechniejszej postaci. Nie zajmuję się tu innymi jej stanami, zmienionym przez specyficzne doświadczenia, które już 120 lat temu sam James opisywał w „Odmianach doświadczenia religijnego”. Tak czy inaczej, czy to Kartezjusz ze swoim ego sum, czy James ze swoim strumieniem świadomości, czy też dziesiątki innych myślicieli, konkluzja jest jedna – świadomość jest numerycznie jedna (tak ujął to Schrödinger), acz zawsze jest osadzona w konkretnym indywiduum.

Co jest najważniejszą cechą tak pojętej świadomości? Z punktu widzenia relacji międzyludzkich jest to coś, co tu nazywam naturalnym egoizmem. Można go zdefiniować jako permanentny stan niezwracania uwagi na inne osoby, o ile nie dostarczają one przyjemnego doświadczenia. Tak funkcjonuje świadomość większości ludzi, jeśli nie wszystkich. Ekstremalny przykład tego naturalnego egoizmu to zaburzenie zwane psychopatią. Świadomość zachwyca się sama sobą, jest absolutnie autoerotyczna. Świadczy o tym najlepiej potoczny egoizm zwykłego człowieka, dogłębnie przejętego swoją nędzną i miałką egzystencją. Jednak nie tylko przeciętny Kowalski prezentuje taki naturalny egoizm. O wiele bardziej manifestuje się on w obszarze wyobraźni religijnej i kulturowej. Oto w chrześcijaństwie Bóg się mógł wcielić tylko w człowieka, a w buddyzmie tylko będąc człowiekiem możemy uzyskać wyzwolenie i ostateczną przyjemność nirwany. Dlaczego Bóg nie mógł wcielić się w kurę? Dlaczego bonobo nie może osiągnąć nirwany? Samozachwyt człowieka, wypływający z jego egoicznej świadomości, jest doprawdy najbardziej żałosnym zjawiskiem we wszechświecie.

Dostojewski o zarazie z Azji

Ten wpis jest tylko jednym długim cytatem. Nawet nie będę go szerzej komentował, przypomnę tylko, że tekst powstał ponad 150 lat temu. Pod koniec Zbrodni i kary czytamy o śnie Raskolnikowa, przebywającego wówczas na katordze. Oto ten sen: „Już będąc rekonwalescentem, przypomniał sobie swoje sny, gdy jeszcze leżał w gorączce i w malignie. Roiło mu się w chorobie, jakoby cały świat skazany został na pastwę jakiejś strasznej i niesłychanej morowej zarazy, idącej z głębi Azji na Europę. Wszyscy musieli zginąć oprócz niektórych, bardzo niewielu wybranych. Zjawiły się jakieś nowe bakterie, żyjątka były duchami, obdarzonymi rozumem i wolą. Ludzie, których się uczepiły dostawali zaraz obłąkania. Lecz nigdy, nigdy ludzie nie mieli się za tak rozumnych i stanowczych, jak ci właśnie zarażeni. Nigdy nie uważali za bardziej kategoryczne i słuszne swoich wyroków, swoich wywodów naukowych, swoich moralnych przekonań i poglądów. Całe osady, całe miasta i narody zarażały się i wariowały. Wszyscy byli niespokojni i nie rozumieli jeden drugiego, każdy myślał że w nim jednym zawarta jest prawda, i męczył się, patrząc na innych, bił się w piersi, płakał i załamywał ręce. Nie wiedzieli kogo i jak sądzić, nie mogli się zgodzić co uważać za złe, a co za dobre. Nie wiedzieli kogo oskarżać, a kogo usprawiedliwiać. Ludzie zabijali jeden drugiego w jakiejś bezmyślnej złości. Zbierali się jeden przeciwko drugiemu całymi armiami, lecz armie już w marszu, zaczynały nagle same siebie gnębić, szeregi pierzchały, rycerze rzucili się jeden na drugiego, kłuli się i zarzynali gryźli i pożerali jeden drugiego. W miastach przez cały dzień uderzano na trwogę: wzywano wszystkich, lecz kto i po co wzywał, nikt tego nie wiedział, a wszyscy byli w trwodze. Opuszczano najpospolitsze rzemiosła, każdy bowiem ofiarowywał swoje myśli, swoje poprawki i zgodzić się nie mogli; rolnictwo stanęło. Gdzieniegdzie ludzie zbiegali się w kupki, umawiali się o coś, przysięgali, że się nie rozstaną, ale zaraz zaczynali coś zupełnie innego, aniżeli zamierzali przed chwilą, zaczynali oskarżać siebie nawzajem, bili się i zarzynali. Zaczęły się pożary, zaczął się głód. Wszyscy i wszystko ginęło. Zaraza wzrastała i rozszerzała się coraz dalej i dalej. Uratować się w całym świecie mogło bardzo niewielu, a tymi byli czyści i wybrani, posłannicy nowego rodzaju ludzi i nowego życia, lecz nikt nie słyszał ich ani głosu.”

