O pesymizmie raz jeszcze

Ostatnimi czasy do mych uszu dotarła wieść, że w pewnym kręgu zafunkcjonowało powiedzenie „czy zaraziłeś się pirógizmem?” To zapewne odnosi się do niektórych moich wpisów na blogu, racja, niezbyt wesołych, jak tu i w wielu innych miejscach, zwłaszcza gdy pisałem o kryzysie klimatycznym. Cóż, zawsze byłem przekonany, że jak czytam doniesienia naukowców, na przykład jak to, że roku 2019 znowuż wzrosły emisje CO2, to taka wiadomość nie jest zbyt wesoła. Fakt jest faktem, tylko jego konsekwencje są różnie oceniane. Moje oceny nie są wesołe i nie jestem w tym samotny. Ze swej strony mogę tylko powiedzieć, że od zawsze w moim życiu porządny pesymistyczny tekst, jakiegoś Schopenhauera czy innego Ciorana, podnosił mi nastrój. Słowem, im gorsze rzeczy czytałem, tym czułem się lepiej. Inni ludzie pewnie tak nie mają, muszą przyswajać motywujące ich teksty, takie kawałki dające nadzieję. Albo chociaż muszą coś robić, choćby to przypominało kadzenie umarłemu. Ja nigdy tak nie miałem.

Tu chciałbym przypomnieć pierwszą szlachetną prawdę buddyzmu, która szczególnie rezonuje z moim poglądem: „Świat jest cierpieniem”. Wedle Buddy uznanie tej prawdy jest początkiem drogi do zmiany. To podejście całkowicie pragmatyczne – jeśli chcesz coś zmienić, uznaj, że nie jest wesoło. Tak mocno i do głębi uznaj, że rzeczy mają się źle. Dopiero wtedy możesz ruszyć dalej. Płytki optymizm to chowanie głowy w piasek. Być może istnieje, nazwijmy to tak, głęboki optymizm, tak jak istnieje głęboka ekologia. Ale to już trudna sprawa, dla mądrzejszych ode mnie. W wymiarze społecznym wymaga ona bowiem wyjścia poza wartości hedoniczne, konstytuujące w całości naszą cywilizację. Nawet w kręgach ekologicznych są one cenione, bo jakże często pod płaszczykiem kontaktu z naturą czy tak zwanej dzikości szuka się tam tylko doznań zmysłowych. Czy człowiek jest zdolny do tego, by wyjść w tworzeniu swojego życia poza wartości hedoniczne? Moją odpowiedź czytelnik już może sobie wyobrazić.

O Robertach klimatu

Poznałem niegdyś mężczyznę imieniem Robert. Powiedział mi, że za młodu lubił wdawać się w gorące dyskusje. Intrygującą cechą tych dyskusji było to, że często oponował swojemu interlokutorowi nawet wtedy, gdy w skrytości swego umysłu przyznawał mu rację. Czynił tak, jak mniemam, z wielu różnych powodów: z młodzieńczej przekory, z chęci afirmacji swojego ego, z pragnienia męskiej rywalizacji – whatever. W tych dyskusjach nie interesowało go dotarcie do jakkolwiek pojmowanej prawdy, czy tym bardziej osiągnięcie porozumienia z przeciwnikiem. Nic poza samą adolescencyjną rywalizacją. Jak to trafnie powiedziała mi pewna mądra kobieta, o pięknym imieniu Alicja, tacy faceci są niczym podlotki. Ledwo to opierzone, nie ma skrzydeł, a chciałoby latać wysoko i dyskutować.

Gdy dziś czytam wypowiedzi niektórych osób negujących zmiany klimatyczne, przypomina mi się ów żałosny Robert. Zawsze mają oni na podorędziu wypowiedzi typu: „Już tak było” i tuziny innych mitów klimatycznych. Już kiedyś nie było zimy, już kiedyś były większe temperatury, już kiedyś było większe stężenie CO2 itd. itp. Na tym opiera się mentalność Robertów klimatu – przeczyć dla samego przeczenia. Oczywiście denializm klimatyczny, tak jak każde zjawisko, ma genezę wieloczynnikową. Ja tu tylko wskazuję na jedną z wielu możliwych przyczyn – niedojrzały umysł, spełniający się tylko w przeczeniu, pozbawiony wiedzy i doświadczenia, z lubością wykorzystujący najgłupszy chyba błąd myślowy, jakim jest argumentum ad ignorantiam.

