O dwóch molochach

Przez dziesiątki tysięcy lat ludzie pozostawali pod władzą jednego molocha. Była to przyroda. Jako gatunek między innymi gatunkami musieliśmy po prostu walczyć o przeżycie. Wedle jednej z teorii około 70.000 lat temu na skutek eksplozji wulkanu i wywołanych tym zmian klimatu pozostało na Ziemi tylko kilkadziesiąt tysięcy ludzi, ale nawet bez takich spektakularnych zjawisk zawsze walczyliśmy o przetrwanie. Niestety, z początkiem neolitu ludzie powołali do istnienia drugiego molocha – samą ludzkość. Chroniąc się przed siłami przyrody, budując miasta i struktury społeczne stworzyli siłę, która im samym obecnie zagraża zagładą. Czasem, gdy wyrażę zdanie, że neolit był początkiem końca ludzkości, pojawia się riposta, że wyznaję swego rodzaju teorię szlachetnego dzikusa. Nic bardziej mylnego. Życie ludzi w paleolicie nie było idyllą. Było życiem poddanym ciągłym zagrożeniom ze strony otoczenia przyrodniczego, na które jednak ludzie nauczyli się reagować, bo mieli wystarczająco dużo czasu na ewolucyjną adaptację.

Niestety z zagrożeniami ze strony drugiego molocha ludzie radzą sobie z trudnością, co wynika między innym z tego, że generowane przez niego zmiany kulturowe są o wiele gwałtowniejsze niż biologiczne. To, że ostatnie dziesięć tysięcy lat nie zakończyło się zagładą to tylko wynik zbyt skromnych możliwości technicznych ludzkości w tej dziedzinie. A to, że ostatni wiek nie zakończył się zagładą to jednak już raczej wynik tego, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Dziś drugi moloch sięgnął już liczby 7,6 miliarda, rośnie dalej i jak pisałem dwa tygodnie temu, wymyka się spod wszelkiej kontroli. Zawdzięczamy mu globalne zmiany klimatu, praktycznie już nieodwracalne, które wedle wszelkich prognoz doprowadzą do znaczącej redukcji populacji Ziemi. Czy wrócimy tym samym do czasów paleolitu? Może. Jeśli tak, życie nie będzie lekkie, przypominając to z postapokaliptycznych filmów z serii „Mad Max”, ale przynajmniej będzie o jednego molocha mniej.

O braku sensu

Jeśli ktoś czuje, że w jego życiu brak sensu, to właśnie tak to czuje – że to w jego życiu brak sensu. Ten brak ujmuje się najczęściej jako dolegliwość jednostki, a i sama jednostka, przytłoczona dojmującym w jej życiu bezsensem, tak to odczuwa. Brak sensu nie jest wszakże problem pojedynczego człowieka, to problem kultury w której żyjemy. Jako że jest ona wyzuta z wszelkiego sensu, można by nawet postawić tezę, że nie zasługuje na miano kultury. Jest ona indywidualistyczna i narcystyczna, hołubi jednostkę, ale zarazem obarcza ją brzemieniem nie do zniesienia. Ludzie żyjący w naszej kulturze otrzymują sprzeczne sygnały – masz być sobą i jednocześnie masz odnieść sukces. Ponieważ to prawie niemożliwe, to nic dziwnego że najbardziej powszechną formą nerwicy współcześnie jest depresja, „leczona” za pomocą antydepresantów. W ten sposób to, co jest ułomnością całej współczesnej cywilizacji zostaje przerzucone na jednostkę, która ma łykać tabletki i dążyć do polepszenia swojego stanu. Jeśli ktoś nie chce aplikować sobie chemii, idzie na psychoterapię. I tu znowu szuka na własną rękę rozwiązań problemu, który nie jest jego problemem, ale świata, w którym żyje. Świat ten ma niestety wbudowany taki mechanizm, że im większa populacja ludzi, tym mniej w nim sensu. Całe szczęście już niedługo pozbawieni sensu życia ludzie rozwiążą ten problem, radykalnie minimalizując swoją liczebność.