O wypadnięciu z kolein

„Być może niektórym wyda się to dziwne, ale moim pierwszym nauczycielem filozofii był Shakespeare. Od niego usłyszałem tak zagadkowe i niepojęte, a jednocześnie tak zatrważające słowa: czas wypadł z kolein. Co można zrobić, co można przedsięwziąć w obliczu czasu który wypadł z kolein, w obliczu owych potworności bytu, które odsłaniają się człowiekowi wraz z czasem wytrąconym z kolein?” Te słowa Lwa Szestowa dobrze opisują stan obecnego świata. Bo jak czas wypada z kolein, to wypada z nich także świat. W języku hebrajskim olam znaczy świat, ale też czas trwania tego świata w jego obecnej postaci, coś jakby dany eon jego istnienia. Wszystko wskazuje, że ten eon się kończy.

Może należałoby zmodyfikować nieco słowa Szestowa. Świat dopiero wypada z kolein. Jak na filmie, który odtwarza scenę wypadku samochodowego, widzimy wolno szybujący pojazd, który dopiero za parę sekund roztrzaska się o drzewo, tak obecnie dopiero wypadamy z kolein, szybujemy ku temu, co nieuchronne. Trochę to przypomina sytuację jaka wydarzyła się na początku drugiej wojny światowej, a którą nazwano „dziwną wojną”. Od września 1939 roku do maja 1940, pomimo formalnego wypowiedzenia wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię, nie toczyły się żadne walki. Wszystko trwało w zawieszeniu, a politycy na pewno mieli swoje racje. Podobnie teraz, wszyscy wiedzą, że jest sytuacja najgorsza od dekad, ale każdy podejmuje jedynie pozorowane działania, oczekując w bezwiednej inercji na to, co nieuchronne. Dziwny czas.

O cenzurze

I ja kiedyś byłem cenzorem. Dawno dawno temu, w 1992 roku, podjąłem się nauczania etyki w moim macierzystym liceum. Bibliotekarka zaprosiła mnie pewnego dnia do swego matecznika i poprosiła bym przejrzał półkę z filozofią. Wiadomo, nowe czasy nastały i trzeba dokonać czystki, także w dziedzinie książek dostępnych dla uczniów, by nie stykali się z „niewłaściwą” literaturą, jak to ujęła. Cóż, podjąłem się tego zadania, skrupulatnie przeglądając z dwie setki książek i odkładając te, które prezentowały owe „niewłaściwe” poglądy, charakterystyczne dla minionej epoki. Większość z nich zresztą nie była czytana od dziesiątek lat. Jako nagrodę za wykonane zadanie poprosiłem bibliotekarkę, by podarowała mi pewien dialog Platona, też nie czytany od 30 lat.

Tak to wyglądało niegdyś, przed epoką internetu. Dziś zalewa nas ogromna ilość informacji, ale nie wiemy, która z nich zasługuje na uwagę, która jest bliższa prawdy, cokolwiek by pod tym pojęciem rozumieć. Ten natłok także jest swego rodzaju formą cenzury. Dawnymi czasy cenzorzy usuwali informacje, by nie przedostawały się do oficjalnego obiegu, tak jak ja to zrobiłem w moim skromnym wymiarze. Dziś wprost odwrotnie – „informacje” są produkowane i tworzą gęstą mgłę, przez którą już nic nie można dostrzec. To najbardziej perfidna forma cenzury, a właściwie prania mózgu, jak to obserwuję po pewnej znajomej mi osobie, która straciwszy pracę, zatopiła się w filmikach na YouTube. Bombarduje mnie linkami i wpada w coraz większy chaos mentalny, choć dla niej samej proces „edukowania się” tymi filmikami oznacza wyzwolenie, otwarcie oczu na „prawdę”. Witaj, Nowy Wspaniały Świecie, w którym ludzie sami z siebie się okłamują i z radością oddają się zbiorowej iluzji.

