O optymizmie w antropocenie

Jak wiadomo pesymista to dobrze poinformowany optymista. Trudno mi być optymistą. Wolę mówić, że jestem realistą, opierającym swoje sądy na aktualnych danych naukowych. Więc niniejszy wpis jest swego rodzaju wymuszoną próbą innego spojrzenia na te dane. Są one, co tu gadać, niezbyt nastrajające do optymizmu. Aktualny stan naszej planety i ludzkości, który dwa tygodnie temu streściłem w skrócie 3K (o tym piszę tu), nie zapowiada nic dobrego. Wiadomo jednak, że dobro i zło są ze sobą splecione w odwiecznym tańcu i że jedno wynika z drugiego. Czy może zatem coś pozytywnego wyniknąć z pesymistycznych prognoz odnośnie przyszłości? Może to tylko pewna faza w rozwoju ludzkości, która jest trudna, ale z czasem doprowadzi do czegoś pozytywnego? Załóżmy, że tak jest. Może da się tu zastosować następująca metaforę: przyrównajmy obecny stan cywilizacji ludzkiej do transformacji gąsienicy, która właśnie zmienia się w poczwarkę. W tej fazie jej wewnętrzne narządy ulegają całkowitemu rozpuszczeniu – histolizie. Potem następuje happy end, wyłania się dojrzała postać motyla, zwana poetycko imago. Może zatem obecne przemiany na Ziemi są właśnie owym momentem przepoczwarzania? Nawet jeśli tak optymistycznie na to spojrzymy, to trzymając się tej metafory musimy zauważyć, że aby doszło do czegoś tak pozytywnego, jak wyłonienie się nowego kształtu ludzkości, aktualny kształt życia ludzkiego i tworzący go ludzie muszą ulec całkowitemu rozpuszczeniu, holokaustycznej histolizie. Co to oznacza? Może tylko to, że jak będziemy mieli szczęście to miliardy zginą, ale nie wszyscy. Może też to, że jak będziemy mieli szczęście, to cierpienia ludzi będą krótkie. Prognozy Meadowsów, zawarte w ich książce „Przekraczanie granic” są ciągle aktualne, a przewidują one radykalny spadek liczby ludzi na Ziemi w ciągu dekady czy dwu. Pesymista powie, że czeka nas świat rodem z Mad Maxa, a ja, siląc się na optymizm, czekam na nowy górny paleolit.

Jak zauważyliście, wpis ten sponsoruje słówko „może”, użyte przeze mnie już sześć razy. Oznacza to, że nadzieje na optymistyczną wizję przyszłości są według mnie nieco nikłe, oceniam je tak na maksimum 5 %. Może (to już siódme użycie tego słówka) się mylę, gdyż tylko ideologia jest źródłem absolutnie pewnych przekonań, a nauka daje swe predykacje, zwłaszcza w tak skomplikowanym temacie jak klimat, tylko z ograniczoną pewnością. Dobrze, bądźmy zatem optymistami, ale zwróćmy uwagę na to, że owa ograniczona pewność nauki ma dwa oblicza. Może (ups, ósmy raz) być lepiej niż przewidują prognozy, ale też może (to groźna dziewiątka) być o wiele gorzej. Może zatem (to dziesiąty raz, ostatni) lepiej nie traktować obecnej sytuacji po prostu jako dobrej czy złej, ale idąc śladem pragmatycznych chińskich taoistów, zastanowić się jak mamy postępować, jakie zachowanie jest właściwe i skuteczne w tych okolicznościach. Cóż, naukowcy od lat powtarzają co mamy zrobić, ale ludzkość ich nie słucha. I jak tu być optymistą? Optymizm musi mieć podstawę, nie może być zwykłym zagadywaniem lęku, jak to to ma zwykle miejsce. Taki powierzchowny optymizm wynika tylko z niewiedzy i wyparcia przykrych emocji, co prowadzi do postawy streszczającej się w idiotycznym zawołaniu „jakoś to będzie”. Potrzebna jest świadomość, a ta nigdy nie pojawia się bez przetrawiającego, bolesnego ognia emocji. Dla mnie ich źródłem zawsze było pesymistyczne spojrzenie na rzeczywistość, tak w stylu Schopenhauera. Dziś jednak już nie trzeba czytać filozofów, wystarczy lektura raportów naukowców, by wzbudzić w sobie ogień emocji, by wzbudzić w sobie świadomość.