O psychologii tłumu w epoce trolli

Od czasów słynnej książki Le Bona znamy podstawy psychologi tłumu. Jej najnowszą, internetową odmianą jest trolling. Niezależnie od tego, czy troll jest na usługach Moskwy,  korporacji, partii politycznej, czy też może jest owładnięty jakąś swoją osobistą manią – jak to się najczęściej zdarza – pisze zawsze rzeczy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Moim jednak zdaniem czymś o wiele gorszym od bycia trollem internetowym jest dawanie posłuchu tym generowanym przez trolle szeregom literek na ekranie, albo kolorowym memom. Troll nie ma żadnej racji bytu bez grona posłusznych owieczek, pozbawionych własnego osądu, wierzących każdemu słowu napisanemu przez niego. To pozbawiona mózgu publika czyni trolla, który jest niczym bez tysięcy idiotów łykających bezrefleksyjnie wszystkie teksty. I tak oto w cyberprzestrzeni mamy do czynienia z podstawowymi prawami psychologii tłumu. Jeśli jakiś troll coś zamieści, natychmiast tysiące klikają i komentują. To internetowy odpowiednik tego, czego jednostka doświadcza w rzeczywistym tłumie. To konformizm, rozproszenie odpowiedzialności, dawniej zwane obniżeniem poziomu moralności, potem dezindywidacja, za którą podąża dysocjacja, depersonalizacja i ostatecznie derealizacja. Trolle żerują na najniższych instynktach, budzą prymitywne lęki, pobudzają emocje. Są emanacją umysłu zbiorowego. Odwracam zatem zwykłe podejście do tej sprawy – to nie troll mami tłum, ale tłum czyni trolla. Bez tłumu troll nie ma racji istnienia, to tłum pragnie podawanych przez niego treści, zwłaszcza tych wyssanych z najbrudniejszego palca.

Dlaczego tak się dzieje? Zapewne można podać tuziny rozmaitych wyjaśnień. Ja tylko zwrócę uwagę na jedno. W internecie spotykamy ludzi, których nie znamy, tak samo jak to się dzieje na co dzień, gdy przemierzmy ulice miast. Widzimy setki nieznanych twarzy, ciągle napotykamy kogoś nowego. Nie uświadamiamy sobie, że jest to to sytuacja całkowicie nowa dla ludzi. Przez dziesiątki tysięcy lat żyliśmy w małych grupach, doskonale znając swoich współziomków. Obecnie większość spotykanych przez nas ludzi to osoby nam nieznane, nierozpoznawalne, co jest formą współczesnej prozopagnozji (pisałem o tym tu). Internet podnosi to zjawisko do n-tej potęgi, rozdzierając i tak już prawie nie istniejącą tkankę społeczną na strzępy i dając pożywkę najdzikszym iluzjom. Jest doskonałym medium, przenoszącym w czasie rzeczywistym epidemie psychiczne, indukującym zbiorowe psychozy, do których zapłonu wystarczy jeden troll. Współczesna ludzkość, komunikująca się poprzez internet, przypomina zblendowaną, amorficzną masę, w której nawet najmniejszy impuls wyzwala nieprzewidywalne efekty. Nie uświadamiamy sobie tego, ale jako ludzkość jesteśmy niczym sucha ściółka, w której malutka iskra jakże typowej dla ludzi głupoty wywołuje ogromny pożar. Na Ziemi żyje już ponad 7,5 miliarda ludzi i nikt już nie ogarnia zbiorowych procesów, internetowych czy fizycznych, które przetaczają się przez ludzkość.

O glajchszaltowaniu dusz

Pewien czas temu uczestniczyłem w dyskusji na temat religii w gronie różnych osób. Jak to zwykle bywa, nic z niej nie wynikło, gdyż każdy miał swoje pojęcie o religii. Jeden myślał o szamanizmie, inny o mszy w pobliskim kościele, a trzeci o jakimś swoim osobistym wierzeniu. Wszyscy używali tej samej nazwy mając coś całkiem innego na myśli. Szerokie spektrum pojęcia religii rozciąga się bowiem od indywidualnego doświadczenia aż po instytucjonalne struktury zbiorowe. Szczególnie ten drugi biegun religii ujawnia czasem nader nieciekawe oblicze. Niedawno przeczytałem historię pewnej młodej dziewczyny, która od szóstej klasy uczestniczyła w zebraniach grup oazowych. Działy tam się różne rzeczy, czasem dobre, czasem niepokojące. Było poczucie wspólnoty i bliskości. Były też emocjonalne kryzysy i traumy. Te oklejano natychmiast etykietką działania złych sił, czy po prostu diabła. Cóż, takie jest wyjściowo chrześcijaństwo (pisałem o nim też tu), silnie dualistyczne, polaryzujące wszystko i stawiające skrajne wymagania moralne – tu jest dobro, tam jest zło; bądź dobry, zwalczaj zło. Tylko biel i czerń. Są to ogromne wymagania moralne, do których moim zdaniem, nie dorastają ani dzieci, ani tym bardziej indoktrynujący je dorośli. To, co owi doktrynerzy wyznają to nie chrześcijaństwo, ale chrześcijanizm, formacja ideologiczna pojawiająca się wtedy, gdy chrześcijaństwo zostanie przefiltrowane przez prymitywne, płaskie umysły (końcówka „-izm” jest typowa dla wszelkich rodzących się w takich umysłach ideologii, by tylko wspomnieć ateizm, neoliberalizm, konsumpcjonizm itp.) Umysły takie skupiają całą swoją aktywność na indoktrynowaniu innych, szczególnie dzieci. A odnośnie religijnego wychowania dzieci trudno mi nie zgodzić się z Arturem Schopenhauerem, który pisze: „Jeśli świat naprawdę stanie się gotowy, by dzieciom przed ukończeniem piętnastego roku życia nie udzielać lekcji religii, wtedy będzie można się czegoś po nim spodziewać” (Adversaria). Niestety, wola mocy dominuje w chrześcijanizmie i nie ma dlań nic ważniejszego jak zglajchszaltowanie młodych umysłów już u ich urodzin.