O reakcjach pandemicznych

Zwierzęta mają do wyboru różne rodzaje reakcji na stres spowodowany przez zagrożenie. Zwykle jest to wybór pomiędzy reakcją „walcz” albo reakcją „uciekaj”. Ale jest jeszcze jedna – to zamrożenie, udawanie martwego. Ta reakcja jest często spotykana w świecie zwierząt, ale też obserwujemy ją u ludzi. Bardzo dobrze to widać w czasach pandemii. Gdy nie możemy walczyć, no bo jak zwykły człowiek może walczyć z niewidzialnym wirusem; gdy nie możemy uciekać, bo gdzie mamy uciec, gdy musimy iść do pracy albo po zakupy, wtedy wybieramy ową trzecią reakcję czyli zobojętnienie, apatię. To pełne rezygnacji pogodzenie się z istniejącą sytuacją i nie możemy mieć pretensji do osób, które ją wybierają, bo w mej ocenie jest to najpowszechniejszy sposób zachowania się w trudnych sytuacjach.

Stąd zapewne owa powszechna akceptacja absurdalnych nieraz wymogów, stąd stanie karnie w kolejkach do supermarketów (tu dobrze widać poziom strachu, bo niektórzy stoją nie przepisowe dwa metry ale pięć), stąd duszenie się maseczkach, nawet gdy obok nie ma nikogo. Okazuje się, że Polacy to nagle bardzo owczy naród, gdzieś zapodziała się przysłowiowa rogata dusza słowiańska i dziś mamy tylko stada baranów na ulicach. Może nie tyle udajemy martwych ile nimi jesteśmy?

To jeszcze nie wszystkie sposoby reakcji. Psycholożka Shelley Taylor uważa, że reakcja „walcz lub uciekaj” to dominująca strategia radzenia sobie z zagrożeniem, ale tylko u samców. Według niej może to wyglądać zgoła inaczej u samic, które u większości gatunków są mniej agresywne, a konieczność opieki nad potomstwem często wyklucza ucieczkę. Jej zdaniem żeńska reakcja na stres jest raczej reakcją „opiekuj się albo zaprzyjaźnij”. Gdyby miała rację, to owa żeńska reakcja byłaby najbardziej odpowiednią w tych trudnych czasach. Bo ten chory świat wymaga takich reakcji, nie konfliktów, ale więcej współczucia i mądrości relacji.

Ćwiczenia z eschatonu

Trudno się oprzeć wrażeniu, że to, co dzieje się obecnie w tak wielu państwach świata, to swego rodzaju ćwiczenia poligonowe. Oto bowiem okazuje się, że można, dzięki decyzjom administracyjnym, często nie umocowanym w prawie, zatrzymać młyny napędzające naszą cywilizację, że możliwy jest prawie całkowity lockdown. Ludzie siedzą w domach, miliony tracą pracę, gospodarka siada. Od lat ekonomiści zapowiadali kryzys, ale kto mógł się spodziewać, że będzie on spowodowany przez decyzje rządów, przy pokornej aprobacie mas? Ludzkość zawsze oczekiwała eschatonu, zapowiadały go mitologie i religie. Okazaliśmy się jednak niecierpliwi i sami go sprowadzamy na siebie, nie czekając na bogów.

Jak na razie sytuacja, na przykład w Polsce, nie jest jeszcze całkiem eschatologiczna. Dlatego nazywam to ćwiczeniami z eschatonu. Dzięki ćwiczeniom żołnierz na poligonie oswaja się z realiami pola walki. Przysłowie mówi: „Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w walce”. Pocimy się dziś na potęgę. Kolaps obecnej formy cywilizacyjnej w najbliższej przyszłości jest oczywisty, zatem takie ćwiczenia są przydatne. Tyle że, niestety, same są elementem owego kolapsu, jego preparacją, zapowiedzią.

