O tym, że nie zawsze dobro i prawda zwycięża

Mahatma Gandhi oparł swoją aktywność społeczną i polityczną na filozofii jogi, której dwoma wyjściowymi zasadami są ahinsa i satja. Ahinsa to niekrzywdzenie, działanie bez przemocy, satja to prawda. Jeszcze w czasie pobytu w Afryce Południowej zapoczątkował działania, którym nadano nazwę satjagraha, co można przełożyć jakotrwanie przy prawdzie”. Opierały się one na przekonaniu, że człowiek trwający w prawdzie jest niezłomny i ma siłę, by przeforsować swoje stanowisko, nie żywiąc nienawiści do przeciwnika. Gandhi odniósł sukces, jego wieloletnie starania doprowadziły do niepodległości Indii, choć nie obyło się bez ofiar. W czasie II wojny światowej zainicjował ruch przeciwny udziałowi Hindusów w wojnie i żądający, by Brytyjczycy opuścili jego kraj (tzw. Quit India). Wywołało to prześladowania, aresztowania i tysiące ofiar. Skutki wyodrębnienia się Pakistanu i Bangladeszu były jeszcze bardziej tragiczne. Jednak zapytany w czasach II wojny światowej o  możliwość zastosowania jego metody walki bez przemocy po to, aby zakończyć zmagania wojenne z Niemcami odpowiedział: „To pomaga tylko wtedy, gdy walczysz z Brytyjczykami”.

Czas między dziewiętnastym a dwudziestym drugim rokiem swego życia spędził w Anglii, co dało mu możliwość dobrego poznania mentalności Brytyjczyków. Wiedział więc, co mówi. Jego słowa wyrażają fundamentalną myśl, że nie zawsze i nie we wszystkich warunkach szczytne zasady i prawe założenia mogą prowadzić do zamierzonych celów. Nasze działanie zawsze zależy od szeregu niezależnych od nas czynników, a jego skuteczność i konsekwencje nie prostym wynikiem odczuwanej przez nas absolutnej słuszności. Wręcz przeciwnie – gdy ktoś jest przekonany, że jest w pełni prawy i dobry, a racja jest wyłącznie po jego stronie, wtedy najczęściej zdąża prostą drogą ku porażce. Mądrość, która realizuje się w działaniu, polega na wnikliwym rozpoznaniu charakteru rzeczywistości i stosowaniu środków odpowiednich do jej natury.

O nieuchronności podziałów

Najprostszym sposobem uzyskania tożsamości jest przynależność do jakieś grupy. Czy to będzie plemię, czy gang czy też naród albo partia, jeśli tylko przynależę do grupy, to wiem, kim jestem. Mogę z dumą powiedzieć, że jestem członkiem tej grupy, że istnieje jakieś „my” nadające mi autoidentyfikację. Jednak zawsze jeśli są jacyś „my”, to pojawiają się też „oni”. Urzeczywistnienie z założenia pięknej i podniosłej idei wspólnoty, uznania wartości jednostki i pomocy wzajemnej prowadzi do nieuchronnego podziału na „my” i „oni”. Jeśli manifestuję przynależność do mojej grupy, tym samym odcinam się od innej i czynię jej członków swoimi wrogami. Dobrze wiadomo, że wskazanie wroga jest najprostszym sposobem doprowadzenia do konsolidacji zbiorowości i do zapewnienia satysfakcji jej członków, płynącej z odkrycia „osobistej” tożsamości. By poczuć się jednością z moją grupą muszę zatem zawsze wykluczyć z niej jakiś „innych”. Im silniej nienawidzę „innych”, tym silnej odczuwam więź ze „swoimi”.

Podział na „my” i „oni” sięga swoimi korzeniami naszych zwierzęcych przodków. Badacze prymatów opisują podział grupy szympansów na dwie mniejsze, pomiędzy którymi dochodziło potem do walk i zabójczej przemocy. Na tyle, na ile pozostajemy biologicznymi i emocjonalnymi spadkobiercami naszych zwierzęcych przodków, to taka dynamika jest także nieuchronna w życiu społecznym człowieka. W przypadku silnej polaryzacji, podobnej do tej, jaka obecnie rysuje się Polsce, nie ma zatem dobrych rokowań. Najbardziej wzniosłe słowa i odezwy nie pomogą, nie zmienią naszej natury. Ba, są często głosami wbrew tej naturze, jak chrześcijańskie „miłujcie waszych nieprzyjaciół”, doskonale nieskuteczne od dwóch tysięcy lat. Czy można wobec tej spektakularnej nieskuteczności dziwić się, że wypowiadane dziś słowa wzywające do zgody rozpływają się jak poranna mgła, gdy wschodzi słońce grupowej nienawiści?

