O ostatnim locie

Niedawno przeczytałem o ciekawym zachowaniu pilotów ultranowoczesnego samolotu pasażerskiego. Zaniepokojeni tym, że samolot obniżał dziób w czasie startu, zaczęli kartkować podręcznik lotu by zrozumieć, co się dzieje. Nie znam się na pilotażu, więc może ich poczynania były całkiem normalne i tylko mnie się wydaje ekstremalnie rozpaczliwym czytanie instrukcji lotu w czasie katastrofy. Niestety ich samolot, posłuszny programowi komputera, spadł na ziemię i wszyscy zginęli. Trudno w tym zdarzeniu nie zobaczyć metafory tego, co dzieje się dziś z ludzkością. Zafascynowana techniką, pokłada w niej wszelką nadzieję, pomimo iż właśnie to rozwój technologiczny doprowadził na skraj zagłady. Czyta instrukcje obsługi, napisane przez naukowców, z których wynika dokładnie, co ma robić. Z instrukcji tych wynika, że jest już właściwie za późno na ratunek. Mimo tego nie podejmuje żadnych kroków mających przeciwdziałać katastrofie. Jest bowiem posłuszna zakodowanemu w niej programowi, autodestrukcyjnej procedurze każącej jej konsumować i rozrastać się na kształt raka na całej planecie. W ciągu roku zużywa 92 miliardy ton materiałów – żywności, metali, paliw i minerałów. Liczba ta rośnie wykładniczo w tempie 3,2% rocznie. Rozrost populacji ludzkiej jest skorelowany z ginięciem zwierząt, które obecnie zasłużyło już na miano szóstego wymierania. Cóż, ludzkość podejmuje swój ostatni lot, ufając bardziej swoim genetycznym programom niż ostrzeżeniom naukowców.

John Gray w książce Słomiane psy słusznie zauważa: „Ludzie zachowują się pod pewnymi względami jak organizmy patogeniczne, jak komórki raka, nowotworu. Wraz ze wzrostem naszej liczebności zaczęliśmy tak bardzo przeszkadzać Gai, że nasza obecność stała się zauważalnym zakłóceniem. Gatunek ludzki jest obecnie tak liczny, że stanowi poważną, planetarną chorobę. Gaja cierpi na primatemaję rozsianą – zarazę ludzką.” Niektórzy protestują przeciwko przyrównywaniu ludzkości do namnażających się komórek rakowych, jak znany ekomodernista Steven Pinker, o którym pisałem tu. Nie powinni jednak protestować przeciwko innemu porównaniu, do dziecka. Ludzkość jest zatrważająco niedojrzała, infantylna, podobna dziecku z swych zachowaniach, pięknych przez swą nieodpowiedzialność i przerażających w swoich konsekwencjach. Wyobraźmy sobie rozkosznego malucha posadzonego za sterami nowoczesnego samolotu. Dopóki pedałował na swoim trzykołowym rowerku, krzywdy ani sobie, ani innym nie mógł uczynić. Teraz jednak jego możliwości destrukcji wzrosły niepomiernie, ale mądrości mu nie przybyło. Wprost odwrotnie – dzięki swemu infantylnemu rozumkowi może teraz czynić zło na niewyobrażalną skalę. Jak to kiedyś napisał Jung, Ziemia to „a house for idiot children”.

O nudzie i biomoralności

Podobno zdolność do odczuwania nudy charakteryzuje wyłącznie ludzi i przez to czyni ich różnymi od zwierząt. Myślę jednak, że tak naprawdę nudzą się tylko umysły twórcze. To, co nazywają one nudą jest wszelako niczym innym jak okresem inkubacji nowych idei. W tym czasie ich umysł jest rzeczywiście pusty, nie wiedzą co ze sobą zrobić, a postronnym widzom wydaje się, że próbują zabić czas, walcząc z trawiącą ich nudą. To nie do końca tak, bowiem gdy świadomość się nudzi, nieświadomość pracuje. Zatem prawdziwa nuda jest koniecznym warunkiem kreatywności i jako taka ma swe pozytywne strony. Niestety nie tak jest dziś postrzegana. W opinii większości nuda jest stanem negatywnym, którego należy się jak najszybciej pozbyć poprzez dostarczenie sobie jakiejś rozrywki. Nuda jawi się wręcz jako wada moralna. Osoba odczuwająca nudę, albo inne negatywne stany umysłu, jak na przykład rozczarowanie. lęk czy smutek, odbierana jest jako gorsza moralnie niż osoba uznająca się za radosną i szczęśliwą. Takie podejście nazywa się biomoralnością, a jego imperatywem moralnym jest czucie się dobrze. Ten, kto jest zadowolony, prężny, pozytywnie nastawiony jest nie tylko produktywny, ale i ponadto czuje się lepszy moralnie. Myśli sobie tak: jestem ortorektykiem, nie mam nałogów, prowadzę zdrowy tryb życia i mam generalnie pozytywne nastawienie do życia, zatem jestem zbawiony. W tej perspektywie nudzący się człowiek – jako ułomny moralnie – ma obowiązek jak najszybciej przejść do waloryzowanego pozytywnie stanu szczęścia, entuzjazmu i ogólnego dobrego samopoczucia. Nie możemy jednak ulegać terrorowi pozytywnego nastawienia, nie możemy być posłuszni wobec policji dobrostanu nieustannego – lepiej nudźmy się twórczo!