Olga Tokarczuk mówi w najnowszym wywiadzie: „Coś nas testuje. Nie wiem, czy to fatum, demon, Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek? Testuje nas i to na bardzo wielu poziomach.” Po części ma rację, ale nie musimy przywoływać jakiś bytów metafizycznych po to, by zrozumieć naturę tego testu. Po prostu testujemy sami siebie. W bezmyślnym pędzie konsumpcji – i to nie tylko na mokrych targach w Chinach – doprowadziliśmy do tego, co nieuniknione. To nie Natura czy cokolwiek innego, to autodestrukcyjna, immanentnie suicydalna logika naszej cywilizacji doprowadza do jej końca.

O stratach ubocznych

Olga Tokarczuk w ostatnich słowach swojego najnowszego eseju pisze proroczym głosem: „Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas. Nadchodzą nowe czasy”. Noblistka nie wartościuje, raczej konstatuje. Ma rację, bo nie obudzimy się za rok czy dwa w takim świecie jak dziś. Jak napisał dwa tysiące lat temu św. Paweł : „Przemija bowiem postać tego świata”. Już nic nie będzie takie samo. Dawny świat wyparuje, a jaki będzie nowy? Moim zdaniem niezbyt wesoły.

Niektórzy jednak widzą pandemię nieco inaczej, jako szansę na restart naszej cywilizacji na nowych zasadach. Czasem czytam elukubracje dogmatycznych wyznawców ekologii ogłaszających koronawirusa nową nadzieją, głoszących iż obecna pandemia jest szansą na lepszy świat i lepsze życie. Nie biorą jednak pod uwagę tego, że będą tak zwane straty uboczne. W wojskowym języku angielskim istnieje piękny termin collateral damage, oznaczający niezamierzone ofiary śmiertelne działań wojennych. Podobnie będzie i teraz, będą straty uboczne, śmierć milionów ludzi. Będą to nie tyle ofiary pandemii, ile przede wszystkim katastrofy ekonomicznej i zaraz potem – klimatycznej. Ofiar walki z koronawirusem na pewno będzie więcej niż ofiar samego wirusa. Tak, może nastąpi restart, ale nie dla wszystkich.

Dziwi mnie takie stanowisko, wyzbyte współczucia, świadczące raczej o deficytach emocjonalnych osób je głoszących, niż o jakiś buddyjsko-taoistyczno-szamańskich inspiracjach do których się przyznają. Współczesna cywilizacja charakteryzuje się totalnym brakiem empatii i współczucia, i dotyczy to niestety wszystkich. Także jej krytyków, zamkniętych w swoich światach mentalnych i fizycznych. Zauważyłem, że osoby żyjące w środowisku wiejskim, z dala od skupisk miejskich nie przejmują się tym, co może zadzi się w miastach. A jeśli jeszcze te osoby są wyposażone w dogmatyczny, „ekologiczny” światopogląd to ich wypowiedzi bliskie są stwierdzenia après nous, le déluge. Prezentują zatem coś, co można tylko nazwać ekologicznym narcyzmem, takiego rodzaju egoistycznym myśleniem, które jest też istotą neoliberalnego kapitalizmu. Poddają się tym samym bezwiednie trwającemu obecnie zbiorowemu procesowi atomizacji społeczeństwa, w którym czy to ekolog, czy kapitalista, każdy sobie rzepkę skrobie. A to nie budzi nadziei na przyszłość.

O archetypowym podłożu paniki

Tym, co najbardziej zagraża człowiekowi jest jego własna psychika. I to nie ta świadoma, indywidualna, ile bardziej nieświadomy aspekt psyche. Jung nazywał to nieświadomością zbiorową, na którą składają się instynkty i archetypy. Obecna panika dotycząca koronawirusa ma wyraźne podłoże archetypowe. Czym jest archetyp? To wiązka ponadindywidualnych skojarzeń wpływających na funkcjonowanie umysłu i powodująca silne reakcje emocjonalne. Wszystkie sytuacje istotne dla życia człowieka mają swoje wzorce archetypowe. Możemy więc mówić także o archetypie zarażenia, czyli o systemie skojarzeń dotyczących wszelkich zakażeń, powstałymi poprzez kontakt z substancjami takimi jak na przykład martwe czy chore ciało, albo w sytuacji zarazy. Archetyp ten konsteluje się w naszej świadomości wtedy, gdy pojawi się określony zestaw czynników. Po pierwsze, źródło zakażenia nie musi być widoczne, wystarczy „morowe powietrze”. Wszelkiego rodzaju wirusy doskonale spełniają ten warunek. Po drugie nawet ograniczony i krótkotrwały kontakt z czynnikiem zarażającym naraża na pełne ryzyko zakażenia. Innymi słowy, nie ma związku pomiędzy dawką a skutkiem. Musimy więc unikać wszelkich kontaktów, zgodnie z hasłem „zostań w domu”. Po trzecie, to co szkodzi nie traci swoich właściwości przez rozcieńczenie. Zatem nawet minimalne zetknięcie się z czynnikiem zarażającym jest groźne. Po czwarte, wszelki kontakt z substancją szkodliwą daje negatywne skutki, chociaż najgorsze skojarzenia rodzi myśl o jego połknięciu. Dlatego nie możemy dotykać twarzy, ani innych ludzi.