O ginięciu światów

Z każdym ginącym gatunkiem ginie świat, który był dany temu gatunkowi w jego zmysłach i umyśle. Według biologa Jakoba von Uexkülla każdy gatunek żyje we własnym Umwelt, skoncentrowanym wokół niego świecie komunikacji i znaczeń. Gdy ginie gatunek, ginie też jego Umwelt. Żyjemy obecnie w epoce szóstego wymierania, spowodowanego tym razem przez człowieka. Tysiące gatunków rocznie bezpowrotnie znikają z powierzchni tego świata, a wraz z nimi giną bezpowrotnie światy, w których żyją. Cóż to jednak obchodzi człowieka? Jedynym przecież światem, który go obchodzi, jest jego własny świat, świat zbudowany wokół jego egocentrycznej świadomości. Najjaskrawszym przykładem tego egocentryzmu i narcystycznego samouwielbienia są słowa, które znajdujemy w powieści Thomasa Keneally’ego „Lista Schindlera”: „Ten, kto ratuje życie jednego człowieka, ratuje cały świat”. Jakże ogromna pycha przemawia przez nie! Każdy pojedynczy człowiek wedle nich zyskuje status samodzielnego gatunku. Ta pycha doprowadza dziś ludzkość do samozagłady, gdyż jej cieniem jest absolutna pogarda dla ludzi jako gatunku właśnie. Ten cień projektowany na innych sprawia, że traktujemy ich jak odpady, zbyteczne jednostki wyrzucane na peryferia świata. Niszczy on także nasze wnętrze, w wyniku czego prowadzimy autodestrukcyjne życie kierowane zasadą après moi, le déluge.

Cóż, nie grozi nam koniec świata, ale jedynie koniec człowieka, tego najbardziej zapatrzonego w siebie gatunku na Ziemi. Wraz z człowiekiem zginie jego Umwelt, czyli to wszystko, z czego jest tak dumny i co stanowi absolutną podstawę jego egzystencji, łono, z którego się każdorazowo rodzi – cały świat wyobrażeń kulturowych. Trudno się pozbyć wrażenia, że sami już się do tej śmierci przygotowujemy, patrząc na to, co się dzieje we współczesnym świecie, a co można nazwać obumieraniem znaczeń. Żyjemy w domach i miastach, które nie mają dla nas żadnego innego znaczenia poza byciem przedmiotem konsumpcji. Wszelkie wartości zostały spłaszczone do jednego wymiaru i przeliczone na pieniądze. W społeczeństwach pierwotnych dom, praca, struktura wsi, wszystkie codzienne czynności były przesiąknięte znaczeniami osadzonymi w mitologicznych wierzeniach. To nadawało sens życiu tych ludzi, sens który niekoniecznie sobie w pełni uświadamiali, ale który był obecny w każdym akcie ich życia. Nie ma człowieka poza kulturą, jak pisał Arystoteles, a ten, kto jest poza polis, to albo zwierzę albo bóg. Zwierzęta eksterminujemy, a do bogów nam daleko. Gdy człowiek zniknie, znikną też wszelkie jego wrażenia, sczezną wszystkie znaczenia. Za śmiercią znaczeń podąży śmierć fizyczna. Gdy ona nastąpi, wtedy jakaś samotna ameba będzie musiała się podjąć na nowo dzieła ewolucji – oby tym razem nie doprowadziła ona do równie żałosnego gatunku jak homo sapiens.

O konsumpcji, klimacie i konfliktach

Starożytny symbol Uroborosa przedstawia węża pożerającego swój własny ogon. Spośród wielu znaczeń tego symbolu chciałbym zaakcentować jedno – Uroboros symbolizuje życie, które pożera samo siebie. Tak, istotą życia jest konsumpcja, wzajemne pożeranie się, wchłanianie i wydalanie. Zawsze tak było, odkąd tylko zaistniało życie, na długo przed pojawieniem się człowieka ten świat stał na wzajemnym pożeraniu. Współczesna cywilizacja wszakże doprowadziła ową istotę życia do skrajności, a tym samym do karykatury. O rozmiarach tej konsumpcji można by pisać całe tomy, więc podam tylko jedną liczbę, by tak rzec, najbliższą ciału: ludzie i hodowane przez nich zwierzęta to dziś 97% biomasy kręgowców lądowych na Ziemi (w początkach neolitu było to 0,1%). Jedynym celem w życiu współczesnego człowieka jest konsumowanie, konsumpcja jest dziś jedyną obietnicą spełnienia wszelkich pragnień. Najbogatsi konsumują prawie całą energię i surowce. Rynek podsuwa im coraz to nowe obiekty konsumpcji, gdyż stare się szybko zużywają – bowiem trwały produkt jest zaprzeczeniem sposobu funkcjonowania rynku. Przeżeramy wszystko co się da, a rynek wszystko przekształca w towar. Jego słynna niewidoczna ręka tkwi w naszej dupie, manipulując nami jak bezmózgimi pacynkami. Współczesna ludzkość filozoficzną sentencję biskupa Berkeleya esse est percipi („Istnieć to być postrzeganym”) przekształciła w: „Istnieć to konsumować”.