Grupowa tożsamość ma bowiem ogromną wadę – pozwala na uniknięcie osobistej odpowiedzialności. W imię przynależności, ulegając prawom konformizmu, mogę uczynić największe zło. Przyjmując tożsamość grupową ulegam deindywidualizacji, wyrzekam się siebie jeszcze nim mogłem siebie poznać, odrzucam dążenie do samoświadomości chroniąc się w zbiorowym „my”. Nie mogę „kochać bliźniego swego”, jeśli nie wiem, kim jestem i nie kocham siebie. Dopóki ludzie szukają swego „ja” garnąc się jak nastolatki do afirmującego je otoczenia, dopóty ludzkość będzie wstrząsana plemiennymi walkami i nawet w najbardziej demokratycznych społeczeństwach fundamentem porządku społecznego będzie podział na „my” i oni”.

Grupa daje bezpieczeństwo, znalezienie oparcia w sobie daje wolność. Te dwie wartości są nie do pogodzenia. Są jak wahadło, które wychyla się raz ku jednej, raz ku drugiej skrajności. Poszukiwanie bezpieczeństwa owocuje podziałem i konfliktami wewnątrz społeczeństwa. Poszukiwanie indywidualnej wolności grozi alienacją i wykluczeniem, prowadzi potencjalnie do obarczenia jednostki problemami ponad jej siły. Te przeciwieństwa budują nieubłaganą dialektykę ludzkiej natury, od której nie możemy uciec. Większość społeczeństwa wybiera bezpieczeństwo grupowej przynależności, co prowadzi jednak do podziałów. Droga osobistej odpowiedzialności, odnalezienia oparcia w sobie wbrew zakusom tłumu, jest trudna i rzadko wybierana. Zgoda może jednak zaistnieć tylko pomiędzy tymi jednostkami, które nie poszukują swej tożsamości w zwierciadlanym tłumie sobie podobnych, lecz wydobywają ją ze swego wnętrza.

O ekomodernizmie Pinkera

W swej najnowszej książce Nowe Oświecenie. Argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem Steven Pinker ogłasza, że idee i wartości Oświecenia mają się dobrze. Dobrze ma się także ludzkość, ba, najlepiej jak dotąd w dziejach. I to wszystko dzięki kultywowaniu postępu technicznego opartego na wiedzy naukowej. Nie będę pisał o całej książce, skupię się tylko na jednym z jej rozdziałów, zatytułowanym „Środowisko”. W szeregu innych rozdziałów Pinker obficie argumentuje na rzecz tezy, że jesteśmy świadkami ogromnego postępu z takich dziedzinach jak: zdrowie, bogactwo, pokój, bezpieczeństwo, demokracja, szczęście, jakość życia itd. A co ze zmianami klimatycznymi, które są pochodzenia antropogenicznego przecież i stanowią realne zagrożenie dla cywilizacji? Tu Pinker też ma rozwiązanie i optymistyczne wieści. Odrzuca pesymizm takich aktywistów jak – wymienieni przez niego jednym tchem – Al Gore, Unabomber i papież Franciszek (takich zabiegów retorycznych jest nieprzyzwoicie dużo w tej książce). To według niego qausi-religijna ideologia i przeciwstawia jej swoje podejście, które nazywa ekologią oświeceniową, znaną też jako ekomodernizm lub ekopragmatyzm. Jej główne założenie to twierdzenie, że problemy ekologiczne były i są nieuniknione w procesie postępu ludzkości, ale zostaną rozwiązane dzięki technologii. Podaje mnóstwo przykładów, że tak było w przeszłości, a zatem tak będzie też w przyszłości. Tamiza jest czysta, a Londyńczycy nie umierają z powodu smogu, rosną obszary chronione, a tankowce z ropą rzadziej toną – to tylko tak dla przykładu.