Kościół jest dobrym środowiskiem dla osobowości konformistycznych, lecz biada tym, którzy by chcieli być indywidualistami. Podaje on jedno rozwiązanie na wszystkie problemy, ale to, co dla jednego człowieka jest lekarstwem, zbawieniem dla jego duszy, dla innego jest najgorszą trucizną, jego duszy glajchszaltowaniem. Jeśli jeszcze ten inny w dodatku jest wrażliwym, młodym człowiekiem, może doświadczyć traumy na całe życie. To bezpośredni skutek całkowicie apsychologicznego podejścia chrześcjianizmu do człowieka. Doktryna kościelna wywodzi się z epoki prepsychologicznej i jest obecnie całkowitym anachronizmem. Jej przedstawiciele to ludzie, którzy wprawdzie mają ciało człowieka XXI wieku, ale ich mentalność przynależy do wieku XIII, albo do czasów kontrreformacji. Ich myślenie ma totalitarną w istocie rzeczy strukturę, o której tak trafnie napisał Majakowski, jakże dobrze znający inną totalitarną strukturę: „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”. Człowiek może w obrębie tej struktury egzystować tylko wtedy, gdy całkowicie się w nią wtopi. W przeciwnym razie grozi mu poważne niebezpieczeństwo. Łono Mater Ecclesia daje bowiem poczucie bezpieczeństwa i wspólnoty, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy owieczkami podążającymi posłusznie za pasterzem. Jednak dla nietypowych, dla czujących i myślących inaczej, łono to odsłania ciemną stronę swego archetypowego oblicza – staje się pożerającą, straszliwą matką. Przykładów nie muszę przytaczać. Podam tylko opis tytułowego słowa. Glajchszaltowanie wywodzi się z niemieckiego czasownika gleichschalten („ujednolicać, zrównywać na siłę, zwłaszcza likwidować różnice w sposobie myślenia i działania ludzi”, od gleich „równy, taki sam” i schalten „rządzić”).

O optymizmie w antropocenie

Jak wiadomo pesymista to dobrze poinformowany optymista. Trudno mi być optymistą. Wolę mówić, że jestem realistą, opierającym swoje sądy na aktualnych danych naukowych. Więc niniejszy wpis jest swego rodzaju wymuszoną próbą innego spojrzenia na te dane. Są one, co tu gadać, niezbyt nastrajające do optymizmu. Aktualny stan naszej planety i ludzkości, który dwa tygodnie temu streściłem w skrócie 3K (o tym piszę tu), nie zapowiada nic dobrego. Wiadomo jednak, że dobro i zło są ze sobą splecione w odwiecznym tańcu i że jedno wynika z drugiego. Czy może zatem coś pozytywnego wyniknąć z pesymistycznych prognoz odnośnie przyszłości? Może to tylko pewna faza w rozwoju ludzkości, która jest trudna, ale z czasem doprowadzi do czegoś pozytywnego? Załóżmy, że tak jest. Może da się tu zastosować następująca metaforę: przyrównajmy obecny stan cywilizacji ludzkiej do transformacji gąsienicy, która właśnie zmienia się w poczwarkę. W tej fazie jej wewnętrzne narządy ulegają całkowitemu rozpuszczeniu – histolizie. Potem następuje happy end, wyłania się dojrzała postać motyla, zwana poetycko imago. Może zatem obecne przemiany na Ziemi są właśnie owym momentem przepoczwarzania? Nawet jeśli tak optymistycznie na to spojrzymy, to trzymając się tej metafory musimy zauważyć, że aby doszło do czegoś tak pozytywnego, jak wyłonienie się nowego kształtu ludzkości, aktualny kształt życia ludzkiego i tworzący go ludzie muszą ulec całkowitemu rozpuszczeniu, holokaustycznej histolizie. Co to oznacza? Może tylko to, że jak będziemy mieli szczęście to miliardy zginą, ale nie wszyscy. Może też to, że jak będziemy mieli szczęście, to cierpienia ludzi będą krótkie. Prognozy Meadowsów, zawarte w ich książce „Przekraczanie granic” są ciągle aktualne, a przewidują one radykalny spadek liczby ludzi na Ziemi w ciągu dekady czy dwu. Pesymista powie, że czeka nas świat rodem z Mad Maxa, a ja, siląc się na optymizm, czekam na nowy górny paleolit.