O czasie i psychoterapii

Św. Augustyn zapisał się na zawsze w dziejach filozofii swoimi rozważaniami o czasie, zawartymi w XI księdze jego Wyznań. Książka ta jest także pierwszą w dziejach myśli Zachodu autobiografią, pierwszą próbą stworzenia opowieści o indywidualnym życiu. Nic zatem dziwnego, że pojawia się w niej kwestia czasu, który jest tkanką naszej egzystencji. Augustyn rozważając nieodpowiadalne pytanie: „czym jest czas?” dochodzi w końcu do wniosku, że „istnieją następujące trzy dziedziny czasu: obecność rzeczy minionych, obecność rzeczy teraźniejszych, obecność rzeczy przyszłych. Jakieś tego rodzaju trzy dziedziny istnieją w duszy; ale nigdzie indziej ich nie widzę”. Ta obecność to pamięć, uwaga i oczekiwanie, trzy poruszenia umysłu. To „w tobie, mój umyśle, mierzę czas” konkluduje Augustyn. Poza umysłem nie ma czasu, jest tylko zmiana. Dzięki trójdzielnemu odczuwaniu czasu ludzie mogą obejmować umysłem bieg swego życia, co jest dla nich przekleństwem, gdy cierpią z powodu pamięci zdarzeń z przeszłości i lękają się zdarzeń przyszłych. Zarazem jednak możliwe staje się coś, co nie jest dane zwierzętom – możliwość opowiedzenia całego swego życia, zintegrowania go w teraźniejszości.

Wyznania jawią się zatem jako dzieło autoterapeutyczne, podsumowujące czterdziestoletnie życie biskupa Hippony. Widać to szczególnie w zakończeniu XI księgi, gdzie Augustyn pisze, że „rozproszeniem było życie moje” i „teraz moje lata pośród szlochu płyną”. Bóg, którego odkrył, jest dla niego oparciem, i to jemu zawdzięcza, że jest teraz „nie rozproszony, ale świadomie zwrócony ku temu, co jest przede mną, a nie ku temu, co tylko nastanie i przeminie”. Słowa Augustyna są wyrazem tego, jak dzięki spójnej narracji – tu religijnej – można przekuć owo rozproszenie w sensowną teraźniejszość i uzyskać nowe podejście wobec przeszłości i, co najważniejsze, przyszłości. Współcześnie taka synteza pamięci i oczekiwań jest podstawą wszelkiej auto- i psychoterapii, w której budujemy całość swojej egzystencji z rozproszonej przeszłości i spodziewanej przyszłości, integrując „rzeczy przeszłe” i „rzeczy przyszłe” w teraźniejszości. Odbywa się to poprzez konstruowanie autobiograficznej narracji, opowiadanie na nowo sobie samemu swojego życia. Należy czynić to nieustannie, co dzień pisząc na nowo księgę swojego życia.

