Jeśli ktoś trochę dłużej pożył, nie zamykając oczu na to, co się wokół niego roztacza, nie uciekając od doświadczeń, które na niego przychodziły, pielęgnując ciekawość dziecka i sceptycyzm starca – ten wie, że życie nie jest proste. Nie ma prostych odpowiedzi na większość pytań, nie ma oczywistych rozwiązań wielu sytuacji, nie ma ucieczki od spraw, które nas zawsze przerastają. Dlatego większość ludzi uwielbia prostotę, którą jednak należałoby nazwać prostactwem raczej. Jedna prosta odpowiedź na wszystkie pytania i jedno proste rozwiązanie dla wszelkich problemów mają chronić ich przed nieubłaganą złożonością życia. Widać to szczególnie jaskrawo na przykładzie tych, którzy ulegli jakiejś skrajnej doktrynie religijnej, która raz na zawsze określiła im, czym jest dobro i zło, przemieniając ich życie w działanie. Już o nic nie pytają, wszelkie wybory zostały już za nich dokonane i teraz pozostaje im tylko ze ślepą pewnością siebie dokonać jakiegoś czynu. Najbardziej odpowiedni jest tu oczywiście samobójczy atak bombowy, bo śmierć kończy wszelkie ewentualne rozterki. Jednak i ci, którzy nie popadają w takie skrajności, nie są wolni od prostactwa życiowego. Pędzą spokojne życie przeżuwaczy, zadowalając się zestawem prostych odpowiedzi i odruchowych reakcji, które chronią ich przed bogactwem życia, a których sami nawet nie wymyślili, tylko nabyli w bezwiednym procesie obcowania z podobnymi sobie. Pogrążeni w nieuświadamianej rozpaczy, znajdują w swoim prostactwie ucieczkę przed dylematami życia. O ile zwierzęta w swym posłuszeństwie instynktom mogą – w niezaburzonym środowisku – prowadzić proste życie, o tyle ludzie są w o wiele trudniejszej sytuacji. Ludzie są obdarzeni świadomością, która tak komplikuje ich życie, że uciekają w prostactwo. Posiadanie świadomości nie jest bowiem przywilejem, jest wyzwaniem do świadomego budowania swego życia, stworzenia w nim własnej ścieżki. Cóż, większość ludzi nie podejmuje tego wyzwania i odchodzi z tego świata nawet go nie skosztowawszy, jak poronione embriony.
O narodzinach
W książce T. Lairda „Opowieść o Tybecie. Rozmowy z Dalajlamą” znajdujemy tybetański mit o początkach ludzkości: „Mówi się, że mięsożerna rasa Tybetańczyków o czerwonych twarzach to potomkowie małpy i mieszkającej w skałach demonicy. Dzięki współczuciu bodhisattwy, który przemienił się w ową małpę i zjednoczył z mieszkającą w skałach demonicą, przyszło na świat sześcioro dzieci. Z biegiem czasu dzieci te dorosły, dając początek Tybetowi – królestwu ludzi”. Porównajmy ten tekst, mówiący o współczuciu i seksie, z neurotycznymi i wrogimi życiu fragmentami z Księgi Rodzaju: „Wtedy otworzyły im się oczy i poznali , że są nadzy (…) zląkłem się, gdyż jestem nagi, dlatego skryłem się (…) w bólach będziesz rodziła dzieci, mimo to (sic!) ku mężowi twemu pociągać cię będą pragnienia twoje(…)” (Rdz, 3, 7-16). Przez tysiące lat sycono umysły ludzi Zachodu takimi chorymi tekstami, cóż więc dziwnego w tym, że wszystko, co wiąże się z początkami życia, seks i poczęcie dziecka, narodziny i karmienie piersią, jest przeniknięte nienaturalnością, poczuciem winy i lękiem? To, co najważniejsze, początek każdego z nas, jest obciążone kompleksami autorów tych złowrogich słów z Księgi Rodzaju. Tymczasem Ina May Gaskin, autorka książki „Duchowe położnictwo. Intymność narodzin”, doula, która odebrała ponad 2000 porodów, twierdzi, że dla kobiety poród może być przeżyciem duchowym i orgazmicznym. Jej doświadczenie bardziej do mnie przemawia niż Księga Rodzaju. Narodziny są aktem natury i zarazem czymś głęboko duchowym, oczywiście nie w sensie duchowości biblijnej.