Czy możemy takiemu światu powiedzieć, by zaprzestał konsumpcji, gdyż wywołane przez nią zmiany klimatyczne grożą istnieniu gatunku ludzkiego? By ograniczył swoje pragnienia, bo giną masowo gatunki zwierząt – co już nazwano szóstym wymieraniem – a rabunkowa eksploatacja surowców niszczy planetę? By przemienił cały swój sposób życia w radykalnej antykonsumpcyjnej metanoi? Tak, możemy, czynią to codziennie tysiące ludzi, ale nie odnosi to żadnych skutków. W 1992 roku, na konferencji klimatycznej w Rio zaproponowano państwom ograniczenie emisji CO2. Czy konferencja ta przyniosła pożądane skutki? Nie, od tego czasu emisje CO2 wzrosły o 62 %. Nic nie wskazuje na to, by świat miał zaprzestać konsumpcji, cała gospodarka światowa, niczym oszalały parowóz pędzący na skraj przepaści, idzie w rytmie business as usual. Nic dziwnego, konsumpcja to zbiorowa nerwica kompulsywna współczesnych społeczeństw. Nie widzę możliwości by jakakolwiek terapia mogła ją uleczyć. Wiem natomiast, że w czasie wojen ludzie postawieni wobec najcięższych wymagań życia, wobec walki o życie, leczyli się ze swoich nerwic. I tak też będzie wyglądała terapia współczesnego świata, przerażająca, chociaż być może skuteczna w swej bezlitosności. Już teraz rozkwitają konflikty, których przyczynami są zmiany klimatyczne i brak surowców, w tym tych podstawowych, jak woda. Konfliktów, wojen będzie coraz więcej, bo ludzie tylko w obliczu takich surowych opresji mogą radykalnie zmienić swoje życie.

Tak, dziś stoimy wobec KKK. Nie jest to Ku-Klux-Klan, lecz coś o wiele gorszego, złowieszcza trójca rządząca współczesnym światem. To Konsumpcja, Klimat i Konflikty, wynikające z siebie w tej kolejności z nieubłaganą logiką. Niczym nie ograniczona konsumpcja prowadzi do zmian klimatu, a te z kolei doprowadzają do konfliktów, do masowych migracji, do wojen o zasoby. Przedsmak tego mamy już dzisiaj, rozkwit przyniesie kolejna dekada. A co najciekawsze, dawniej to prorocy natchnieni przez boga wieszczyli przyszłość, a dziś czynią to naukowcy, zatrwożeni wynikami swoich badań. Socjologowie i psychologowie obnażają żałosny stan naszych społeczeństw, klimatolodzy wskazują na krytyczny stan ziemskiej biosfery, a politolodzy przypominają starą formułę Clausewitza. Słowem, mamy naukowy konsensus, z którego jednak nic nie wynika. Złowieszcza inercja natury ludzkiej nie pozwala na zmiany. Carl Gustav Jung już w 1960 roku napisał: „Mimo że jesteśmy tak dumni z opanowania natury, ciągle jesteśmy jej ofiarami, ponieważ nie nauczyliśmy się nawet kontrolować samych siebie. Powoli, lecz najwyraźniej prostą drogą zmierzamy do samozagłady”. Miał na myśli zagrożenie wojną atomową i przeludnienie – jego czasy jeszcze nie były świadome zagrożeń klimatycznych – ale słowa, które wypowiedział są dziś jak najbardziej bardziej aktualne.

Na początku było o symbolu, to i tak zakończę. Symbolem pełni i całkowitości jest według przywołanego powyżej Junga czwórca, zatem by uzupełnić naszą trójcę trzeba dodać jeszcze jeden element, którym jest ostatnie i czwarte „k” – Koniec. Nim zmiany klimatyczne przetrzebią populację homo sapiens uczynimy to sami, i to o wiele bardziej skutecznie.

O miłości i władzy

Zwierzętami rządzą dwa podstawowe i całkowicie sobie przeciwstawne, bazowe instynkty: seksualny i samozachowawczy. Gdy ten pierwszy dochodzi do głosu, ten drugi idzie odstawkę. Dobrze to wie każdy, kto widział psy biegnące za suką w rui i ginące pod kołami samochodów. Gdy z kolei impuls seksualny zanika, wtedy panowanie przejmuje instynkt samozachowawczy, jak u niektórych pająków, gdy po zapłodnieniu samica zjada samca pozyskując cenne białko. W przypadku ludzi, którzy też są zwierzętami, a tylko uporczywie o tym zapominają, te dwa instynkty przejawiają się jako miłość (zawierająca seksualność) i władza (zawierająca samozachowanie). Tu również mamy do czynienia z przemiennym występowaniem tych instynktów, nie można bowiem ich obydwu doświadczać jednocześnie. Zakochani biorą to, co im się przydarza z bezwiedną rozkoszą i korzystają z impulsów, które nimi rządzą. Ale po wypaleniu się zakochania wchodzi do gry drugi instynkt i bierze te wypalone resztki w posiadanie, próbując coś z nich sklecić, co jednak przeradza się prawie zawsze w przeciwieństwo pierwszej fazy związku.

Dwa instynkty, o których tu mówię, są z filozoficznego punktu widzenia niczym innym, jak tylko dwiema fazami jednego procesu. Pierwszą fazę nazywam Hormonalnym Idealizmem, gdyż w czasie jej trwania widzimy w zwykłej osobie bóstwo, ponadludzki ideał spełniający nasze najskrytsze pragnienia. Drugą fazę nazywam Posthormonalnym Realizmem, i w niej w najlepszym razie uprawiamy, jak to Niemcy mawiają, Realpolitik. W najgorszym – toczymy nieustanne wojny podjazdowe, chociaż, jak to też pewien Niemiec mawiał, wojna to polityka uprawiana innymi środkami. W obrębie tych dwu faz rozgrywa się cała ludzka komedia Balzaka, lecz pytanie brzmi – czy możemy się wznieść do boskiej komedii Dantego?