Robertyzm cechuje moim zdaniem głównie młodych mężczyzn, którzy tak jak nie panują nad swoją fizjologią, zawracając nią w głowie głupim kobietom, tak samo nie panują nad intelektualną maszynką, którą mają w głowie. Większość Robertów zresztą nigdy nie dojrzewa, pozostają wiecznymi chłopcami, szukającymi ekscytujących przeżyć (co jest prawdą także w przypadku wspomnianego Roberta). A cóż może być bardziej ekscytującego niż infantylne trolowanie w internecie? Dobrym przykładem robertyzmu jest stwierdzenie, które ostatnio napotkałem w dyskusji pod jednym z blogów. Jego autor był zdania, że skoro naukowcy nie mają 100% pewności co do antropogenicznego pochodzenia globalnego ocieplenia to nie jest ono „udowodnione”. Typowy efekt działania maszynki intelektualnej, która wyprodukuje dowolne zdanie, byle tylko jej posiadacz zaspokoił swój robertyzm. Strzeżcie się Robertów klimatu i nie wciągajcie się w dyskusje z nimi. Szkoda czasu.

O przewidywaniach filozofa

Trzydzieści lat temu, w eseju Czy możliwa jest chrześcijańska apokalipsa? Leszek Kołakowski napisał : „Po kilkudziesięciu latach szybkiego wzrostu gospodarczego i zawrotnego tempa postępu technicznego przyzwyczailiśmy się do myśli: 1) że w przyszłości postęp ten będzie trwał w nieskończoność, tak iż każdy z nas będzie miał coraz więcej wszystkiego, co życie może ofiarować; 2) że każdy z nas zasługuje na na to, aby mieć coraz więcej dóbr, jakie tylko może sobie wymarzyć, jeśli zaś tak nie jest, to z powodu złej woli takiego czy innego wroga, którego przeto należy zniszczyć; 3) że każdy ludzki problem można w zasadzie rozwiązać w sposób techniczny. Otóż, owe założenia – wszystkie fałszywe – są niezwykle rozpowszechnione w chrześcijańskim świecie, gdy tymczasem duchowe siły, mające się im przeciwstawić, są nad wyraz słabe i mało skuteczne.”

Wypada podziwiać wnikliwość filozofa, który już trzy dekady temu dostrzegł to, co wielu i dziś nie chce zobaczyć. Wbrew potocznemu wyobrażeniu filozofia nie jest oderwana od życia, jest mu najbliższa, bo polega na uważnym obserwowaniu tego, co dzieje się na świecie i w ludziach. Ta uważność pozwoliła Kołakowskiemu postawić powyższą diagnozę. Jak pisze dalej, fałszywość pierwszego przyzwyczajenia okaże się jeszcze za życia obecnych pokoleń, co już zaczyna się sprawdzać. Przyzwyczajenie drugie spowoduje jego zdaniem frustrację i pociągnie za sobą konflikty i wojny. Także to puka już do naszych drzwi. Co do trzeciego przyzwyczajenia, to także się nie myli, mamy bowiem plany, by kryzys klimatyczny zażegnać geoinżynierią, albo by budować więcej elektrowni atomowych. To jakby diabła belzebubem wyganiać, bo zawsze powtarzam, że fraza „co technika spieprzyła, technika naprawi” jest jedną z najgłupszych w historii ludzkiej myśli. Kołakowski stawia pod koniec swego eseju pytanie o to, czy nie będziemy „zmuszeni zrezygnować z naszych aspiracji, powściągnąć apetyty”. Cóż, tak czy inaczej się to stanie. Czy to poprzez świadome działanie ludzi – co jest nader wątpliwe – czy też na skutek globalnego kryzysu ekonomicznego konsumpcja spadnie, spadnie też populacja, do czego bez wątpienia przyczynią się wojny, ulubiona rozrywka homo sapiens.

Moi drodzy czytelnicy, witam zatem w nowym roku, w pierwszym roku ostatniej dekady, ostatniej dekady cywilizacji takiej, jaką znamy. Wchodzę w szósty rok prowadzenia mego bloga, na którym ostatnio dużo piszę o kwestiach klimatycznych, bo to obecnie najbardziej gorący – nomen omen – temat filozoficzny współczesności. Obyś żył w ciekawych czasach, tak podobno mawiali Chińczycy. Żyję w bardzo ciekawych czasach i będą one coraz bardziej ciekawe. Będę towarzyszył tym czasom, komentował na blogu. Kto chce niech czyta, kto nie chce niech nie czyta. Będę dawał tu głos owym „duchowym siłom”, które mogą się przeciwstawić utopijnym mrzonkom współczesnych umysłów. Taką siłą jest głęboka ekologia, oferująca odmienne spojrzenie na ludzkość i dotykający ją obecnie kryzys. Będę o tym pisał w ciągu tego roku. Ale także będzie tu obecny mój pesymizm, który według mnie jest niczym innym, jak tylko realistycznym spojrzeniem na rzeczywistość, a zatem pragmatycznym narzędziem służącym temu, by wyzwolić się w przemożnej siły różnych iluzji, w tym głównie od naiwnego optymizmu spod znaku „jakoś to będzie”.