Z psychologii Antychrysta

Pod koniec eseju Masa i władza Elias Canetti omawia przypadek Daniela Schrebera, który opisał swoje przejścia w Pamiętnikach nerwowo chorego. Jednym z osiowych objawów paranoi Schrebera było jego przekonanie, że cała ludzkość wyginęła, a on jest jedynym prawdziwym człowiekiem, tym który przeżył. Lekarze i pielęgniarki, których widywał w klinice, byli jedynie nędznymi podróbkami. Canetti pisze: „Schreber pozostał jako jedyny przy życiu, gdyż sam tak chce. Chce być jedynym, który stoi żywy na ogromnym polu zasłanym trupami, a pole to obejmuje wszystkich innych ludzi. Schreber jawi się tu nie tylko jako paranoik; to najgłębsza skłonność właściwa każdemu ‘idealnemu’ władcy: pozostać jako ostatni przy życiu. Władca posyła innych na śmierć, by jego samego śmierć ominęła: odwraca ją od siebie. Nie tylko jest mu obojętna śmierć innych, wszystko popycha go do tego, by ją sprowadzić do skali masowej. Szczególnie często sięga po to radykalne rozwiązanie, gdy jego władza nad żyjącymi jest kwestionowana. Gdy poczuje się zagrożony, jego namiętne pragnienie, by ujrzeć wszystkich, jak leżą przed nim nieżywi, nie da się właściwie powstrzymać przez żadne racjonale względy”. Mitologiczna wyobraźnia ludzkości wytworzyła obraz takiej postaci, idealnego władcy, który będzie sycić się panowaniem nad wszystkimi ludźmi i cieszyć ich śmiercią – to Antychryst.

Od czasu pojawienia się tej idei w chrześcijaństwie za Antychrysta uważano wielu władców znanych z historii, od Nerona po Napoleona. Często też za Antychrysta uznawano instytucję papiestwa. W wieku dwudziestym tę symboliczną funkcję przejęło państwo, a pod jego koniec miejsce to zajęły ponadnarodowe korporacje. Nie chodzi mi tu jednak o parareligijne teorie spiskowe, ale o psychologię manifestującą się w tym motywie mitologicznym. Istotą psychologii Antychrysta jest absolutna władza, przejawiająca się jako pragnienie śmierci wszystkich poza nim samym. Jest to też fundament psychologii gatunku homo sapiens, opętanego przez pragnienie sprawowania kontroli nad wszystkim i za każdą cenę. W świetle obecnych zagrożeń wiszących nad ludzkością, a wynikających głównie ze zmian klimatycznych, można suicydalne tendencje ludzkości ujmować jako wyraz dominującej w niej psychologii Antychrysta. Tym Antychrystem jest dziś sama ludzkość, irracjonalnie prąca na skraj samozagłady. Czterech jeźdźców apokalipsy – przeludnienie, broń atomowa, globalna ekonomia i technologia – to siły napędowe tych tendencji. Z najbardziej klarownym przejawem psychologii Antychrysta mamy do czynienia wtedy, gdy obserwujemy zachowania wąskiej grupy najbogatszych ludzi, posiadających ponad połowę majątku całej ludzkości. To oni chcą, jak pisał Canetti, odsunąć wizję własnej zagłady przez zapewnienie sobie choćby iluzji przetrwania dostępnej dzięki pomnażaniu pieniędzy. Zdają się przy tym nie zauważać, że to zdobywanie pieniędzy jest bezpośrednią przyczyną zagłady ludzkości.

Bez względu jednak na to, czy ktoś jest bogaczem, czy biedakiem, podlega tym samym regułom psychologii Antychrysta, dążąc do władzy wszelkimi dostępnymi mu drogami. Bogaty pomnaża swe bogactwo nie zważając na samego siebie, na innych ludzi, a także na całość biosfery. Biedny powiela siebie nie zważając na skończoną objętość naszej planety. Obydwaj wprowadzają w życie w swoisty dla siebie sposób mantrę Antychrysta: Après moi, le déluge! Chcą przetrwać, czy to dzięki władzy pieniądza, czy dzięki sile ilości. Obydwaj czują się zagrożeni, reagują więc zgodnie z psychologią Antychrysta, dążąc do destrukcji w złudnym mniemaniu, że ich czyny zapewnią im przetrwanie. Chcą przetrwać, ale podejmują działania, które są przeciwskuteczne. Co chwila słyszymy wieści takie jak ta: biolodzy obserwują ginięcie owadów, tak wydawałoby się odpornych na brewerie, jakie homo sapiens wyprawia obecnie na Ziemi. Głównym big killer dla owadów jest dzisiaj sposób produkcji żywności, a kolejne to zmiany klimatu i postępująca urbanizacja. Takie wieści, coraz częstsze i odnoszące się nie tylko do wymierania gatunków, ale przede wszystkim do dramatycznych zmian klimatycznych, to podzwonne dla planety. Tylko kogo to obchodzi? Może coś robi promil populacji, czyli praktycznie nikt. Kto wie, może już wkrótce to właśnie ostatni, nieliczni przedstawiciele naszego gatunku, ukryci w podziemnych schronach, będą mogli obserwować – z pozycji Antychrysta – totalną zagładę życia?