Dobrze, ale co z emisjami dwutlenku węgla, która nieustannie rosną? Pinkerowi ten fakt wyraźnie ciąży. Posuwa się nawet do taniego zabiegu, zamieszczając wykres wskazujący, że emisje w latach 2014 – 2015 nie rosły. Wykres kończy się oczywiście na roku 2015, a książka pochodzi z roku 2018. Doprawdy nie wiem, po co mu takie wybieranie wisienek. W walce o zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i uniknięcie najgorszych rezultatów globalnego ocieplenia Pinker wytacza trzy armaty. Pierwsza, najmniejsza, to podatek węglowy. Druga to energetyka jądrowa. Tu jego nadzieja technologiczna opiera się na reaktorach trzeciej i czwartej generacji. Szczególnie zachwala te ostatnie jako wspaniałe antidotum na wszelki lęki związane z energetyką jądrową. Pozostają one jednak na razie w fazie projektów eksperymentalnych. Skromnie napomyka o fuzji jądrowej jako już jaśniejącej na horyzoncie. Taktownie nie przekracza granicy rozsądku naukowego i nie mówi o zimnej fuzji, co kiedyś w eseistycznym ferworze uczynił pewien polski ekomodernista. Jeśli te dwie armaty nie wypalą, co jest nader prawdopodobne, wtedy Pinker ma w zanadrzu trzecią, ultymatywną armatę geoinżynierii. Mamy tu mnóstwo możliwości. Oprócz gazyfikacji węgla czy wprowadzania emisji z kominów do skorupy ziemskiej także ulubione pomysły geoinżynierów: rozpylanie w atmosferze rozmaitych substancji chemicznych, wiążących dwutlenek węgla albo obniżających ilość promieniowania słonecznego dochodzącego do powierzchni Ziemi.

W sumie mamy do czynienia z wizją zamykającą się w haśle: „Nie ma problemów, których by nie rozwiązała nauka i technika”. Zmiany klimatyczne też są takim problemem, z którym nauka i technika może, według Pinkera, sobie poradzić jeszcze w ciągu tego wieku. Tkwi za tą opinią ukryte założenie, że dalszy rozwój technologii nie spowoduje jeszcze większych zagrożeń dla życia na Ziemi. Żyjemy zatem z wyjątkowym okresie przejściowych trudności, a za powiedzmy dwieście lat ludzkość czeka technoraj, w którym wszystkie technologie będą czyste i nieszkodliwe dla ludzi oraz środowiska. Tymczasem każda coraz bardziej zaawansowana technika powoduje coraz bardziej zaawansowane problemy. Przeczytałem książkę Pinkera, a najdokładniej rozdział o środowisku, by zobaczyć czy mnie przekona do swoich racji. Nietrudno się domyślić, że mu się to nie udało. Jednym z powodów jego porażki nie jest brak argumentów po jego stronie, ale właśnie ich nadmiar. Po zakończeniu lektury Nowego Oświecenia przypomniał mi się pewien film, który obejrzałem dwa lata temu na YouTube. Jego bohater, młody czarnoskóry erudyta, przez półtorej godziny wylewał z siebie potoki argumentów na rzecz płaskiej Ziemi, tak że laik mógł odnieść wrażenie, że nie istnieją żadne kontrargumenty. Podobną taktykę przyjął Pinker, a taki styl argumentacji przekonuje tylko tych, którzy już są gotowi do przejścia na jasną stronę mocy. Jego książka przypomina kazanie oświeceniowego kapłana, dla niepoznaki okraszone liczbami i wykresami. Nie wchodzi w dialog z czytelnikiem, ale przepowiada natrętnie swoją ewangelię melioryzmu. Nie muszę przy tym nadmieniać, że kazanie nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim.

O niebieskich kłamstwach

Z białym kłamstwem mamy do czynienia wtedy, gdy nie mówimy prawdy komuś, bo nie chcemy tej osoby zranić. Wtedy powstrzymujemy się od powiedzenia prawdy lub też wymyślamy naprędce jakąś pocieszającą opowieść. Kłamstwa mają też inne kolory, na przykład są niebieskie kłamstwa. Niebieskie kłamanie zachodzi wtedy, gdy chcemy się komuś przypodobać, najczęściej jakieś grupie ludzi, z którą coś nas wiąże. Wtedy nader chętnie wypowiadamy zdania, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Kolor tego kłamstwa pochodzi podobno od niebieskich mundurów policjantów, którzy kłamią na niebiesko, by ochronić swoich kumpli. Bo tym, co mocno łączy ludzi, niekoniecznie jest prawda. Mocniejszym lepiszczem jest właśnie kłamstwo, niebieskie kłamstwo. Jeśli utrzymujemy niedorzeczne poglądy, na przykład jesteśmy zwolennikiem jakieś teorii spiskowej, to osiągamy dwa cele: po pierwsze, atakujemy swoich przeciwników, a po drugie, co ważniejsze, sygnalizujemy lojalność wobec tych, którzy utrzymują poglądy takie jak my. I nie ma tu nic do rzeczy to, że te poglądy są niedorzeczne, jak na przykład twierdzenie, że Ziemia jest płaska. Jeśli będę twierdził, że jest płaska, zaimponuję swoim braciom w wierze, zdobędę ich poklask i akceptację. Staniemy razem wobec zdania większości, jako wybrańcy, poza tłumem. Wypowiadając niebieskie kłamstwo wyrażam moją solidarność z ideowymi braćmi.

