O dzieciach i kryzysie klimatycznym

Ostatnio zadano mi pytanie: „Czy w obecnych czasach warto posiadać dzieci?”. Kontekst pytania zdefiniował obecne czasy jako okres kryzysu klimatycznego, grożącego zagładą cywilizacji. Czy zatem możemy skazywać nasze ukochane potomstwo na cierpienia rodem w filmów postapo? A może to źle postawione pytanie? Człowiek ma bowiem, jako jeden z gatunków zwierzęcych, biologicznie wkodowane podstawowe przesłanie życia, które brzmi: „Trwaj”. Rozumiem pewnego mężczyznę, który napisał, że zrobi wszystko, by zapewnić jego dzieciom jak najdłuższe, choć może nie najlepsze, życie. Ma dzieci i nie ma wyjścia. Tak było od zawsze i tu się nic nie zmieni. Słyszałem też o tzw. „efekcie córki”. Tatuś posiadający córkę albo dwie zrobi dla nich wszystko, podejmując nawet najbardziej wątpliwe i ryzykowne działania, byle tylko przetrwały. Ten efekt to wspaniała manifestacja wspomnianego powyżej imperatywu biologicznego, gdyż to córki są bazą dla dalszej reprodukcji gatunku.

Autodestrukcyjne zachowania ludzkości wynikają głównie z wadliwych programów kulturowych. To one przyczyniły się do ukształtowania obecnej postaci świadomości człowieka i wynikających stąd zagrożeń cywilizacyjnych. Tytułem przykładu warto tylko przypomnieć słynne biblijne motto : „Mnóżcie się i czynicie sobie ziemię poddaną”. Współcześnie to niestety program prowadzący prosto do zagłady. Populacja ludzka to już ponad 7,7 miliarda osobników. Z uporem Katona Starszego nieustannie polecam stronę https://www.worldometers.info/. Wystarczy popatrzeć parę minut na tykające tam cyferki.

Nic dziwnego zatem, że gdy widzę małe dziecko, takiego rocznego brzdąca w wózeczku, to mu gorąco współczuję. On jest bez winy. Rodzice bezrefleksyjnie sprowadzili go na świat, bo przecież po to są. Zarazem ci sami rodzice przyczyniają się do kryzysu klimatycznego, który spowoduje, że ich dziecko nie będzie miało takiego życia, jakie oni mieli i jakie by chcieli zapewnić swoim potomkom. Wprawdzie obserwuję rosnącą świadomość zagrożeń, widzę buntującą się młodzież, ale to wszystko za mało. Bez radykalnych zmian systemowych ludzkość nie zejdzie z drogi ku samozniszczeniu. Mogą to zrobić dorośli, rodzice swoich dzieci. Nic niestety nie robią, poza nielicznymi wyjątkami. Wszystko wskazuje na to, że rodzice gotują swoim dzieciom całkiem niewesołą przyszłość.

Mamy jakieś półtora roku na rozpoczęcie wprowadzania radykalnych zmian w funkcjonowaniu naszej cywilizacji. Co, jak uważam, jest po prostu niemożliwe. Zatem, drodzy przyszli rodzice, czy naprawdę warto sprowadzać nowego człowieka na świat, który się właśnie kończy?

O czytaniu Biblii

Dzisiaj właściwie tylko jeden długi cytat. To, by tak rzec, mój ulubiony fragment z Biblii (Rdz 34,1-29):