O pośmiertnym triumfie Goebbelsa

Nie tak dawno pisałem o psychologii tłumu w epoce trolli internetowych (tu). Świetnym uzupełnieniem tego, co napisałem, jest klasyczna wypowiedź Josepha Goebbelsa, w której opisuje on bardzo klarownie istotę propagandy. Jego słowa zachowują zaskakującą aktualność w naszych czasach, zdominowanych przez „społeczne” media internetowe: „Szare masy społeczeństwa są zwykle znacznie bardziej prymitywne niż sobie wyobrażamy. Propaganda musi zatem być przede wszystkim prosta i powtarzana wielokrotnie. Na dalszą metę ten tylko osiągnie podstawowe rezultaty w oddziaływaniu na opinię publiczną, kto potrafi sprowadzić problemy do najprostszej postaci, i kto ma odwagę, żeby zawsze powtarzać je w tej uproszczonej formie, pomimo sprzeciwu intelektualistów”. Mamy tu zatem maksymalne uproszczenie przekazu, najlepiej do jednego chwytliwego hasła, do jednego przejmującego obrazu. Następnie zachodzi powielanie tego przekazu, powtarzanie w różnych okolicznościach i kontekstach. Aha, i nie wolno brać pod uwagę głosu intelektualistów, bo ci tylko wskazują na niuanse i odciągają masy od jedynie słusznej czarno-białej wizji rzeczywistości.

A co nam to przypomina? Ano to, co dzieje się obecnie, a co się rozpoczyna od spreparowania prostego przekazu, do czego nie są nawet konieczne, jak to było w epoce Goebbelsa, jakieś grupy rządzące. Wystarczy tylko byle troll, cierpiący na kompleks niższości i ogólny resentyment, który wysmaży odpowiedni przekaz. A wtedy tłumy internautów natychmiast go powtarzają. Takie zachowanie szarych mas internetowych bez wątpienia byłoby czymś zachwycającym dla Goebbelsa. W czasie lektury rozmaitych forów internetowych i mediów społecznościowych można usłyszeć jego rechot zza grobu. Nie są potrzebne prasa i radio, nie są potrzebne wielotysięczne wiece. Nie jest nawet potrzebna odwaga, bo dziś każdy, kto tylko ma dostęp do internetu, ma intelektualistów w głębokiej pogardzie. Całą propagandową robotę odwali mały mentalny żuczek przed ekranem swego komputera, wsparty owczym pędem tysięcy innych żuczków o jeszcze mniejszych rozumkach. I już gotowe – nawet najbardziej absurdalny łańcuszek znajduje na Facebooku mnóstwo zwolenników! Doprawdy, dożyliśmy nowych, wspaniałych czasów, w których każdy, kto tak chętnie dzieli się w internecie swoimi opiniami, postprawdą i fake newsami, jest nikim innym, jak tylko najbardziej pojętnym uczniem Goebbelsa.

O umieraniu kotów i ludzi

Ludziom trudno jest odejść. Kurczowo lgną do wszystkiego, co przeżyli i pragną kontynuować swoje miałkie istnienie w nieskończoność. Pragną nieśmiertelności. Wyobrażają sobie, że będą trwać niezmiennie w najdoskonalszej postaci, jak kolorowe obrazki w broszurce świadków Jehowy. Nie pytają się, nie zastanawiają się, chcą jedynie trwać. Po co?

Jak pisał Wittgenstein, śmierć nie jest zdarzeniem życia. Jest granicą, jak podmiot jest granicą świata. Czy kot jest podmiotem? Czy kot umiera? Według mnie – nie. Kot odchodzi. Gdy poczuje, że nadszedł jego czas, wychodzi na zewnątrz, idzie do ogrodu czy lasu, w sobie tylko znane nocne krainy, które zawsze odwiedzał wtedy, gdy był młody i sprawny. Odwiedza je po raz ostatni, i kładzie się pod krzakiem, pod którym niegdyś czatował na mysz. Tam zamyka oczy.