Ten mechanizm najbardziej jaskrawo przejawia się w sferze religii. Nic tak nie spaja ludzi jak wiara w coś absurdalnego, zgodnie z powiedzeniem przypisywanym Tertulianowi: Credo quia absurdum. Wierzę, bo to jest niedorzeczne, wierzę, bo to wierzenie spaja mnie najmocniej z innymi, którzy także je podzielają. Wypowiadając jakąś niedorzeczność mogę być w pełni świadomy tego, że jest ona niedorzecznością, ale czynię to, by być członkiem grupy. Na co dzień mamy z tym mechanizmem do czynienia w sferze polityki, która w swej warstwie retorycznej składa się właściwie z samych niebieskich kłamstw. Nie ma bowiem skuteczniejszego środka do zawarcia koalicji z podobnie myślącymi jak zgrabnie ułożony szereg niebieskich kłamstw, zwany programem politycznym. Niebieskie kłamstwo występuje też w wymiarze mikro, pomiędzy dwoma osobami, co Francuzi nazywają folie à deux. Współcześnie, w sferze internetu szczególnie, niebieskie kłamstwo zwane jest fake newsem. Pewnie przykłady mógłbym dalej mnożyć, ale wypada podsumować – czy białe, czy niebieskie, wszelkie kłamstwa są podstawą istnienia społeczeństw. Grupa weredyków rozpadłaby się po paru minutach rozmowy.

O iluzji faktów

Pewien dziewiętnastowieczny lekarz sugerował, że bóle fantomowe w utraconych kończynach są dowodem na istnienie duszy – „Bo skoro ręka może przetrwać swoją fizyczna zagładę, to dlaczego nie miałoby tak być z całą osobą?” pytał. Ból w odjętej ręce bez wątpienia jest dojmującym faktem dla osoby, która go czuje. Wszakże raptowność, z jaką ludzie biorą dowolny fakt za dowód potwierdzający ich koncepcje zawsze mnie dziwiła. A już wnioskowanie, że skoro to, co nie jest widoczne, boli, to zatem to, co niewidoczne (dusza) istnieje, jest doprawdy żałosne. Fakty mogą być bardzo przekonujące, ale nie można ich włączać tak beztrosko w ciąg swego rozumowania. Bez ich krytycznej analizy doprowadzi to do absurdalnych wniosków. Większość ludzi przekonują takie namacalne fakty, rzadkie jest właściwe łączenie faktów i myśli. To trudna robota, bo nasze umysły zwykle idą po linii najmniejszego oporu. Podam przykład.

Na początku lat dziewięćdziesiątych otrzymywałem wypłatę w gotówce (tak, wtedy konta bankowe nie były taką oczywistością jak dzisiaj). Banknoty wkładałem do książki leżącej blisko mego biurka na półce. Była to pewna pozycja dotycząca mistyki chrześcijańskiej. Często wyjmowałem z niej i wkładałem otrzymywane banknoty, nic zatem dziwnego, że po paru latach wyglądała ona jak najbardziej zaczytana pozycja w mej bibliotece. Jej wygnieciona od częstego wyjmowania obwoluta wydawała się być tego najlepszym dowodem. Pewnego razu jeden z moich gości uważnym wzrokiem przejrzał me książki i rzekł: „Nie wiedziałem, że jesteś chrześcijaninem”. Widząc me szczerze zdziwione spojrzenie odparł, że przecież widzi, co najczęściej czytam. Nic nie odpowiedziałem, pozostawiłem go w jego iluzji.