Jak zauważyliście, wpis ten sponsoruje słówko „może”, użyte przeze mnie już sześć razy. Oznacza to, że nadzieje na optymistyczną wizję przyszłości są według mnie nieco nikłe, oceniam je tak na maksimum 5 %. Może (to już siódme użycie tego słówka) się mylę, gdyż tylko ideologia jest źródłem absolutnie pewnych przekonań, a nauka daje swe predykacje, zwłaszcza w tak skomplikowanym temacie jak klimat, tylko z ograniczoną pewnością. Dobrze, bądźmy zatem optymistami, ale zwróćmy uwagę na to, że owa ograniczona pewność nauki ma dwa oblicza. Może (ups, ósmy raz) być lepiej niż przewidują prognozy, ale też może (to groźna dziewiątka) być o wiele gorzej. Może zatem (to dziesiąty raz, ostatni) lepiej nie traktować obecnej sytuacji po prostu jako dobrej czy złej, ale idąc śladem pragmatycznych chińskich taoistów, zastanowić się jak mamy postępować, jakie zachowanie jest właściwe i skuteczne w tych okolicznościach. Cóż, naukowcy od lat powtarzają co mamy zrobić, ale ludzkość ich nie słucha. I jak tu być optymistą? Optymizm musi mieć podstawę, nie może być zwykłym zagadywaniem lęku, jak to to ma zwykle miejsce. Taki powierzchowny optymizm wynika tylko z niewiedzy i wyparcia przykrych emocji, co prowadzi do postawy streszczającej się w idiotycznym zawołaniu „jakoś to będzie”. Potrzebna jest świadomość, a ta nigdy nie pojawia się bez przetrawiającego, bolesnego ognia emocji. Dla mnie ich źródłem zawsze było pesymistyczne spojrzenie na rzeczywistość, tak w stylu Schopenhauera. Dziś jednak już nie trzeba czytać filozofów, wystarczy lektura raportów naukowców, by wzbudzić w sobie ogień emocji, by wzbudzić w sobie świadomość.

O ginięciu światów

Z każdym ginącym gatunkiem ginie świat, który był dany temu gatunkowi w jego zmysłach i umyśle. Według biologa Jakoba von Uexkülla każdy gatunek żyje we własnym Umwelt, skoncentrowanym wokół niego świecie komunikacji i znaczeń. Gdy ginie gatunek, ginie też jego Umwelt. Żyjemy obecnie w epoce szóstego wymierania, spowodowanego tym razem przez człowieka. Tysiące gatunków rocznie bezpowrotnie znikają z powierzchni tego świata, a wraz z nimi giną bezpowrotnie światy, w których żyją. Cóż to jednak obchodzi człowieka? Jedynym przecież światem, który go obchodzi, jest jego własny świat, świat zbudowany wokół jego egocentrycznej świadomości. Najjaskrawszym przykładem tego egocentryzmu i narcystycznego samouwielbienia są słowa, które znajdujemy w powieści Thomasa Keneally’ego „Lista Schindlera”: „Ten, kto ratuje życie jednego człowieka, ratuje cały świat”. Jakże ogromna pycha przemawia przez nie! Każdy pojedynczy człowiek wedle nich zyskuje status samodzielnego gatunku. Ta pycha doprowadza dziś ludzkość do samozagłady, gdyż jej cieniem jest absolutna pogarda dla ludzi jako gatunku właśnie. Ten cień projektowany na innych sprawia, że traktujemy ich jak odpady, zbyteczne jednostki wyrzucane na peryferia świata. Niszczy on także nasze wnętrze, w wyniku czego prowadzimy autodestrukcyjne życie kierowane zasadą après moi, le déluge.

Cóż, nie grozi nam koniec świata, ale jedynie koniec człowieka, tego najbardziej zapatrzonego w siebie gatunku na Ziemi. Wraz z człowiekiem zginie jego Umwelt, czyli to wszystko, z czego jest tak dumny i co stanowi absolutną podstawę jego egzystencji, łono, z którego się każdorazowo rodzi – cały świat wyobrażeń kulturowych. Trudno się pozbyć wrażenia, że sami już się do tej śmierci przygotowujemy, patrząc na to, co się dzieje we współczesnym świecie, a co można nazwać obumieraniem znaczeń. Żyjemy w domach i miastach, które nie mają dla nas żadnego innego znaczenia poza byciem przedmiotem konsumpcji. Wszelkie wartości zostały spłaszczone do jednego wymiaru i przeliczone na pieniądze. W społeczeństwach pierwotnych dom, praca, struktura wsi, wszystkie codzienne czynności były przesiąknięte znaczeniami osadzonymi w mitologicznych wierzeniach. To nadawało sens życiu tych ludzi, sens który niekoniecznie sobie w pełni uświadamiali, ale który był obecny w każdym akcie ich życia. Nie ma człowieka poza kulturą, jak pisał Arystoteles, a ten, kto jest poza polis, to albo zwierzę albo bóg. Zwierzęta eksterminujemy, a do bogów nam daleko. Gdy człowiek zniknie, znikną też wszelkie jego wrażenia, sczezną wszystkie znaczenia. Za śmiercią znaczeń podąży śmierć fizyczna. Gdy ona nastąpi, wtedy jakaś samotna ameba będzie musiała się podjąć na nowo dzieła ewolucji – oby tym razem nie doprowadziła ona do równie żałosnego gatunku jak homo sapiens.