Jest to możliwe wtedy, gdy zauważymy, że obydwie fazy tego procesu mają ten sam cel, że to postawione przed nami przez naturę zadanie do wypełnienia. Zadanie to nie jest proste, bo jak wszystko w naturze ma dwojakie, paradoksalne oblicze. Z jednej strony chodzi w nim o konsolidację naszego „ja”, a drugiej strony o jego relatywizację. Te dwie dopełniające się fazy przemiany mogą zajść tylko w konfrontacji ze wspomnianymi powyżej bazowymi instynktami, a sposobem są dwa wyzwolenia. Po raz pierwszy, gdy pomimo ekstazy zjednoczenia uda mi się zachować swoje „ja” w kontakcie z kochaną osobą. Po raz drugi, gdy w walce z nią będę o niej pamiętał jako o odrębnej osobie, mające swoje prawa i racje. Tym właśnie różnimy się od zwierząt, a raczej – możemy się różnić, jeśli uda nam się spełnić to podwójnie trudne zadanie.

O naiwności fizyków

Dobrych parę lat temu na pewnym seminarium gromadzącym fizyków, filozofów i przedstawicieli innych dziedzin humanistyki słuchałem referatu dotyczącego natury badań antropologicznych, wygłaszanego przez panią dr hab. kulturoznawstwa. Referentka podkreślała nieunikniony wpływ jaki osobowość badacza – w tym przypadku chodziło o słynnego polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego – wywiera na wyniki jego badań terenowych. Podkreślała szczególnie różnicę między terenowym dziennikiem Malinowskiego, zawierającym prowadzone na gorąco zapiski, a jego książkami, pisanymi już w sposób dający wyraz jego koncepcjom teoretycznym. Wywiązała się dyskusja dotycząca nieszczęsnego problemu obiektywizmu badań antropologicznych, w których niestety osobowość antropologa wydaje się być czynnikiem tyle istotnym, co zaburzającym. Głos w dyskusji zabrał też mój kolega ze studiów, obecnie już profesor fizyki. Był drugim najmądrzejszym na roku. Pierwszy, gwiazda rocznika, zrobił doktorat, ale skończył jako nauczyciel fizyki w liceum. No i ten mój kolega profesor zaproponował, że aby otrzymywać w pełni obiektywne informacje o życiu jakiegoś pierwotnego plemienia, należałoby zamontować (na drzewach??) kamery i przesyłać obraz (najlepiej na żywo??) do pracowni antropologa. Najpierw pomyślałem, że żartuje, ale nie, on mówił to na poważnie. Uderzyła mnie wyjątkowa głupota tego pomysłu, proponującego uprawianie antropologii jako swego rodzaju reality show. Metoda jaką zaproponował jest bez wątpienia idealna, ale tylko gdy badamy cząstki elementarne, jak na przykład elektrony. O ile mi jednak wiadomo ludzie się nieco różnią od elektronów. Kto by jednak na to zważał, skoro ma w dłoni wspaniała metodę?

Fizycy, a także inni naukowcy, jak również wszelkiej maści technokraci i inżynierowie, zbyt często pokładają zbyt duża wiarę w metody, których ich nauczono. I ta wiara, czy też właściwie pycha, a z psychologicznego punktu widzenia inflacja świadomości, pozbawia ich zdolności myślenia i czyni z nich naiwne dzieci. Niestety to oni są konstruktorami współczesnego świata, w dodatku razem z neoliberalnymi kapitalistami podzielają wizję człowieka jako maszyny, czy to fizycznej w ich przypadku, czy finansowej, jak mniemają ci drudzy. To krańcowo nieludzki punkt widzenia – chociaż tak cenny dla nauki, bo maksymalnie obiektywny, wyzuty z jakiejkolwiek podmiotowości. Podzielając go przyczyniają się wszakże do beztroskiej destrukcji planety, co wypływa ostatecznie nie z tego, że ich umysły są jakoś szczególnie przesiąknięte złem, lecz raczej są zatrważająco infantylne, pogrążone tylko w dążeniu do osiągnięcia namacalnych zysków i iluzji panowania nad rzeczywistością. Promowana przez umysły technokratyczne zasada: „Co nauka zepsuła, nauka naprawi” tak naprawdę jest formacją reaktywną, maskującą postawę: „Après nous, le déluge”. Jak to niegdyś napisał Jung: „Ludzki umysł jest jak mały chłopak, który poświęci wszystko dla zdobycia nowej zabawki, ale pieczołowicie unika wglądu w samego siebie”. Wspaniały przykład takiej filozofii destrukcji usłyszałem kiedyś z ust małego chłopca: „To jest moje, więc mogę to zniszczyć”. Bo czyż nie jest dla takiego typu umysłowości czymś najbardziej atrakcyjnym, taką nową zabawką, obmyślenie jakiegoś geoinżynieryjnego pomysłu, mającego „zapobiec” zmianom klimatu, niż pójście po rozum do głowy i zaprzestanie technicznej eksploatacji planety? Nie, wolą się bawić. Earth is no more god’s playground, it is a playground for children.