O -izmach

Ostatnio wielu wzburzyła wypowiedź abp. Jędraszewskiego o tym, że ekologizm to zagrożenie dla opartej na Biblii moralności i ideologia totalitarna. Zostawiam na boku wątek biblijny, bo już kiedyś o nim pisałem (tu). Szczególnie zainteresował mnie termin, który w swoich medialnych elukubracjach użył Jędraszewski, czyli ekologizm. Ten wybór językowy to oczywista próba uczynienia z ekologii kwestii czysto ideologicznej. Mamy przecież kapitalizm, socjalizm, faszyzm, kolonializm, rasizm, patriarchalizm, seksizm i dziesiątki innych -izmów, to dlaczego nie ekologizm? Nie dziwi mnie, że słowa tego użył przedstawiciel chrześcjianizmu ( bo przecież nie chrześcijaństwa), traktujący swoje poglądy jako ideologię właśnie. W głowach takich jak on ideologów nie ma bowiem ani śladu myśli, są tylko różne -izmy, liczmany będące ubogimi surogatami refleksji.

Ta mentalna choroba nie zaczęła się dziś, trwa od wieków. Rozmaite -izmy zawirusowały ludzkie umysły co najmniej od epoki Oświecenia, odbierając im zdolność myślenia. Jak mawiał Jung, miejsce bogów zajęły dziś konglomeraty pojęć, wtórnych wobec jakiegoś fundamentalnego przekonania, rządzącego umysłem wyznawcy. Każde takie przekonanie wydaje się być ufundowane na jakiejś wartości. Wszystkie -izmy służą jednak tak naprawdę tylko jednej „wartości”, a jest nią egoizm albo, bardziej podniośle, wola mocy. Czegóż więc innego oczekiwać po funkcjonariuszu arcyziemskiej instytucji, jaką jest kościół katolicki, niż właśnie używania -izmów? Służą mu one jako broń do zwalczania innych poglądów. Sam funkcjonariusz zdaje się nie zauważać, że jego własne słowa, napuszony doktrynalny żargon, to nic innego jak pseudointelektualne uzasadnienie istnienia i działań jego macierzystej instytucji, to tylko teksty budujące markę (brand) jego firmy. Korporacja religijna, jaką jest kościół katolicki, dzięki swej doktrynie podbudowuje swoją władzę polityczną, co jest jej jedynym celem. Już Adam Smith pisał: „Duchowieństwo każdego kościoła oficjalnego tworzy ogromną korporację”. Kościół katolicki to najpotężniejsza korporacja świata, zatrudniająca ponad 4,2 miliony pracowników.

Rozmaite -izmy są wyrazem zubożonej i jednostronnej świadomości współczesnego człowieka masowego, są sloganami, pasożytami umysłu, dzięki którym instytucje wprowadzają swoich członków w stan ograniczonej poczytalności, tym samym ich infantylizując, odrywając od rzeczywistości. Są niczym koszmarny sen owładający człowiekiem. Kontakt z rzeczywistością jest zastępowany przez iluzoryczną wiarę w jakąś ideologię. Dlatego człowiek masowy z ogromną chęcią znajduje w nich schronienie. A ideologom propagowanie swojego ulubionego -izmu daje władzę nad owieczkami. Chciałoby się tu przytoczyć przysłowie, zapewne ulubione dla rozmaitego sortu Jędraszewskich – i wilk syty i owca cała. Jednak w obecnej sytuacji zagrożenia klimatycznego takie praktyki ideologiczne są niczym innym jak kolejną cegiełką do końca ludzkości. Moim zdaniem jest to cegiełka najważniejsza. Ten świat wykończy egoiczne ograniczenie mentalne zwane potocznie głupotą, przybrane we wzniosłe słowa jakiegoś -izmu. Może jakiś geniusz pokroju Jędraszewskiego wymyśli na przykład naukowizm?