Właściwie jedyną rzeczą w życiu człowieka, którą może on zrobić dobrze, to dobrze umrzeć. U swego kresu musimy się poddać, doświadczywszy absolutnej przeźroczystości naszego życia. Przygotowanie do tego doświadczenia jest dane nam już wcześniej, gdy po przekroczeniu połowy życia widzimy, jak krucha jest namacalność tego świata. Wtedy widzimy, że wszystko jest jakby ze szkła, przenikamy wzrokiem na wskroś i dotykamy samego skraju nicości. Wtedy nieomal zmysłowo wiemy, że wkrótce już nie będziemy istnieć. Niektórym poczucie tego jest dane od wczesnego dzieciństwa, kiedy to, nie mogąc zasnąć, leżeli zdrętwiali, przerażeni dojmującą wizją nicości. Potem w ich życiu doświadczenie to pozostaje niezmienne, jedynie coraz bardziej zrasta się z tkanką rzeczywistości i obrasta treścią zmiennych przeżyć, jak rafa koralowa, stając się coraz konkretniejsze, twardsze i coraz bardziej niezmienne.

O nauce w dobie zmian klimatycznych

Szwedzka nastolatka, Greta Thunberg, podjęła w zeszłym roku strajk dla klimatu. Jeden z jej argumentów szczególnie przykuł moją uwagę. Dlaczego, pyta owo dziewczę, mam chodzić do szkoły i przyswajać sobie wiedzę naukową, jeśli świat obecnie nie zwraca uwagi na alarmujące dane naukowe, które jasno wskazują, że temuż światu grozi zagłada? Naukowcy podnoszą alarm, a ludzkość nie reaguje. Greta oskarża o bezczynność głównie korporacje i polityków, chociaż i zwykli ludzie też nie są bez winy, acz ta wydaje się im tak malutka, że najczęściej nie zwracają na nią najmniejszej uwagi. Greta ma rację, bo wedle wszelkich prognoz emisje dwutlenku węgla w 2019 roku znowu wzrosną. Ludzkość po staremu robi swoje, konsumuje i defekuje, nie bacząc na szwedzkie nastolatki.

Dlaczego ludzkość nie wierzy nauce, która od prawie trzech stuleci wywiera na nią dominujący wpływ, nadając kształt jej egzystencji? Moim zdaniem obecna sytuacja nauki przypomina starą anegdotę opowiedzianą przez Kierkegaarda. Do wsi przyjechał cyrk. Gdy w cyrku wybuchł ogień, klaun pobiegł do wsi prosić o pomoc w gaszeniu ognia, który mógł łatwo się przenieść także do wsi. Mieszkańcy wzięli to za dobry chwyt reklamujący występy cyrkowe i wybuchnęli śmiechem. Spłonął cyrk i spłonęła także owa wieś. I tak dziś postrzegani są naukowcy. Dopóki dzięki swoim wysiłkom i wynalazkom poprawia jakość życia i ogólnie go umila, ich głos jest akceptowany, tak jak dowcipy radosnego klauna sprawiającego wszystkim przyjemność. Gdy jednak ostrzegają, że festiwal konsumpcji – który zresztą sami umożliwili – zagraża destrukcją cywilizacji, no nie, wtedy są odrzucani i wyśmiewani.

Oczywiście, należy odróżnić informacje naukowe od wiedzy naukowej. Informacji mamy aż nadto, czy to z własnego wykształcenia, czy to z internetu i innych źródeł. Tworzą one szum informacyjny, który jednak nie prowadzi do wiedzy, a raczej do niewiedzy. Nie dziwota, gdyż nadmiar informacji nie zbiega się w umyśle zwykłego człowieka w całość zwaną wiedzą naukową i nie kształtuje jego sposobu myślenia. Dobrym przykładem są tu dyskusje internetowe, w których ułomki informacji naukowych służą dyskutantom jako maczugi, którymi walą po głowach w swoich oponentów. Każdy znajduje jakąś wybiórczą informację zgodną z jego opinią, najczęściej w postaci linku, i częstuje nią oponenta. W uniwersum informacji, podobnie jak Biblii, każdy może znaleźć coś, co odpowiada jego opinii, nie zwracając najmniejszej uwagi na konsensus naukowców, który stanowi istotę nauki. Uważamy, że możemy śmiać się z klauna i interpretować jego przekaz po swojemu, bo przecież lepiej wiemy, o co mu chodzi.