O związkach
W swej niezwykle poruszającej książce „Patrząc prosto w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” Irvin Yalom niejako mimochodem wypowiada fundamentalną prawdę odnoszącą się do związków: „Odsłonięcie odgrywa zasadniczą rolę w powstawaniu bliskości. Zresztą w ogóle budowanie związków to proces wzajemnego odsłaniania się. Jedna osoba decyduje się i ujawnia jakieś intymne treści, tym samym narażając się na ryzyko; z kolei druga osoba odwzajemnia się, zapełniając lukę – razem pogłębiają relację poprzez spiralę odsłaniania siebie”. Mówienie prawdy o sobie to największe ryzyko, jakie możemy podjąć będąc w związku. Daje ono też największe dobro, jakie możemy zdobyć w tym życiu – bliskość kochanej osoby, jej zaufanie i miłość. Nie jest jednak tak łatwo odważyć się na mówienie i przyjmowanie prawdy. Są bowiem dwie rzeczy w tym życiu najtrudniejsze. Pierwsza to patrzenie w oczy kochanej osoby, gdy mówimy jej prawdę. Druga to patrzenie w oczy śmierci, gdy ona mówi nam prawdę.
O samodzielnym myśleniu
Samodzielne myślenie jest tym, co cenimy jako jedną z najwyższych wartości. Nie zawsze oznacza ono jednak to samo. Weźmy pod uwagę dwa konteksty, w ramach których zmienia ono swoje znaczenie. Pierwszy to jakieś społeczeństwo tradycyjne, poddane doktrynalnemu naciskowi jednolitego paradygmatu postrzegania świata. Tu samodzielne myślenie oznacza wyłamanie się z powszechnie oczywistych kolein postrzegania rzeczywistości, zanegowanie jedynej obowiązującej prawdy. Gdy prawie wszyscy uważali Ziemię za płaską to Eratostenes wykazał, że jest kulista. Gdy wszyscy twierdzą, że król jest ubrany, ktoś samodzielnie myślący zakrzyknie: ”Król jest nagi!”. Tu myślenie samodzielne jest – stosunkowo – prostą negacją, która polega na wytknięciu błędu w myśleniu innych ludzi.
Weźmy teraz pod uwagę drugi kontekst, społeczeństwo takie jak współczesne, w którym w postmodernistycznym chaosie wszystkie punkty widzenia są prezentowane jako równoważne, gdzie wszystko można powiedzieć. Tu samodzielne myślenie nie może po prostu zanegować jakiegoś punktu widzenia, gdyż nie ma już „jednego wroga”, jest natomiast uwłaczające realistycznemu podejściu do rzeczywistości założenie, że wszystkie punkty widzenia są równouprawnione. Każdy ma swoją prawdę – to motto tłumu. Gdy każdy ma swoją rację, którą trzeba wysłuchać, nie ma tak naprawdę żadnej racji do wysłuchania. Nawet jeśli dzięki samodzielnemu myśleniu stworzymy własną wizję opartą na wiedzy i doświadczeniu, zostanie ona potraktowana jako kolejny punkt widzenia i utopiona w zalewie zglajchszaltowanej papki wypełniającej współczesne umysły.
Nic dziwnego, że dziś, w świecie przepełnionym informacją, w dodatku najczęściej najpodlejszego sortu, w świecie zalewanym przez strumień bodźców wzbudzających nieskończone pragnienia, w świecie zaludnionym przez miliardy zdezorientowanych ludzi, myślenie samodzielne jest ekstremalnie trudne. Nie jest jednak niemożliwe. Ponieważ myślenie to ma być samodzielne, nie jest łatwo określić, na czym ono ma polegać. Jego początkiem jest na pewno uświadomienie sobie tego, co psychologia nazywa heurystykami myślenia, albo schematami kształtującymi nasze osądy. Funkcjonują one jak autopilot, który sam się włącza i podsuwa nam „oczywiste” opinie. Dobrym przykładem jest „efekt aureoli”, który każe automatycznie przypisywać pozytywne (lub negatywne) cechy osobowościowe na podstawie pozytywnego (lub negatywnego) wrażenia, które odnieśliśmy przy spotkaniu jakieś osoby. To odmiana tzw. podstawowego błędu atrybucji. Jeśli dziś myślenie samodzielne może być w jakikolwiek sposób możliwe, to rozpoczynać się musi od znajomości nieuświadomianych reguł funkcjonowania naszego umysłu, od poznaniu źródeł swoich błędów.
O opowiadaniu życia
Dawno, dawno temu, brat wybitnego amerykańskiego psychologa i filozofa Williama Jamesa, znakomity pisarz Henry James napisał: „Przygody przeżywa tylko ten, kto umie o nich opowiadać”. Podobno jednak z dwu braci Jamesów to on był lepszym psychologiem, a William był lepszym pisarzem. Tak przynajmniej twierdzą niektóry biografowie. Nic dziwnego zatem, że w słowach Henry’ego Jamesa odkrywamy głęboką prawdę psychologiczną. W naszym życiu liczy się tylko narracja, nie nagie fakty, które są jeno złudzeniem. Jesteśmy zwierzętami, które sobie opowiadają swoje życie, ba, których życie jest niczym innym jak opowieścią. Czym jest ta opowieść? To nasza pamięć. Uważamy potocznie, że tak po prostu pamiętamy fakty z przeszłości, ale tak naprawdę przy każdym ich przypomnieniu sobie, przy każdym opowiedzeniu o nich innej osobie tworzymy je na nowo. Przypominanie sobie przeszłości jest jej tworzeniem de novo. Jak twierdzi współczesna neurobiologia, każde nowe doświadczenie wpływa na mózg, modyfikując w mniejszym lub większym stopniu całość informacji w nim zawartej. Nieustanie tworzymy „never ending story” traktującą o naszym życiu, w której zmyślenie i prawda mieszają się w sposób niemożliwy do rozróżnienia. I jeśli mamy szczęście możemy w chwili śmierci powiedzieć: „Dobrze opowiedziałem swoje życie”.