„Pewnego razu Dina, córka Jakuba, którą urodziła mu Lea wyszła, aby popatrzeć na kobiety tego kraju. A gdy ją zobaczył Sychem, syn Chamora Chiwwity, księcia tego kraju, porwał ją i położywszy się z nią, zadał jej gwałt. I całym sercem pokochał Dinę, córkę Jakuba, i czule do niej przemawiał. Potem zaś Sychem prosił swego ojca Chamora: «Weź tę dzieweczkę dla mnie za żonę!»
Gdy Jakub dowiedział się, że Sychem zhańbił jego córkę Dinę – synowie jego byli przy trzodach na pastwisku – nic nie powiedział, czekając, aż wrócą. Chamor, ojciec Sychema, wybrał się do Jakuba, aby z nim porozmawiać. Tymczasem synowie Jakuba wrócili z pola. I gdy się dowiedzieli, ogarnął ich smutek, a zarazem bardzo się rozgniewali, że popełniono czyn, który u Izraelitów uchodził za zbrodnię: zgwałcono córkę Jakuba, co było niegodziwością. Chamor zaś tak do nich mówił: «Sychem, syn mój, całym sercem przylgnął do waszej dziewczyny. Dajcież mu ją więc za żonę. Spowinowaćcie się z nami; córki wasze dacie nam za żony, a córki nasze weźmiecie sobie. Będziecie mieszkali z nami i kraj ten będzie dla was. Możecie w nim się osiedlać, poruszać się swobodnie oraz nabywać sobie tę ziemię na własność». Sychem rzekł też do ojca i braci Diny: «Darzcie mnie [tylko] życzliwością, a dam, czegokolwiek zażądacie ode mnie. Wyznaczcie mi choćby największą zapłatę i podarunek, a gotów jestem dać tyle, ile mi powiecie, byleście tylko dali mi dziewczynę za żonę».
Wtedy synowie Jakuba, odpowiadając podstępnie Sychemowi i jego ojcu Chamorowi – mówili tak dlatego, że zhańbił ich siostrę Dinę – rzekli do nich: «Nie możemy uczynić tego, byśmy mieli wydać naszą siostrę za człowieka nieobrzezanego, bo byłoby to dla nas hańbą. Tylko pod tym warunkiem zgodzimy się na waszą prośbę, jeśli staniecie się takimi jak my: każdy z waszych mężczyzn zostanie obrzezany. Wtedy tylko damy wam nasze córki i córki wasze będziemy brali sobie za żony, zamieszkamy razem z wami i staniemy się jednym ludem. Jeśli zaś nie usłuchacie i nie poddacie się obrzezaniu, weźmiemy naszą dziewczynę i odejdziemy».
Chamorowi i Sychemowi, jego synowi, podobały się te słowa. Młodzieniec ów nie wahał się tego uczynić bezzwłocznie, bo bardzo miłował córkę Jakuba; był zaś najbardziej szanowany ze wszystkich w rodzinie swego ojca. Wszedłszy więc do bramy miasta, Chamor i jego syn Sychem tak przemówili do mieszkańców: «Ludzie ci są przyjaźnie do nas usposobieni. Niechaj mieszkają w kraju i niech się w nim poruszają swobodnie. Przecież jest on dla nich przestronny. Córki ich będziemy brali sobie za żony, córki zaś nasze będziemy im oddawali. Pod tym jednak warunkiem godzą się oni mieszkać wśród nas, stając się jednym ludem, że będzie u nas obrzezany każdy mężczyzna, tak jak oni są obrzezani. Czyż wtedy ich stada, ich dobytek i wszystko ich bydło nie będzie należało do nas? Byleśmy tylko przystali na ich żądanie, a wtedy pozostaną z nami».
I usłuchali Chamora oraz jego syna Sychema wszyscy, którzy przechodzili przez bramę swego miasta. Każdy zatem mężczyzna, który był tam, poddał się obrzezaniu. A gdy na trzeci dzień doznawali wielkiego bólu, dwaj synowie Jakuba, Symeon i Lewi, bracia Diny, porwawszy za miecze, wtargnęli do miasta, które niczego nie podejrzewało, i wymordowali wszystkich mężczyzn. Zabili mieczem również Chamora i jego syna Sychema i odeszli. Wtedy [pozostali] synowie Jakuba przyszli do pomordowanych i obrabowali miasto za to, że zhańbiono ich siostrę. Zabrali trzody, bydło i osły – wszystko, co było w mieście i na polu. Całe ich mienie, wszystkie dzieci i kobiety uprowadzili w niewolę, zrabowawszy wszystko, co znaleźli w domach”.