Szkolny strajk dla klimatu Grety Thunberg i dziesiątek tysięcy nastolatków maszerujących ulicami miast Zachodu skojarzył mi się z trzynastowieczną krucjatą dziecięcą. Wówczas idea religijna pobudziła dzieci i młodzież do działania, jakże tragicznego i bezsensownego. Dziś podobieństwo jest tylko powierzchowne, bo to nauka i jej alarmujące ustalenia uświadomiły młodym, myślącym ludziom, że ich przyszłość jest zagrożona, że ich życie najpewniej nie będzie przypominało życia ich rodziców, pławiących się w dobrobycie i korzystających z czasów pokoju, trwających od ponad siedemdziesięciu lat (oczywiście tylko w uprzywilejowywanych krajach). Przywołując zatem słowa pewnego księdza, wypada mi stwierdzić, że jak młodzież wychodzi na ulice, to wiedz, że coś się dzieje.

O tym, że nie zawsze dobro i prawda zwycięża

Mahatma Gandhi oparł swoją aktywność społeczną i polityczną na filozofii jogi, której dwoma wyjściowymi zasadami są ahinsa i satja. Ahinsa to niekrzywdzenie, działanie bez przemocy, satja to prawda. Jeszcze w czasie pobytu w Afryce Południowej zapoczątkował działania, którym nadano nazwę satjagraha, co można przełożyć jakotrwanie przy prawdzie”. Opierały się one na przekonaniu, że człowiek trwający w prawdzie jest niezłomny i ma siłę, by przeforsować swoje stanowisko, nie żywiąc nienawiści do przeciwnika. Gandhi odniósł sukces, jego wieloletnie starania doprowadziły do niepodległości Indii, choć nie obyło się bez ofiar. W czasie II wojny światowej zainicjował ruch przeciwny udziałowi Hindusów w wojnie i żądający, by Brytyjczycy opuścili jego kraj (tzw. Quit India). Wywołało to prześladowania, aresztowania i tysiące ofiar. Skutki wyodrębnienia się Pakistanu i Bangladeszu były jeszcze bardziej tragiczne. Jednak zapytany w czasach II wojny światowej o  możliwość zastosowania jego metody walki bez przemocy po to, aby zakończyć zmagania wojenne z Niemcami odpowiedział: „To pomaga tylko wtedy, gdy walczysz z Brytyjczykami”.

Czas między dziewiętnastym a dwudziestym drugim rokiem swego życia spędził w Anglii, co dało mu możliwość dobrego poznania mentalności Brytyjczyków. Wiedział więc, co mówi. Jego słowa wyrażają fundamentalną myśl, że nie zawsze i nie we wszystkich warunkach szczytne zasady i prawe założenia mogą prowadzić do zamierzonych celów. Nasze działanie zawsze zależy od szeregu niezależnych od nas czynników, a jego skuteczność i konsekwencje nie prostym wynikiem odczuwanej przez nas absolutnej słuszności. Wręcz przeciwnie – gdy ktoś jest przekonany, że jest w pełni prawy i dobry, a racja jest wyłącznie po jego stronie, wtedy najczęściej zdąża prostą drogą ku porażce. Mądrość, która realizuje się w działaniu, polega na wnikliwym rozpoznaniu charakteru rzeczywistości i stosowaniu środków odpowiednich do jej natury.

O nieuchronności podziałów

Najprostszym sposobem uzyskania tożsamości jest przynależność do jakieś grupy. Czy to będzie plemię, czy gang czy też naród albo partia, jeśli tylko przynależę do grupy, to wiem, kim jestem. Mogę z dumą powiedzieć, że jestem członkiem tej grupy, że istnieje jakieś „my” nadające mi autoidentyfikację. Jednak zawsze jeśli są jacyś „my”, to pojawiają się też „oni”. Urzeczywistnienie z założenia pięknej i podniosłej idei wspólnoty, uznania wartości jednostki i pomocy wzajemnej prowadzi do nieuchronnego podziału na „my” i „oni”. Jeśli manifestuję przynależność do mojej grupy, tym samym odcinam się od innej i czynię jej członków swoimi wrogami. Dobrze wiadomo, że wskazanie wroga jest najprostszym sposobem doprowadzenia do konsolidacji zbiorowości i do zapewnienia satysfakcji jej członków, płynącej z odkrycia „osobistej” tożsamości. By poczuć się jednością z moją grupą muszę zatem zawsze wykluczyć z niej jakiś „innych”. Im silniej nienawidzę „innych”, tym silnej odczuwam więź ze „swoimi”.