O transformacji rozpaczy

Ponad 150 lat temu Henry David Thoreau, przebywając w swej samotni  nad stawem Walden, napisał: „Większość ludzi prowadzi życie w cichej rozpaczy”. Dziś jego słowa są nie tylko ciągle aktualne, ile jeszcze bardziej prawdziwe. Dziś brak nam bowiem jeszcze bardziej tej podstawowej mądrości, którą ludzkość od zawsze czerpała z filozofii, a jak dodaje Thoreau: „Mądrość wyklucza kierowanie się w życiu rozpaczą”. Ale, jak zauważa Jean Paul Sartre: „Życie ludzkie zaczyna się po tamtej stronie rozpaczy”. A jeśli tak, co czym jest ono przedtem? Czyż nie jest obietnicą, że rozpacz nas nigdy nie dosięgnie? To wieczna obietnica płaskich religii i ideologii, które istnieją po to, by chronić swych wyznawców przed rozpaczą codzienności. Trzeba przejść przez rozpacz, by żyć. To, że w naszych czasach coraz więcej ludzi doświadcza rozpaczy rodzi zatem nadzieję. Jest to nadzieja na to, że ludzkość zacznie żyć prawdziwie. William James radził podobno osobom chcącym popełnić samobójstwo: „Najpierw przeczytaj jutrzejszą gazetę”. Czy dziś, w epoce internetu, wezwanie to ma jeszcze jakiś sens? Dziś zawołaniem jest wszak: „Wszystko teraz!” Rozpacz nie jest jednak stanem końcowym, ale punktem wyjścia. Dziś wielu ludzi rozpacza z powodu stanu naszej planety i tego, co z nią robią ludzie. Nie kierujmy się rozpaczą, ale rozpaczajmy, bo uczucia są jedynym sposobem transformacji naszej świadomości.

O mądrych kobietach

Olga Tokarczuk jest mądrą kobietą. Od ponad ćwierć wieku czytam jej książki, miałem okazję słuchać jej na spotkaniach autorskich, a teraz mogłem posłuchać jej fenomenalnej mowy noblowskiej. Mądrość to połączenie intelektu i uczuć, jak mówi Carl Gustav Jung, dobrze znany naszej noblistce. Owo połączenie zauważam nieustannie w jej książkach i wypowiedziach. Olga Tokarczuk jest dla mnie mądrą kobietą także ze względu na jej głębokie zaangażowanie w sprawy ekologii. Podsumowując swoją mowę noblowską powiedziała:„Wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią”. Te słowa to genialne podsumowanie głębokiej ekologii w jednym zdaniu. Świat jest żywy, bo jest jednością, jak każdy organizm. Człowiek jest częścią tego świata, małą jako jednostka, wręcz nieistotną, ale jako gatunek potężną. Głęboka ekologia daje nam takie widzenie świata, w którym potęga człowieka objawia się jako jego koegzystencja z całością życia.

Niestety dziś owa potęga manifestuje się tylko negatywnie, jako zdolność do samozagłady ludzkiej cywilizacji. A przecież można sobie wyobrazić ludzi nie jako niszczycieli samych siebie i całej przyrody, ale jako strażników i opiekunów świata. Tak by mogło być, gdyby byli mądrzy. Mają potencjał ku temu, niestety go nie wykorzystują. Najbardziej predysponowane do rozwinięcia tego potencjału mądrości są obecnie kobiety, łączące w sobie najdoskonalej inteligencję i uczucia – czy, jak mówi noblistka, czułość – co czyni je naturalnymi dzierżycielkami życia i istnienia. One wiedzą, jak słuchać świata i jak czerpać z tego słuchania mądrość. Mają zdolność do pielęgnowania wiedzy relacyjnej, charakteryzującej rozwiniętą kobiecość. Dlatego przyszłość należy do mądrych kobiet, czułych, ale też silnych w swoich poglądach i wiedzy. Ba! Nie tylko do nich należy, ale także od nich zależy, bo bez ich mądrości, bez czułości i rozumnej wiedzy relacyjnej nie przetrwamy. Tylko one mogą nam dać opowieść, która da ludzkości siłę nawet nie tyle do przetrwania, co do przezwyciężenia samej siebie.

O fantomatycznej maszynie świata

„Co jest realne? Jak zdefiniujesz rzeczywistość? Jeśli masz na myśli zmysły – to co czujesz, smakujesz, wąchasz lub widzisz – są to jedynie elektryczne sygnały interpretowane przez mózg” – w ten sposób Morfeusz wyjaśnia Neo względność pojęcia rzeczywistości w pierwszej części filmu Matrix. Stawiając tak sprawę Morfeusz okazuje się być zwolennikiem popularnej w filozofii nowożytnej koncepcji, zwanej teorią danych zmysłowych. Co najmniej od czasów Kartezjusza panuje bowiem w filozofii przekonanie, że bezpośrednio dane są naszej świadomości tylko idee, impresje czy też przedstawienia, że nie poznajemy świata zewnętrznego, który pozostaje dla nas na zawsze ukryty za zasłoną z idei, jak to ujął Richard Rorty.