Nic dodać, nic ująć. Zapewne biegły teolog by wysnuł z tej opowieści jakieś mądre wnioski. Ja nie umiem. Takie teksty w piśmie uznawanym za natchnione, święte, uważam za niedoróbkę podobną do tych, które ma swoim koncie ewolucja. Dobrym przykładem jest tu okrężna droga nerwu krtaniowego wstecznego, który biegnie od mózgu w dół, okrąża serce i wraca do szyi. Inżynierski koszmar i techniczna pomyłka, typowa dla ewolucji. Ewolucja wytworzyła wiele wspaniałych organizmów, ale też sporo żałosnych prowizorek. Podobnie Biblia – są tam wspaniałe teksty, jak na przykład Pieśń nad pieśniami, jeden z najbardziej erotycznych utworów literatury światowej Ale są też koszmarki, jak ten przytoczony powyżej. Trzeba czytać ją ze zrozumieniem. I wybiórczo.

O trudnej nadziei

Aktywistka, buddystka i ekofilozofka Joanna Macy napisała kiedyś: „Ten moment naszego bycia na Ziemi charakteryzuje nie fakt, że jesteśmy na drodze do zniszczenia świata – bo nie od dziś na niej jesteśmy – ale raczej fakt, że zaczynamy się budzić. Tak jakbyśmy przebudzali się z trwającego tysiąclecia snu i budowali nową relację ze światem, z samymi sobą i z innymi”. Niszczymy świat i się budzimy – czy to nie sprzeczność? Nie. Często bywa tak, że dopiero w perspektywie śmierci bliskich nam osób odnajdujemy w sobie siłę, by odnowić z nimi nasze relacje. Często także dopiero w chwili, gdy dociera do nas, że sami umrzemy, znajdujemy w sobie odwagę, by zacząć żyć. Świadomość końca naszego istnienia jest tym koniecznym impulsem, dającym chęć do życia.

Możliwe zatem, że także w skali planetarnej zachodzi to, o czym pisze Joanna Macy. Ludzkość stoi w obliczu totalnej zagłady swojego dotychczasowego sposobu życia, upadku cywilizacji. Prawdopodobieństwo katastrofy jest ogromne. I to właśnie w obliczu tego zagrożenia budzą się w – zbyt nielicznych jak dotąd – ludziach najlepsze odruchy. Szczególnie młodzi, ów odwieczny zaczyn zmian, domagają się swego prawa do przyszłości. Widzą, że to co oferują im dorośli jako ścieżkę życia, jest tak naprawdę ślepą uliczką. Myślą, jak się wyrwać spod ognia plutonu egzekucyjnego złożonego z ich rodziców. Zdradzeni przez poprzednie pokolenia budzą się. Oby im się udało. Podstawowym prawem życia jest przetrwanie i tylko w tym możemy pokładać nadzieję.

Nie wiem co przyjdzie pierwsze – przebudzenie czy zagłada. Jak na najlepszym filmie akcji emocje rosną wraz z temperaturami notowanymi w miastach Europy i świata. Ścigamy się z krzywymi wykładniczymi, które bezlitośnie pokazują jak wzrasta populacja, eksploatacja paliw kopalnych i minerałów, emisje gazów cieplarnianych, konsumpcja i zanieczyszczenia. Tak samo jest w życiu – nikt nie wie, jaki będzie jego koniec, żałosny czy godny. Niegdyś, w roku tysięcznym, prorocy przepowiadali zagładę świata, opierając swe mniemania o rojenia religijne i numerologiczne. Dziś jest inaczej, stoimy w obliczu bezlitosnych danych naukowych.

Czasu na radykalną zmianę naszego postępowania nie mamy zbyt wiele. Nawet nie słynne już 11 lat. Konkretne plany redukcji emisji CO2 muszą już być gotowe do końca 2020 r. Jeśli to się nie stanie i redukcje nie zafunkcjonują wystarczająco szybko, wówczas przekroczymy granicę bezpieczeństwa i doprowadzimy do całkowitego rozregulowania klimatu i degrengolady cywilizacji. Chciałbym na koniec przypomnieć słowa Václava Havla: „Nadzieją nie jest przekonanie, że coś się dobrze skończy, tylko pewność, że coś jest warte zachodu bez względu na ostateczny wynik”. Dziś ta nadzieja jest trudna, bardzo trudna. Ale, jak napisała Ursula Le Guin, brak nadziei to najpotężniejsze zaklęcie, które czyni z ludzi niewolników.

O wściekłości

Dzisiaj chciałem tylko przytoczyć słowa jednego z moich znajomych, który moim zdaniem dobrze, a nawet bardzo dobrze oddaje lęki i zatroskanie współczesnych, świadomych rodziców: „To moje (młodsze) dzieci – właśnie kończą 6 i 10 lat … kiedy patrzę na nie – zastanawiam się, czy uda im się dożyć mojego wieku zanim się ugotują w kotle Planeta Ziemia. I czy przed śmiercią nie zrobią klimatycznej rzezi „wołyńskiej” swoim dziadom i rodzicom za los jaki pazerni przodkowie im (dosłownie) zgotowali … przemawia przeze mnie też moja bezsilna wściekłość na taki stan rzeczy”. Buntują się dzieci (Greta Thunberg stała się tego symbolem), buntują się rodzice, a świat toczy się dalej ze śmiertelną bezwładnością. Ilu ludzi musi się wściec, by coś się zmieniło?

O dżumie

Ostatnio odświeżyłem sobie dawną, licealną jeszcze, lekturę. Tak, to Dżuma Alberta Camusa. Dotarło do mnie, że obok podsuwanych mi niegdyś interpretacji tytułową dżumę można dziś odczytywać jako metaforę kryzysu klimatycznego. Opowieść rozpoczyna się od niepokojącego obrazu szczurów umierających w mieście. Na tym etapie jesteśmy obecnie – rozmaitego rodzaju klimatyczne aberracje dają o sobie znać, naukowcy trąbią na alarm. Niestety ludzkość nie zwraca na to dostatecznej uwagi. Biznes jak zwykle trwa w najlepsze, pogrążona w bezwiednej ciemnocie ludzkość kontynuuje swe suicydalne zachowania. Jak pisze Camus: „Najbardziej rozpaczliwym występkiem jest niewiedza”. Potem jest tylko gorzej. Zaraza się rozprzestrzenia. Powieść daje nam obrazy rozmaitych reakcji ludzi postawionych w obliczu nieubłaganej konieczności śmierci. Narastają konflikty, mnożą się przesądy, ideologiczne i religijne. W powieści dżuma przemija, ale zarazem pozostaje stale obecna. Jak stwierdza Camus: „Dżuma to niekończąca się klęska”. Tarrou, jeden z bohaterów powieści, mówi: „Każdy z nas nosi w sobie dżumę, nikt bowiem, nikt na świecie nie jest od niej wolny.” Bo dżuma to dziura w piersi każdego człowieka. Tarrou proponuje wyjście z tej sytuacji, bycie świętym bez Boga. Niestety umiera. Doktor Rieux walczy z dżumą, ale jego wysiłki tak naprawdę nic nie dają. Jesteśmy zadżumieni. Zamiast serca mamy w piersi dziurę. Sami na siebie sprowadzamy dżumę, dżumę XXI wieku, która będzie bardziej śmiercionośna niż „czarna śmierć” z XIV wieku.

O inicjacji

Niedawno przeczytałem ciekawą historię. Pewien osiemnastolatek otrzymał prawo jazdy. Zapewne był zadowolony, wyobrażał sobie wiatr we włosach, odurzający pęd i dziewczyny na tylnym siedzeniu samochodu. Jego ojciec, notabene policjant, zabrał go następnego dnia do kostnicy, by zobaczył kilka ciał ofiar wypadków samochodowych. W ten sposób pokazał mu, że śmierć jest rzeczywista, że może on teraz nie tylko czerpać przyjemność z jazdy samochodem, ale też może stać się przyczyną cierpienia. Ten młody człowiek być może uświadomił sobie dwie strony dorosłości – ta pierwsza jest wspaniała, sprawcza i pełna przyjemności, a druga ciemna, prowadząca do bólu.