Podział na „my” i „oni” sięga swoimi korzeniami naszych zwierzęcych przodków. Badacze prymatów opisują podział grupy szympansów na dwie mniejsze, pomiędzy którymi dochodziło potem do walk i zabójczej przemocy. Na tyle, na ile pozostajemy biologicznymi i emocjonalnymi spadkobiercami naszych zwierzęcych przodków, to taka dynamika jest także nieuchronna w życiu społecznym człowieka. W przypadku silnej polaryzacji, podobnej do tej, jaka obecnie rysuje się Polsce, nie ma zatem dobrych rokowań. Najbardziej wzniosłe słowa i odezwy nie pomogą, nie zmienią naszej natury. Ba, są często głosami wbrew tej naturze, jak chrześcijańskie „miłujcie waszych nieprzyjaciół”, doskonale nieskuteczne od dwóch tysięcy lat. Czy można wobec tej spektakularnej nieskuteczności dziwić się, że wypowiadane dziś słowa wzywające do zgody rozpływają się jak poranna mgła, gdy wschodzi słońce grupowej nienawiści?

Grupowa tożsamość ma bowiem ogromną wadę – pozwala na uniknięcie osobistej odpowiedzialności. W imię przynależności, ulegając prawom konformizmu, mogę uczynić największe zło. Przyjmując tożsamość grupową ulegam deindywidualizacji, wyrzekam się siebie jeszcze nim mogłem siebie poznać, odrzucam dążenie do samoświadomości chroniąc się w zbiorowym „my”. Nie mogę „kochać bliźniego swego”, jeśli nie wiem, kim jestem i nie kocham siebie. Dopóki ludzie szukają swego „ja” garnąc się jak nastolatki do afirmującego je otoczenia, dopóty ludzkość będzie wstrząsana plemiennymi walkami i nawet w najbardziej demokratycznych społeczeństwach fundamentem porządku społecznego będzie podział na „my” i oni”.

Grupa daje bezpieczeństwo, znalezienie oparcia w sobie daje wolność. Te dwie wartości są nie do pogodzenia. Są jak wahadło, które wychyla się raz ku jednej, raz ku drugiej skrajności. Poszukiwanie bezpieczeństwa owocuje podziałem i konfliktami wewnątrz społeczeństwa. Poszukiwanie indywidualnej wolności grozi alienacją i wykluczeniem, prowadzi potencjalnie do obarczenia jednostki problemami ponad jej siły. Te przeciwieństwa budują nieubłaganą dialektykę ludzkiej natury, od której nie możemy uciec. Większość społeczeństwa wybiera bezpieczeństwo grupowej przynależności, co prowadzi jednak do podziałów. Droga osobistej odpowiedzialności, odnalezienia oparcia w sobie wbrew zakusom tłumu, jest trudna i rzadko wybierana. Zgoda może jednak zaistnieć tylko pomiędzy tymi jednostkami, które nie poszukują swej tożsamości w zwierciadlanym tłumie sobie podobnych, lecz wydobywają ją ze swego wnętrza.

O ekomodernizmie Pinkera

W swej najnowszej książce Nowe Oświecenie. Argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem Steven Pinker ogłasza, że idee i wartości Oświecenia mają się dobrze. Dobrze ma się także ludzkość, ba, najlepiej jak dotąd w dziejach. I to wszystko dzięki kultywowaniu postępu technicznego opartego na wiedzy naukowej. Nie będę pisał o całej książce, skupię się tylko na jednym z jej rozdziałów, zatytułowanym „Środowisko”. W szeregu innych rozdziałów Pinker obficie argumentuje na rzecz tezy, że jesteśmy świadkami ogromnego postępu z takich dziedzinach jak: zdrowie, bogactwo, pokój, bezpieczeństwo, demokracja, szczęście, jakość życia itd. A co ze zmianami klimatycznymi, które są pochodzenia antropogenicznego przecież i stanowią realne zagrożenie dla cywilizacji? Tu Pinker też ma rozwiązanie i optymistyczne wieści. Odrzuca pesymizm takich aktywistów jak – wymienieni przez niego jednym tchem – Al Gore, Unabomber i papież Franciszek (takich zabiegów retorycznych jest nieprzyzwoicie dużo w tej książce). To według niego qausi-religijna ideologia i przeciwstawia jej swoje podejście, które nazywa ekologią oświeceniową, znaną też jako ekomodernizm lub ekopragmatyzm. Jej główne założenie to twierdzenie, że problemy ekologiczne były i są nieuniknione w procesie postępu ludzkości, ale zostaną rozwiązane dzięki technologii. Podaje mnóstwo przykładów, że tak było w przeszłości, a zatem tak będzie też w przyszłości. Tamiza jest czysta, a Londyńczycy nie umierają z powodu smogu, rosną obszary chronione, a tankowce z ropą rzadziej toną – to tylko tak dla przykładu.

