O archetypowym podłożu paniki

Tym, co najbardziej zagraża człowiekowi jest jego własna psychika. I to nie ta świadoma, indywidualna, ile bardziej nieświadomy aspekt psyche. Jung nazywał to nieświadomością zbiorową, na którą składają się instynkty i archetypy. Obecna panika dotycząca koronawirusa ma wyraźne podłoże archetypowe. Czym jest archetyp? To wiązka ponadindywidualnych skojarzeń wpływających na funkcjonowanie umysłu i powodująca silne reakcje emocjonalne. Wszystkie sytuacje istotne dla życia człowieka mają swoje wzorce archetypowe. Możemy więc mówić także o archetypie zarażenia, czyli o systemie skojarzeń dotyczących wszelkich zakażeń, powstałymi poprzez kontakt z substancjami takimi jak na przykład martwe czy chore ciało, albo w sytuacji zarazy. Archetyp ten konsteluje się w naszej świadomości wtedy, gdy pojawi się określony zestaw czynników. Po pierwsze, źródło zakażenia nie musi być widoczne, wystarczy „morowe powietrze”. Wszelkiego rodzaju wirusy doskonale spełniają ten warunek. Po drugie nawet ograniczony i krótkotrwały kontakt z czynnikiem zarażającym naraża na pełne ryzyko zakażenia. Innymi słowy, nie ma związku pomiędzy dawką a skutkiem. Musimy więc unikać wszelkich kontaktów, zgodnie z hasłem „zostań w domu”. Po trzecie, to co szkodzi nie traci swoich właściwości przez rozcieńczenie. Zatem nawet minimalne zetknięcie się z czynnikiem zarażającym jest groźne. Po czwarte, wszelki kontakt z substancją szkodliwą daje negatywne skutki, chociaż najgorsze skojarzenia rodzi myśl o jego połknięciu. Dlatego nie możemy dotykać twarzy, ani innych ludzi.

Ten archetypowy system skojarzeniowy w pełni manifestuje się w obecnej sytuacji. Okazuje się, że zalecenia epidemiologów w pełni pokrywają się z tym, co możemy nazwać archetypową psychologią wstrętu. Czy mogą zatem dziwić emocjonalne zachowania jednostek i irracjonalne zachowania rządów? W sytuacji pandemii włączają się wzorce archetypowe. Racjonalne argumenty idą w odstawkę. Pojawiają się rozmaite teorie spiskowe i bzdurne pseudointelektualne ruminacje zalewające media społecznościowe. Bardziej zagrażające są jednak emocjonalne reakcje, oparte głównie na strachu. Jakże łatwo utrzymywanie dystansu od innych może przerodzić się w nienawiść do innego. Staje się on wtedy kimś, na kogo projektujemy największe zło, staje się nośnikiem śmierci. Projektujemy na niego nasz cień. Wszystkie projekcje zaciemniają obraz innych ludzi, zniekształcają ich obiektywny ogląd, a przez to psują wszelką możliwość szczerych, ludzkich relacji. Inny staje się w ten sposób kozłem ofiarnym, którego obciążamy tym wszystkim, czego sami nie chcemy znieść. Zakończę symptomatycznym cytatem z Junga: „Rzeczywiście sądzimy, że możemy pochlebiać sobie, iż osiągnęliśmy już te szczyty jasności, bo wyobrażamy sobie, że tego rodzaju widma bogów pozostawiliśmy daleko za sobą. Wszelako tym, z czego wyrośliśmy, są tylko słowa-duchy, a nie fakty psychiczne, odpowiedzialne za narodziny bogów. Autonomiczne treści psychiczne wciąż nami władają tak, jakby były bogami. Dziś są to fobie, natręctwa i tak dalej, czyli objawy nerwicowe. Bogowie stali się chorobami; nie Olimpem włada teraz Zeus, ale splotem słonecznym, tworząc okazy dla poradni lekarskiej lub mącą mózgi polityków i dziennikarzy, mimowolnie rozpętując wówczas umysłowe epidemie”.