Ten archetypowy system skojarzeniowy w pełni manifestuje się w obecnej sytuacji. Okazuje się, że zalecenia epidemiologów w pełni pokrywają się z tym, co możemy nazwać archetypową psychologią wstrętu. Czy mogą zatem dziwić emocjonalne zachowania jednostek i irracjonalne zachowania rządów? W sytuacji pandemii włączają się wzorce archetypowe. Racjonalne argumenty idą w odstawkę. Pojawiają się rozmaite teorie spiskowe i bzdurne pseudointelektualne ruminacje zalewające media społecznościowe. Bardziej zagrażające są jednak emocjonalne reakcje, oparte głównie na strachu. Jakże łatwo utrzymywanie dystansu od innych może przerodzić się w nienawiść do innego. Staje się on wtedy kimś, na kogo projektujemy największe zło, staje się nośnikiem śmierci. Projektujemy na niego nasz cień. Wszystkie projekcje zaciemniają obraz innych ludzi, zniekształcają ich obiektywny ogląd, a przez to psują wszelką możliwość szczerych, ludzkich relacji. Inny staje się w ten sposób kozłem ofiarnym, którego obciążamy tym wszystkim, czego sami nie chcemy znieść. Zakończę symptomatycznym cytatem z Junga: „Rzeczywiście sądzimy, że możemy pochlebiać sobie, iż osiągnęliśmy już te szczyty jasności, bo wyobrażamy sobie, że tego rodzaju widma bogów pozostawiliśmy daleko za sobą. Wszelako tym, z czego wyrośliśmy, są tylko słowa-duchy, a nie fakty psychiczne, odpowiedzialne za narodziny bogów. Autonomiczne treści psychiczne wciąż nami władają tak, jakby były bogami. Dziś są to fobie, natręctwa i tak dalej, czyli objawy nerwicowe. Bogowie stali się chorobami; nie Olimpem włada teraz Zeus, ale splotem słonecznym, tworząc okazy dla poradni lekarskiej lub mącą mózgi polityków i dziennikarzy, mimowolnie rozpętując wówczas umysłowe epidemie”.

O dziwnym świecie

Żyjemy dziś w dziwnym świecie. Zapewne zawsze był on dziwny, ale współcześnie jego dziwność jest widoczna nawet dla tych, którzy się dotąd nad naturą świata nigdy nie zastanawiali. Z jednej strony nasz świat staje się coraz bardziej jednością. Od internetu aż po towary konsumpcyjne – w każdej chwili stykamy się z wytworami człowieka mieszkającego tysiące kilometrów od nas. To, co on robi, wpływa bezpośrednio na nasze życie, a to, co my robimy wpływa na jego. Na własnej skórze odczuwamy, że wszystko jest ze sobą połączone. Glob jest jednością, co dobitnie pokazuje pandemia koronawirusa. Można to porównać do efektu motyla, o którym możemy przeczytać w Wikipedii: „Efekt motyla to anegdotyczne przedstawienie chaosu deterministycznego. W tytułowej anegdocie trzepot skrzydeł motyla np. w Ohio może po trzech dniach spowodować w Teksasie burzę piaskową. Przykładami efektu motyla są zjawiska meteorologiczne.” Edward Lorenz, odkrywca efektu motyla, stwierdził, że dla pewnych układów deterministycznych nawet minimalne zmiany wartości danych początkowych zostają bardzo szybko wzmocnione i powodują ogromne zmiany w ewolucji układu. Wobec tego czysto mechaniczne układy równań po dostatecznie długim czasie mogą dawać zupełnie nieprzewidywalne wyniki, pozornie równie przypadkowe jak rzuty monetą. Cywilizacja ludzka staje się układem coraz bardziej zintegrowanym, a przez to – coraz bardziej nieprzewidywalnym.

W tej perspektywie wydaje się sensowne postawienie pytania – co przeważy? Czy tendencje prowadzące nasz świat ku jedności i całości, czy też może szybko skończymy w narastającym chaosie? Wydaje się, że nie jest to uzasadniona alternatywa. Przeciwstawianie sobie globalnej cywilizacji i chaotycznego świata jest zbyt proste. Czy nie potrzebujemy wizji rzeczywistości, która by wykraczała poza takie postawienie sprawy? Tak, jest ona potrzebna. Nie wytworzy jej jednak żaden pojedynczy umysł, nawet genialny. Wyłoni się ona, siłą rzeczy, z chaosu, w którym się obecnie znajdujemy. Decyzje, jakie teraz są podejmowane, nie oparte na wiedzy, a tylko na strachu, ukształtują świat. I nie będzie to świat do życia. Trzepot skrzydeł motyla zadecyduje o losie ludzkości. A wtedy już nigdy nie będzie tak jak dotąd.

O strachu

Dawno temu obejrzałem sensacyjny film pod tytułem „Suma wszystkich strachów”. Owe tytułowe strachy odnosiły się wówczas do terroryzmu i broni atomowej. Dziś mamy już o wiele bardziej szeroką ofertę strachów, doskonale pasującą do apokaliptycznych czterech jeźdźców, którzy są personifikacjami naturalnych regulatorów przyrostu populacji w cywilizacji neolitycznej. Oto oni: zaraza, głód, wojna i śmierć. Obecna histeryczna pandemia strachu przed koronawirusem to pierwszy jeździec. Drugi to plaga szarańczy w Afryce, gdzie możliwy jest w najbliższym czasie głód, w wyniku którego miliony ludzi będą szukać ratunku, najpewniej w Europie. Trzeci jeździec przynosi wojnę, która wisi jako realna opcja nad ludzkością od dziesięcioleci, a obecnie jest coraz bardziej prawdopodobna. Odnośnie czwartego jeźdźca, śmierci, pamiętamy wszyscy o pulsującym w tle kryzysie klimatycznym. No i nie zapominajmy w końcu o najbardziej prawdopodobnym scenariuszu, czyli o światowym kryzysie ekonomicznym, który jest prawdziwą „sumą wszystkich strachów” współczesnej cywilizacji, matrycą ich wszystkich, prawdziwym piątym jeźdźcem apokalipsy. Scenariusz ten mamy, nomen omen, jak w banku i to najprawdopodobniej już w tym roku. Globalny system ekonomiczny, oparty na neoliberalnym kapitalizmie, jest bowiem całkowicie nieodporny na wszelkiego rodzaju procesy globalne, szczególnie jeśli jest to strach przed czymkolwiek. To tak naprawdę najlepszy autodestrukcyjny system cywilizacyjny, jaki dotąd wymyślili ludzie.

No dobra. Postraszyłem trochę, bo to tygrysy lubią najbardziej. Ktoś mógłby powiedzieć, że zawsze ludzkość żywiła się rozmaitymi lękami, a każda epoka miała swoją „sumę wszystkich strachów”. To prawda. Dziś jednak jest trochę inaczej, dżumą naszych czasów jest sam strach. Zapewne dlatego, że obecnie spektrum potencjalnych strachów znacząco się poszerzyło. Boimy się tak wielu rzeczy, a każda z nich ma genezę wieloczynnikową. Także zmiana cywilizacyjna, która już puka do naszych drzwi, będzie miała taką genezę. Wiele różnych czynników, zbiegających się w czasie, zawsze doprowadza do radykalnych zmian. Po zmianie zwykle wyłania się coś nowego, przynajmniej dotąd tak było w historii ludzkości. Nie zapominajmy jednak, że wnioskowanie indukcyjne jest zawodne. To, że od lat budziłem się rano żywy nie znaczy, jutro też tak będzie. Każda rzecz, która kiedyś powstała, musi się też kiedyś rozpaść.

Ech, wieczorem pójdę lepiej wyrzucić posegregowane śmieci, a potem wezmę krótki prysznic. Może też wypiję piwo – bez plastikowej słomki. To wszystko podobno uratuje ludzkość. Zobaczymy.