O konsumpcji, klimacie i konfliktach

Starożytny symbol Uroborosa przedstawia węża pożerającego swój własny ogon. Spośród wielu znaczeń tego symbolu chciałbym zaakcentować jedno – Uroboros symbolizuje życie, które pożera samo siebie. Tak, istotą życia jest konsumpcja, wzajemne pożeranie się, wchłanianie i wydalanie. Zawsze tak było, odkąd tylko zaistniało życie, na długo przed pojawieniem się człowieka ten świat stał na wzajemnym pożeraniu. Współczesna cywilizacja wszakże doprowadziła ową istotę życia do skrajności, a tym samym do karykatury. O rozmiarach tej konsumpcji można by pisać całe tomy, więc podam tylko jedną liczbę, by tak rzec, najbliższą ciału: ludzie i hodowane przez nich zwierzęta to dziś 97% biomasy kręgowców lądowych na Ziemi (w początkach neolitu było to 0,1%). Jedynym celem w życiu współczesnego człowieka jest konsumowanie, konsumpcja jest dziś jedyną obietnicą spełnienia wszelkich pragnień. Najbogatsi konsumują prawie całą energię i surowce. Rynek podsuwa im coraz to nowe obiekty konsumpcji, gdyż stare się szybko zużywają – bowiem trwały produkt jest zaprzeczeniem sposobu funkcjonowania rynku. Przeżeramy wszystko co się da, a rynek wszystko przekształca w towar. Jego słynna niewidoczna ręka tkwi w naszej dupie, manipulując nami jak bezmózgimi pacynkami. Współczesna ludzkość filozoficzną sentencję biskupa Berkeleya esse est percipi („Istnieć to być postrzeganym”) przekształciła w: „Istnieć to konsumować”.

Czy możemy takiemu światu powiedzieć, by zaprzestał konsumpcji, gdyż wywołane przez nią zmiany klimatyczne grożą istnieniu gatunku ludzkiego? By ograniczył swoje pragnienia, bo giną masowo gatunki zwierząt – co już nazwano szóstym wymieraniem – a rabunkowa eksploatacja surowców niszczy planetę? By przemienił cały swój sposób życia w radykalnej antykonsumpcyjnej metanoi? Tak, możemy, czynią to codziennie tysiące ludzi, ale nie odnosi to żadnych skutków. W 1992 roku, na konferencji klimatycznej w Rio zaproponowano państwom ograniczenie emisji CO2. Czy konferencja ta przyniosła pożądane skutki? Nie, od tego czasu emisje CO2 wzrosły o 62 %. Nic nie wskazuje na to, by świat miał zaprzestać konsumpcji, cała gospodarka światowa, niczym oszalały parowóz pędzący na skraj przepaści, idzie w rytmie business as usual. Nic dziwnego, konsumpcja to zbiorowa nerwica kompulsywna współczesnych społeczeństw. Nie widzę możliwości by jakakolwiek terapia mogła ją uleczyć. Wiem natomiast, że w czasie wojen ludzie postawieni wobec najcięższych wymagań życia, wobec walki o życie, leczyli się ze swoich nerwic. I tak też będzie wyglądała terapia współczesnego świata, przerażająca, chociaż być może skuteczna w swej bezlitosności. Już teraz rozkwitają konflikty, których przyczynami są zmiany klimatyczne i brak surowców, w tym tych podstawowych, jak woda. Konfliktów, wojen będzie coraz więcej, bo ludzie tylko w obliczu takich surowych opresji mogą radykalnie zmienić swoje życie.

Tak, dziś stoimy wobec KKK. Nie jest to Ku-Klux-Klan, lecz coś o wiele gorszego, złowieszcza trójca rządząca współczesnym światem. To Konsumpcja, Klimat i Konflikty, wynikające z siebie w tej kolejności z nieubłaganą logiką. Niczym nie ograniczona konsumpcja prowadzi do zmian klimatu, a te z kolei doprowadzają do konfliktów, do masowych migracji, do wojen o zasoby. Przedsmak tego mamy już dzisiaj, rozkwit przyniesie kolejna dekada. A co najciekawsze, dawniej to prorocy natchnieni przez boga wieszczyli przyszłość, a dziś czynią to naukowcy, zatrwożeni wynikami swoich badań. Socjologowie i psychologowie obnażają żałosny stan naszych społeczeństw, klimatolodzy wskazują na krytyczny stan ziemskiej biosfery, a politolodzy przypominają starą formułę Clausewitza. Słowem, mamy naukowy konsensus, z którego jednak nic nie wynika. Złowieszcza inercja natury ludzkiej nie pozwala na zmiany. Carl Gustav Jung już w 1960 roku napisał: „Mimo że jesteśmy tak dumni z opanowania natury, ciągle jesteśmy jej ofiarami, ponieważ nie nauczyliśmy się nawet kontrolować samych siebie. Powoli, lecz najwyraźniej prostą drogą zmierzamy do samozagłady”. Miał na myśli zagrożenie wojną atomową i przeludnienie – jego czasy jeszcze nie były świadome zagrożeń klimatycznych – ale słowa, które wypowiedział są dziś jak najbardziej bardziej aktualne.

Na początku było o symbolu, to i tak zakończę. Symbolem pełni i całkowitości jest według przywołanego powyżej Junga czwórca, zatem by uzupełnić naszą trójcę trzeba dodać jeszcze jeden element, którym jest ostatnie i czwarte „k” – Koniec. Nim zmiany klimatyczne przetrzebią populację homo sapiens uczynimy to sami, i to o wiele bardziej skutecznie.

O miłości i władzy

Zwierzętami rządzą dwa podstawowe i całkowicie sobie przeciwstawne, bazowe instynkty: seksualny i samozachowawczy. Gdy ten pierwszy dochodzi do głosu, ten drugi idzie odstawkę. Dobrze to wie każdy, kto widział psy biegnące za suką w rui i ginące pod kołami samochodów. Gdy z kolei impuls seksualny zanika, wtedy panowanie przejmuje instynkt samozachowawczy, jak u niektórych pająków, gdy po zapłodnieniu samica zjada samca pozyskując cenne białko. W przypadku ludzi, którzy też są zwierzętami, a tylko uporczywie o tym zapominają, te dwa instynkty przejawiają się jako miłość (zawierająca seksualność) i władza (zawierająca samozachowanie). Tu również mamy do czynienia z przemiennym występowaniem tych instynktów, nie można bowiem ich obydwu doświadczać jednocześnie. Zakochani biorą to, co im się przydarza z bezwiedną rozkoszą i korzystają z impulsów, które nimi rządzą. Ale po wypaleniu się zakochania wchodzi do gry drugi instynkt i bierze te wypalone resztki w posiadanie, próbując coś z nich sklecić, co jednak przeradza się prawie zawsze w przeciwieństwo pierwszej fazy związku.

Dwa instynkty, o których tu mówię, są z filozoficznego punktu widzenia niczym innym, jak tylko dwiema fazami jednego procesu. Pierwszą fazę nazywam Hormonalnym Idealizmem, gdyż w czasie jej trwania widzimy w zwykłej osobie bóstwo, ponadludzki ideał spełniający nasze najskrytsze pragnienia. Drugą fazę nazywam Posthormonalnym Realizmem, i w niej w najlepszym razie uprawiamy, jak to Niemcy mawiają, Realpolitik. W najgorszym – toczymy nieustanne wojny podjazdowe, chociaż, jak to też pewien Niemiec mawiał, wojna to polityka uprawiana innymi środkami. W obrębie tych dwu faz rozgrywa się cała ludzka komedia Balzaka, lecz pytanie brzmi – czy możemy się wznieść do boskiej komedii Dantego?

Jest to możliwe wtedy, gdy zauważymy, że obydwie fazy tego procesu mają ten sam cel, że to postawione przed nami przez naturę zadanie do wypełnienia. Zadanie to nie jest proste, bo jak wszystko w naturze ma dwojakie, paradoksalne oblicze. Z jednej strony chodzi w nim o konsolidację naszego „ja”, a drugiej strony o jego relatywizację. Te dwie dopełniające się fazy przemiany mogą zajść tylko w konfrontacji ze wspomnianymi powyżej bazowymi instynktami, a sposobem są dwa wyzwolenia. Po raz pierwszy, gdy pomimo ekstazy zjednoczenia uda mi się zachować swoje „ja” w kontakcie z kochaną osobą. Po raz drugi, gdy w walce z nią będę o niej pamiętał jako o odrębnej osobie, mające swoje prawa i racje. Tym właśnie różnimy się od zwierząt, a raczej – możemy się różnić, jeśli uda nam się spełnić to podwójnie trudne zadanie.

O naiwności fizyków

Dobrych parę lat temu na pewnym seminarium gromadzącym fizyków, filozofów i przedstawicieli innych dziedzin humanistyki słuchałem referatu dotyczącego natury badań antropologicznych, wygłaszanego przez panią dr hab. kulturoznawstwa. Referentka podkreślała nieunikniony wpływ jaki osobowość badacza – w tym przypadku chodziło o słynnego polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego – wywiera na wyniki jego badań terenowych. Podkreślała szczególnie różnicę między terenowym dziennikiem Malinowskiego, zawierającym prowadzone na gorąco zapiski, a jego książkami, pisanymi już w sposób dający wyraz jego koncepcjom teoretycznym. Wywiązała się dyskusja dotycząca nieszczęsnego problemu obiektywizmu badań antropologicznych, w których niestety osobowość antropologa wydaje się być czynnikiem tyle istotnym, co zaburzającym. Głos w dyskusji zabrał też mój kolega ze studiów, obecnie już profesor fizyki. Był drugim najmądrzejszym na roku. Pierwszy, gwiazda rocznika, zrobił doktorat, ale skończył jako nauczyciel fizyki w liceum. No i ten mój kolega profesor zaproponował, że aby otrzymywać w pełni obiektywne informacje o życiu jakiegoś pierwotnego plemienia, należałoby zamontować (na drzewach??) kamery i przesyłać obraz (najlepiej na żywo??) do pracowni antropologa. Najpierw pomyślałem, że żartuje, ale nie, on mówił to na poważnie. Uderzyła mnie wyjątkowa głupota tego pomysłu, proponującego uprawianie antropologii jako swego rodzaju reality show. Metoda jaką zaproponował jest bez wątpienia idealna, ale tylko gdy badamy cząstki elementarne, jak na przykład elektrony. O ile mi jednak wiadomo ludzie się nieco różnią od elektronów. Kto by jednak na to zważał, skoro ma w dłoni wspaniała metodę?

Fizycy, a także inni naukowcy, jak również wszelkiej maści technokraci i inżynierowie, zbyt często pokładają zbyt duża wiarę w metody, których ich nauczono. I ta wiara, czy też właściwie pycha, a z psychologicznego punktu widzenia inflacja świadomości, pozbawia ich zdolności myślenia i czyni z nich naiwne dzieci. Niestety to oni są konstruktorami współczesnego świata, w dodatku razem z neoliberalnymi kapitalistami podzielają wizję człowieka jako maszyny, czy to fizycznej w ich przypadku, czy finansowej, jak mniemają ci drudzy. To krańcowo nieludzki punkt widzenia – chociaż tak cenny dla nauki, bo maksymalnie obiektywny, wyzuty z jakiejkolwiek podmiotowości. Podzielając go przyczyniają się wszakże do beztroskiej destrukcji planety, co wypływa ostatecznie nie z tego, że ich umysły są jakoś szczególnie przesiąknięte złem, lecz raczej są zatrważająco infantylne, pogrążone tylko w dążeniu do osiągnięcia namacalnych zysków i iluzji panowania nad rzeczywistością. Promowana przez umysły technokratyczne zasada: „Co nauka zepsuła, nauka naprawi” tak naprawdę jest formacją reaktywną, maskującą postawę: „Après nous, le déluge”. Jak to niegdyś napisał Jung: „Ludzki umysł jest jak mały chłopak, który poświęci wszystko dla zdobycia nowej zabawki, ale pieczołowicie unika wglądu w samego siebie”. Wspaniały przykład takiej filozofii destrukcji usłyszałem kiedyś z ust małego chłopca: „To jest moje, więc mogę to zniszczyć”. Bo czyż nie jest dla takiego typu umysłowości czymś najbardziej atrakcyjnym, taką nową zabawką, obmyślenie jakiegoś geoinżynieryjnego pomysłu, mającego „zapobiec” zmianom klimatu, niż pójście po rozum do głowy i zaprzestanie technicznej eksploatacji planety? Nie, wolą się bawić. Earth is no more god’s playground, it is a playground for children.