O dumie w czasach niepewności

Istotą „ja” jest to, że chce ono być z czegoś dumne, chce czuć siłę i podstawową ufność w siebie. Takie korzenie zdrowej dumy „ja” może uzyskać dzięki miłości i bezwarunkowej akceptacji rodziców. Jest to jednak rzadki przypadek w naszym smutnym świecie. O wiele częściej budujemy poczucie „ja” pozbawieni tych korzeni, polegając na osobistych dokonaniach, na bogactwie zgromadzonym w życiu, na jakichkolwiek osiągnięciach, które dają nam wartość w oczach innych. Nasze „ja” nie jest bowiem tym, czym nam się wydaje – czymś tylko naszym, intymnym, subiektywną manifestacją naszego istnienia. Jest tworem, który powstaje w naszej psychice pod wpływem innych ludzi i kształtuje się w ciągłej interakcji z otoczeniem. „Ja” przeczuwa, że jest tylko praktyczną iluzją adaptacyjną i dzięki dumie chce utwierdzić się w istnieniu poprzez osadzenie się w otoczeniu społecznym. Pięknie to przybliża angielskie słowo pride, oznaczające nie tylko dumę, ale też stado, stado zwierząt, stado lwów. Bycie członkiem stada to pierwotne, ale też najbardziej prymitywne, źródło poczucia dumy. Ja sam mogę czuć się nikim, ale jako członek dowolnego stada – rodu, plemienia, narodu, rasy – jestem kimś. Mogę przejawiać naturalną, genetyczną by tak rzec, dumę, jeśli jestem potomkiem dostojnego rodu. Wtedy za moim jednostkowym „ja” stoi cały szereg przodków, i z pamięci o nich czerpię siłę. Mogę też być członkiem żywotnego plemienia, jak plemię Masajów, opisywane jako dumni wojownicy i pasterze (tylko nie wiem, czy jeszcze takie plemiona istnieją na naszej zniszczonej planecie) i czuć dumę z bycia Masajem. Tak zawsze czynili ludzie, zawsze byli dumni ze stada, do którego przynależą. Pozostałością owych pierwotnych odczuć jest to, że uwielbiamy być w tłumie. Wtedy nasze „ja” jest bardziej zaakcentowane, jesteśmy bardziej odważni, bezczelni, pewni siebie, zuchwali. Dlatego wszystkie osoby słabe i niepewne siebie czują ogromną chęć przynależności do tłumu, grupy, organizacji, czegokolwiek, co stanowiłoby namiastkę stada. By utrzymać swoją przynależność do tłumu jednostka bezwiednie przejmuje zbiorowe mniemania, zlewając swoje „ja” z innymi „ja”. Tworzy się psychologia tłumu, oparta na zabójczej dialektyce pomiędzy „ja” a tłumem. Kruchość i pozorność owej dialektycznej więzi najlepiej obnaża zjawisko paniki, gdy każdy czuje już tylko swoje „ja”, innych traktując jak przeszkody i tratując ich w walce o drogę wyjścia z zagrożenia.

Niestety, we współczesnych społeczeństwach nie jest możliwa autentyczna partycypacja w stadzie. Dziś prawdziwych stad już nie ma. Pozostaje nam tylko tłum, w którym zbieramy się razem z nieznanymi osobami, na chwilę połączeni jakąś abstrakcją. Dzisiaj mogę czerpać swoją dumę z pustych abstrakcji historycznych czy futurystycznych, snując opowieści o „wielkiej lechii”, albo „wielkiej serbii”, lub też pragnąc „make america great again” (z premedytacją używam małych liter, majuskuły są dla mięczaków). Mogę też identyfikować się z mniej lub bardziej wirtualnymi grupami ludzi, ze społecznymi konstruktami, które uznaję za rzeczywiste. To nader popularny sposób budowania poczucia „ja”, szczególnie w naszych czasach, czasach niepewności, braku bezpieczeństwa i uczucia osobistego zagrożenia, czasach, w których zatomizowane i wykorzenione jednostki próbują zakotwiczyć gdziekolwiek swoje „ja”, by w ogóle poczuć, że istnieją. Niestety, takie kompulsywne poszukiwanie powiązań i przynależności prowadzi prostą drogą do nacjonalizmu, rasizmu i pokrewnych im demonów, takich jak faszyzm (od wł. fascio, „związek”). Mają one kuszący urok dla tych, których życie przerosło, dla wykorzenionych i zagubionych, gdyż dają owo rudymentarne – i patologiczne zarazem – poczucie dumy wynikające tylko z tego, że jest się członkiem wirtualnie zdefiniowanej grupy, na przykład „czystego rasowo” narodu. Grupa ta to jednak tylko wspólnota wyobrażona, pseudoplemię, jest ona czymś bardziej pożądanym niż realnym. Im bardziej jednak jest pożądana, tym bardziej jawi się jako nieosiągalna. Pojawia się więc frustracja, budząca negatywne emocje, złość, nienawiść i wrogość wobec każdego, kto wydaje mi się obcy, kto nie jest członkiem mej – nieistniejącej przecież – grupy. Wynika ona ostatecznie z tego, że nie mogę być „sobą”, gdyż nie mam żadnego stada, do którego mógłbym przynależeć, że jedyne co znajduję to nędzne namiastki „bycia razem”, surogaty wspólnoty, grupy ludzkie spajane jedynie wspólną niechęcią do obcych. To dlatego z taką nienawiścią spotykają się uchodźcy, prezentujący ad oculos sytuację krańcowego wykorzenienia i braku bezpieczeństwa. oni niczym źdźbło w oku świata, które boleśnie przypomina o tkwiącej w naszym oku belce, belce, która nas przygniotła.