O planetarnym paragrafie 22

Na początku tego stulecia Stanisław Lem, w rozmowach ze Stanisławem Beresiem, wypowiedział profetyczne słowa: „Co będzie się działo w najbliższych dziesięcioleciach? Myślę, że dobitnie pokazują to wszystkie eksperymenty ze szczurami, którym pozwala się na swobodne rozmnażanie. Najpierw pojawia się silne pobudzenie, potem ogólne rozwścieczenie, degeneracja gruczołów nadnercza, a na końcu ataki agresji i szału. To wszystko zresztą jest widoczne już obecnie, ale nikt nie zwraca na to uwagi”. Od tego czasu minęły już prawie dwie dekady, a świat coraz bardziej przypomina eksperyment Calhouna, do którego wyraźnie nawiązywał Lem. W przypadku ludzkości dynamika tego eksperymentu jest napędzana przez dwa synergiczne czynniki. Jeden to przeludnienie, drugi to ekspansja techniki, która umożliwia nadmierne rozmnażanie się ludzi. Dobitnie tego przykładem jest sukces zielonej rewolucji, dzięki której ongiś uniknęliśmy przepowiadanej klęski głodu – ale teraz mamy miliardy do wyżywienia. Jednak, podobnie jak dwie dekady temu, prawie nikt nie zwraca dziś większej uwagi na nadchodzące zagrożenia, oprócz może paru procent populacji. Naukowcy trąbią na prawo i lewo o klimatycznym kryzysie, ale masy konsumują i mnożą się jak szalone. Cóż, argumentacja oparta na danych naukowych nie trafia do świadomości zwykłego człowieka, dopiero wstrząs sensoryczny to uczynić może, bo gdy woda chałupę takiemu podtopi, to dopiero pojmie, że coś się dzieje.

O ile przeludnienie w sposób oczywisty nawiązuje do wspomnianych powyżej szczurów, to technika i kształtowana przez nią technologiczna mentalność soteryczna, streszczająca się w powiedzeniu: „Co technika spieprzyła, technika naprawi”, jest twórczym dodatkiem ludzi do tego eksperymentu. Lem był zdania, że technologia jest rakotwórczym procesem, który przeżera tkankę kultury i doprowadzi do jej upadku. Obserwując współczesny świat, trudno się z nim nie zgodzić. Mało tego, już nie tylko kultura, ale i Ziemia w swej biologicznej egzystencji ulega technologicznej i konsumpcyjnej destrukcji. Ludzkość zamiast podjąć realne działania na rzecz ograniczenia konsumpcji energii i wzrostu populacji, próbuje się wydobyć z bagna, w które się wpakowała, acz robi to niczym sławetny baron Münchhausen, czyli głównie gadaniem. Nie dziwię się temu, bo samoograniczenie to największa herezja, zamach na podstawowe prawo ludzkości, jakim jest prawo do nieograniczonej ekspansji. Działania podejmowane przez jej przedstawicieli, a raczej ich brak, są najlepszym wyrazem patowej sytuacji. Polityczne łamańce czynione na konferencjach COP od ponad ćwierć wieku nie przyniosły żadnych, ale to żadnych, konkretnych rezultatów: emisje dwutlenku węglą rosną w najlepsze.

Słowem, tkwimy w swego rodzaju planetarnym paragrafie 22, który polega na tym, że – jako wspomniałem powyżej – tylko naoczna katastrofa klimatyczna, adekwatny wstrząs sensoryczny zapewniając, może zmienić świadomość ludzi. Jeśli jednak taka już nastąpi, to będzie za późno na zmiany świadomości, pozostanie tylko ratowanie resztek cywilizacji, albo i jeno ratowanie jednostek. Przypomnę treść owego paragrafu z powieści Josepha Hellera: „Był więc tylko jeden kruczek – paragraf 22 – który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego. Orr był wariatem i mógł być zwolniony z lotów. Wystarczyło, żeby o to poprosił, ale gdyby to zrobił, nie byłby wariatem i musiałby latać nadal. Orr byłby wariatem, gdyby chciał dalej latać i byłby normalny, gdyby nie chciał, ale będąc normalny musiałby latać. Skoro latał, był wariatem i mógł nie latać; ale gdyby nie chciał latać, byłby normalny i musiałby latać”. Ludzkość jest takim Orrem i cóż, lata dalej. Nie ma innego wyjścia. Założę się o skrzynkę dobrej whisky, że ani dwa najbliższe lata, ani tym bardziej dwie najbliższe dekady nie przyniosą nic dobrego. W prawdopodobnej kolejności czekają nas dosyć niewesołe rzeczy: krach ekonomiczny, wynikły z immanentnych ograniczeń i dysfunkcji systemu kapitalistycznego; krach militarny, wzniecany brakami zasobów surowcowych i nadmiarami uchodźców; i w końcu pieczętujący wszystko krach klimatyczny. Najweselej będzie, gdy się owe krachy zbiegną się w czasie. Nie składam więc noworocznych życzeń czytelnikom mego bloga. Życzę wytrwałości i odwagi. Nie będzie dobrze.