Można powiedzieć, że to było drastyczne. Że może ten młodzieniec mógł doświadczyć traumy. Zauważmy wszakże, że jego ojciec pokazał mu nie tylko ciemną stronę dorosłego mężczyzny, ale także to, na czym polega jego praca. A to jest najcenniejsze dla syna. Ojciec dał mu w ten sposób najważniejszy dla syna przekaz, opowiedział mu o tym, czym jest życie i jaką on pełni w tym rolę. Że jako policjant ma do czynienia ze śmiercią, i że śmierć jest rzeczywista. To samo usłyszałem kiedyś od pewnej studentki filozofii, której ojciec też był policjantem i zapytany o to, co robi w pracy, pokazał jej drastyczne zdjęcia ofiar przemocy domowej. Być może tak mają policjanci.

Inicjacje dojrzałościowe w społeczeństwach pierwotnych miały konkretny cel, służyły transformacji świadomości młodego człowieka, którą miała przejść z jej postaci egoistyczno-narcystycznej, właściwej dla dziecka, w pożyteczną dla społeczności szerszą świadomość grupową, plemienną. Rytuał inicjacyjny musiał być dojmujący emocjonalnie i fizycznie, by stanowić kontrę dla przywiązań dzieciństwa. Dzięki nim kobiety stawały się kobietami, a mężczyźni mężczyznami. Dzięki temu możliwe było stworzenie sprawnie funkcjonującej grupy ludzi. Dziś jednak nie mamy żadnych inicjacji, żadnych grup, tylko miliardy zagubionych jednostek, a świat coraz bardziej przypomina, jak to pisał Jung, a house for idiot children.

O rosnącej głupocie

Gwałtowny wzrost liczby ludzi, o którym pisałem tydzień temu, wywołuje jeszcze jeden efekt, który jest szczególnie interesujący – jest coraz mniej starszych ludzi, którzy muszą uczyć coraz bardziej liczną gromadę młodych ludzi. Tak jest w obszarach szczególnie dynamicznych demograficznie, jak Afryka. Tak, wiem że na przykład Europa się starzeje, ale to nie przekłada się na rosnący wpływ starych mężczyzn i kobiet na umysły młodych ludzi. Wprost przeciwnie – tempo zmian cywilizacyjnych, spowodowane w przeważającej mierze przez eksplozję technologiczną, powoduje, iż osoby starsze w tym obszarze cywilizacyjnym czują coraz bardziej niekompetentne, niekoniecznie tylko technologicznie, ale także kulturowo. Zakłóca to proces transmisji kulturowej, stanowiący o istocie naszego człowieczeństwa. Zawsze starsi mówili i uczyli młodszych, co to znaczy być człowiekiem. Obecnie ten przekaz inicjacyjny zaniknął. Mówiąc krótko – ludzkość staje się coraz głupsza, głównie emocjonalnie. Być może jesteśmy coraz bardziej inteligentni, jak twierdzą zwolennicy efektu Flynna, ale zarazem coraz mniej ogarniamy ten świat. Ów brak ogarniania dobrze pokazuje stosunek ludzi do zmian klimatycznych – niby wiedzą, intelektualnie, że jest źle, ale tak naprawdę nic nie robią.

Swoje rozumienie świata jeden starszy człowiek może przekazać tylko ograniczonej liczbie młodych ludzi. Gdy jest ich coraz więcej, pojawia się niekorzystne zjawisko, swego rodzaju „fala”. Polega ono na kształtowaniu się umysłowości młodych ludzi tylko we wzajemnym kontakcie poziomym. To patologia inicjacji. Nie mają oni dostępu do doświadczenia starszych ludzi, nie będącym tylko abstrakcyjną wiedzą ogólną, opartą na pojęciach, którą może przenosić internet, lecz wiedzą wywiedzioną z doświadczenia. Takiej wiedzy nie można przekazywać masowo, w mediach, w szkołach czy innych podobnych instytucjach. Jest ona przekazywana w bliskiej, wręcz intymnej relacji bezpośredniej pomiędzy starszym a młodszym człowiekiem. I takich relacji mamy coraz mniej. Jak napisał Robert Bly: „Nasze społeczeństwo produkuje w nadmiarze chłopców, a jednocześnie coraz mniej mężczyzn.”