O patologii rozumu

Tydzień temu pisałem o pożytkach z irracjonalności. Miałem na myśli jej pozytywne formy, takie jak przeżycia duchowe czy artystyczne, albo chociażby zwykłą zabawę. Irracjonalność ma też swoją ciemną stronę, która ma z kolei wiele szarych obliczy. W naszych czasach nader rozpowszechnione jest zwłaszcza jedno z nich, które nazywam patologią rozumu. To irracjonalność strojąca się w piórka nauki, przedstawiająca samą siebie jako jedyną alternatywę dla nauki i często powołująca się na wybiórczo podane wyniki badań naukowych (fachowo nazywa się to „wybieraniem wisienek”). Dobrym przykładem na polskim poletku jest działalność Jerzego Zięby. Parafrazując podtytuł jego książki, mówi on to, czego ci nauka nie powie. Wykorzystując fakt, że szerokie koła są jak najdalsze od metodycznego myślenia naukowego, proponuje im „fakty alternatywne” (termin ukuty przez Kellyanne Conway, doradczynię Trumpa). Gdyby przybrał szaty szamana i przy wtórze bębna leczył chorych, to byłby przynajmniej szczery i autentycznie irracjonalny. Cóż, współcześnie aby być skutecznym musi jednak przedstawiać się jako lekarz i odwoływać się do argumentów, choćby wyssanych z palca. Przypomina to znane z geologii zjawisko pseudomorfozy kryształów, gdyż Zięba w swym przekazie naśladuje kształt nauki, ale treści jakie podaje są w większości szaro irracjonalne. Typów mu podobnych zwykłem nazywać „naukowcami wyklętymi”. Dzielą się oni na dwa rodzaje. Pierwszy rodzaj to osobnicy o większych ambicjach „naukowych”. Tu lokują się fani fizyki kwantowej (Amit Goswami), biologii (Bruce Lipton), psychologii (David Hawkins) czy też – last but not least – kreacjoniści. Drugi rodzaj to swego rodzaju plebs „naukowców wyklętych” – tu zaliczam Ziębę, antyszczepionkowców, denialistów klimatycznych czy zwolenników płaskiej Ziemi. Tak czy siak, oni wszyscy starają się naukopodobnymi ciągami argumentów naśladować nieudolnie naukę, patologizując tym samym rozum.

Istnieje jednak jeszcze gorszy rodzaj patologizacji rozumu, bo trudniejszy do rozpoznania, a którego klinicznym przykładem ekonomia. Uznaje się ją bowiem za naukę, wykłada na uniwersytetach, przyznawane są nagrody Nobla z ekonomii. Podlega ona jednak nieustannym procesom patologizacji, czego najbardziej dramatycznym wyrazem jest to, że obecnie uważa się kapitalizm neoliberalny, ideologię ekonomiczną kształtującą gospodarkę na całej planecie, za racjonalny sposób postępowania. Jak to mawiają, są tylko dwa rodzaje ludzi wierzących w nieskończony wykładniczy wzrost gospodarczy na skończonej planecie – to wariaci i ekonomiści. Ideologiczna wiara w jakiś system, czy to ekonomiczny, filozoficzny czy też religijny to najgorsza patologia rozumu. Wynika ona z podstawowej funkcjonalnej wady świadomości człowieka, jaką jest uznawanie swoich przekonań za racjonalne bez podania wystarczających uzasadnień. Wada ta ma wiele przyczyn, od czysto psychologicznej osobistej ambicji, przez pragnienie zysku, po rozmaite uwarunkowania społeczne. Ludzkość prawie nigdy nie kierowała się czysto racjonalnymi przesłankami w swoich działaniach. Jednak to współcześnie irracjonalność przybrała swoją najbardziej niebezpieczną postać – patologii rozumu. W tym kontekście nie dziwi mnie suicydalna w gruncie rzeczy tendencja współczesnej cywilizacji, by swe istnienie skończyć przerabiając całą planetę na żarcie i produkty przemysłowe.

Glossa osobista. Jako człowiek studiujący niegdyś fizykę nie jestem przeciwnikiem metody naukowej, która moim zdaniem stanowi jedno z największych osiągnięć ludzkości ostatnich stuleci. Uważam wszelako, że naukowa metoda generowania wiedzy nie jest metodą jedyną. Nauka jest uprawiana w perspektywie trzecioosobowej i wyłącznie w tej perspektywie ma jakiekolwiek znaczenie. Rugowanie wiedzy pozyskiwanej innymi metodami, opartymi o perspektywę pierwszoosobową, jest jedynie wyrazem mentalnych ograniczeń naukowców wynikających z ich monoideicznie sprofilowanego wykształcenia. Czymś jeszcze bardziej odrażającym jest jednak ideologia scjentystyczna głosząca, że poznanie naukowe jest jedynym i najwyższym z możliwych sposobów poznania dostępnych człowiekowi. Tu wymienię Tomasza Witkowskiego i Marcina Rotkiewicza jako popularnych w Polsce ideologów scjentyzmu. Ponadto moim zdaniem także naturalistyczne stanowisko nauki jest zbyt wąsko rozumiane przez naukowców. Ale to już temat na całkiem inną opowieść.

O pożytku z irracjonalności

Pomimo, że człowiek chlubi się swoją rozumnością, bo przecież homo sapiens jest, to zauważyć należy, iż irracjonalność także ma swe zalety. Oskar Wilde napisał kiedyś: „Skłonny jestem zdefiniować człowieka jako racjonalne zwierzę, które zawsze wpada w szał, gdy żąda się od niego, by działało zgodnie z nakazami rozumu”. Zawsze uważałem, że definicja człowieka jako animal rationale jest idealną definicją osobowości psychopatycznej. Zapytajmy jednak skąd ów szał, o którym pisze Wilde. Jedną z odpowiedzi jest to, że człowiek nie może żyć tylko zgodnie z nakazami rozumu, że kwestią higieny psychicznej jest uznawanie przez niego pewnych irracjonalnych wyobrażeń jako sensownych. Przykładem takich wyobrażeń są symbole religijne. Kształtowały się one przez tysiące lat istnienia ludzkości i stanowią swego rodzaju psychiczną glebę, na której zawsze wzrastało życie ludzkie. Uznawanie takich wyobrażeń oburza nasz intelekt i zmysł naukowy, lecz zapewniały one przetrwanie gatunku ludzkiego przez praktycznie cały czas jego trwania. Współczesny umysł je odrzuca, albo patologizuje, jak to się ma w przypadku wszelkiej maści fundamentalizmów. Dziś chcemy wszystko wyjaśnić naukowo. Jednak trudno się nie zgodzić ze zdaniem Wittgensteina: „Czujemy, że gdyby nawet rozwiązano wszelkie możliwe zagadnienia naukowe, to nasze problemy życiowe nie zostałyby jeszcze nawet tknięte”. Dziś mamy na wszystko odpowiedzi naukowe, lecz zapomnieliśmy pytań o to, co najważniejsze w naszym życiu. Życie jest irracjonalne i zbyt dużo jednostronnego racjonalizmu mu szkodzi. Tak jak potrzebujemy snu i jego feerii marzeń sennych, tak samo konieczna dla nas jest spora dawka tego, co irracjonalne. W badaniach nad szczurami dowiedziono, że szybciej umierają pozbawione snu niż jedzenia. U ludzi pozbawionych koniecznej dozy irracjonalności pierwej umiera ich dusza nim ich ciało, albowiem bez ponoszenia szkody na swoim życiu psychicznym człowiek może znieść tylko ograniczoną dawkę racjonalności.

O molochu

1 lipca 1916 roku, w pierwszym dniu bitwy nad Sommą, zginęło prawie 20.000 atakujących żołnierzy angielskich, a 36.000 zostało rannych. Byli to przede wszystkim ochotnicy, szeregowi piechurzy pozbawieni doświadczenia, ale pełni patriotycznego entuzjazmu. Chcieli się wyrwać z fabryk i kopalni, by przeżyć przygodę życia, zwaną wojną. Mimo rażących błędów dowództwa brytyjskiego, liczba zabitych była w dużej mierze efektem użycia przez Niemców nowej broni – karabinów maszynowych Maxima, wystrzeliwujących sześć kul na sekundę. Policzono, że w pierwszej fazie ataku na minutę ginęło 3000 ludzi. W przeciągu następnych czterech miesięcy w tej największej bitwie w historii ludzkości zginęło ponad milion ludzi. Zastosowano w niej też wszelkie nowinki techniczne służące zabijaniu ludzi: broń chemiczną, miotacze ognia, gigantyczne, wielotonowe miny zakładane w podkopach na głębokości nawet 60 metrów, samoloty i po raz pierwszy czołgi.

Pierwsza wojna światowa była zarazem pierwszą industrialną wojną totalną, to w czasie jej trwania po raz pierwszy śmierć stała się masowa. Obnażyła ona w sposób doskonały istotę współczesnej cywilizacji, która jest niczym innym jak maszynką do mięsa, mielącą miliony w wojnach, a miliardy we współczesnym ergastulum, jakim jest państwo. Kolejne wojny nie były tak spektakularne, jeśli chodzi o nagromadzenie indywidualnych ofiar w jednym miejscu, lecz zdolność do zabijania wzrosła niepomiernie. W drugiej wojnie światowej zginęło pięć razy więcej ludzi niż w pierwszej. Żyjąc we względnym spokoju w Europie nie zauważamy, że maszyna do mielenia ludzkiego mięsa przyśpiesza swe tryby. Czy jesteśmy przemieleni jako mięso armatnie na polach pod Sommą, czy wyzuci z sensownego życia jako mięso korporacyjne w hodowlanych klatkach miast – doprawdy, co za różnica? Co roku samobójstwo popełnia 800.000 ludzi. Jesteśmy dzieciarnią (ang. infantry, piechota) pożeraną przez molocha, składaną mu w ofierze na ołtarzu złudzeń postępu i techniki.

O Wielkim Interpretatorze

W czasie badań nad pacjentami z przeciętym spoidłem wielkim w mózgu neuropsycholog eksperymentalny Michael Gazzaniga odkrył, że ich półkule mózgowe funkcjonują odmiennie. Wyróżniała się tu lewa półkula, w której odkrył moduł, którego funkcją jest tworzenie opowieści o danych docierających do mózgu i procesach dziejących się w innych częściach mózgu. W pewnym eksperymencie prawej półkuli pokazywano obrazek zaśnieżonego podwórka, a lewej obrazek kurzej łapki. Następnie poproszono pacjenta, by z szeregu kilkunastu rysunków wybrał dwa. Jego lewa ręka wybrała rysunek przedstawiający szuflę do śniegu, a prawa rysunek kury. Pacjent zapytany o to dlaczego wybrał te a nie inne rysunki odpowiedział – a raczej odpowiedziała jego lewa półkula, w której jest umiejscowiony ośrodek mowy – że kurza łapka kojarzy mu się z kurą, a spojrzawszy na lewą dłoń trzymającą rysunek szufli dodał, że szufla jest dobra do posprzątania kurnika. Jego lewa półkula nie wiedziała, dlaczego prawa wybrała rysunek szufli, ale natychmiast stworzyła sensowną historyjkę tłumaczącą ten wybór. Tak właśnie działa Wielki Interpretator w naszej lewej półkuli mózgowej.

Prawa półkula jest specjalistką w przetwarzaniu informacji wzrokowo-przestrzennych, natomiast lewa tworzy narracje, które uspójniają to, czego doświadczamy. To w niej mieszka Wielki Interpretator, twórca opowieści, które tworzą nasze życie. Wykorzystuje On wszelkie dostępne informacje do stworzenia narracji, tworząc porządek z chaosu i kreując spójne historie. Niestety często konfabuluje, co jest szczególnie widoczne w przypadku pacjentów z rozszczepionym mózgiem. Skrajnym przykładem niezależnego funkcjonowania półkul mózgowych jest anozognozja (wspominałem o niej tu), dolegliwość neurologiczna, w której pacjent z uszkodzoną prawą półkulą konfabuluje opowieść o tym, czyja jest lewa dłoń, której nie czuje. Pewna pacjentka zapytała lekarza: „Czyja to dłoń?”, wskazując na swoją lewą dłoń. Lekarz zapytał: „A jak Pani sądzi?” Odpowiedziała: „Na pewno nie moja, ani też pana, zatem to dłoń mojego syna”. Ten przykład pokazuje, jak absurdalne mogą być narracje Wielkiego Interpretatora, jak bardzo może on nie zważać na fakty w imię spójności swojej opowieści.

Współczesna neuronauka uważa, że to dzięki aktywności Wielkiego Interpretatora doświadczamy jedności naszej świadomości, bo to On nieustannie podsuwa nam wyjaśnienia naszych spostrzeżeń, wspomnień i działań, będąc zatem właściwym źródłem naszej samoświadomości. Zawsze jednak interpretuje On tylko to, co już zaszło, bo świadomość to proces powolny, niczym heglowska sowa Minerwy pojawiający się dopiero post facutm. To jednak Wielkiego Interpretatora nie konfunduje, nietrudzenie dąży On do stworzenia z niepełnych informacji, które do niego docierają, jednej narracji, gładkiej i przyczynowej. Nie zważa na fakty – one są domeną prawej półkuli – kierując się jedynie wymaganiem spójności narracji. Wielki Interpretator wydaje się być odpowiedzialny za freudowskie mechanizmy obronne, takie jak racjonalizacja czy wyparcie, gdyż formułuje swoją opowieść w oparciu o selektywny dobór informacji. Jednym słowem – zagaduje On nasze życie, odbiera jego smak i powoduje najdziksze komplikacje. I obojętne, czy przejawia się jako natrętny gaduła w naszej czaszce, wewnętrzny głos racjonalizujący najgorsze głupstwa jakie popełniamy, czy jako metafizyczny system stworzony przez filozofa, układającego świat w spójny system. W każdym z tych przypadków warto go nie słuchać, a starać się utwierdzać swoje istnienie poza głosem Wielkiego Interpretatora.