Mistrz Eckhart

Trzydzieści lat temu przeczytałem Kazania Mistrza Eckharta. Ujął mnie głęboko, głównie tym, że okazał się tak bardzo niechrześcijański, tak iż zgłębiając jego pisma mogłem oddychać najczystszą atmosferą upaniszad czy buddyzmu zen. Używa żargonu chrześcijaństwa, ale sens jego sformułowań wykracza poza wszelką instytucjonalną religię. Zastanawiało mnie to, co z jego rozważań o „iskierce” boskości w człowieku było dostępne zrozumieniu słuchaczek i słuchaczy jego kazań. Na pewno nie zrozumiał go arcybiskup Heinrich von Virenburg, który w 1326 roku oskarżył Eckharta o herezję. Czyż bowiem umysł ortodoksa mógł pojąć naukę Eckharta wykładającą, że na dnie swej duszy człowiek spotyka się z bezosobowym bóstwem, „w którym jestem tym, czym byłem, kiedy jeszcze nie zaistniałem”, przebywając w swej pierwszej przyczynie, gdzie „tym, czego chciałem byłem ja, a czym byłem, chciałem; byłem wolny od Boga i od czegokolwiek”? Ortodoksyjne chrześcijaństwo musiałoby znieść samo siebie by móc zaakceptować następujące przesłanie Eckharta: „Gdy dusza jednoczy się z Bogiem, wówczas traci swą tożsamość, wchłania boga i kurczy się do nicości, jak zorza poranna, gdy wschodzi słońce”. Dusza jest obrazem Boga, a zarazem miejscem jego narodzin. Eckhart wiedział, że „Bóg staje się i przemija”, wtedy, gdy dusza go wypowiada, bo nie jest on teologicznym pojęciem, ale żywą siłą, pierwotną naturą, z której wyłania się na nowo świat. Znał także dobrze podstawową słabość chrześcijaństwa, którą ujął w dojmujących słowach: „Gdy ktoś ma całego Boga na zewnątrz, temu świat przeszkadza”. Trudno o trafniejsze ujęcie mentalnej kondycji tych, którzy wówczas, a i dziś, mienią się chrześcijanami. I jak tu nie lubić Mistrza Eckharta?

O cywilizacyjnych bombach

W roku 1964, w roku mego urodzenia, Stanisław Lem napisał: „Sądzę, że opanować trzeba nie tylko bomby A i H, ale także bombę P – eksplozji populacyjnej, niebawem – bombę I – informacyjną, i że nie można pozwolić, aby cywilizacja rosła sobie dalej jak dzikie zwierzę czy drzewo w lesie, ale należy ją okiełznać, to znaczy uregulować. Czyli że świat trzeba zmienić, by nie dopuścić do tego, aby w sposób niekontrolowany zmieniał nas samych”. Dziś, po 54 latach, widzimy, że nic z tego okiełznywania i regulowania nie wyszło. Bomby A i H dalej grożą ludzkości apokaliptyczną zagładą. Bomba P wybuchła z niepohamowaną mocą – od czasów, gdy Lem pisał swoje słowa, przybyło ponad 5 miliardów ludzi. Wybuchła także z mocą pół wieku temu nieprzewidywalną bomba informacyjna, płomieniem swym obejmując całą ludzkość wraz z pojawieniem się internetu. Dziś każdy może zaczerpnąć z niego całą wiedzę ludzkości – i jednocześnie zamieścić w nim swe najbzdurniejsze elukubracje, chore wytwory swego miałkiego umysłu. Mało tego, pojawiła się kolejna bomba – K, bomba klimatyczna, zagrażając zniszczeniem cywilizacji w przeciągu najbliższych dekad. Jest ona bezpośrednim wynikiem szóstej bomby, także oznaczonej literą K – bomby konsumpcyjnej. Konsumujemy energię, konsumujemy surowce, konsumujemy zwierzęta, a dominujący, całkowicie patologiczny system ekonomiczny, jakim jest neoliberalny kapitalizm, definiuje ludzi jako konsumentów jedynie.

I to wszystko za mego, jakże przecież krótkiego życia. Dorastałem, i żyję, w świecie, który niestety zmienia nas, a nie my jego, jak pragnął Lem. W świecie, w którym miliardy ludzi są już tylko bezwolnymi marionetkami zbiorowych procesów planetarnych. Cywilizacja rośnie, tyle, że nie przypomina to wzrostu drzewa, ale raczej degeneracyjny rozrost komórek rakowych. A to, jak wiadomo, kończy się śmiercią organizmu będącego żywicielem tych komórek. Jesteśmy gatunkiem, który przejawia ogromne tendencje suicydalne, dążącym prostą drogą do samozagłady. Mamy pomysły na energetyczny raj – od OZE po atom. Ale są one niczym innym, jak tylko projektem mającym na celu kontynuację tego, co dzieje się obecnie. To zakamuflowany bussines as usual, czyli marzenie o przeprowadzeniu cywilizacji przez obecny kryzys w stanie w miarę nienaruszonym. Śmiem twierdzić, że to się nie uda, że bez radykalnej dekonstrukcji systemu programującego teraz nasze życie nie przetrwamy. Cóż, ten kto pożera wszystko, sam będzie też kiedyś pożarty. Jedynym wyjściem byłoby nie pożeranie wszystkiego – ale czy taka propozycja może do kogokolwiek dziś przemówić?

O globalnym eksperymencie psychologicznym

Trwa globalny eksperyment z zakresu psychologii społecznej. Homo sapiens podgrzewa Ziemię i sprawdza, jak to wpływa na jego zachowanie. Psychologowie społeczni zwykle konstruują swoje eksperymenty tak, by osoby badane nie były świadome rzeczywistego celu badań. W słynnym eksperymencie Milgrama osoby badane myślały, że dotyczy on wpływu kar na pamięć, a tak naprawę badano ich stopień posłuszeństwa. Podobnie jest skonstruowany globalny eksperyment. Homo sapiens nie wie o co w nim chodzi, myśli, że zapewnia sobie lepszy byt, że buduje nową, wspaniałą cywilizację techniczną. Wzmaga konsumpcję, rozszerza obszar swoich przyjemności, jest dumny z tego, że długość życia wzrasta, a przemocy jest coraz mniej na świecie. Jednak oprócz tych oczywistych pozytywnych stron tego procesu, pojawiają się też negatywne, odsłaniające realny cel eksperymentu. Okazuje się, że Ziemia nie wytrzymuje tych pozytywnych zapędów, że rozwój cywilizacji technicznej prowadzi do zmian klimatycznych, o których informują naukowcy, którzy jeszcze kilka dekad temu – przynajmniej w większości – wiernie służyli wierze w postęp technologiczny. Mało tego, ostrzegają oni, że jeśli nie zmienimy naszych zachowań, zginiemy. Mówiąc o tym korzystają z tej samej metodologii naukowej, która dotąd tak dobrze służyła postępowi ludzkości. Po prostu liczą i podają dane. A te mówią, że rozłożyliśmy na łopatki klimat Ziemi, że praktycznie zniszczyliśmy dzikie życie, że dosłownie ugotujemy się w ciągu najbliższych dekad. Cóż, wydaje się, że homo sapiens w ramach podejmowanego przez siebie eksperymentu próbuje żyć w zupełnej niezależności od całego ekosystemu Ziemi, niezbyt sobie uświadamiając, że niszczy życie na tej planecie. A wszystko podobno po to, by żyć lepiej.

Od ponad ćwierć wieku odbywają się szczyty klimatyczne, na których tysiące ludzi próbują dojść do porozumienia odnośnie podjęcia działań mających powstrzymać katastrofę klimatyczną. Aktualnie kolejny szczyt, COP24, odbywa się w Katowicach. Ludzkość próbuje uchwalić już nie tylko „że” trzeba coś zrobić, ani „co” trzeba zarobić, ale i „jak” to zrobić. Wiemy wszelako, że efekty wszystkich poprzednich konferencji COP były marne. Po Katowicach też trudno się czegokolwiek spodziewać, oprócz przejmujących przemówień i masy papierów. Czy jest w ogóle możliwe, by drogą negocjacji wszystkie państwa na Ziemi ustaliły, iż oto radykalnie zmieniają swój sposób funkcjonowania? Że nie tylko odchodzą od paliw kopalnych, nie tylko ograniczają konsumpcję, ale przede wszystkim zmieniają system ekonomiczny, który obecnie rządzi światem, bo bez tej zmiany każda inna zmiana będzie iluzoryczna? To pytania retoryczne, a gdy się słucha polityków, nie tylko polskich, stają się one pytaniami absurdalnymi. A zostawiając na boku polityków, możemy zadać inne pytania, proste pytania do ludzi: Czy możemy odwieść miliony ludzi od niszczącej planetę turystyki? Albo od jedzenia mięsa? Czy możemy po prostu ograniczyć konsumpcję? Dla przykładu – ludność USA to 5% populacji Ziemi, a zużywa ona 25% energii na niej wytwarzanej. Każdego dnia 2 miliony Amerykanów lata krajowymi liniami lotniczymi, co oznacza około 10.000 lotów codziennie. Czy można to zmienić? Czy nie jest raczej koniecznością, by to zmienić? Bogaci muszą przestać udawać, że żyją na dwóch planetach.

Powyższe pytania prowadzą do ogólniejszej kwestii: Czy można drogą rozmów i argumentacji zmienić mentalność ludzi? Zapewne tak, wiedzą o tym na przykład dobrzy kaznodzieje i demagodzy. Jednak ta zmiana nie zawsze jest trwała, i zwykle ograniczała się do małych grup ludzkich – nikt nigdy nie zmienił sposobu myślenia całej populacji Ziemian. Owszem, zmieniała się ona w perspektywie historycznej, ale zajmowało to pokolenia, setki lat i nigdy nie była powszechna, bo do dziś możemy spotkać ludzi o mentalności jakby żywcem wyjętej ze średniowiecza. Naukowcy mówią, że mamy na zmianę przysłowiowe już 12 lat. Czasem dodają jeszcze parę lat, a niektórzy twierdzą, że pozostało już tylko heroicznie działać, by odejść z twarzą z tej planety. Globalny eksperyment jest w toku, robi się coraz ciekawiej, pojawiają się bowiem ruchy oddolne, o działających na wyobraźnię nazwach, takich jak jak Extinction Rebellion. Uczestniczymy w tym eksperymencie wszyscy, czy tego chcemy czy nie, a wspomniane ruchy wskazują, że świadomość tego, o co w tym eksperymencie chodzi, jest coraz większa. I jak w przypadku wszystkich eksperymentów, będziemy znali jego wynik dopiero wtedy, gdy się zakończy. Wszystko obecnie wskazuje na to, że będzie to koniec ludzkości takiej jaką znamy. Czy tym, którzy dziś to widzą, nie pozostanie wtedy tylko gorzka i osobliwa satysfakcja poznawcza, wynikającą z tego, że ich przewidywania się sprawdziły? Zobaczymy, co powiedzą – o ile oczywiście przeżyjemy.

O pewnym aspekcie teorii spiskowych

Zawsze się zastanawiałem, co skłania ludzi do wierzenia w teorie spiskowe. Jest tych powodów zapewne legion, co mi się bardzo podoba, bo jestem zwolennikiem koncepcji, że każde zjawisko ma genezę wieloczynnikową. Dziś chcę wspomnieć o jednym z tych czynników, mianowicie o iluzji kontroli (o której pisałem tu). Ktoś autentycznie wierzący w teorie spiskowe uznaje, że wszelkie zmiany na Ziemi to wynik działań wąskich grup ludzkich, tajemnych kręgów, czy to rządowych, czy też korporacyjnych. Wprawdzie to nie sam wierzący ma kontrolę nad czymkolwiek, bo przecież nie ma jej nawet nad swoim umysłem, ale liczy się tu tylko wiara, że taka kontrola nie tylko jest możliwa, ale i że jest rzeczywistym podłożem wielu niepokojących zjawisk.

Niedawno przeczytałem pewien tekst, typowy dla tego gatunku, w którym autor zapewniał, że poprzez kontrolę nad zasobami wody nieokreśleni „oni” doprowadzą do śmierci miliardów ludzi. Oczywiście temperament nie pozwolił autorowi tej wypowiedzi poprzestać na tym zagrożeniu– dołączył chemtrialsy, czipy i nanoroboty – cokolwiek chcecie. Istotne jest przesłanie tego tekstu, które zawiera się w jedynym zdaniu: wszystko jest pod kontrolą sprawowaną przez ludzi. Nawet jeśli oznacza to zagładę ludzkości, liczy się tylko, że to będzie zagłada kontrolowana. Jego słowa wskazywały na wyraźną wiarę w to, że lepsza „rozumna” kontrola niż jej całkowity brak.

W teoriach spiskowych w ogóle nie występuje przyroda, bo kto by się podniecał nie podlegającą kontroli asteroidą zmierzającą w kierunku Ziemi? Nigdy też teorie spiskowe nie biorą pod uwagę głupoty ludzkiej, czy to indywidualnej czy też zbiorowej. Głupota jest bowiem także poza wszelką kontrolą. Każdy, kto wierzy w jakąś teorię spiskową hołduje podstawowej iluzji kontroli, tyle że jest ona wyprojektowana na „innych”. Jakoś mnie to nie dziwi, bowiem na tej iluzji jest oparte funkcjonowanie ludzkiej świadomości, która poszukuje wszędzie przyczyn zjawisk, a jej ulubionym wyjaśnieniem jest działanie jakieś osoby. Niegdyś dominował animizm, dziś zawsze lepszy jest zamach niż katastrofa. Niegdyś byli to bogowie i duchy, dziś iluminaci, rządy i rozmaite tajne grupy. Świat, w którym żyjemy jest światem inflacji świadomości, prawdziwym przerostem formy nad treścią.