O dziwnym świecie

Żyjemy dziś w dziwnym świecie. Zapewne zawsze był on dziwny, ale współcześnie jego dziwność jest widoczna nawet dla tych, którzy się dotąd nad naturą świata nigdy nie zastanawiali. Z jednej strony nasz świat staje się coraz bardziej jednością. Od internetu aż po towary konsumpcyjne – w każdej chwili stykamy się z wytworami człowieka mieszkającego tysiące kilometrów od nas. To, co on robi, wpływa bezpośrednio na nasze życie, a to, co my robimy wpływa na jego. Na własnej skórze odczuwamy, że wszystko jest ze sobą połączone. Glob jest jednością, co dobitnie pokazuje pandemia koronawirusa. Można to porównać do efektu motyla, o którym możemy przeczytać w Wikipedii: „Efekt motyla to anegdotyczne przedstawienie chaosu deterministycznego. W tytułowej anegdocie trzepot skrzydeł motyla np. w Ohio może po trzech dniach spowodować w Teksasie burzę piaskową. Przykładami efektu motyla są zjawiska meteorologiczne.” Edward Lorenz, odkrywca efektu motyla, stwierdził, że dla pewnych układów deterministycznych nawet minimalne zmiany wartości danych początkowych zostają bardzo szybko wzmocnione i powodują ogromne zmiany w ewolucji układu. Wobec tego czysto mechaniczne układy równań po dostatecznie długim czasie mogą dawać zupełnie nieprzewidywalne wyniki, pozornie równie przypadkowe jak rzuty monetą. Cywilizacja ludzka staje się układem coraz bardziej zintegrowanym, a przez to – coraz bardziej nieprzewidywalnym.

W tej perspektywie wydaje się sensowne postawienie pytania – co przeważy? Czy tendencje prowadzące nasz świat ku jedności i całości, czy też może szybko skończymy w narastającym chaosie? Wydaje się, że nie jest to uzasadniona alternatywa. Przeciwstawianie sobie globalnej cywilizacji i chaotycznego świata jest zbyt proste. Czy nie potrzebujemy wizji rzeczywistości, która by wykraczała poza takie postawienie sprawy? Tak, jest ona potrzebna. Nie wytworzy jej jednak żaden pojedynczy umysł, nawet genialny. Wyłoni się ona, siłą rzeczy, z chaosu, w którym się obecnie znajdujemy. Decyzje, jakie teraz są podejmowane, nie oparte na wiedzy, a tylko na strachu, ukształtują świat. I nie będzie to świat do życia. Trzepot skrzydeł motyla zadecyduje o losie ludzkości. A wtedy już nigdy nie będzie tak jak dotąd.

O strachu

Dawno temu obejrzałem sensacyjny film pod tytułem „Suma wszystkich strachów”. Owe tytułowe strachy odnosiły się wówczas do terroryzmu i broni atomowej. Dziś mamy już o wiele bardziej szeroką ofertę strachów, doskonale pasującą do apokaliptycznych czterech jeźdźców, którzy są personifikacjami naturalnych regulatorów przyrostu populacji w cywilizacji neolitycznej. Oto oni: zaraza, głód, wojna i śmierć. Obecna histeryczna pandemia strachu przed koronawirusem to pierwszy jeździec. Drugi to plaga szarańczy w Afryce, gdzie możliwy jest w najbliższym czasie głód, w wyniku którego miliony ludzi będą szukać ratunku, najpewniej w Europie. Trzeci jeździec przynosi wojnę, która wisi jako realna opcja nad ludzkością od dziesięcioleci, a obecnie jest coraz bardziej prawdopodobna. Odnośnie czwartego jeźdźca, śmierci, pamiętamy wszyscy o pulsującym w tle kryzysie klimatycznym. No i nie zapominajmy w końcu o najbardziej prawdopodobnym scenariuszu, czyli o światowym kryzysie ekonomicznym, który jest prawdziwą „sumą wszystkich strachów” współczesnej cywilizacji, matrycą ich wszystkich, prawdziwym piątym jeźdźcem apokalipsy. Scenariusz ten mamy, nomen omen, jak w banku i to najprawdopodobniej już w tym roku. Globalny system ekonomiczny, oparty na neoliberalnym kapitalizmie, jest bowiem całkowicie nieodporny na wszelkiego rodzaju procesy globalne, szczególnie jeśli jest to strach przed czymkolwiek. To tak naprawdę najlepszy autodestrukcyjny system cywilizacyjny, jaki dotąd wymyślili ludzie.

No dobra. Postraszyłem trochę, bo to tygrysy lubią najbardziej. Ktoś mógłby powiedzieć, że zawsze ludzkość żywiła się rozmaitymi lękami, a każda epoka miała swoją „sumę wszystkich strachów”. To prawda. Dziś jednak jest trochę inaczej, dżumą naszych czasów jest sam strach. Zapewne dlatego, że obecnie spektrum potencjalnych strachów znacząco się poszerzyło. Boimy się tak wielu rzeczy, a każda z nich ma genezę wieloczynnikową. Także zmiana cywilizacyjna, która już puka do naszych drzwi, będzie miała taką genezę. Wiele różnych czynników, zbiegających się w czasie, zawsze doprowadza do radykalnych zmian. Po zmianie zwykle wyłania się coś nowego, przynajmniej dotąd tak było w historii ludzkości. Nie zapominajmy jednak, że wnioskowanie indukcyjne jest zawodne. To, że od lat budziłem się rano żywy nie znaczy, jutro też tak będzie. Każda rzecz, która kiedyś powstała, musi się też kiedyś rozpaść.

Ech, wieczorem pójdę lepiej wyrzucić posegregowane śmieci, a potem wezmę krótki prysznic. Może też wypiję piwo – bez plastikowej słomki. To wszystko podobno uratuje ludzkość. Zobaczymy.

O zasadach kobiecych

Świat współczesny jest w stanie totalnego bałaganu. Nie zdajemy sobie z tego sprawy tylko dlatego, że tkwimy w nim po uszy, że uznajemy najgorszą patologię za normalność. Światu wyraźnie czegoś brakuje. Brakuje takich podstawowych zasad kobiecych takich jak łączenie, współzależność, relacyjność, kreatywność i witalność. Dominują w naszym świecie zasady męskie – oddzielanie, różnicowanie, hierarchizowanie, rywalizacja i zadaniowość. Słowem, rządzi nierównowaga powodująca absolutny bałagan. W tym świecie kobiety nie mogą w pełni osadzić swojej tożsamości w ramach imaginarium społecznego, zawłaszczonego przez zasady męskie. Czują się zawsze, otwarcie albo podskórnie, wykluczone. Mężczyźni też nie mają się dobrze. Nie mają społecznego przyzwolenia na wyrażanie uczuć, co czyni ich sztywnymi i poważnymi. Cóż się zatem dziwić, że wcześniej umierają?

Kryzys spowodowany przez nieobecność w naszym świecie zasad kobiecych leży u podstawy innych kryzysów, na przykład kryzysu klimatycznego. Świat patriarchatu trzyma się – jak na razie – dobrze, mocą ogromnej inercji przepojonej strachem, podtrzymywanej przez skostniałe religie i ideologie polityczne oraz ekonomiczne. To wszystko męskie wynalazki, złogi patologicznej męskiej mentalności. Inercja ta zagraża dziś całkowitą destrukcją cywilizacji, a być może nawet życia na Ziemi.

Gdyby kobiety i mężczyźni stali się partnerami, gdyby wsłuchali się w siebie wzajemnie, być może coś by się zmieniło. Może wtedy wsłuchalibyśmy się także w Ziemię, przestali ją eksploatować i niszczyć. Olga Tokarczuk mówi: „Coś jest ze światem nie tak”. Jednym z przejawów owego „nie tak” jest fundamentalna nierównowaga, o której tu piszę. Margaret Atwood w swoich powieściach opisuje świat chaosu i radykalnego pogłębiania się różnic między ludźmi. Dwa światy ludzkie, które mogłyby by kochać się i tańczyć, są rozdzielone. A przecież eko-logia i eko-nomia nie muszą być konfrontującymi się przeciwieństwami. Czy przyszłością ludzkości będzie ludzka miłość czy totalitarna maszyna? Ano zobaczymy.

O maszynie

Dawno dawno temu, w 1954 roku, Harrison Brown w książce The Challenge of Man’s Future napisał: „W ciągu bardzo krótkiego czasu w porównaniu z całkowitą historią ludzkości, zasoby paliw kopalnych zostaną niemal z całą pewnością wykorzystane. Ta strata całkowicie uzależni człowieka od energii wody, atomu i słońca, by mógł on napędzać swoje maszyny. Ta transformacja wydarzy się jedynie raz w historii ludzkości. Jeśli cywilizacja maszyn z powodu jakieś katastrofy przestanie działać, to najprawdopodobniej oznaczać to będzie nieodwracalną zagładę”. Dziś, po 66 latach nie jesteśmy mądrzejsi. Dalej polegamy na maszynach i staramy się na wszelkie sposoby zapewnić im źródła energii. Uwielbiamy maszyny, ale zarazem jesteśmy ich niewolnikami.

Czym jest maszyna? Maszyna to ten fragment wszechświata, który w dominującym stopniu jest naszym tworem. Maszyna spełnia swe funkcje zgodnie z naszą wolą. Maszyna zaspakaja nasze potrzeby. Do tych wszystkich funkcji maszyna potrzebuje energii. Nic zatem dziwnego, że człowiek współczesny ma obsesję na punkcie energii. Maszyna ma służyć zaspokojeniu naszych pragnień i potrzeb, ale – podobnie jak idealny służący – uzależnia od siebie swojego pana. Życie w otoczeniu maszyn prowadzi do postępującego ubezwłasnowolnienia człowieka. Maszyny potrzebujemy by działać, szybko, bez zastanowienia i wedle naszych zachcianek. Maszyna jest zatem ucieleśnieniem energetycznego ćpuństwa ludzkości. Dla jednych taką ultymatywną maszyną zbawicielską jest elektrownia atomowa, dla innych wiatrak. Jednak jeśli otaczający nas świat staje się tylko odbiciem naszych potrzeb i pragnień, czyli staje się maszyną, my sami stajemy się także niczym innym, jak tylko chaotycznym kłębkiem impulsów psychicznych, powiązanych na zasadzie asocjacji. Maszyna wyzuwa nas z naszego człowieczeństwa, jest ersatzem życia.

W wieku XVIII pojawiła się metafora wszechświata jako maszyny. Skoro wszechświat jest maszyną, to każda maszyna zbudowana przez człowieka jest uczyniona „na jego obraz i podobieństwo”. Francuski filozof Julien Offray de la Mettrie pisze książkę Człowiek-maszyna. Ekspansja metafory maszyny stanowi w tej perspektywie manifestację lucyferycznej hybris świadomości człowieka współczesnego. Świetnie pisze o tym Richard Tarnas w swej książce Dzieje umysłowości zachodniej:„Ironia polega na tym, że kiedy nowożytny umysł jest przeświadczony o tym, że w pełni oczyścił się z wszelkich antropomorficznych projekcji, kiedy aktywnie interpretuje świat jako nieświadomy, mechanistyczny i bezosobowy, to właśnie wtedy ów świat jest najbardziej selektywnym wytworem ludzkiego umysłu. Ludzki umysł wyabstrahował ze świata cała jego świadomą inteligencję, celowość i sens, przypisując je wyłącznie samemu sobie, po czym wprojektował w świat maszynę. Jak zauważył Rupert Sheldrake, jest to skrajnie antropomorficzna projekcja: zbudowana przez człowieka maszyna, coś czego w rzeczywistości nigdy w przyrodzie nie odkryto.” Tak, maszyna to wytwór ludzkiego intelektu, owej kompulsywnej maszynki do myślenia, która tak często odłącza się od całości naszego życia psychicznego i uzurpuje sobie prawo do autonomicznego istnienia.

