O czarownicy i filozofie

Kim jest czarownica? Czarownicę rodzi percepcja filozofa, a konkretnie – to rozum stanowi o formie w jakiej postrzegamy czarownicę. Czarownica jest tak właściwie czarownicą tylko wobec filozofa, tworzą bowiem oni nieodłączną parę. Jednak nie jest tak, że to czarownica jest ulubionym obiektem obserwacji filozofa, raczej wdziera się ona w jego pole widzenia, jest sumą tego, czego on widzieć nie chce. Jego intelekt postrzega świat jako porządek i ład, cóż jednak z chaosem i przypadkiem, które tworzą rdzeń natury? Te elementy rzeczywistości są dlań uosobione w postaci czarownicy. Jest ona archetypem życia, a to dla filozofa, zamkniętego w bezpiecznym i poukładanym świecie intelektu, stanowi najwyższe wyzwanie.

Czarownica istniała od zawsze, ale na dobre pojawiła się i dopiekła rozumowi dopiero w epoce Renesansu. To ten czas obciążył wyobraźnię zbiorową człowieka nowożytnego skojarzeniem „polowanie na czarownice”, które tak żywo funkcjonuje w naszych umysłach do dziś. Czym zatem była wtedy czarownica, dlaczego ją prześladowano? Istnieje oczywiście wiele interpretacji tego zjawiska, socjologicznych, psychologicznych, ekonomicznych, religijnych. Jedno jest pewne, że to same prześladowania stworzyły postać czarownicy. Była ona ostatnim krzykiem natury przed jej podporządkowaniem prawom natury, które rozum ostatecznie ustalił pod koniec XVIII wieku.

Renesans odkrył naturę, odkrył także moc pragnień i wiedza magiczna, kapryśna i trudna do zdobycia, została uosobiona w postaci czarownicy. Zarazem jednak walka z czarownicami może być potraktowana jako wyraz zbiorowej neurozy, wyrastającej z poczucia winy z powodu podążania za swymi pragnieniami. W swym dziele De radiis, sive theorica magicarum artium cieszący się na Zachodzie dużą poczytnością średniowieczny filozof arabski al-Kindi stwierdził bowiem, że pragnienie człowieka jest pierwszym i najbardziej istotnym elementem umożliwiającym uzyskanie efektu magicznego. Pragnienie bowiem łączy się z obrazem upragnionej rzeczy, który człowiek nosi w duszy i to jest podstawą praktyk magicznych. Przesłanką jest tu założenie, że świat jest przedłużeniem duszy, czyli to, co na zewnątrz nas jest takie jak to, co wewnątrz, a zatem, jak powiada al-Kindi, człowiek jest podobny do świata.

Z magii korzystają ci, którzy chcą osiągnąć cel swych pragnień. Pragnienia mogą wszakże być wyższe i niższe. Niskie pragnienia krytykuje już Apolloniusz z Tiany, zarzucając, że czarów szukają zawodnicy – by zwyciężyć, kupcy – by zyskać, kochankowie – by się zespolić (Żywot, VII, 39). W Złotym ośle Apulejusza znajdujemy charakterystykę czarownicy Pamfili: „Mówią o niej, że jest we wszystkich cmentarnych zaklinaniach mistrzynią, taką co dmuchając na jakieś kamyczki, patyczki i tego rodzaju głupstewka potrafi cały ten jasny świat podgwiezdny pogrążyć w przepaściach Tartaru i w pierwotnym chaosie. A jak tylko zobaczy jakiego gładkiego chłopaka, zaraz się do jego urody pali i wraz go już ani z oka nie spuści, ani mu chucią swą nie pofolguje. Zasypuje go pieszczotami, owłada jego duszą, przykuwa do siebie więzami głębokiej miłości. Tych zasię, co mniej powolni – mniej dla niej warci – tych przemienia w mgnieniu oka w głazy i w barany; byli tacy, co ich z kretesem zamorzyła”. Taka jest magiczna moc czarownicy.

Dla myślenia magicznego nie ma różnicy między wnętrzem a zewnętrzem. Tym, co łączy te dwa światy jest pragnienie. Być człowiekiem to pragnąć, to dążyć do połączenia tego co wewnętrzne i zewnętrzne. Magia jest zatem sztuką pragnienia. Wszyscy znamy pragnienia, które nie mogą znaleźć swego spełnienia, ale nie wszyscy znamy drogi prowadzące do spełnienia, nie znamy bowiem sztuki. Hieronimus Cardano w swym dziele De varietate podkreśla, że magia rodzi się z przeobrażenia mającego miejsce albo w ciele albo w duszy. Dusza zostaje przeobrażona przez namiętności, a ciało przez okadzenia i posty.

Czarownica pojawia się tam, gdzie milczy Bóg teologów. Jest głosem natury, jest obecnością ducha w śnie materii. Reprezentuje mądrość naszych pragnień, wiedzę zawartą w chaosie życia, w niepojętym dla rozumu splocie wydarzeń. To dlatego Renesans postrzegał czarownicę jako niezależną moc, zdolną zburzyć zastany porządek bytu, porządek, który dla filozofa jest istotą świata. Zmiana, chaos, początek i koniec – to wszystko mu zagraża. Czarownica zagraża bożologicznej ekonomii świata, budowanej przez intelekt filozofa. W 1580 Jean Bodin pisał: „Światu grozi rozpad.” Oznaki tego zagrożenia widział w niepokojących zjawiskach nawiedzających jego czasy, klęskach głodu, zarazach, pomorach zwierząt, wojnach i herezjach, niezwykłych fenomenach astronomicznych. Przyczyną miały być czarownice, których niepojęta aktywność powodowała, że świat wypadał z kolein. Czarownica jest zagrożeniem dla struktury kosmosu, przemieniając go w chaos. Wobec tego niesłychanego zagrożenia już lepiej było uznać, że moc czarownicy pochodzi od diabła, by ją w ten sposób ograniczyć i włączyć do dobrze znanej, prymitywnej dialektyki chrześcijańskiej teologii. Stąd częste oskarżenia czarownic o herezję i kumanie się z diabłem albo z wężem. Czarownica jest uosobieniem buntu, bunt wobec Boga jest tym złowrogim podobieństwem, które łączy ją z diabłem. W postaci czarownicy i w diabolizacji pragnienia wyraża się dążenie do okiełznania rozumem gry namiętności. A tu filozof jest zawsze na przegranej pozycji.

O dążeniu do oświecenia

Jest taka znana opowieść zen, w której mistrz strofuje mnicha za to, że ten chce na drodze medytacji osiągnąć oświecenie. Porównuje to do próby zrobienia z dachówki lustra poprzez jej nieustanne polerowanie. Czyżby zatem praktyka miała nie prowadzić do oświecenia? Jeżeli nie praktyka, to co? Cóż innego pozostaje? To trudne pytanie, jedno z tych, na które nie ma odpowiedzi. Można tylko pokrążyć dookoła, polerując dachówkę, czyli swój umysł.

Dlaczego dążenie do oświecenia może być przeszkodą w jego osiągnięciu? Czyż nie dlatego, że jest dążeniem właśnie, czyli pragnieniem? Czyż buddyzm nie uczy o radykalnym odrzuceniu pragnień? Druga prawda Buddy mówi, że są one źródłem cierpienia, czyli istnienia. Pierwsza prawda naucza: „Wszystko jest cierpieniem”. Znaczy to: realność temu światu nadaje nasze pragnienie, nasze przywiązanie. Filozof by rzekł: istnieć znaczy pragnąć. A zatem by osiągnąć wyzwolenie trzeba pozbyć się pragnienia, przede wszystkim tego najbardziej podstępnego, pragnienia wyzwolenia się z pragnienia. To subtelna pułapka, zastawiona na nasze ego, które „chce” się oświecić. Ego jest „miejscem”, z którego obserwujemy świat, jest centrum świadomości uwarunkowanej, źródłem podstawowego dualizmu. Ego to bazowe przekonanie, że jestem bardziej inteligenty i lepszy niż inni. Ego to mnich mówiący: „Jestem najbardziej pokornym człowiekiem na świecie”. Współcześnie w naukach o mózgu mówi się o „sieci standardowej aktywności” albo „trybie domyślnym” (default mode network) odpowiadającym za nasze poczucie ego (o tym pisałem tu). Medytacja obniża aktywność tej sieci i sprzyja wyzwalaniu się od sztywnych wzorców myślowych, by funkcjonować „bez żadnego trybu”, poza dystynkcjami pojęciowymi. Podstawą istnienia ego jest bowiem język, który oddziela nas od rzeczywistości, zastępując bezpośrednie doświadczenie pojęciami.

Jednakże świat nie jest tak prosty. Jest też takie powiedzenie zen: „Co właściwe macie przeciwko ‘ja’? Wprost przeciwnie, trzeba sobie powiedzieć ‘Go on!’, naprzód do końca! A wówczas pewnego dnia padniesz na twarz i zaznasz doświadczenia. Ale nie osiągniesz tego, jeśli z góry się wycofasz!” Czyżby więc ego było pojazdem do oświecenia? To także nic nowego, tak przecież brzmi najstarsza zasada sztuk walki – wykorzystaj siłę przeciwnika by go pokonać. Albo, jak mówią praktyczni Chińczycy, jeżeli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego. Buddyzm radzi zatem, by zaprząc ego do szalonego biegu ku oświeceniu, którego ostateczny cel różni się jednak diametralnie od jego pragnień; psychologia natomiast mówi, że podstawą indywiduacji jest silne ego (oczywiście ego psychologii i ego buddyzmu to dwie różne rzeczy, ale jeżeli nie mieszamy poziomów, to da się ustalić pewne paralele).

No bo jak można osiągnąć oświecenie bez uczynienia choćby kroku w tym kierunku? Czy nie chodzi tu o odpowiednie skierowanie energii, którą zwykle wykorzystujemy do chronienia samych siebie i osiągnięcia założonego celu? Zaraz, zaraz! Cel, skierowanie, osiągnięcie…czy znowu nie ładujemy się w jakąś pułapkę ego? Czy nie dodajemy do subtelnego wysiłku, jakim jest ego, kolejnego wysiłku, tym samym wzmacniając ego? Jak uciec z tej pułapki?

Ego jest niczym zielony jeszcze owoc, który chce już odpaść z drzewa. Nie wie, że musi trochę poczekać, by dojrzeć, zmięknąć i spęcznieć, by móc skutecznie spaść. Może o tym mówi „Pragnienie” Leśmiana?

Żona Shunryu Suzukiego miała kiedyś powiedzieć o swoim mężu: „On nie lubi mówić o oświeceniu, bo go nigdy nie miał.” Wspaniałe! Największym osiągnięciem jest niezauważenie, że cokolwiek osiągamy, ba, że ku czemukolwiek dążymy, mimo iż nie ma dnia bez dążenia ku temu.

Życie jest ciekawe, najpiękniejsza miłość to często ta niespełniona, a najwyższe oświecenie to to nieosiągnięte.

Dla Ewy

O przyszłości fizyki

Lektura książki Kwantechizm Andrzeja Dragana zaowocowała w mej głowie pytaniem: a może fizycy zbliżają się do swoistego „horyzontu zdarzeń”, by użyć ich ulubionego terminu? Nie chodzi mi tu o jakiś „koniec fizyki”, który zapowiadali fizycy w wieku XIX, a sam Hawking w wieku XX. Nie, zwracam uwagę na ograniczenia jakie może napotkać (już napotyka?) fizyka. Po pierwsze, modele matematyczne mikro i makroświata są coraz bardziej złożone matematycznie, a tym samym wymagają coraz większych zdolności w tej dziedzinie. Być może fizycy już od dłuższego czasu zazdroszczą Einsteinowi, który przeszedł do historii fizyki mimo tego, że niebyt sobie radził z matematyką. Mamy tu do czynienia z potencjalnym ograniczeniem możliwości przerobowych mózgów fizyków. Po drugie, jak dobrze wiadomo matematyczny model to jedno, a jego potwierdzenie empiryczne to drugie. Nie dysponujemy i długo nie będziemy dysponować energiami, które by pozwoliły przeprowadzić eksperymenty potwierdzające wyliczenia dotyczące np. teorii strun czy koncepcji grawitacji kwantowej. Tu spotykamy, już obecnie realne, ograniczenie możliwości energetycznych naszej cywilizacji. Może zatem zbliżamy się do „horyzontu zdarzeń” zarówno matematycznego, jak empirycznego? Ponieważ to teoria mówi fizykowi, co ma mierzyć, skupię się tylko na matematycznym „horyzoncie zdarzeń”.

Fizycy, jak wszyscy naukowcy, są optymistami. Wierzą oczywiście w nieskończony postęp, w przyszłe pokonanie wszelkich trudności teoretycznych, w to, że przyszłe pokolenia wydadzą genialne umysły zdolne do ich rozwiązania. Być może tak będzie, ale to wiara, a nie część metody naukowej. Pewną odmianą tej wiary jest wiara w stworzenie sztucznej superinteligencji, która da sobie radę z wszelkimi problemami matematycznymi, niczym Golem XIV Lema. Takie cedowanie zadań na byty pozaludzkie wynika z podskórnej (podkorowej?) obawy fizyków, że wraz z narastaniem naszej naukowej wiedzy o świecie kwestie do rozwiązania skomplikują się na tyle, że z czasem mogą przerosnąć intelektualne zdolności człowieka. To ograniczenie podmiotowe. Dodatkowo trzeba poczynić optymistyczne założenie, że nasz wszechświat jest matematyczny – jak czynią to na przykład Michał Heller, Max Tegmark i wielu innych – inaczej jego matematyczny opis nie będzie w pewnym momencie możliwy. To ograniczenie przedmiotowe.

Bez wątpienia optymizm poznawczy fizyków doprowadził do tego, że tak dużo obecnie wiemy (albo nie wiemy) o strukturze rzeczywistości fizycznej. Ekstrapolują oni eksponencjalny przyrost tej wiedzy w przyszłość. Ponieważ fizycy uwielbiają przeprowadzać w swoich głowach najdziksze spekulacje i eksperymenty myślowe, to i ja sobie na taką spekulację pozwolę. Jeśli rzeczywiście zbliżamy się do „horyzontu zdarzeń” to należałoby oczekiwać bardziej radykalnej zmiany metody niż ta, jaka nastąpiła między fizyką Arystotelesa a fizyką Galileusza i Newtona. Arystotelesowskie umysły wieku XVII odrzucały podejście Galileusza, zarówno empiryczne, jak i matematyczne, pozostając przy swojej metodzie jakościowej, jaką była filozoficzna analiza tekstów. Biblia i Arystoteles były ich „horyzontem zdarzeń”, który wszelako sami sobie narzucili. Współcześnie fizyka radośnie prze naprzód, lecz może dotrzeć do ściany zbudowanej przez ograniczenia – podmiotowe i przedmiotowe – metody naukowej opartej na matematyce. Jeśli tak będzie, to co dalej? A jeśli, wbrew Tegmarkowi i innym, wszechświat nie jest matematyczny i narzuci nam ograniczenia przedmiotowe? Co może zastąpić poznanie matematyczne, tak jak ono zastąpiło poznanie filozoficzne? Czy może pojawić się jakaś inna metoda, która przeprowadzi nas poza „horyzont zdarzeń”?

W tle tych pytań tkwi oczywiście fundamentalna kwestia odmiennych ontologii przyjmowanych przez myślicieli starożytnych i nowożytnych. Nauka nowożytna jest oparta na ontologii naturalistycznej i to z nią najlepiej współgra matematyka. Jeśli więc fizyka napotka rzeczywiście ów „horyzont zdarzeń”, to może doprowadzić do głębokiego kryzysu poznawczego, z którego wyłoni się nowa (a może stara?) ontologia. Autor Kwantechizmu wydaje się być po części świadom tej sytuacji – stąd gnostycki podtytuł jego książki: Klatka na ludzi. Ludzie, czyli nagie małpy, jak ich nazywa z lubością, pozostają zamknięci w bańce percepcyjnej, wyznaczonej przez ontologię jaką wyznają. Istnieje jednak, na szczęście dla nagich małp, więcej niż jedna ontologia.

O Małym Bracie

W powieści Rok 1984 George Orwell przepowiadał nadejście epoki powszechnej kontroli, epoki Wielkiego Brata. Dzisiaj już wszyscy wiemy, że ta epoka nadeszła. Ma ona jednak nie tylko oblicze Wielkiego Brata. Obawiamy się Big Data, ale nie zauważamy Małego Brata. Kim on jest? To zwykły użytkownik internetu, na przykład ktoś posiadający konto na Facebooku. Obserwuje świat, zamieszcza informacje, zdjęcia i filmy. Obserwuje także swoich znajomych – i nieznajomych – na Facebooku. Jest czujny, czyta, komentuje i gdy tylko coś przykuje jego uwagę, coś z czym się nie zgadza, co obraża jego uczucia, robi zrzut ekranu i podnosi raban. Skrzykuje swoich ziomków, by razem z nim walczyli przeciw komuś, kogo pogląd mu się nie spodobał. Zwykle wybucha wtedy shitstorm, entuzjastyczny i bezinteresowny lincz dokonywany przez grupę Małych Braci, zjednoczonych we wspólnym hejcie.

Media społecznościowe to współczesna postać panoptykonu Benthama. Już nie strażnicy, ale każdy uczestnik Facebooka jest obserwującym – i obserwowanym. Permanentna widoczność i czujny nadzór Małego Brata wymusza zmianę zachowań, ważenie wypowiedzi. Internet zamiast służyć wolności słowa zamienia się w narzędzie autocenzury. Internet wszystko pamięta, a Mały Brat chętnie to przypomina i zawsze chętnie donosi wszystkim. Nic dziwnego, że wielu dochodzi do wniosku, że lepiej nic nie pisać albo zniknąć z przestrzeni internetu. Mały Brat jest doskonałym wcieleniem władzy absolutnej, bo zinternalizowanej w każdej jednostce obecnej w internecie. Jest ucieleśnieniem absolutnego konformizmu, który zawsze był marzeniem władców. Ich mottem zawsze było divide et impera. Dziś dzieli Facebook, a rządzi jego algorytm. Tak oto Wielki Brat wyzwala w Małym Bracie to, co najgorsze.

Obserwujemy dramatyczną zmianę w funkcjonowaniu internetu. Wszelka nasza aktywność jest rejestrowana, głównie w celach marketingowych, ale też po to, by wpływać na nasze wybory w wszystkich dziedzinach życia. Internet w oczach jego zwolenników miał być przestrzenią wolności, a stał się miejscem zniewolenia. To nie tylko zniewolenie ze strony rządu, korporacji czy złowrogich agencji. One bez wątpienia wpływają na to, co widzimy i czytamy w internecie, wpływają na nasze decyzje dzięki algorytmom i zwykłej manipulacji. Są Wielkim Bratem. Ale ponadto czuwa nad nami także Mały Brat, inwigilujący nas z własnej i nieprzymuszonej woli, kierujący się tylko swoim idiosynkratycznym widzeniem świata. Internet stał się środowiskiem faszystowskim, w którym pod patronatem Wielkiego Brata sprawnie funkcjonują małe, autorytarne osobowości. Nim zajmie się mną Zuckerberg, zainteresowany zbieraniem Big Data, zwróci na mnie swe czujne oko Mały Brat i wyda osąd. Bo takie miejsca jak Facebook nie służą dyskusji, są natomiast żyznym polem ulubionego zajęcia ludzi, czyli wydawania bezpodstawnych opinii, oceniania i krytykowania. Panoptykon Benthama urzeczywistnił się w naszych czasach, gdy miliony radośnie nadzorują się wzajemnie w sieci.

Hieronim Bosch

Od ponad pięciuset lat obrazy Boscha nie straciły nic z siły wyrazu, swoją fantasmagoryczną symboliką sięgając archetypowych pokładów naszej duszy. Każda próba interpretacji ich symboliki wydaje się być z góry skazana na niepowodzenie, już choćby z tego prostego powodu, iż prowadzi nieuchronnie do zubożenia oszałamiającego bogactwa symboli, zawartego prawie w każdym obrazie. Ale cóż, spróbujmy. Skupimy się tylko na jednym motywie, moim zdaniem najważniejszym. Według Wilhelma Fraengera treść dzieł Boscha jest inspirowana heretyckimi poglądami sekty Braci i Sióstr Wolnego Ducha, renesansowej metamorfozy starożytnej sekty adamitów. Mianem Wolnego Ducha częstokroć określali się najbardziej radykalni przedstawiciele begardów i beginek, nie stanowiący mocno wyodrębnionej grupy, a raczej ruch intelektualny skupiających się wokół wspólnych idei. Odrzucali tradycyjny pogląd na piekło, byli zwolennikami wywodzącej się od Orygenesa nauki o apokatastazie. Nazwa, którą sobie nadali, jest wyrazem ich przeświadczenia, że są ludźmi doskonałymi, całkowicie przenikniętymi działaniem Ducha świętego. Doskonałość ta oznaczała niemożność zgrzeszenia w żaden sposób, gdyż zjednoczyli oni swoją wolę z wolą boską. Mogli zatem czynić to, na co mieli ochotę – a nade wszystko wszelkie ich postępki cielesne były bezgrzeszne. Żyli zatem w przeświadczeniu – czy raczej należy powiedzieć – w wierze, że ich ziemskie życie jest tożsame z egzystencją rajską. Tłum radosnych, nagich postaci zaludniający środkową część tryptyku Ogród rozkoszy ziemskich zdaje się być bezpośrednią ilustracją ich poglądów, będących zarazem echem wezwania z gnostyckiej Ewangelii Tomasza: „Jeśli macie zwyczaj czynić to co męskie i żeńskie jednością – wtedy wejdziecie do królestwa”. Ciało i duch to w tej perspektywie nic jak tylko złudne przeciwieństwa, przekraczane w akcie „rajskiej radości”.

Adamici wywodzili swe przekonania od Karpokratesa, gnostyka żyjącego w II wieku n.e. Według Karpokratesa człowiek składa się z części duchowej i części cielesnej – część duchowa nie może w żaden sposób ulec zepsuciu, a część cielesna nie może być zbawiona. Ponadto reinkarnujące się dusze przed swym powrotem do Boga muszą żyć w wielu ciałach, doświadczając wszystkiego, co ludzkie. Dusze ludzkie powinny przeżyć wszystko, co tylko da się przeżyć, jeśli nie chcą znowu wrócić do więzienia ciała. Dopiero gdy dusza dozna wszystkich aspektów ludzkiego życia może być uwolniona z kręgu reinkarnacji, bo, jak pisał Ireneusz, „nie trzeba będzie ich wysyłać ponownie w inne ciała dlatego, że nadal brakuje czegoś ich wolności”. A więc, innymi słowy – nikt nie uwolni się od reinkarnacji dopóty, dopóki jego ostatni światowy czyn nie zostanie spełniony, dopóki nie wypełni wszystkich żądań życia. To, co dla zwykłego człowieka było grzechem, dla karpokratejczyka było najmniejszą ceną za zbawienie. Pogląd Karpokratesa to jedno z najbardziej dojmujących wezwań do pełnego życia, do wysycenia jego wszelkich aspektów, w tym zwłaszcza tych, które zwykle tak wielu uważa za wstydliwe lub niskie, złe albo niemoralne.

Najważniejszym z tych aspektów jest seks, w kręgach adamickich określany mianem „rajskiej radości” albo „drogi ku wysokości” (aclivitas). Ma on bowiem prowadzić ku rajskiej doskonałości, jako najdoskonalszy wyraz miłości platonicznej w jej właściwym sensie. Urzeczywistnia się ona wtedy, gdy w indywidualnej partnerce dostrzegam postać archetypową, gdy Adam widzi Ewę. Wpatrzeni w idealną, rajską parę adamici starali się odwzorować i ucieleśnić w swym postępowaniu ten archetyp ludzkich relacji. Ich celem była rekonstytucja boskiego androgyna, Adama sprzed podziału i upadku, wzorca, na podstawie którego dokonuje się zjednoczenie przeciwieństw. Istota adamickiej erotyki tkwi w tajemnicy łączącej doskonałą virginitas z równie doskonałą aclivitas. Przypomina to znany z praktyki tantrycznej akt zjednoczenia płciowego, w którym siłą napędową nie jest ani zbiorowy popęd, charakterystyczny dla zwierząt, ani indywidualna relacja na poziomie psychologicznym, lecz transpersonalny kontakt na poziomie archetypowym. W kategoriach filozofii zachodniej moglibyśmy powiedzieć, że zjednoczenie w sensie aclivitas transcenduje rozróżnienie na ducha i ciało. Tak istotne dla zwykłej świadomości rozróżnienie między ciałem a duchem jest znoszone w akcie seksualnym – to właśnie przeżycie stanowiło dla adamitów podstawę ich doktryny zbawienia. Symbolem jednoczącym, w najlepszym jungowskim sensie, wyrażającym owo przeżycie coincidentia oppositorum, jest tak często obecna w Ogrodzie rozkoszy ziemskich poziomka, przynależna do botanicznej świty bogini miłości, Afrodyty.

O pisaniu dziennika

Carl Gustav Jung tak niegdyś napisał do swojej uczennicy: „Dam ci radę – zapisz to wszystko tak pięknie, jak potrafisz – w jakiejś pięknie oprawionej księdze. Będzie ona twoim kościołem, katedrą, cichym miejscem twojego ducha, gdzie odnajdziesz odrodzenie”. Bez wątpienia nawiązywał do prowadzonych przez siebie zapisków, znanych obecnie pod tytułem „Czerwona księga”. Zarazem jednak pokazywał, że zajmowanie się psychologią to zajmowanie się przede wszystkim sobą, bo bez poznania siebie samego bycie psychologiem to tylko komedia. Psycholog w czasie studiów poznaje rozmaite koncepcje i wciska potem swoich pacjentów w ich prokrustowe łoża. Tymczasem tyle powinno istnieć podręczników psychologii, ilu jest ludzi na Ziemi, bo każdy nowy przypadek to nowa teoria. Nie starczyłoby wszystkich psychologów świata, by tyle napisać, ale przecież każdy z nas może to zrobić sam. Mogę prowadzić dziennik, w którym będę opisywał wszelkie rzeczy wewnętrzne i zewnętrzne, które mnie spotykają, wszystkie uczucia, przemyślenia i zdarzenia. Podstawą takiego dziennika jest szczerość, będąca istotą wszelkiej autentycznej psychologii: szczerość wobec siebie samego. Bez tego psycholog jest tylko marionetką kultury i funkcjonariuszem systemu. Każdy psycholog powinien pisać dziennik, by móc naprawdę pomóc swoim pacjentom. A każdy potencjalny pacjent tym bardziej powinien pisać swój dziennik, by pomóc samemu sobie i dać światu odpocząć.

Dzisiaj wiele sposobów pracy nad samym sobą jest nastawionych wyłącznie na doświadczanie, najczęściej somatyczne i pozawerbalne. Nie ma w tym nic złego, wydzielanie endorfin jest w końcu czymś przyjemnym, a kontakt z ciałem jest fundamentem dobrego samopoczucia i zdrowia psychicznego. Pisanie dziennika daje jednak dodatkowe możliwości, pozwala poszerzyć pole doświadczenia poza wąskie ramy teraźniejszości. Gdy, dajmy na to, po trzydziestu latach powrócimy do swoich zapisków, możemy wreszcie spojrzeć na siebie bardziej obiektywnie. Pamięć bowiem nie jest swego rodzaju twardym dyskiem, na którym zapisują się wspomnienia. Jest raczej maszyną narracyjną, tworzącą historię naszego życia, acz nie zawsze zgodną z tym, kim naprawdę byliśmy. Zatem, nawet jeśli pisząc nie zawsze dokładnie dochowywaliśmy wierności regule szczerości, to po tak długim czasie już widzimy, gdzie unikaliśmy siebie i gdzie pozostawiliśmy poza sobą jakieś cząstki siebie. Dzięki dziennikowi możemy je scalić z naszym obecnym ja, wybawić od zapomnienia i zyskać dzięki nim nowe siły do życia. Dlatego pisanie dziennika jest podstawowym sposobem na poznanie samego siebie, na zintegrowanie naszych rozmaitych „ja”.

O śmierci

Człowiek to zapewne jedyne zwierzę, które ma rozciągającą się na całe jego życie zdolność antycypowania swojej śmierci. Jest to możliwe dzięki myśleniu, które polega na tworzeniu wewnętrznych obrazów tego, co jeszcze nie istnieje. To wspaniała zdolność, podstawa całej kultury, z której człowiek jest tak dumny, a która stanowi środowisko kształtujące jego psychikę. Jednak owa zdolność tworzenia i antycypacji przyszłości poza granice wyznaczone przez bezpośrednie doznanie ma swoją ogromną cenę. Jest nią lęk przed śmiercią. Przejmująco wyraziła go Simone de Beauvoir, jako „oszałamiające uczucie przerażenia, myśl o tym unicestwieniu wszystkiego, które będzie moim nieistnieniem nigdzie, na zawsze, od pewnego dnia.” Nie dziwi zatem, że na ten porażający lęk zostało wynalezione antidotum, wywodzące się – a jakżeby inaczej – ze sfery kulturowych wyobrażeń. To religijne obrazy mające na celu zwalczyć lęk przed śmiercią, takie jak na przykład zmartwychwstanie.

Cała kultura, wszystkie sposoby życia ludzkiego są w swej zasadniczej części protestem wytworzonym przeciwko naturalnej rzeczywistości, są zaprzeczeniem prawdy kondycji ludzkiej, próbą zapomnienia o tym, jak nieszczęsnym stworzeniem jest człowiek. A co kultura proponuje w zamian? Ano przebogate imaginarium konstruktów kulturowych, zestawy pocieszających obrazów, konglomeraty apotropaicznych zaklęć. Człowiek tworząc je wykrawa posłuszny dla siebie świat i zaczyna istnieć w jego wyobrażonej niezawodności. Wyzbywa się w ten sposób siebie, zadaje kłam swej naturze. Przecież jedynym, co bardziej przeraża niż sama śmierć, jest myśl o niej. Jak pisał Fernando Pessoa: „Uważam życie za gospodę, w której muszę czekać na dyliżans z otchłani.” Śmierć jest przereklamowana. Wystarczy mieć porządek w papierach i wspomnieć sobie we właściwym momencie słowa Fridy Kahlo: „Mam nadzieję, że wyjście jest radosne. Mam nadzieję, że nigdy tu nie wrócę.” Oto naprawdę radosne słowa, słowa człowieka, który wychodzi z tego świata bez żalu, zostawiając go za sobą, jak nie budzący najmniejszych pragnień ślad kilwatera na wodzie. Podobnie Wolter w liście do markizy du Deffand zauważył nader trzeźwo: „Kocha się życie, ale nicość też ma swe dobre strony.”

Mnogość użytych przez mnie cytatów jawnie wykazuje, że człowiek nie może w pojedynkę zmagać się ze śmiercią – albo też raczej, z myślą o niej – poza sferą kultury. Bez kultury jesteśmy tylko żałosnymi małpami, wyzutymi ze swoich instynktów, pozbawionymi wrodzonych sposobów reakcji na wszelkie naturalne zdarzenia, takie jak śmierć. To nasza ludzka ułomność, bo zwierzęta wydają się mieć z nią mniej problemów. Nic dziwnego zatem, że do oswojenia śmierci człowiek powołał do istnienia religię, absolutną monopolistkę w tej kwestii. Zakończę więc kolejnym cytatem, tym razem z Leszka Kołakowskiego: „Religia jest sposobem, w jaki człowiek akceptuje swoje życie jako nieuchronną porażkę.” Jak dobrze, że śmierć kładzie kres tej porażce, a religia dalej służy żywym, otaczając paliatywną opieką ich terminalnie chore dusze. A tym przebywającym poza sferą religii warto przypomnieć, że śmierć is nothing personal.

O trzech reakcjach na kryzys klimatyczny

W obliczu zagrożenia organizm zwierzęcy ma trzy podstawowe sposoby reakcji, będące automatycznymi działaniami samozachowawczymi. Dwa pierwsze to walka albo ucieczka. Gdy jednak ani pierwsza ani druga nie są możliwe, wybierany jest trzeci sposób – znieruchomienie. Zwane fachowo tonicznym bezruchem, znieruchomienie jest ostatnią deską ratunku. Czyni tak na przykład mysz pochwycona przez kota. Udając martwą powoduje, że drapieżnik traci nią zainteresowanie. Koty nie jedzą padliny, więc mysz ma szansę przeżyć. Ważną funkcja tonicznego bezruchu jest także analgezja, powodująca utratę czucia. Czas zwalnia, a strach czy ból przestają istnieć. Gdyby mimo wszystko kot zjadł mysz, to jej ból i cierpienie dzięki temu będą mniejsze. W sytuacji bez wyjścia udawanie martwego jest wypróbowaną strategią ewolucyjną.

Te trzy wzorce zachowania można odnieść do ludzkości postawionej dziś przed groźbą zagłady spowodowanej przez globalny kryzys klimatyczny. Obserwujemy je w różnym natężeniu w całej populacji. Niektórzy walczą, zamieniając swoje zwyczaje konsumpcyjne i szerząc wiedzę o zmianach klimatu. Inni, zwani denialistami, uciekają od problemu, negują dane naukowe, twierdzą, że kryzys klimatyczny to nic innego jak spisek naukowców. Trudno mi jednak uciec od wrażenia, że większość ludzi wybiera trzeci sposób. Trwają niczym mysz w kłach kota mając nadzieję, że wszystko się ułoży. Mają niejaką świadomość tego, co ich czeka, wszelako wybierają trwanie przy status quo kompulsywnej produkcji i konsumpcji. Wybierają business as usual, kontynuując zachowawczo swe dotychczasowe działania, pomimo ich niszczącego wpływu na planetę.

Ten trójpodział wskazuje, jak głęboko w naszej zwierzęcej naturze są zakorzenione reakcje nawet na najstraszniejsze zagrożenia. Człowiek jest centaurycznym zlepkiem twórczej świadomości, ulokowanej w korze nowej, i odwiecznych odruchów płynących z głębszych partii mózgu. Ta mózgowa prowizorka, typowa dla pracy procesów ewolucyjnych, okazuje się dziś zabójcza dla homo sapiens. Świadomość człowieka jest osadzona na pierwotnych podstawach, które dobrze funkcjonowały w realiach świata zwierzęcego. Sięga wprawdzie ogólności niedostępnej dla zwierząt, ale zarazem nie może się wyzwolić z tak dla nich charakterystycznej partykularności. Dzięki swoim zdolnościom intelektualnym rozwinęliśmy cywilizację, jednak nasze emocje nie nadążają za postępem technicznym. Przekształcamy świat zewnętrzny, zapominamy o wewnętrznym. Jesteśmy najbardziej inteligentnym gatunkiem w historii Ziemi i zarazem najbardziej destrukcyjnym.

Emil Cioran

Gderliwy rumuński frustrat pomieszkujący na koszt państwa w paryskich hotelikach. Jeżeli można z dolegliwości fizjologicznej uczynić pogląd na świat, to Cioran jest mistrzem tej sztuki. Przekuł swoją bezsenność w widzenie świata być może charakteryzujące ułomną krzyżówkę Buddy i Pirrona. Cioran nie jest filozofem, albowiem filozof dąży do poznania ostatecznej rzeczywistości, a on chce się z niej wyzwolić. Absolutna prawda to ostateczna pułapka dla ludzkiego ducha, tak jak nasze bycie w świecie to pułapka dla ciała. Zwierzęta żyją w bezpośredniości chwili teraźniejszej, a człowiek rozciąga swoją agonię na kilkadziesiąt lat, tylko po to, aby w ostatnim błysku świadomości stwierdzić, że aktualne „teraz” i „teraz” sprzed kilkudziesięciu lat równie dobrze mogłoby następować zaraz po sobie. W naszym życiu słodycz ust kochanki i gorycz w ustach po antyrakowej chemioterapii są sobie tak bliskie, jak jednojajowe bliźnięta. Ludzie uciekają od zbawczego uczucia rozpaczy, od gorzko-słodkiego poczucia bezsensu, chwytając się tradycji, religii i ideologii, czepiając się klanu, rasy i państwa po tylko, by uciec od siebie, by móc zrzucić z siebie nieznośny ciężar swego istnienia. Bezlitosna pragmatyka Ciorana głosi tezę, że prawda jest tylko wtedy prawdą, gdy znosi i niweczy istnienie. Głosi on radykalne wyzwolenie osiągane przez odzyskanie stanu pierwotnego, stanu najdoskonalszego, stanu sprzed narodzin. Prawda to proces wyzwalania się od złudzeń iluzji i pragnień – i poza tym procesem prawdy nie ma. Ewangelia według Ciorana zapewnia: prawda was wyzwoli, albowiem was zabije.

Powyższe słowa napisałem jako czterdziestolatek, gdy byłem świeżo po lekturze jego „Zeszytów”. Dziś widzę, że tym, co u Ciorana najciekawsze jest jego spojrzenie na świadomość, przedmiot chluby człowieka. Świadomość to wedle niego nic jak tylko dodatkowa warstwa cierpienia, nałożona na tkankę życia, które już samo w sobie jest samą wrażliwością i bólem. Dzięki świadomości staje się możliwe jeszcze bardziej bolesne doświadczanie cierpienia, jak również – i to jest najgorsze – intencjonalne go zadawanie. Będąc świadomą istotą mogę innej świadomej istocie przysporzyć największego cierpienia, właśnie dzięki temu, że dysponujemy świadomością. Ten wyższy rodzaj zła, a właściwie jedyne zło w tym świecie – bo nie jest ono spotykane u zwierząt – jest wynikiem tego, co budzi zwykle ogromny podziw badaczy, czyli ewolucji. Ewolucja, z materii nieożywionej wywodząca materię żywą, a z tej z kolei czującą świadomość, nie jest więc postępem ku doskonałości, jak uważają jej piewcy, ale regresem ku coraz większemu złu. Zatem także czas, w którym odbywa się proces narastania ewolucyjnej złożoności, jest procesem upadku. Czyż są bardziej pocieszające myśli dla kogoś, kto jest uważnym obserwatorem tego świata? Takim obserwatorem był Cioran, advocatus diaboli ludzkiej egzystencji, jej najbystrzejszy krytyk i przeciwnik.

O małym człowieku

Czym jest mały człowiek? Charakteryzuje go jedna podstawowa cecha – jego przemożne pragnienie umniejszania innych. Ponieważ jest mały, nie ma siły by być wielkim, ale czerpie jej surogat z pozycji, którą zajmuje w hierarchii społecznej. Dlatego jego marzeniem jest kariera szefa, prezydenta, dyrektora, kapłana, przywódcy, kogokolwiek, byle tylko być przełożonym. Uwielbia być kimś, komu społeczeństwo daje władzę, bo swoje istnienie pojmuje tylko jako element systemu. Jego największy błąd w życiu polega na przekonaniu, że jest na tym stanowisku konieczny i niezbędny. Oczywiście nie przyjmuje do wiadomości, że władza jest po to, by służyć, on się do niej garnie jedynie dlatego, by poczuć się lepszym. Gdyby był wielkim człowiekiem, stałby się liderem, ale jako mały człowiek, który dochrapał się wyższego miejsca w hierarchii, uważa się za kogoś, kto rządzi tymi poniżej, a których uważa za niewolników, samemu mając duszę niewolnika. Nie prowadzi innych, nie wskazuje im rozwiązań, wprost przeciwnie – tłamsi ich po to, by samemu poczuć się większym. Jest umniejszaczem, zainteresowanym tylko władzą nad ludźmi, która jest jedynym źródłem jego poczucia wielkości. Uwielbia prześladować, nienawidzi inspirować.

Właśnie dlatego na początku postawiłem pytanie: czym jest mały człowiek? Gdybym pytał o wielkiego człowieka zapytałbym: kim jest wielki człowiek? Mały człowiek bowiem zaprzeczeniem człowieczeństwa, jest jego zdeformowaną postacią wyzbytą wszelkich ludzkich cech. Jest ożywioną rzeczą, jest „czymś” mającym tylko ludzką formę, pozbawioną ludzkich uczuć. Stoi zawsze po stronie prześladowców, nader chętnie wierząc w zbiorowe ideały, bo to tylko dzięki nim jest tym, za co się uważa. Zresztą, im bardziej w nie wierzy, tym bardziej ich nie rozumie i je zniekształca. Wielbi wolność, ale tylko w określonych granicach. Podobnie wielbi odpowiedzialność, ale tylko u innych. Swoją wszechobecnością mały człowiek tworzy ten świat, w całej jego nędzy i bezsensie. Być może uda mu się nawet go zniszczyć, w przemożnym dążeniu do bycia kimś większym i lepszym. Fiodor Dostojewski napisał kiedyś: „Jedynym zadaniem człowieka jest udowadnianie, że jest człowiekiem, a nie trybem w maszynie”. Wszelako dla małego człowieka największe szczęście i sens jego istnienia to bycie dużym trybikiem w maszynie.