Zamiast relacji mamy obecnie coraz więcej interakcji. Relacja to związek pomiędzy dwoma osobami. Czasem głębszy, czasem płytszy, ale zawsze sięgający tego, kim dany człowiek jest. W relacji z innymi ludźmi tworzy się dojrzała osobowość człowieka. Interakcja natomiast odbywa się pomiędzy rolami społecznymi, albo – jakby powiedział Jung – pomiędzy personami, maskami, które nakładamy na siebie, by móc funkcjonować w społeczeństwie. Interakcja jest sformalizowana, a tym samym głęboko nieludzka. W interakcje wchodzimy w środowisku pracy, w korporacjach, w kontaktach internetowych. Są one koniecznością w masowych społeczeństwach, w których na co dzień spotykamy setki ludzi, których nie znamy. To forma współczesnej prozopagnozji, o której pisałem tu. Niestety, dziś jakże często zamiast relacji pomiędzy starszymi a młodszymi, mamy do czynienia z interakcjami, które nie budują osobowości młodszych, a jedynie uczą ich jak grać swoją rolę w tym pustym świecie. Oznacza to, że ci młodzi ludzie stają się coraz głupsi, coraz bardziej podatni na wpływ zbiorowej świadomości. Są odcięci od zbiorowej nieświadomości, od instynktów, które są konieczne do prowadzenia sensownego życia.

O tym, ile może znieść Ziemia

Potrzebowaliśmy 200 tysięcy lat, by nasza populacja osiągnęła pierwszy miliard, który pękł około roku 1800. Ponad 7-krotne zwiększenie tej liczby zajęło nam już zaledwie 200 lat. Przez ostatnie 40 lat kolejny miliard ludzi pojawiał się na świecie co 12 lat. Gdy się urodziłem, populacja przekroczyła 2 miliardy, a teraz – ponad 7,7 miliarda. Do końca tego wieku ilość ludzi na Ziemi może sięgnąć 12 miliardów. Ale już dzisiaj jest nas więcej, niż może utrzymać system ekologiczny Ziemi, czyli korzystamy ze środowiska powyżej jego biologicznej pojemności. Świat zamieszkany przez 12 miliardów ludzi byłby zaś katastrofą tak dla człowieka, jak i dla innych gatunków.

Przeludnienie przyczynia się do zmiany klimatu, wymierania gatunków i prowadzi do poważnych problemów ekonomicznych i społecznych. Każda ludzka istota zużywa zasoby, wykorzystując środowisko w poszukiwaniu jedzenia, schronienia i komfortu. Nawet jeśli robi to mądrze i efektywnie, zużywa zasoby potrzebne innym gatunkom. Tak więc, im więcej na Ziemi przedstawicieli homo sapiens, tym gorzej dla bioróżnorodności. Dzisiaj ludzie i hodowane przez nich na mięso zwierzęta stanowią 96 % masy kręgowców lądowych. Przy obecnych tendencjach dzikie kręgowce wyginą do 2026.

Przeludnienie przyczynia się do masowego wymierania gatunków i globalnego ocieplenia, ale kontrola narodzin to nieomal temat tabu. Wchodzi tu bowiem o podstawowe ludzkie prawo do rozmnażania, o wartości rodzinne i kulturowe, jak też o ostrzeżenia ekonomistów, że spadek populacji zrujnuje gospodarkę, bo im mniej na rynku młodych pracowników, tym trudniej finansować programy socjalne i emerytalne. Powodowane tą obawą, niektóre kraje wprowadziły regulacje mające na celu wzrost, a nie spadek liczby ludności. Znasz li ten kraj?

Nie jest możliwym wyobrażenie sobie tego, co tak naprawdę dla Ziemi znaczą te miliardy ludzi. Warto podkreślić, że nie są zwykłe miliardy istot żywych, zwierząt, które Ziemia dobrze zna. Nie, to ludzie. Każdy z nich tkwi w skorupie swego ego i nie wychyla nosa poza granice swojego przetrwania, odcięty przez kulturowe schematy od otoczenia, od środowiska biologicznego, od życia samego. Ego wydaje się być całkiem niezłym pomysłem ewolucji, swego rodzaju nadrzędnym centrum decyzyjnym, sprawującym kontrolę nad skonfliktowanymi impulsami instynktowymi. Niestety ta kontrola jest tylko skuteczna wtedy, gdy ego ma jakikolwiek kontakt z tymi impulsami. Gdy tego kontaktu brak, ego staje się dla homo sapiens narzędziem autodestrukcji. Gwałtownie postępująca od początku holocenu autonomizacja ego doprowadziła właśnie do tego, czego doświadczamy obecnie, do epoki antropocenu. Ile może zatem znieść Ziemia? Wiele, ale nie ego człowieka, powielone miliardy razy.

O teście na rozumność

Kilka dni temu prowadziłem spotkanie filozoficznego klubu dyskusyjnego w Tarnowskich Górach. Tematem spotkania było globalne ocieplenie – cóż, jakie czasy, takie tematy. Ponieważ formuła klubu jest otwarta, spodziewałem się, że mogą przyjść nowe osoby i nastawiłem się na ewentualną dyskusję z tymi, którzy negują globalne ocieplenie, a tym bardziej jego antropogeniczne pochodzenie. Rozpocząłem spotkanie od przedstawienia pewnych podstawowych wiadomości i zaprezentowania swego stanowiska. Każdy czytelnik tego bloga wie, że jest ono nader pesymistyczne. Ku memu zdziwieniu z grona kilkunastu osób uczestniczących w spotkaniu nie podniosły się żadne głosy protestu. W dyskusji dominowały dwie kwestie. Pierwsza to: „Co możemy zrobić?”, a druga, już na zakończenie: „Czy może pan powiedzieć coś optymistycznego?” Trudne było zwłaszcza to drugie pytanie.

Co możemy zrobić? Możemy podnieść wykładniczo poziom świadomość zagrożeń powodowanych przez kryzys klimatyczny. Wykładniczo bowiem rosną wszelkie wskaźniki zabójczego dla Ziemi wzrostu gospodarczego i eksploatacji zasobów. Linie na wykresach pną się do góry, zbliżając się asymptotycznie do nieuchronnego kresu. Jednak zarazem wzrasta świadomość coraz większej ilości ludzi. I to możemy zrobić – budzić świadomość, nie tylko przez podawanie informacji, ale przede wszystkim przez wzbudzanie emocji. Albowiem żadna zmiana świadomości nie jest możliwa bez wpływu emocji. A za emocjami idzie działanie.

Co do optymizmu to zacytowałem Havla: „Nadzieją nie jest przekonanie, że coś się dobrze skończy, tylko pewność, że coś jest warte zachodu bez względu na ostateczny wynik.” Tak, życie całej przyrody, ludzi, nasze i naszych bliskich jest warte zachodu. Ludzkość ma wpływ na to, czy będzie ono zachowane, czy też zniknie w swej obecnej postaci. Teraz ten wpływ jest ekstremalnie negatywny. Czy to się zmieni? Czy krzywa wykładnicza wzrostu świadomości prześcignie krzywą wzrostu eksploatacji planety i konsumpcji? Przekonamy się w ciągu najbliższej dekady. Tylko na tyle optymizmu było mnie stać.

Na koniec refleksja, którą nie podzieliłem się z mymi rozmówcami, by ich nie zasmucać. Słowa Havla nie wyrażają bowiem nic innego, jak tylko główną zasadę ewolucji – każdy gatunek stara się przetrwać w obliczu zmieniających się warunków środowiska. Jeśli nie przystosuje się do zmian, ginie. Ludzie wyróżniają się jednak spośród całej ziemskiej fauny tym, że to oni sami obecnie powodują zmiany grożące zagładą ich gatunku. Nie jesteśmy homo sapiens, możemy dopiero stać się homo sapiens. Nastąpi to wtedy, gdy zdamy test, jakim jest walka z kryzysem klimatycznym. Jest to walka ludzkości samej z sobą, a zatem zwycięstwo w niej byłoby zwycięstwem najwyższym. Jednak obecne rokowania są marne, wszystko wskazuje na to, że test oblejemy.

O klimacie i starości

Nie jestem stary, mam dopiero pięćdziesiąt pięć lat, ale zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dwudziestolatka – a tym bardziej dwudziestolatki – jestem stary. W normalnej sytuacji taka myśl wpędziła by mnie w lekką depresję. Ale sytuacja nie jest normalna. Znając perspektywy ludzkości, a raczej ich brak, cieszę się ze swych lat i nie zazdroszczę młodym ich młodości. Gdy będą w moim wieku świat nie będzie dobrym miejscem do życia. Wszystko wskazuje na to, że optymistyczne prognozy IPCC, dotyczące tego że mamy jedenaście lat by zapobiec katastrofie klimatycznej (eh, a rok temu było dwanaście) się nie sprawdzą. A to z bardzo prostego powodu – ludzkość in toto nic nie robi, wydaje się, że ma przyszłe pokolenia w bardzo głębokim poważaniu. Ludzie mnożą się niczym przysłowiowe króliki, konsumują jak szaleni, jakby jutra miało nie być. No właśnie – nie będzie.

Niektórzy martwią się o rosnące obecnie pokolenie, ale ono samo już zaczyna martwić się o siebie. Uosabia je Greta Thunberg. Oto jej słowa: „Chcę, żebyście wpadli w panikę. Chcę, żebyście czuli strach, który ja czuję każdego dnia. A wreszcie chcę, żebyście zaczęli działać. Chcę, żebyście zachowywali się tak, jakby nasz dom płonął. Ponieważ tak właśnie jest”. Nie zazdroszczę jej tej samoświadomości. Nie wiem jak się czuje dwudziestolatek czytający najnowsze prognozy, że cywilizacja się skończy po 2050 roku. Będzie wtedy w moim wieku, co dla niego jest raczej niewyobrażalne. Wiem tylko, że kwestia kryzysu klimatycznego staje się problemem pokoleniowym. Obecne pokolenie jest absolutnie impotentne, niezdolne zrobić nic, aby zachować zdolność do życia przyszłych pokoleń. Proponuje się wszelkiego rodzaju wyjścia z tej tragicznej sytuacji, niestety wszystkie oparte na zachowaniu cywilizacyjnego status quo, czyli nieustannej konsumpcji energii (mój ulubiony absurd to geoinżynieria). A tymczasem zapomina się o najbardziej oczywistym wyjściu – przestać żreć!

Zazdroszczę młodym tylko jednego – będą mogli zweryfikować moje pesymistyczne przewidywania. Już teraz z radością zauważam jaskółki przyszłego kryzysu, a jak czas pozwoli to może zobaczę jego bardziej rozwinięte formy. Zazdroszczę młodym tego, że będą żyli w świecie nawiedzanym przez coraz większe katastrofy klimatyczne, przez miliony uchodźców, wojny i strach, w cudnym świecie rodem z filmów postapo. Słowem, staną się naocznymi świadkami the end of civilisation as we know it. Doświadczą zatem podstawowej satysfakcji poznawczej każdego badacza – której ja raczej będę pozbawiony – polegającej na zobaczeniu, że jego model się sprawdził. Wiem, to czarny humor, ale czy w tej nienormalnej sytuacji coś innego nam pozostaje? Tylko terapia szokowa może coś zmienić.