Dobrze, ale co z emisjami dwutlenku węgla, która nieustannie rosną? Pinkerowi ten fakt wyraźnie ciąży. Posuwa się nawet do taniego zabiegu, zamieszczając wykres wskazujący, że emisje w latach 2014 – 2015 nie rosły. Wykres kończy się oczywiście na roku 2015, a książka pochodzi z roku 2018. Doprawdy nie wiem, po co mu takie wybieranie wisienek. W walce o zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i uniknięcie najgorszych rezultatów globalnego ocieplenia Pinker wytacza trzy armaty. Pierwsza, najmniejsza, to podatek węglowy. Druga to energetyka jądrowa. Tu jego nadzieja technologiczna opiera się na reaktorach trzeciej i czwartej generacji. Szczególnie zachwala te ostatnie jako wspaniałe antidotum na wszelki lęki związane z energetyką jądrową. Pozostają one jednak na razie w fazie projektów eksperymentalnych. Skromnie napomyka o fuzji jądrowej jako już jaśniejącej na horyzoncie. Taktownie nie przekracza granicy rozsądku naukowego i nie mówi o zimnej fuzji, co kiedyś w eseistycznym ferworze uczynił pewien polski ekomodernista. Jeśli te dwie armaty nie wypalą, co jest nader prawdopodobne, wtedy Pinker ma w zanadrzu trzecią, ultymatywną armatę geoinżynierii. Mamy tu mnóstwo możliwości. Oprócz gazyfikacji węgla czy wprowadzania emisji z kominów do skorupy ziemskiej także ulubione pomysły geoinżynierów: rozpylanie w atmosferze rozmaitych substancji chemicznych, wiążących dwutlenek węgla albo obniżających ilość promieniowania słonecznego dochodzącego do powierzchni Ziemi.

W sumie mamy do czynienia z wizją zamykającą się w haśle: „Nie ma problemów, których by nie rozwiązała nauka i technika”. Zmiany klimatyczne też są takim problemem, z którym nauka i technika może, według Pinkera, sobie poradzić jeszcze w ciągu tego wieku. Tkwi za tą opinią ukryte założenie, że dalszy rozwój technologii nie spowoduje jeszcze większych zagrożeń dla życia na Ziemi. Żyjemy zatem z wyjątkowym okresie przejściowych trudności, a za powiedzmy dwieście lat ludzkość czeka technoraj, w którym wszystkie technologie będą czyste i nieszkodliwe dla ludzi oraz środowiska. Tymczasem każda coraz bardziej zaawansowana technika powoduje coraz bardziej zaawansowane problemy. Przeczytałem książkę Pinkera, a najdokładniej rozdział o środowisku, by zobaczyć czy mnie przekona do swoich racji. Nietrudno się domyślić, że mu się to nie udało. Jednym z powodów jego porażki nie jest brak argumentów po jego stronie, ale właśnie ich nadmiar. Po zakończeniu lektury Nowego Oświecenia przypomniał mi się pewien film, który obejrzałem dwa lata temu na YouTube. Jego bohater, młody czarnoskóry erudyta, przez półtorej godziny wylewał z siebie potoki argumentów na rzecz płaskiej Ziemi, tak że laik mógł odnieść wrażenie, że nie istnieją żadne kontrargumenty. Podobną taktykę przyjął Pinker, a taki styl argumentacji przekonuje tylko tych, którzy już są gotowi do przejścia na jasną stronę mocy. Jego książka przypomina kazanie oświeceniowego kapłana, dla niepoznaki okraszone liczbami i wykresami. Nie wchodzi w dialog z czytelnikiem, ale przepowiada natrętnie swoją ewangelię melioryzmu. Nie muszę przy tym nadmieniać, że kazanie nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim.