O mentalności New Age

New Age ma się dobrze, okrzepł i daje ersatz przeżyć duchowych dla wszystkich spragnionych. Przeglądając internet widzę, że na wakacje oferuje, podobnie jak McDonald, gotowe zestawy konsumpcyjne, obejmujące zwykle kąpiel w dźwięku gongów i mis, szałas potu, ceremonię kakao, coś szamańskiego, jak spotkanie z żywiołami i zwierzętami mocy, a także malarstwo i śpiew intuicyjny, taniec spontaniczny, medytacje, wizualizacje i relaksacje. Czasem dodaje się do tego szczyptę astrologii, chodzenia po ogniu, jogi albo tantry (nagie kobiety to podstawa, nazywa się to dzikością wtedy). Szwedzki stół New Age’u jest praktycznie nieskończony. Ogólnie rzecz biorąc, jak brzmi pewne ogłoszenie, mamy do czynienia z „genialną metodą transformującą ograniczające przekonania podświadomości bez udziału intelektu w poczucie, że wszystko jest możliwe”.

Nic nie mam do tych praktyk, bo zapewniają przyjemne doznania zmysłowe ich uczestnikom, a jak wiadomo zmysłowość smakuje najlepiej w sosie duchowości. Degustujący jest jednak rodzaj umysłowości, który te praktyki kształtują i przyciągają. Efektem dłuższego kontaktu z tymi ofertami jest mentalność, którą określa się kolokwialnie jako „rzyg tęczą”. Innymi słowy – hulaj dusza, zła nie ma. Wchodzimy w Erę Wodnika, wszystko idzie ku dobremu, każda zmiana to rozwój etc. etc. Takie mentalne popłuczyny po św. Augustynie i jego koncepcji privatio boni. Rozmowa z typowym przedstawicielem New Age jest równie interesująca jak rozmowa ze strusiem, który trzyma głowę w piasku – gada się wtedy do jego kupra. Przykre jest tylko obserwowanie jak niektórzy, wydawałoby się rozsądni, ludzie wpadają w ową mentalną pułapkę New Age. Smuteczek.

O rzeźni

Franz Kafka był jednym z najprzenikliwszych obserwatorów kondycji współczesnego człowieka. W jednym ze swoich aforyzmów pisze: „Jesteśmy grzeszni nie tylko dlatego, że zjedliśmy z Drzewa Poznania, ale i dlatego, że jeszcze nie zjedliśmy z Drzewa Życia. Grzeszny jest stan, w którym się znajdujemy, niezależnie od winy”. Kondycją człowieka jest niemożność sięgnięcia po owoce z Drzewa Życia. Dlaczego? Bo aby dotrzeć do życia, konieczne jest zniszczenie samego siebie. W przeciwnym razie u końca życia czeka nas rzeź – tak ujął to jeden z rabinów, którego kazania mogły być znane Kafce. Emil Cioran także nazwał ten świat „podrzędną rzeźnią”. Jedynym sposobem, by uniknąć tej rzezi jest ekstatyczny wzlot i przekroczenie bram Prawa. Ale właśnie niemożność uczynienia tego stanowi sedno poglądu Kafki na kondycję człowieka. Mówi tym słynna przypowieść z Procesu, którą tu przypomnę i pozostawię bez komentarza:

„We wprowadzeniach do prawa jest mowa o takiej pomyłce: przed prawem stoi odźwierny. Do tego odźwiernego przychodzi jakiś człowiek ze wsi i prosi o wstęp do prawa. Ale odźwierny powiada, że nie może mu teraz udzielić wstępu. Człowiek zastanawia się i pyta, czy nie będzie mógł wejść później. ’Możliwe – powiada odźwierny – ale teraz nie’. – Ponieważ brama prawa stoi otworem, jak zawsze, a odźwierny ustąpił w bok, schyla się człowiek, aby przez bramę zajrzeć do wnętrza. Gdy odźwierny to widzi, śmieje się i mówi: ’Jeśli cię to kusi, spróbuj mimo mego zakazu wejść do środka. Lecz wiedz: jestem potężny. A jestem tylko najniższym odźwiernym. Przed każdą salą stoją odźwierni, jeden potężniejszy od drugiego. Już widoku trzeciego nawet ja znieść nie mogę’. Takich trudności nie spodziewał się człowiek ze wsi. Prawo powinno przecież każdemu i zawsze być dostępne, myśli, ale gdy teraz przypatruje się dokładnie odźwiernemu jego futrzanym płaszczu, jego wielkiemu, spiczastemu nosowi, jego długiej, cienkiej, czarnej, tatarskiej brodzie, decyduje się jednak, aby raczej czekać, aż dostanie pozwolenie na wejście. Odźwierny daje mu stołeczek i pozwala mu siedzieć przed drzwiami. Tam siedzi całe dnie i lata. Robi wiele starań, by go wpuszczono, i zamęcza odźwiernego prośbami. Odźwierny urządza nieraz z nim małe przesłuchania, wypytuje go o jego kraj rodzinny i o wiele innych rzeczy, ale są to obojętne pytania, jakie stawiają wielcy panowie, a końcu wciąż mu powtarza, że jeszcze nie może go wpuścić. Człowiek, który dobrze zaopatrzył się na podróż, zużywa wszystko, nawet najcenniejsze przedmioty, na przekupienie odźwiernego. Ten wprawdzie wszystko przyjmuje, ale mówi przy tym: ’Biorę to tylko dlatego, byś nie sądził, żeś czegoś zaniedbał.’ – W ciągu tych wielu lat obserwuje człowiek odźwiernego prawie nieustannie. Zapomina o innych odźwiernych i ten pierwszy wydaje mu się jedyną przeszkodą przy wejściu do prawa. W pierwszych latach przeklina swoją nieszczęsną dolę, później, gdy się starzeje, mruczy już tylko pod nosem. Dziecinnieje, a że w tym długoletnim obcowaniu z odźwiernym poznał także pchły w jego futrzanym kołnierzu, prosi je również, by mu pomogły i nakłoniły odźwiernego do ustępliwości. W końcu światło jego oczu słabnie i nie wie już, czy wkoło niego staje się naprawdę ciemniej, czy tylko oczy go mylą. A jednak poznaje teraz w ciemności jakiś blask, nie gasnący, który bije z drzwi prowadzących do prawa. Odtąd nie żyje już długo. Przed śmiercią zbierają się jego głowie wszystkie doświadczenia całego tego czasu w jedno jedyne pytanie, którego dotychczas odźwiernemu nie postawił. Kiwa na niego, ponieważ nie może już podnieść drętwiejącego ciała. Odźwierny musi się nisko nad nim pochylić, gdyż różnica wielkości zmieniła się bardzo na niekorzyść człowieka. ‘Co chcesz teraz jeszcze wiedzieć? – pyta odźwierny. Jesteś nasycony. – Wszyscy dążą do prawa – powiada człowiek – skąd więc to pochodzi, że w ciągu tych wielu lat nikt oprócz mnie nie żądał wpuszczenia?’ – Odźwierny poznaje, że człowiek jest już u swego kresu, i aby dosięgnąć jeszcze gasnącego słuchu, krzyczy do niego: ’Tu nie mógł nikt inny otrzymać wstępu, gdyż to wejście było przeznaczone tylko dla ciebie. Odchodzę teraz i zamykam je’”.

O transformującej kobiecości

Dla M.

Mężczyzna powinien z ostrożnością wypowiadać się o kobiecości. Gdy jednak zetknie się z kobietą i jest z nią w relacji, to wtedy może coś powiedzieć o transformacji, która w nim zachodzi. Styka się bowiem z pierwotnym misterium kobiecości, którego istotą jest proces transformacji. Jest on związany z początkami ludzkiej kultury, u źródeł której tkwi tajemny proces przygotowywania napitku i jedzenia, a także szycia ubrań, budowy siedzib i tym podobnych transformacji natury dokonujących się poprzez ludzką interwencję. Dziś widzimy w tych przemianach tylko zabiegi techniczne – ale pierwotnie była to tajemnica. Doświadczanie tych procesów przemiany dało podstawy, na których później doszło do zbudowania rozległych systemów symboliki religijnej.

Weźmy dla przykładu następującą sekwencję transformacji, która od owocu, zbieranego przez kobiety, prowadzi do soku, a od soku – poprzez proces fermentacji – do intoksykującego napoju, którego lunarny duch najpełniej przejawia się w takich napitkach nieśmiertelności jak soma, nektar czy miód. Albo weźmy inną sekwencję – tę, która prowadzi od roślin do wyekstrahowanego z nich lekarstwa czy też trucizny.

To właśnie poprzez kontekst związany z kompleksem intoksykantów, trucizn i lekarstw najwyraziściej rysuje się transformatywny charakter kobiecości. Uczucie podlegania natychmiastowej i radykalnej transformacji na skutek przyjmowania tych specyfików jest jednym z najgłębszych i najpierwotniejszych doświadczeń człowieka – i jest to doświadczenie niezwykłe, w nim bowiem to, co duchowe i cielesne jest ze sobą tożsame, w nim duch i ciało cieszą się swą pierwotną wspólnotą! Rdzeniem doświadczenia transformacji jest przeżycie jedności ducha i ciała.

Podejście transformatywne jest matriarchalne w najgłębszym tego słowa znaczeniu, zakłada bowiem, że dotykalna, widzialna rzeczywistość tego świata jest źródłem najwyższych i najsubtelniejszych manifestacji ducha. Manifestowanie się ducha w tej perspektywie jest możliwe tylko dzięki procesowi transformacji tego, co cielesne.

Nie dziwi zatem, że rozwój archetypu kobiecości osiąga swój pozytywny biegun, kreatywny klimax – „ducha kobiecości” – w wizji, w inspiracji i w ekstazie. Przeciwnym biegunem wydaje się być sfera uwiedzenia przez „młodą czarownicę”, które grozi rozpuszczeniem osobowości w orgiastycznym seksie i odurzeniem przez magiczne napoje. Lecz w tym właśnie punkcie – punkcie rozpuszczenia osobowości, pustki i opuszczenia – możliwa jest także zbawcza enancjodromia, przemieniająca to, co negatywne w pozytywne. Jakże często bowiem rozpacz, ból, choroba i szaleństwo poprzedzają wizję i inspirację, a poprzez doświadczenie śmierci prowadzą do odrodzenia.

Co dla filozofa oznacza spotkanie z czarownicą? W regule templariuszy czytamy: „Niebezpieczeństwem dla wszelkiej religii jest zbyt długo spoglądać w twarz kobiety.” Cóż zatem mają powiedzieć ci, których religią jest spoglądanie w twarz kobiety – tej zewnętrznej i tej wewnętrznej? W pierwszej księdze Raju Dante opisuje wizję zrodzoną z nachodzących na siebie obrazów Słońca i twarzy Beatrycze. Nazywa to niewyrażalnym „przeczłowieczeniem”. Czyż to nie wspaniałe, że mężczyzna rozpoznaje siebie w twarzy kobiety?

Mężczyzna spogląda w twarz kobiety. Kim ona jest? Kim jest ona dla siebie – tego nie wiem; wiem tylko, że dla mnie jest najbardziej bezpośrednim doświadczeniem życia, strumienia przepływu w całej jego zmienności, żywiołowości i przypadkowości. Jako mężczyzna mam zatem dwie drogi do wyboru – mogę życie zapładniać albo starać się je kontrolować. Nietzsche mówił: „Życie to kobieta.” Z nieuleczalnie męsko–ego–icznego punktu widzenia jestem TYM-bytem, a rzeczywistość to NIE-byt, pustka, na przemian pełna i pusta. Dla mężczyzny być to kochać się z rzeczywistością, którą jest kobieta.

O normozie

W 1999 roku byłem na konferencji poświęconej zagadnieniu nieświadomości. Odbywała się w pięknych okolicach pod Poznaniem, nic zatem dziwnego, że razem z Jerzym Prokopiukiem i jego dwoma młodymi przyjaciółmi spędzaliśmy więcej czasu na zwiedzaniu okolicy niż na konferowaniu. Od Jerzego usłyszałem wtedy o normozie, tej nader powszechnej dolegliwości wszystkich ludzi. Religia dysponuje ideą nadnaturalnego porządku, personifikowaną w osobie boga. Analogicznie psychologia ma swoją ideę regulatywną, w postaci wyobrażenia normalnego funkcjonowania jednostki w społeczeństwie. Możemy zapytać – czy można zdrowo funkcjonować w społeczeństwie chorym na normozę? Normoza zawsze charakteryzowała wszelkie społeczeństwa – dziś po prostu jest bardziej zauważalna. Owa zauważalność jest cechą charakterystyczną całej współczesnej kultury. Nauka i technika spotęgowały zjawiska dysfunkcji ludzkiego umysł do tego stopnia, że ludzkość nie przetrwa przez następne sto lat. Tak będzie jeśli ludzka świadomość pozostanie niezmieniona, jeśli w dalszym ciągu będziemy podlegać normozie, najlepiej ujętej w prawie Jante (pisałem o nim tu).

Musimy przestać być dziećmi, bowiem to dzieci uważają wszystko, co zastają w swoim życiu za normalne i pożądane. Tymczasem wiele ludzkich zachowań, dziś uważanych za normalne, nie tak dawno uznano by za szalone. Czy rolnik z początków XIX wieku uznałby za normalne posypywanie pól trucizną, którą dziś eufemistycznie nazywamy środkiem ochrony roślin? A czyż nie jest dla nas czymś normalnym, że dzięki broni atomowej możemy zniszczyć ludzkość? A przecież to absolutna nowość w dziejach człowieka! Perspektywa totalnej destrukcji towarzyszy nam od nieco ponad pół wieku dopiero – a czy kogokolwiek ona dziś przeraża? Jednak kultura – każda kultura, a nasza czyni to wyjątkowo skutecznie – usypia tworzące ją jednostki, a szczególnie efektywnie czyni to wtedy, gdy grozi im ona całkowitą zagładą. Religijne marzenie o centralnym miejscu człowieka we wszechświecie zostało dziś zrealizowane, acz w czysto negatywnej postaci. Przyroda może zgładzić ludzkość – może nas spotkać los dinozaurów. Lecz dziś możemy także sami dokonać samozagłady. Jak trafnie pisał Zygmunt Baumann, zawsze byliśmy bezbronni wobec sił przyrody, a dziś dodaliśmy drugiego okrutnego boga do naszego panteonu, a jest nim społeczeństwo i jego stechnologizowane struktury. Czy to powód do dumy?

O upadku cywilizacji

Erich Fromm w swej słynnej książce Zdrowe społeczeństwo, opublikowanej w 1955 roku, postawił podstawowe dla współczesności pytanie o patologię normalności, czyli pytanie o to, czy żyjący we współczesnym społeczeństwie przemysłowym człowiek jest jeszcze zdrowy psychicznie. Jego analizy wykazały, że to, co jest korzystne dla funkcjonowania obecnego systemu ekonomicznego i co przyczynia się do tzw. sukcesu jednostki w społeczeństwie przemysłowym, jest zarazem wyrazem patologii psychicznej, przybierającej co najmniej postać nerwicy, a często także choroby psychicznej. Słowem, Fromm proponuje nam przyjęcie wizji, że społeczeństwo może być jako całość chore, i że tym chorym społeczeństwem jest to, w którym żyjemy. Czy był osamotniony w swych przemyśleniach? Prześledźmy teraz krótko historię tej refleksji.

Ćwierć wieku przed Frommem jego pytanie, aczkolwiek jeszcze ostrożnie, postawił Freud w swym fundamentalnym dziele Kultura jako źródło cierpień, gdzie zauważa: „Czyż nie jesteśmy uprawnieni do postawienia diagnozy, że niektóre kultury – epoki w dziejach kultury czy może cała ludzkość – stały się ‘neurotyczne’ pod wpływem dążeń kulturowych?”. Jak wiadomo Freud proponował swoją psychoanalizę jako uniwersalne lekarstwo na dręczące ludzkość kulturowe złudzenia. Równolegle do Fromma kwestie te podjął, w swoim specyficznym, profetycznym stylu, C. G. Jung, który w rozprawie Teraźniejszość i przyszłość opublikowanej w 1956 roku pisze: „Stawić opór zorganizowanej masie może tylko człowiek, który jest równie dobrze jak ta masa zorganizowany w swojej indywidualności.”. Swe wołanie o indywidualność opiera na niesłychanie krytycznej wizji współczesności, nazywając obecną cywilizację „a house for idiot children”. Nie mija kolejne ćwierć wieku i Arthur Koestler w książce Ghost in the Machine z roku 1967 pisze: „Natura dała nam kosza. Bóg poszedł na urlop. Nasz czas powoli dobiega końca. Wiara w to, że da się szukać dróg zbawienia w laboratorium może wydawać się głupia i naiwna, jednak nie jesteśmy w niej odosobnieni, podążamy tropem Junga. Odbija się w niej starożytne marzenie alchemików o sporządzeniu elixir vitae. Jednak w przeciwieństwie do alchemików nie oczekujemy od niego wiecznego życia ani przemiany metali w złoto, tylko transformacji homo maniacus w homo sapiens. Wszystko to stanie się możliwe, kiedy człowiek wreszcie zdecyduje się wziąć sprawy w swoje ręce.” Parę lat później, w pracy The Denial of Death Ernsta Beckera, znajdujemy kolejną bezkompromisową diagnozę kultury: „Cała kultura, wszystkie sposoby życia ludzkiego są w swej zasadniczej części protestem wytworzonym przeciwko naturalnej rzeczywistości, są zaprzeczeniem prawdy kondycji ludzkiej, próbą zapomnienia o tym, jak nieszczęsnym stworzeniem jest człowiek.” A co kultura proponuje w zamian? Becker daje nam odpowiedź: „Człowiek wykrawa posłuszny dla siebie świat. Uczy się nie po to, by się ujawniać, nie żeby się wyróżnić; uczy się, żeby dorwać się do władzy nad innymi, zarówno konkretnymi osobami, jak i nakazami kulturowymi; w rezultacie zaczyna istnieć w wyobrażonej niezawodności świata wokół niego.”

Z kolei w książce Nowa Ziemia pochodzącej z 2005 roku, współczesny nauczyciel duchowy, Eckhart Tolle stwierdza: „Gdyby historia ludzkości była klinicznym przypadkiem historii jednego człowieka, diagnoza musiałaby brzmieć: chroniczne omamy paranoidalne, patologiczna skłonność do mordowania oraz czynów skrajnie brutalnych i okrutnych w stosunku do osób uznanych za wrogów – przypisywanie innym własnej nieświadomości. Osobowość psychicznie chorego kryminalisty, z krótkimi i rzadkimi przebłyskami normalności.” Dosadne i w pełni prawdziwe. Trudno bardziej syntetycznie opisać historię gatunku ludzkiego, historię przemocy, okrucieństwa, i patologicznej głupoty.

To tylko parę dosyć przypadkowo wybranych przykładów diagnozy współczesnej kultury. Od czasów powstania książki Fromma analizowane przez niego patologiczne formy życia społecznego kultury zachodu rozprzestrzeniły się na kolejne obszary naszej planety. W tym świetle myśl Fromma: „Fakt, że miliony ludzi maja te same wady, nie czyni tych wad cnotami”, nabiera globalnego znaczenia. Tym, co wyróżnia naszą obecna sytuację jest bez wątpienia powszechność występowania owych wad. W książce Zerwać okowy iluzji Fromm przytacza słowa Marksa, charakteryzujące wyalienowanego człowieka XIX wieku: „To towar świadomy sam siebie i zdolny do samodzielnej działalności.” Dziś te słowa brzmią jeszcze dosadniej. Uczyniliśmy bowiem z ludzkości jednolitą masę towarową, rządzona za pomocą doktryny szoku.

Świat współczesny jest poszerzonym na całą planetę królestwem ślepców. „W królestwie ślepców – jednooki królem”. Autorem tego zdania jest Erazm z Rotterdamu, z czasem stało się ono angielskim przysłowiem, a potem inspiracją noweli Kraina ślepców Wellsa, która opowiada następującą historię. Otóż zagubiony w Andach młody wędrowiec ląduje wraz z lawiną w odciętej od świata dolinie. Okazuje się, że zamieszkuje ją od kilkuset lat plemię, które dotknięte chorobą oczu, ślepło z pokolenia na pokolenie. Domy wprawdzie są nieco łaciate a ubrania pstre, ale poza tym społeczność radzi sobie doskonale. Drogi są proste i równe jak stół (i mają zróżnicowaną nawierzchnię, dla ułatwienia orientacji), wody jest pod dostatkiem, trawa bujna, lamy – zwierzęta hodowlane – łagodne… Słowem – da się żyć. Wytworzył się nawet system wierzeń: świat jest wklęsły jak miska, niebo kamienne, raz ciepłe, raz zimne, na przemian… Nasz młody, ambitny bohater, przypominając sobie cytowane wyżej przysłowie, uznaje, że ze swoim doskonałym wzrokiem, przyda się ludziom z wioski, jak nikt. Problem w tym, że nie potrafi wytłumaczyć ślepcom, czym jest… wzrok. Wszelkie argumenty i próby przeprowadzenia dowodu – zawodzą. Na przykład, widząc zbliżającego się, powiedzmy Pedra, mówi: „Pedro zaraz tu będzie, widzę go”. Niestety Pedro skręca na skrzyżowaniu, a ślepcy śmieją się, bo od razu wiedzieli, że w tym czasie Pedro idzie doić lamy. Pytają za to, co właśnie robi Juan? Niestety, ten jest wewnątrz budynku, który oczywiście nie ma okien (bo i po co?)… Zrozpaczony Bogota (bo tak nazywają przybysza) wpada w rozpacz, zaczyna się szarpać ze ślepcami, a potem ratuje się ucieczką. Na darmo, bo ślepcy mają doskonały słuch i znają w dolinie każdy zakątek. Bogota pogrąża się w rezygnacji i żyje wśród ślepców, uznawany za wariata, za niemal zwierzę. Z czasem jednak zakochuje się w dziewczynie, która ma piękne, regularne i delikatne rysy (czyli uchodzi za brzydką i „niewyrazistą”). Niestety, nawet ona jest dla pół-zwierzęcego Bogoty za dobra. Bardziej liberalni mędrcy wśród ślepców widzą jeszcze jedną nadzieję dla nieudacznika. Można mu usunąć dwie obrzydliwe i nienaturalne, kuliste deformacje (umiejscowione pod brwiami, tam, gdzie powinny być miłe w dotyku zaklęśnięcia), które prawdopodobnie uciskają mu na dodatek mózg…

Tym co nas czeka, to ostateczne usunięcie tych kulistych deformacji. Już jest w toku. Operacja zostanie zakończona sukcesem już wkrótce.

O egoistycznej patologii umysłu

W latach osiemdziesiątych prawie co tydzień odwiedzałem Kraków. Nie po to, by go zwiedzać, ale by pobuszować po księgarniach i antykwariatach. Pewnego dnia, a był to 18 maja 1988 roku, byłem w Krakowie i odwiedziłem wtedy między innymi księgarnię prowadzaną przez braci zakonnych na ulicy Kopernika. Dzień ten pamiętam dlatego, że na każdej zakupionej książce zapisuję datę jej zakupu. O tym, że był to dzień urodzin papieża niezbyt wtedy pamiętałem. Dziś mi ten dzień kojarzy się raczej z pewną długowłosą brunetką, która tego dnia właśnie się urodziła, a z którą po latach miałem okazję spędzić parę miłych chwil. Wracając jednak do owego 18 maja, wstąpiłem do księgarni zakonnej i przeglądałem książki wyłożone na ladzie. Zauważyłem świeżo wydane dzieło Leszka Kołakowskiego Jeśli Boga nie ma… Przede mną stała jakaś starsza pani, za mną kolejna. Nie wiem dlaczego, ale położyłem przed sobą książkę Kołakowskiego okładką w dół. Czyżbym nie chciał bulwersować maluczkich? To jednak nie pomogło. Pani przede mną, dobrze po sześćdziesiątce, wzięła książkę w swoje ręce, obróciła ją, przeczytała tytuł i wyszeptała, ale na tyle głośno, abym usłyszał: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”.

Te słowa to esencja patologicznej umysłowości opartej na religii. Wtrącanie się w nie swoje sprawy i wydawanie ocen jest jedynym sposobem funkcjonowania takiego umysłu. Żadnej refleksji, współczucia, empatii, nic. Kiedyś wystarczyło posądzenie o to, że jesteś czarownicą, dziś – że jesteś odmiennej orientacji seksualnej. Dla ludzi o takiej umysłowości nie jest ważne kim jesteś, tylko to, czy jesteś z nimi. Czy ma to coś wspólnego z religią? Nic. Egoistyczna patologia umysłu może się żywić czymkolwiek – religią, ideologią polityczną, filozofią. Akurat najbardziej popularna jest w Polsce religia, a zaraz potem polityka. Zamknięty w sobie umysł wykorzysta cokolwiek, nawet najbardziej wspaniałe idee wytworzone przez ludzkość, tylko w jednym celu – by zrobić sobie dobrze. By potwierdzić sobie, że owo malutkie, żałosne ego ma jakikolwiek sens, że w ogóle istnieje. To tak, jakby ktoś kartkami Biblii podcierał sobie tyłek.

O muzyce i archetypach

C.G. Jung tak opisuje w jednym ze swych listów powiązanie muzyki i nieświadomości: „Muzyka wyraża poprzez dźwięki to, co fantazje i wizje wyrażają w obrazach wizualnych.(…)muzyka przedstawia ruch, rozwój i transformację motywów nieświadomości zbiorowej”.W innym miejscu zauważa: „Muzyka sięga do głębokich pokładów materiału archetypowego, tam, gdzie jedynie z rzadka udaje się nam dotrzeć w trakcie pracy analitycznej z pacjentami”. Jung pracował ze swoimi pacjentami głównie za pomocą analizy obrazów i symboli, jakie pojawiały się w ich snach i wizjach. Niestety w jego pracach nie znajdujemy dalszych, szerszych rozważań, które odnosiłby się do, by tak rzec, muzycznego aspektu archetypów, a nie tylko do ich obrazowej natury. Niejako usprawiedliwiając się twierdził, że nie odwoływał się do silnego wpływu muzyki na uczucia właśnie dlatego, że pojawiający się wtedy materiał nieświadomy wywierał jego zdaniem zbyt silny wpływ na psychikę pacjenta. Można tu zaryzykować śmiałą hipotezę, że podobnie jak nigdy nie zalecał stosowania środków psychoaktywnych w celu „poszerzenia świadomości”, tak analogicznie był świadom potężnej mocy muzyki w ewokowaniu treści nieświadomych, która to moc może przerastać to, co świadomość pacjenta jest zdolna zasymilować. Starożytni doskonale znali ową moc i słusznie przypisywali jej znaczenie religijne i lecznicze. W świetle archetypowej hipotezy Junga może tu chodzić o dominację głębokich struktur nieświadomości nad strukturą świadomości.

Nie sposób tu podawać wielu przykładów, ilustrujących ów wpływ, tak więc podam tylko jeden. To spektakularny fragment Drugiej Księgi Kronik (5, 12-14) opisujący zakończenie budowy świątyni przez Salomona: „Wszyscy Lewici śpiewający: Asaf, Heman, Jedutun, ich synowie i bracia, ubrani w bisior, stali na wschód od ołtarza grając na cymbałach, harfach i cytrach, a z nimi stu dwudziestu kapłanów, grających na trąbkach – kiedy tak zgodnie, jak jeden, trąbili i śpiewali, tak iż słychać było tylko jeden głos wysławiający majestat Jahwe, kiedy podnieśli głos wysoko, przy wtórze trąb, cymbałów i instrumentów muzycznych przy wychwalaniu Jahwe, że jest dobry i że na wieki jego miłosierdzie, świątynia napełniła się obłokiem chwały Jahwe, tak iż nie mogli kapłani tam pozostawać i wypełniać swej służby na skutek tego obłoku, bo chwała Jahwe wypełniała świątynię bożą”. Chwała (hbr. kawod) oznacza też „ciężar” albo ogólniej „znaczenie”, co może wskazywać na jej konotacje matematyczne, związane z porządkiem, ładem i harmonią. Co ciekawe, współcześnie słowo to oznacza w nowohebrajskim „grawitację”. Także bardzo interesujące są znaczenia tego słowa, ustalane na podstawie innego jego odczytania, a które odnoszą się do wątroby (hbr. kaved), tu pojętej w ogólnym sensie ludzkiego wnętrza jako siedziby intensywnych emocji. Teraz rozumiemy dlaczego kapłani nie mogli wypełniać swej służby, i przesyceni przemożnymi emocjami musieli opuścić miejsce, gdzie rozbrzmiewała muzyka. Swoją drogą trudno tu nie wspomnieć doświadczenia Odyseusza, który kazał przywiązać się do masztu na swoim okręcie, by nie ulec śpiewowi Syren.

O mieście i negatywnej kobiecości

Ostatnio coraz częściej spotykam ludzi, którzy marzą o tym, by żyć poza miastem, z rodziną na wsi lub w jakiejś komunie. Niektórzy realizują to pragnienie, które kontrastuje z ogólnym trendem, polegającym na tym, że już ponad połowa ludzkości mieszka w miastach, a ten odsetek będzie rosnąć. A skoro pragnienie i realność się rozbiegają, to warto się odwołać do psychologii. Czego szukamy w mieście, a co otrzymujemy?

W ujęciu psychologii analitycznej miasto jest powiązane z pierwiastkiem żeńskim. Jego symbolika zatem wywodzi się z pierwotnej, archetypowej z sensie Junga, symboliki kobiecości, którą dokładnie opisał Erich Neumann w swoim dziele Wielka Matka. Dowodzi on w nim, że fundamentalna symbolika kobiecości zawarta jest w równoważności znaczeń następujących domen symbolicznych; kobieta, ciało, naczynie, świat. Z formuły tej, obowiązującej jeszcze w świecie przedneolitycznym, wywodzi się symbolika chroniącej jaskini, prowadząca do dalszych domen symbolicznych: „Chroniąca jaskinia – pisze Neumann – jako część góry w kontekście rozwoju historycznego stanowi naturalną formę symboli kulturowych oznaczających zamknięta, strzeżoną przestrzeń – świątynia i temenos, chata i dom, wioska i miasto, ogrodzenie płot, mur, to, co zamknięte; bramy i drzwi stanowią tu łono macierzyńskiego naczynia”. Miasto, jako zajmujące określoną przestrzeń, funduje swoje numinalne znaczenie na świętości pierwiastka żeńskiego. Miasto to zawsze mieszkanie bogini, która jest jego symboliczną personifikacją, jego „osobowością”. Można też pojmować miasto jako ciało bogini, na zasadzie symbolicznego powiązania między miastem, materią, przestrzenią i ciałem, które w symbolice noszą zawsze żeński charakter.

Przytoczone motywy mitologiczne są charakterystyczne dla pozytywnej symboliki miasta. Ma ona jednak także swój negatywny aspekt, związany z archetypem Strasznej Matki, kojarzonej ze śmiercią, pochłanianiem, ćwiartowaniem, niszczeniem, gniciem. Ta ambiwalencja jest ujmowana nieraz jako przeciwstawienie dwu stron miasta. Jak podaje Neumann: „Jako dobra matka jest ona panią Wschodniej bramy, Bramy narodzin; jako okrutna matka czuwa nad Bramą Zachodnią, Bramą Śmierci. Brama , drzwi, gardziel, przepaść i otchłań to symbole łona kobiecego, łona ziemi – jako miejsca numinalne wyznaczają one drogę wiodącą w mistyczne mroki świata podziemnego”. Mieszkańcy miasta w tej perspektywie są jednej strony dziećmi Wielkiej Matki, chronionymi przez nią macierzyńskimi murami, a z drugiej strony są embrionami, pożeranymi i wchłanianymi przez potężną strukturę miasta.

Chciałbym przytoczyć teraz słowa Ericha Fromma, ukazujące ciekawy aspekt negatywnej kobiecości: „Nasza konsumpcyjna kultura kreuje nową wizję: jeśli pójdziemy dalej drogą postępu technologicznego, to w końcu osiągniemy punkt, w którym żadne życzenie nie pozostanie nie spełnione, a spełnienie będzie natychmiastowe i nie wymagające jakiegokolwiek wysiłku. W wizji tej technika przybiera cechy Wielkiej Matki, już nie naturalnej, lecz technicznej, która niańczy swoje dzieci i koi je nieustanną kołysanką (w postaci radia i telewizji). Pod względem emocjonalnym człowiek na powrót staje się niemowlęciem, któremu poczucie bezpieczeństwa daje nadzieja, że pierś matki zawsze dostarczy obfitości mleka i że nigdy nie trzeba już będzie samodzielnie podejmować decyzji. Będą one bowiem leżały w gestii samego aparatu technologicznego, interpretowane i wcielane w życie przez technokratów – nowych kapłanów rodzącej się religii matriarchalnej, której boginią jest Technika”. Zwraca on uwagę na oczywisty skądinąd fakt, że każde miasto jest przejawem technicznych umiejętności ludzi, zarówno w sensie zdolności do produkcji artefaktów, jak i zdolności do wytwarzania złożonej organizacji społecznej, bez której zbiorowy wysiłek owocujący zbudowaniem miasta nie byłby możliwy. Ta organizacja społeczna, skorelowana z rozwojem techniki, ma jednak wedle Fromma charakter regresywny i infantylizujący. Współcześnie, gdy już ponad połowa populacji planety żyje w miastach, słowa Fromma o „technicznej”, a nie naturalnej Wielkiej Matce brzmią doprawdy złowieszczo.

Nadmierne zagęszczenie populacji miast sprzyja spontanicznym i nieukierunkowanym manifestacjom dynamizmów ponadosobowych w ich obrębie. Jak pisze Jung: „Wszystko co przekracza w jakimś stopniu ludzki wymiar, wywołuje w takim samym stopniu nieludzkie siły w nieświadomości człowieka”. W obliczu tych sił adekwatna, indywidualna reakcja, wypływająca z określonych rozstrzygnięć etycznych staje się prawie niemożliwa. To właśnie w mieście człowiek jest postawiony wobec potężniejszej od niego rzeczywistości, która nie jest już rzeczywistością sił czysto naturalnych, lecz jest jego własnym wytworem, efektem trwających tysiące lat przemian kultury ludzkiej. Miasto jest „materializacją” tego, co w człowieku ponadludzkie, nie znaczy to jednak – najlepsze. Co zatem otrzymujemy żyjąc w miastach? Nic dobrego, nic ponad amplifikacje najbardziej negatywnych cech ludzkiej natury – przemoc, wyzysk, egoizm, alienacja, nienawiść, depresja, hałas, pośpiech. Każdy mieszkaniec miasta może tu dopisać swoją ulubioną negatywną cechę życia w mieście, w konsumpcyjnym łonie negatywnej Wielkiej Matki.

O lewej półkuli

Michael S. Gazzaniga, jeden z czołowych neuronaukowców, badacz osób z rozszczepionym mózgiem, u który rozcięto połączenie między półkulami mózgowymi, opisuje w swej najnowszej książce Instynkt świadomości reakcje takich osób na następującą historyjkę (nie wiem dlaczego etycy uwielbiają historyjki, szczególnie takie wagonowe – nie mają poważniejszych problemów?). Oto ta historyjka: sekretarka podaje szefowi kawę, chcąc go zabić, wsypuje więc biały proszek do kawy, ale okazuje się, że to zwykły cukier. Złe zamiary, pozytywny skutek. Druga sytuacja: sekretarka wsypuje biały proszek do kawy szefa (to jest tak w ogóle okropny seksizm, czy sekretarki nic innego nie robią? Nie wiem, nigdy nie miałem sekretarki) ale okazuje się, że to jest trucizna, którą przypadkowo jakiś chemik zostawił w jego gabinecie. Szef umiera. Dobry zamiar, zły skutek. Po wysłuchaniu tych historyjek pacjenci z rozczepionym mózgiem mieli poddać ocenie czy działanie sekretarki jest zabronione czy też dopuszczalne.

Jak można przypuszczać większość ludzi ocenia działanie w złych zamiarach jako zabronione, niezależnie od skutków (to się fachowo nazywa perspektywą deontologiczną). Tak samo działania bez złych zamiarów są przez większość ludzi oceniane jako dopuszczalne, nawet jeśli prowadzą do złych skutków (to perspektywa nazwana przez Gazzanigę utylitarną). Jednak pacjenci z rozczepionym mózgiem reagowali inaczej. Ich lewa półkula mózgowa okazywała się być ekstremalnie utylitarna. To znaczy, że jeśli bohaterka historyjki działała w złych zamiarach, ale nikomu nic się nie stało, to jej postępowanie oceniali jako dopuszczalne, natomiast – i to jest najciekawsze – jeśli bohaterka historyjki działa bez złych zamiarów, ale efekty jej działania były negatywne, to lewa półkula oceniała je jako zabronione.

Gazzaniga podsumowuje to z ten sposób – lewa półkula zachowuje się tak, jakby nie miała teorii umysłu, czyli, mówiąc najkrócej, jakby nie umiała się w ogóle wczuć się w umysł drugiego człowieka. Jest zajęta tylko samą sobą, o czym pisałem już tu. Jest źródłem fundamentalnego egoizmu człowieka, polegającym na budowaniu jak najbardziej spójnej narracji, oczywiście spójnej tylko dla danego człowieka. Świadomość ludzka, szczególnie ta pozostająca pod przemożnym wpływem lewej półkuli wydaje się niezbyt udanym tworem ewolucji. Właściwie – to totalna porażka.

O robieniu tego samego

Jest takie powiedzenie łacińskie, jedno z moich najbardziej ulubionych: „Duo cum faciunt idem, non est idem”, co znaczy: „Gdy dwaj robią to samo, to nie jest to samo”. Odnosi się to do robienia różnych rzeczy przez różnych ludzi. Bardziej jednak mym zdaniem odnosi się do wypowiedzi różnych ludzi na temat, który wydaje się taki sam, ale tak naprawdę jest całkowicie różny. Podam jako przykład dwa cytaty, które brzmią jakże podobnie, ale dotyczą czegoś całkiem różnego. Możemy je odnaleźć w książce Philipa Kapleau Zen: świt na Zachodzie. Oto one:

„Uważał siebie za jedyny w swym rodzaju odczuwający środek wszechświata, za jedyne autentyczne wcielenie zawartej w nim obecnie lub kiedykolwiek w przeszłości woli. Ja jestem, nikt prócz mnie”.

„W całych niebiosach i na całej ziemi jestem tym jedynym, najbardziej godnym czci!”

Pierwszy cytat pochodzi z książki Richarda Hughesa The Fox in the Attic i odnosi się do Hitlera. Drugi cytat to stwierdzenie przypisywane Buddzie. Tak, jeśli dwaj mówią to samo, to nie jest to samo. Wszystko zależy od kontekstu, wszystko zależy od tego, kto mówi, do kogo mówi i co ma celu mówiąc swe słowa. Wypowiedź nigdy nie ma żadnego obiektywnego znaczenia, ten kto tak myśli jest ekstremalnie naiwny. Jest tylko czysto kontekstualne rozumienie. Dlatego sztuka hermeneutyki jest tak trudna. I tak trudno się ludziom porozumieć. Bo największym błędem w procesie komunikacji jest przyjęcie, że do niej doszło, że zrozumiało się to co ktoś powiedział. Bo skąd mamy wiedzieć co ktoś powiedział, jeśli słowa których użył są tak podobne do tych, które uznajemy za zrozumiałe?