Neurobiolodzy wskazują, że tworzony przez mózg obraz rzeczywistości nie jest wiernym odwzorowaniem świata, którego mózg ma być częścią. Nie chodzi tu tylko o rozmaitego rodzaju złudzenia zmysłowe i błędy percepcyjne, a raczej o to, że uświadamiamy sobie jedynie pewien wycinek świata zewnętrznego, że nasze zmysły dostarczają nam na raczej obrazów będących metaforami działania, niż odwzorowujących rzeczywistość. Rzecz dotyczy bowiem najbardziej podstawowego poziomu funkcjonowania ludzkiego umysłu i jego ewolucyjnego sukcesu. Na czym polega ewolucyjna skuteczność świadomości? Bez wątpienia wynika ona z jej kontrakcyjnego charakteru, czyli z jej umiejętności wybierania i następnie „streszczania” danych docierających z zewnątrz w porcje skodyfikowanych informacji zwanych danymi zmysłowymi. Świadomość operuje na nich, na wąskich fragmentach spektrów optycznych, dźwiękowych, zapachowych, smakowych. Funkcjonuje zatem raczej jako narzędzie selekcji, a nie wiarygodny świadek świata zewnętrznego, o czym pisał już Henri Bergson. Obraz świata dostarczany nam przez zmysły jest więc niczym innym, jak tylko konieczną iluzją adaptacyjną, narzędziem przetrwania. Nawiązując do słynnej metafory Alfreda Korzybskiego: znamy mapę, nie teren.

W dodatku owe obrazy świata tworzone przez nasze mózgi są zróżnicowane indywidualnie. Różni nas wrażliwość na kolory, dźwięki, nasze postrzeganie ogranicza szereg uwarunkowań kulturowych i osobistych – każdy z nas żyje w „pieczarze osobistej”, jak ujął to Francis Bacon w swej koncepcji idoli. Chociaż należy zauważyć, że czasem różnice indywidualne są jeszcze bardziej znaczące, np. jedna na 2000 osób jest synestetykiem. Tożsamość jakościowa świata, postrzeganego przez ludzi, jest w tej perspektywie tylko postulatem. Filozofia jest pełna metafor percepcyjnych – od jaskini Platona po teatr kartezjański. W ich tle tkwi przekonanie, podkreślane przez współczesną antropologię, że jesteśmy tylko małpami, nastawionymi na percepcję wzrokową.

Gdy Morfeusz walczy w symulatorze z Neo, próbuje oczyścić jego umysł ze złudzeń Matrixa, nauczyć go, że Matrixem rządzą reguły ustalone przez programistów, które jako człowiek może nagiąć i złamać. Neo pyta, czy w takim razie będzie mógł uchylać się przed kulami, a Morfeusz odpowiada, że gdy zrozumie do końca, kim jest, nie będzie musiał. Umysł człowieka może przekroczyć granice reguł, których wymaga program. Regułami, do których nagina się nasza świadomość, jest matrix doznań zmysłowych, to one tworzą maszynę fantomatyczną świata, w której żyjemy. Stanisław Lem rozpatrywał maszynę fantomatyczną w swej książce Summa technologiae, rozważając kwestie natury ontologicznej, pojawiające się wtedy, gdy mielibyśmy do czynienia z umysłem ludzkim całkowicie wtopionym w świat fantomatyczny. Jak słusznie zauważa, problemem staje się wtedy określenie tożsamości podmiotu poddanego władzy maszyny kreującej sztuczną rzeczywistość. A kim jesteśmy my, żyjący w świecie wykreowanym przez nasze zmysły?

Jednak w zmysłowej maszynie fantomatycznej ludzkiej świadomości jest jakiś ukryty feler. Wytworzyła ona naukę i technikę, które spotęgowały zjawiska dysfunkcji ludzkiego umysłu do tego stopnia, że ludzkość może nie przetrwać przez następne dekady. Czy można to zmienić? To odwieczne marzenie ludzkości. Dla wielu odpowiednikiem czerwonej pigułki z Matrixa jest doświadczenie mistyczne albo psychodeliczne. Zdaniem Platona, aby być prawdziwym człowiekiem trzeba wyjść z jaskini – zderzyć się z rzeczywistością wykraczającą poza obrazy zmysłowe. Bez wątpienia nasza świadomość jest swego rodzaju wirtualną rzeczywistością, wygenerowaną przez tysiąclecia rozwoju ludzkości. Gdy jednak traktujemy ją jako źródło kolejnych rzeczywistości, jak to dzieje się obecnie, obraca się przeciw nam.

O COP 25

Psycholog James Hillman napisał ponad ćwierć wieku temu książkę pod tytułem Mamy sto lat psychoterapii i świat ma się coraz gorzej. Nie chcę tu pisać o psychoterapii, tytuł książki Hillmana posłuży mi tylko jako analogia. Możemy bowiem dzisiaj powiedzieć: jutro zaczyna się kolejny szczyt klimatyczny w Madrycie, COP 25, a świat ma się coraz gorzej. W konferencji weźmie udział około 25 tysięcy delegatów z blisko 200 państw świata. Podebatują i się rozjadą. Od ponad ćwierć wieku ludzie debatują nad końcem swego świata, ale nie daje to żadnych wyników. Podejmowane postanowienia, jak te z Kioto czy Paryża, pozostały na papierze. W przypadku obecnego szczytu także nie ma żadnych nadziei na przełom. Wszystko zostanie odwleczone do kolejnych spotkań – COP 26, COP 27, COP 28… aż do tego ostatniego, które już się nie odbędzie.

Dziesięć lat temu naukowcy wymienili trzynaście punktów krytycznych dla klimatu Ziemi. Ich przekroczenie grozi katastrofą klimatyczną. Ostatnio w piśmie Nature podali, że dziewięć z nich już się uaktywniło. Są to: częste susze wyniszczające amazońskie lasy deszczowe; zmniejszenie zasięgu lodu morskiego w Arktyce; osłabienie cyrkulacji wód w Atlantyku; pożary i plagi szkodników niszczące lasy borealne; wymieranie Wielkiej Rafy koralowej; topnienie pokrywy lodowej Grenlandii; topnienie „wiecznej” zmarzliny; nasilone topnienie pokrywy lodowej w Antarktydzie Zachodniej; nasilone topnienie pokrywy lodowej w Basenie Wilkesa w Antarktydzie Wschodniej.

No, nie jest wesoło. Pozostało jeszcze parę punktów, jak niedotlenie oceanu czy też moje ulubione hydraty metanu. Zresztą, czy wymienimy trzynaście czy piętnaście punktów, wszystko wskazuje na to, że za kilka lat już je przekroczymy. Nie znamy ponadto wszystkich możliwych sprzężeń zwrotnych, które mogą doprowadzić w ciągu najbliższych lat do znaczącej akceleracji globalnego ocieplenia. Pomimo tego ludzkość nie robi nic by uniknąć samozagłady. Bez wątpienia przeminie obecna postać świata i spodziewam się niestety, że tego dożyję, a już na pewno doświadczą owego przemijania młodsi ode mnie. Pomimo starań naukowców i wielu ruchów aktywistycznych poziom refleksji, jak też idących za nią ewentualnych osiągnięć w przeciwdziałaniu kryzysowi klimatycznemu, jest zatrważająco niski. Ludzkość kontynuuje swoją egzystencję wedle starych wzorców. Do nielicznych docierają słowa, które znalazłem w książce o Grecie Thunberg Sceny z życia rodzinnego: „Uczta się skończyła. Zabawa dobiegła końca”.

O paradoksie Fermiego i samobójstwie planetarnym

W 1950 roku słynny fizyk Enrico Fermi, noblista w wieku 37 lat i współtwórca pierwszego reaktora jądrowego (uruchomiony w Chicago w 1942 roku), miał się wdać w z rozmowę z kilkoma przyjaciółmi, również naukowcami światowej klasy (wśród nich był na przykład Edward Teller, twórca bomby wodorowej) dotyczącą problemu UFO. Po rozmowie Fermi miał zapytać sam siebie: „Gdzie oni są?” To pytanie jest znane jako paradoks Fermiego, polegający na tym, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa możemy oczekiwać powstania wielu cywilizacji pozaziemskich, a tymczasem brak jakichkolwiek obserwowalnych śladów ich istnienia. Oczywiście poza tymi, jakie podsuwają entuzjaści UFO.