O dumie w czasach niepewności

Istotą „ja” jest to, że chce ono być z czegoś dumne, chce czuć siłę i podstawową ufność w siebie. Takie korzenie zdrowej dumy „ja” może uzyskać dzięki miłości i bezwarunkowej akceptacji rodziców. Jest to jednak rzadki przypadek w naszym smutnym świecie. O wiele częściej budujemy poczucie „ja” pozbawieni tych korzeni, polegając na osobistych dokonaniach, na bogactwie zgromadzonym w życiu, na jakichkolwiek osiągnięciach, które dają nam wartość w oczach innych. Nasze „ja” nie jest bowiem tym, czym nam się wydaje – czymś tylko naszym, intymnym, subiektywną manifestacją naszego istnienia. Jest tworem, który powstaje w naszej psychice pod wpływem innych ludzi i kształtuje się w ciągłej interakcji z otoczeniem. „Ja” przeczuwa, że jest tylko praktyczną iluzją adaptacyjną i dzięki dumie chce utwierdzić się w istnieniu poprzez osadzenie się w otoczeniu społecznym. Pięknie to przybliża angielskie słowo pride, oznaczające nie tylko dumę, ale też stado, stado zwierząt, stado lwów. Bycie członkiem stada to pierwotne, ale też najbardziej prymitywne, źródło poczucia dumy. Ja sam mogę czuć się nikim, ale jako członek dowolnego stada – rodu, plemienia, narodu, rasy – jestem kimś. Mogę przejawiać naturalną, genetyczną by tak rzec, dumę, jeśli jestem potomkiem dostojnego rodu. Wtedy za moim jednostkowym „ja” stoi cały szereg przodków, i z pamięci o nich czerpię siłę. Mogę też być członkiem żywotnego plemienia, jak plemię Masajów, opisywane jako dumni wojownicy i pasterze (tylko nie wiem, czy jeszcze takie plemiona istnieją na naszej zniszczonej planecie) i czuć dumę z bycia Masajem. Tak zawsze czynili ludzie, zawsze byli dumni ze stada, do którego przynależą. Pozostałością owych pierwotnych odczuć jest to, że uwielbiamy być w tłumie. Wtedy nasze „ja” jest bardziej zaakcentowane, jesteśmy bardziej odważni, bezczelni, pewni siebie, zuchwali. Dlatego wszystkie osoby słabe i niepewne siebie czują ogromną chęć przynależności do tłumu, grupy, organizacji, czegokolwiek, co stanowiłoby namiastkę stada. By utrzymać swoją przynależność do tłumu jednostka bezwiednie przejmuje zbiorowe mniemania, zlewając swoje „ja” z innymi „ja”. Tworzy się psychologia tłumu, oparta na zabójczej dialektyce pomiędzy „ja” a tłumem. Kruchość i pozorność owej dialektycznej więzi najlepiej obnaża zjawisko paniki, gdy każdy czuje już tylko swoje „ja”, innych traktując jak przeszkody i tratując ich w walce o drogę wyjścia z zagrożenia.

Niestety, we współczesnych społeczeństwach nie jest możliwa autentyczna partycypacja w stadzie. Dziś prawdziwych stad już nie ma. Pozostaje nam tylko tłum, w którym zbieramy się razem z nieznanymi osobami, na chwilę połączeni jakąś abstrakcją. Dzisiaj mogę czerpać swoją dumę z pustych abstrakcji historycznych czy futurystycznych, snując opowieści o „wielkiej lechii”, albo „wielkiej serbii”, lub też pragnąc „make america great again” (z premedytacją używam małych liter, majuskuły są dla mięczaków). Mogę też identyfikować się z mniej lub bardziej wirtualnymi grupami ludzi, ze społecznymi konstruktami, które uznaję za rzeczywiste. To nader popularny sposób budowania poczucia „ja”, szczególnie w naszych czasach, czasach niepewności, braku bezpieczeństwa i uczucia osobistego zagrożenia, czasach, w których zatomizowane i wykorzenione jednostki próbują zakotwiczyć gdziekolwiek swoje „ja”, by w ogóle poczuć, że istnieją. Niestety, takie kompulsywne poszukiwanie powiązań i przynależności prowadzi prostą drogą do nacjonalizmu, rasizmu i pokrewnych im demonów, takich jak faszyzm (od wł. fascio, „związek”). Mają one kuszący urok dla tych, których życie przerosło, dla wykorzenionych i zagubionych, gdyż dają owo rudymentarne – i patologiczne zarazem – poczucie dumy wynikające tylko z tego, że jest się członkiem wirtualnie zdefiniowanej grupy, na przykład „czystego rasowo” narodu. Grupa ta to jednak tylko wspólnota wyobrażona, pseudoplemię, jest ona czymś bardziej pożądanym niż realnym. Im bardziej jednak jest pożądana, tym bardziej jawi się jako nieosiągalna. Pojawia się więc frustracja, budząca negatywne emocje, złość, nienawiść i wrogość wobec każdego, kto wydaje mi się obcy, kto nie jest członkiem mej – nieistniejącej przecież – grupy. Wynika ona ostatecznie z tego, że nie mogę być „sobą”, gdyż nie mam żadnego stada, do którego mógłbym przynależeć, że jedyne co znajduję to nędzne namiastki „bycia razem”, surogaty wspólnoty, grupy ludzkie spajane jedynie wspólną niechęcią do obcych. To dlatego z taką nienawiścią spotykają się uchodźcy, prezentujący ad oculos sytuację krańcowego wykorzenienia i braku bezpieczeństwa. oni niczym źdźbło w oku świata, które boleśnie przypomina o tkwiącej w naszym oku belce, belce, która nas przygniotła.