Zakończę te krótkie rozważania przytaczając po raz kolejny na tym blogu moją ulubioną taoistyczną przypowieść pochodzącą z Prawdziwej księgi południowego kwiatu Czuang-tsy: „[Uczeń Konfucjusza] Tsy-kung pojechał na południe do kraju Cz’u. w drodze powrotnej do Tsin przejeżdżając przez Han-in zobaczył starca pracującego w swoim ogrodzie. Kopał on rowki prowadzące do studni, z której glinianym dzbanem czerpał wodę, żeby ją do tych rowków nalewać. Choć ciężko się trudził, wyniki miał małe. [Widząc to] Tsy-kung powiedział: ‘Istnieje do tego przyrząd, który jeden dzień nawadnia sto zagonów. Siły używa się bardzo mało, wyniki są bardzo duże. Czybyś, mistrzu, nie chciał [mieć czegoś takiego]?’ Ogrodnik wyprostował się i spojrzał na Tsy-kunga: ‘W jaki sposób to działa?’ – ‘Wycina się z drzewa dźwignię z tyłu ciężką a przodu lekką, która podnosi w górę zaczerpniętą wodę, wylewającą się jak kipiący wrzątek. Nazywamy to pompą.’ Ogrodnik z oburzenia aż się zmienił na twarzy i uśmiechając się złośliwie powiedział: ‘Słyszałem od mego mistrza, że ludzie mający przemyślne przyrządy z konieczności przemyślnie prowadzą swoje sprawy, a postępując przemyślnie muszą mieć serca przemyślne. A kiedy podstępne serce tkwi w piersiach, to pierwotna szczerość nie może być całkowita, a kiedy czysta szczerość nie jest całkowita, to siły żywotne nie są utwierdzone. Kiedy siły żywotne nie są utwierdzone, to duch jest chwiejny. Kiedy duch jest chwiejny, wtedy nie ma miejsca na tao. Nie znaczy to, żebym nie wiedział o takich narzędziach, ale wstydzę się ich używać.’”

Cytat Browna zaczerpnąłem w wykładu Dennisa Meadowsa „Granice wzrostu. Upadek cywilizacji?”:

O „teologii” klimatycznej

Profesor Tadeusz Gadacz umieścił ostatnio na Facebooku ciekawy wpis: „Ekologia jest ideologią, tak głoszą niektóre środowiska katolickie. Co jest zatem przyczyną ostrych zmian klimatu? Niedawno usłyszałem odpowiedź: Bóg odchylił oś Ziemi. To odchylenie powoduje zmiany klimatyczne. Nie są one jednak niebezpieczne, wręcz przeciwnie. Topniejące lodowce odsłonią nowe bogactwa naturalne, by człowiek nadal mógł czynić sobie Ziemię poddaną”. Trudno nawet nazwać owe słowa o boskiej interwencji odchylającej oś ziemską jakimś błędem myślowym. To raczej swego rodzaju błąd systematyczny, znany od ponad stu lat pod nazwą „Bóg od zapychania dziur”. Błąd ów polega na tym, że tłumaczymy zjawiska dotąd niewyjaśnione przez naukę interwencją Boga. W przytoczonym przykładzie mamy wszelako do czynienia z ciekawą modyfikacją tego błędu – autor przytoczonych słów wydaje się bowiem uznawać wyniki badań naukowych dotyczących topnienia lodowców, ale jako przyczynę podaje boską wolę, a nie czynnik ludzki.

Tłumaczenie wszystkiego wolą bożą ma dwojakie oblicze. Z jednej strony pozwala zaakceptować to, co spotyka nas w życiu, choćby by były to najgorsze rzeczy, zgodnie ze słowami z księgi Izajasza (45,7): „Ja tworzę światło i stwarzam ciemność, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę”. Tu Bóg jest stworzycielem wszystkiego i człowiek wierzący weń zyskuje jakiś rodzaj pociechy. Z drugiej strony jednak wiara w Boga pozwala odrzucać wszelkie niedogodności w imię egoistycznych, aż nazbyt ludzkich potrzeb. Tak jest w przytoczonej przez Gadacza wypowiedzi. Jej autor ma dosyć płaskie pojęcie Boga, pojmuje Go jako istotę, która dba tylko o potrzeby ludzi i aranżuje rzeczywistość wedle tych potrzeb. Jego Bóg to jeno wytwór antropocentrycznej wyobraźni, co jest nader powszechnie spotykaną dolegliwością wśród osób wierzących.

Co to ma wspólnego z obecnymi debatami na temat klimatu? Ano tyle, że nawet bez wciągania Boga w te dysputy wielu znajduje różnego rodzaju zastępniki czynnika ludzkiego, twierdząc, że „zamiany klimatu są cykliczne” i „zawsze tak było”. Tak, cykliczność przemian to najbardziej powszechny ersatz Boga. Niektórzy wierzą, że wszelkie zmiany są dziełem Boga. Są też tacy, którzy w zmianach – oczywiście cyklicznych – widzą boga. Perspektywa „teologiczna” zawsze będzie obecna w dyskusjach klimatycznych, gdyż dotyczą one podstawowej kwestii egzystencjalnej, być albo nie być ludzkiej cywilizacji. A ta nie istnieje bez jakieś formy religii. W miarę wzmagania się kryzysu klimatycznego można zatem spodziewać się coraz bardziej gorących dyskusji „teologicznych”.

Carl Gustav Jung

W cyklu wpisów o postaciach będących dla mnie inspiracją nie może zabraknąć Carla Gustava Junga. Jego dzieło było tym, co najbardziej przyczyniło się do ukształtowania mojego światopoglądu. Czy jednak krótka notka może cokolwiek oddać z rozmachu jego prac? Oczywiście nie. Mogę jednak przytoczyć jedno zdanie, rozpoczynające Wspomnienia, sny, myśli, które moim zdaniem oddaje to wszystko, co chciał powiedzieć przez całe swoje życie w dziesiątkach napisanych przez siebie tomów: „Moje życie jest historią samourzeczywistnienia się nieświadomości”. To stwierdzenie można odnieść nie tylko do Junga, bo dotyczy ono każdego człowieka. Chociaż w jego przypadku efekty były zaiste ciekawe: szwajcarski mieszczanin o wyglądzie pruskiego oficera, syn protestanckiego pastora, stał się prorokiem nieświadomości, zgłębiającym heretyckie pisma gnostyków i tajemne traktaty alchemików. Urzeczywistnienie nieświadomości to trwała przemiana osobowości, czyli to, co jako jedyne może nam pomóc żyć tym życiem.

Każdy z nas wyłania się w swoim kształcie umysłu z tego, co nieznane, z tego co Jung nazywał nieświadomością. Jedni wyłaniają się bardziej, inni mniej, a większość prawie w ogóle. Ci, którym się to udaje robią to dzięki symbolicznemu ujmowaniu treści swojej świadomości. Jak napisał Jung: „Jedynie przez doświadczenie rzeczywistości symbolicznej człowiek może odnaleźć drogę powrotną do świata, w którym nie będzie dłużej już kimś obcym”. I to jest istota jego przesłania: powrót do świata, odnalezienie swojej duszy, symboliczne i mitologiczne postrzeganie rzeczywistości, tak jak od zawsze to ludzie czynili. To dla mnie najważniejsza nauka, którą zaczerpnąłem od Junga.

O chorym społeczeństwie

Swoją przedmowę do zbioru wykładów Ericha Fromma zatytułowanych Patologia normalności Reiner Funk rozpoczyna od znamiennych słów: „Na początku lat 50. Erich Fromm zajął się intensywnie zagadnieniem, czy człowiek żyjący we współczesnym społeczeństwie przemysłowym jest jeszcze zdrowy psychicznie”. Do jakich konkluzji doszedł Fromm? W Zdrowym społeczeństwie, książce napisanej w 1955 roku, stawia tezę, że chora może być kultura jako całość. I to nie jakaś wyizolowana kultura, ale ta konkretna, która obecnie zdominowała większość planety, czyli kultura zachodnia. Według Fromma: „Celem całego społeczno-gospodarczego rozwoju świata zachodniego jest wygoda materialna, względnie równy podział bogactwa, stabilna demokracja i pokój,w krajach zaś, które się najbardziej zbliżyły, znajdujemy najpoważniejsze objawy braku równowagi umysłowej!” Od czasu gdy napisał te słowa minęło 65 lat. Jeśli coś się zmieniło od tego czasu, to tylko na gorsze, czego najlepszym przykładem jest kryzys klimatyczny. Patologia normalności ludzi daje już efekty nie tylko psychiczne, ale i fizyczne, o czym Fromm nie mógł jeszcze wiedzieć, gdyż w czasie gdy pisał swoją książkę krzywe wykładnicze wzrostu dopiero ruszyły jak z kopyta.

Obecna sytuacja świata jest skutkiem planetarnego konformizmu, który trafnie zdefiniował Fromm:„Fakt, że miliony ludzi mają te same wady, nie czyni tych wad cnotami; fakt, że podzielają tyle błędnych przekonań, nie czyni tych przekonań prawdami; a fakt, że ludzie dzielą pewną formę patologii umysłowej z milionami innych ludzi, nie czyni ich zdrowymi”. Tak, dzisiaj to, co normalne jest patologiczne, bo przecież czymś normalnym jest konsumowanie, bez którego nie ma nieustannego wzrostu produkcji, PKB, zanieczyszczeń itd. W Patologii normalności czytamy: „Jedną z postaci współczesnej religii jest otaczanie czcią szczególnego bożka – bożka produkcji jako takiej”. Dzisiaj ten bożek ukazuje nam już swoje najciemniejsze oblicze.

Ludzi głoszących, że może być inaczej, że nie musimy oddawać hołdu owemu bożkowi oskarża się o bycie nienormalnymi. Jest to najczęstszy zarzut na przykład wobec Grety Thunberg. Uczestniczyłem niedawno w wymianie opinii na Facebooku na jej temat. Główne zarzuty, jakie padały wobec Grety to: „Jest chora psychicznie” i „Niech wraca do szkoły”. Tak, niech wróci, a wtedy szkoła wychowa ją na „zdrową” psychicznie, czyli dostosowaną do chorego społeczeństwa osobę, której jedynym sensem życia będzie konsumpcja. Ta patologia współczesnego świata niepokojąco przypomina uzależnienie od narkotyków czy alkoholu. Cóż, uzależnienie kończy się wtedy gdy jednostka albo umiera, albo dochodzi do przysłowiowej ściany i się zmienia. Ten drugi wariant jest jednak nader rzadki. W przypadku ludzkości koniec konsumpcyjnego uzależnienia będzie największą tragedią w jej historii. O ile nie po prostu jej ostatecznym końcem.

Our house is on fire

W książce Active Hope Joanna Macy, jedna z czołowych przedstawicielek głębokiej ekologii, przytacza słowa szefa straży pożarnej. Powiedział on, że gdy pali się budynek najbardziej zagrożeni są nie ci, którzy wpadają w panikę i szybko wybiegają na zewnątrz. Nie, o wiele bardziej są zagrożeni ci, którzy nie zdając sobie w pełni sprawy z niebezpieczeństwa próbują ratować swój dobytek i deliberują, co mają zabrać, a co zostawić. To kwestia tego, jak reagujemy na zbliżające się albo już obecne niebezpieczeństwo, kwestia tego, czy je dostrzegamy, czy panikujemy, czy też może mówimy sobie, że wszystko jest pod kontrolą. Dodatkowo okazuje się, że obecność innych ludzi nie zawsze nam pomaga w prawidłowej reakcji. Kierując się instynktem społecznym modelujemy swoje zachowania wedle postępowania innych ludzi, co czasem jest zabójcze.

Zbadali to psychologowie społeczni Bibb Latane i John Darley. W przeprowadzonym przez nich eksperymencie polecili oni badanym, by wypełniali długi kwestionariusz, podczas gdy pokój powoli zapełniał się dymem. Gdy osoby badane były same w pokoju, szybko uciekały. Gdy jednak obok byli współpracownicy badaczy, którzy spokojnie wypełniali swoje kwestionariusze, krztusząc się dymem, osoby badane także to czyniły – około 60 procent wytrzymywało do sześciu minut, kiedy to badacze wchodzili do pomieszczenia i „ratowali” tam obecnych. To dobrze znane zjawisko konformizmu, który w tym wydaniu powodował, że badani ryzykowali swoim życiem tylko dlatego, że inni nie reagowali paniką.

Konkluzja będzie krótka, bo czas nagli – niestety Ziemię zamieszkuje już 7,6 miliarda ludzi i wszyscy patrzą na innych, krztuszą się dymem, wypełniają mniej lub więcej bezsensowny kwestionariusz zwany życiem, albo rozważają jakie dobro sobie zapewnić, co zabrać ze sobą do grobu. A populacja dalej rośnie. Równowagę w liczebności gatunków w przyrodzie zapewniają drapieżniki. Homo sapiens nie ma naturalnego drapieżnika, który by ograniczył jego liczebność, całe szczęście ma jednak sam siebie. Czy to wystarczy do zmiany ludzkich zachowań? Joanna Macy, z typowym amerykańskim optymizmem, jest pełna nadziei, ale transformacja ludzkości, o której pisze w swoich książkach, będzie miała swój koszt.

O cywilizacyjnej bulimii

Ludzkość, jeśli ją pojąć jako całość, cierpi na dobrze znane zaburzenie, zwane bulimią albo – co jest jeszcze bardziej obrazowym określeniem – żarłocznością psychiczną. I nie chodzi tu tylko o miliardy zwierząt zjadanych co roku, chociaż tu liczby szokują. To około 90 miliardów zwierząt na rok. Co sekundę jest wytwarzanych i zjadanych prawie 10 ton mięsa, wołowego, wieprzowego i kurzego. Efektem jest to, że obecnie więcej ludzi umiera z przejedzenia niż z niedożywienia. Ogromne są także koszty klimatyczne hodowli zwierząt. To około 18% gazów cieplarnianych. Mógłbym te liczby mnożyć bez końca, ale to nic nie zmieni, bo te liczby nie docierają do naszych paleolitycznych mózgów, nastawionych na postrzeganie małych liczb. Konsumujemy na potęgę, przeżeramy powodowani żarłocznością psychiczną wszelkie zasoby Ziemi: biologiczne, mineralne, a nawet przestrzenne. Bulimiczny charakter naszego umysłu przejawia się nawet w sferze informacji: musimy być online, choćby po to, by poznać najnowsze, nikomu niepotrzebne planetarne plotki.

Kiedyś pewna młoda kobieta, cierpiąca na bulimię, opowiedziała mi swój sen. W tym śnie leżała w łóżku, a wszędzie wokoło było mnóstwo talerzy pełnych jedzenia. Wypełniały cały pokój. Jadła i wymiotowała. W takiej sytuacji jest obecnie ludzkość, przynajmniej w tych krajach, gdzie konsumpcja jest istotą życia. Każda wizyta w supermarkecie jest niczym sen owej kobiety. Jeśli tylko dysponujemy kartą kredytową (to najlepszy symbol hiperkonsumpcji), to możemy ze wszystkich półek/talerzy brać to, co nam się podoba. Jemy i wymiotujemy. Niby jesteśmy świadomi tego, że kredyt z owej karty będą spłacały nasze dzieci, ale czy to się liczy w obliczu możliwości niczym nieograniczonej konsumpcji teraz? Nie jest to w ogóle ważne, bo nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak nasze indywidualne wybory kształtują świat, w którym żyjemy. Konsumujemy nie zwracając uwagi na nic, a tym bardziej na przyszłe pokolenia. Jak mityczne lemingi dążymy ku krawędzi zagłady, mlaskając i czkając, przeżarci wszystkim, co zapewnia nam choćby najmniejszy zastrzyk dopaminy.

Współczuję moim studentom. Oni za trzydzieści parę lat będą w moim wieku, ale ich świat będzie całkowicie odmienny od tego, w którym ja żyłem i wzrastałem. Dziś myślą, że wszystko będzie tak jak teraz, że świat będzie może nawet lepszy, albo chociaż taki sam. Jest to naturalna postawa każdego młodego człowieka – chce on wejść w dorosłe życie zgodnie z regułami, które reprezentują dorośli. Niestety, dziś dorośli zawiedli, na całej linii. Przejedli świat, nic nie zostawiając swoim dzieciom. Czy zatem możemy się dziwić, że dzieci się buntują?