Jedną z odpowiedzi na paradoks Fermiego jest teza, że cywilizacje, które osiągnęły odpowiedni poziom technologiczny, który by je uprawniał do kontaktu z innymi cywilizacjami, giną jednak wcześniej wskutek rozwoju własnych technologii. Z ewolucyjnego punktu widzenia samozniszczenie może być paradoksalnym rezultatem sukcesu odniesionego w tymże procesie ewolucyjnym. Ta teza nawiązuje bezpośrednio do tego, co obecnie dzieje się na Ziemi. Rozwijająca się na tej planecie od kilku wieków cywilizacja technologiczna doprowadziła do oczywistego postępu pod względem jakości życia i konsumpcji, ale zarazem sprowadziła na ludzkość ogromne zagrożenie. Kryzys klimatyczny grozi końcem cywilizacji takiej jaką znamy, a być może nawet końcem istnienia ludzi, co przewidują najbardziej pesymistyczne scenariusze. Profesor Michał Heller zapytany o inteligentne życie w kosmosie miał odpowiedzieć: „Mam wątpliwości czy życie inteligentne istnieje nawet na naszej planecie”. To, co obecnie dzieje się na tej planecie niestety potwierdza jego słowa. Rozwój technologii jest swego rodzaju planetarnym samobójstwem, porównywalnym do sytuacji gazowego samobójstwa, gdy zamykamy się garażu, w którym stoi samochód z włączonym silnikiem.

Niektórzy podniecają się racjonalnością ludzi. Ja uważam, że racjonalny jest tylko ten gatunek, który jest zdolny do sensowego, adaptacyjnego działania w swoim środowisku. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy ten gatunek dostosowuje się do otoczenia, przekształcając siebie zgodnie z wymaganiami środowiska. My natomiast uparliśmy się by to środowisko przekształcać wedle naszych najniższych instynktów. Stworzyliśmy technikę po to, by prowadzić życie przyjemne i bezbolesne. Jedynym wszakże sposobem na osiągnięcie tego celu jest pacyfikacja przyrody. A takie próby kończą się ekstynkcją gatunku, który ją podejmuje. Uważamy się za coś odrębnego od całości życia, za wyjątkowy gatunek, uświęcony inkarnacją boga i zdolnością do oświecenia. Niestety jesteśmy tylko zwierzętami z przerośniętą ego-świadomością i zdegenerowanymi emocjami. Jak napisała niegdyś Rachel Carson: „Człowiek jest częścią przyrody, więc jego walka z naturą jest nieuchronnie walką z samym sobą”. Właśnie teraz w tej walce ponosimy klęskę. Emisje gazów cieplarnianych rosną, rośnie konsumpcja, rośnie populacja – czy naprawdę jesteśmy gatunkiem inteligentnym? Wątpię. Jak to ujął James Lovelock, twórca hipotezy Gai:„Nie myślę, że wyewoluowaliśmy wystarczająco, żeby ogarnąć tak kompleksową sytuację, jak zmiana klimatu. Inercja ludzi jest tak wielka, że nie możesz zrobić nic, co ma znaczenie”.

O winie klimatycznej

Ostatnio przeczytałem swoisty pean na cześć poczucia winy, winy klimatycznej. Napisany został przez znanego w kręgach katowickiego psychologa i ekologa Ryszarda Kulika. Poczucie winy klimatycznej prowadzi wedle niego do zachowań prospołecznych i prośrodowiskowych. Można się z tym do pewnego stopnia zgodzić. Pisze: „Masz poczucie winy? To dobrze, bo to świadczy o twojej wrażliwości i daje ci energię do działania”. Jak jednak zaraz dodaje: „No, chyba że poczucie winy zostanie wyparte przez wstyd. To jest bardzo podobna emocja, ale ma zgoła inne konsekwencje. Gdy ogarnia nas wstyd, mamy ochotę zapaść się pod ziemię. Wstyd jest sygnałem, że został naruszony obraz własnej osoby. Zaczynamy myśleć o sobie źle, oceniamy siebie i wyrzucamy sobie, że nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy być”. Wstyd jego zdaniem donosi się do tego czym jesteśmy, poczucie winy – do naszych zachowań. Takie rozróżnienie jest robieniem gęby wstydowi i chwaleniem prospołecznego podobno poczucia winy. Wstydem się tu nie zajmuję, więc to rozróżnienie pozostawię bez komentarza. Autor zajmuje się też tym, co nazywa winą polityczną. Tu jest prosto – lewicowe podkreślanie winy systemowej ma prowadzić do „rozgrzeszania” z osobistego poczucia winy klimatycznej, bo winny jest kapitalizm, a nie indywidualni konsumenci. Prawica ma odwrotnie – najczęściej odrzuca naukowe diagnozy o kryzysie klimatycznym w imię prywatnej inicjatywy gospodarczej.

Tyle poglądy autora. Tymczasem moim zdaniem by uzyskać rzeczywisty obraz sytuacji trzeba odróżnić winę aktywną i winę bierną. W przypadku winy aktywnej czujemy się winni wtedy, gdy zawinimy, gdy zrobimy coś, na przykład gdy zranimy kogoś nam bliskiego. To wina aktywna, był czyn i jest poczucie winy. Tylko wina aktywna może zaowocować odpowiednią aktywnością, tylko w tym przypadku stojąca za nią energia może ulec transformacji. Początkiem tej transformacji jest coś, co możemy nazwać skruchą i idącym za nią poczuciem odpowiedzialności. Poczucie winy jest tylko symptomem, niczym ból komunikujący nam, że coś jest w nieporządku z naszym ciałem. Samo w sobie nie ma ono nic pozytywnego. Dopiero skrucha, czyli skruszenie ego, świadcząca o pozbyciu się poczucia winy, może dać pożądane wyniki. Tego elementu zabrakło niestety w przenikliwej jak by się wydawało analizie psychologa.

Jest też wina bierna – i taka jest dla większości ludzi wina klimatyczna. Pojawia się ona się wtedy, gdy uświadomimy sobie, że to co robimy na co dzień, prowadząc normalne życie, czyli kupując produkty w sklepach, jeżdżąc autem, budując dom, zużywając wodę, jedząc mięso, po prostu konsumując zgodnie z powszechnie uznawanymi dziś standardami społeczeństwa, w którym żyjemy. I nagle dowiadujemy się, że nasze zachowania zostały ocenione przez innych (naukowców badających wpływ cywilizacji na zmiany klimatyczne i aktywistów) jako coś negatywnego. Może to wzbudzić winę, winę bierną, bo przecież niczym świadomie nie zawiniliśmy. Można ją też nazwać winą systemową. Ludzie, którzy mogliby ją poczuć, o ile im się to uda, uświadomią sobie tylko tyle, że jej źródłem jest ich życie wedle reguł i zasad całego społeczeństwa, postępowanie wedle ogólnie przyjętych norm kulturowych. Nic dziwnego, że bierne poczucie winy szybko gasi płytka ekologia, polegająca na przysłowiowym nieużywaniu plastikowych słomek do picia albo powszechny dziś greenwashing. Nie prowadzi ona do transformacji. Można oczywiście, zgodnie z zaleceniami autora tekstu, zacząć totalnie zmieniać swoje nawyki konsumpcyjne, czyli praktycznie wypisać się ze społeczeństwa. Ale to jest niemożliwe dla 99% populacji. To tak nie działa. Poczucie winy jest wprawdzie warunkiem koniecznym, ale zarazem całkowicie niewystarczającym, do zmiany zachowań. Może także pozostać najdoskonalszym usprawiedliwieniem naszej dotychczasowej egzystencji.

Autor tekstu wydaje się przy tym grać na indywidualnym poczuciu winy: „Dobrze jest jednak zacząć od siebie. Przede wszystkim dlatego, że to tutaj, w moim wnętrzu rodzi się poczucie winy”. Wyciąga wniosek, jakże oczywisty: Skoro ja mogę, to mogą też inni. Nie zauważa jednak, że transformacja zachowań, do której doszło w jego przypadku, byłaby możliwa tylko wtedy, gdybyśmy winę bierną przekształcimy w winę aktywną, a następnie poczulibyśmy skruchę i wypisali się ze społeczeństwa z jego chorymi normami. Czy ten akt wypisania się jest w ogóle możliwy dla większości populacji? Czy nie korzystamy z prądu uzyskanego przez spalanie węgla? Czy nie poruszamy się samochodem jadąc na warsztat ekologiczny? Czy nie używamy rzeczy, które mają spory ślad węglowy? Może tylko pustelnik w bacówce w górach spełniłby te wymagania. Poczucie winy wprawdzie rodzi się w jednostce, ale jest wyrazem jej relacji ze społeczeństwem. Najważniejsze jest jednak wyjście z niej, co rzeczywiście jest aktem indywidualnym, ale skutecznym tylko w przypadku winy aktywnej.

Tu link to tekstu: https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35055,25388038,czujesz-sie-winny-destrukcji-srodowiska-to-bardzo-dobrze.html?fbclid=IwAR0okTUCFLTe2lIH4pdws55P1xKpTN5HMfpGqo620FGm82Ne3Y0yYKEY1ZU