O wspólnocie
Badania porównawcze nad rozwojem psychicznym dzieci ludzkich i małpich, prowadzone przez psychologów rozwojowych i antropologów w ostatnich latach, ujawniły trzy podstawowe cechy wyróżniające ludzkie dzieci. Po pierwsze – do 10 miesiąca życia rozwój psychiczny dzieci ludzkich i małpich przebiega podobnie. Potem pojawia się coś niezwykłego, gdyż dzieci ludzkie zaczynają wskazywać na obiekty w otoczeniu. Czynią to tylko po to, aby przyciągnąć uwagę opiekunów. Próbują zainteresować innych tym, co same widzą. Dzieci małpie tego nie czynią. Znaczy to, że ok. 12 miesiąca życia ludzkie dzieci zaczynają odkrywać, że inni ludzie widzą świat w podobny sposób jak one. Nazywa się to teorią umysłu, albo współdzieloną uwagą. Zatem tylko ludzkie dzieci mogą spojrzeć na świat oczyma innych ludzi i musimy uznać tę zdolność jako fundamentalnie ludzką cechę. Po drugie – tylko ludzkie dzieci mają niesamowitą umiejętność do naśladowania innych. Wbrew potocznym skojarzeniom, małpy nie małpują, nie naśladują innych małp, tylko opanowują rozmaite zdolności metodą prób i błędów. Tylko ludzkie dzieci naśladują, czyli uczą się od dorosłych i dlatego mogą być nauczane przez dorosłych. To nas odróżnia od wszystkich innych zwierząt. Po trzecie – ludzkie dzieci są obdarzone zdolnością percepcji symbolicznej. Dobrze pamiętamy ową zdolność z naszych zabaw, gdy sami byliśmy dziećmi i byle kamień albo patyk stawał się w naszych oczach samochodem albo człowiekiem. Człowiek może dowolnie nadawać znaczenia przedmiotom i wydarzeniom, co stanowi źródło jego kreatywności. Istotą człowieczeństwa jest zatem umiejętność odczytywania umysłów innych ludzi i uczenie się od siebie nawzajem, co prowadzi do współpracy w grupie, scalanej dodatkowo przez wspólne uczestnictwo w światach wyobrażonych. Tworzymy wspólnoty oparte na odczytywaniu myśli i pragnień innych ludzi, podążamy z nimi i żyjemy we wspólnym świecie znaczeń. Jesteśmy stworzeniami wspólnotowymi. Sęk tylko w tym, że ta wyobrażona wspólnota zwykle ma zbyt mały zasięg, obejmuje jedynie rodzinę, ród, plemię albo naród – nie dorośliśmy jak dotąd do tego, by objęła ona cały ludzki ród.
O istocie męskości
Istnieje taki wzorzec męskości, który stawia wobec mężczyzn doprawdy spore wymagania. Wedle tego wzorca mężczyzna ma być wobec innych mężczyzn rywalizujący i wygrywający, silny i wpływowy; wobec kobiet – czuły, wrażliwy, no i broń boże zniewieściały; wobec dzieci – opiekuńczy i stanowczy, ale zarazem łagodny, nie agresywny; wobec siebie – niezależny, mocny i twórczy. Jak to kiedyś trafnie ujął Bartłomiej Dobroczyński w swej książce „Kłopoty z duchowością”, mężczyzna ma być „kreatywną krzyżówką Thomasa Edisona, Petrarki, Billa Gatesa i Dżyngis-chana”. Te wymagania są ekstremalnie trudne do zrealizowania, gdyż noszą wszelkie cechy androgynicznej orientacji psychicznej, charakterystycznej dla bytów boskich, jak twierdzi religioznawstwo. Nic dziwnego, że mężczyźni postawieni w obliczu takiego wzorca znaleźli sposób, by obejść owe tak niemożebne wymagania. Od wczesnej młodości uczą się jednej, prostej sztuczki – udawania. Udają wobec innych mężczyzn, wobec kobiet, wobec dzieci i wreszcie wobec samych siebie. Nadymają się, puszą, rozkładają pawie ogony, wypuszczają zasłony dymne, ściemniają i – jeśli nie ma już innego wyjścia – milczą. Być mężczyzną to tak naprawdę udawać bycie mężczyzną. Prawdziwy mężczyzna, „facet, co się zowie”, to „wielki udawacz”. Wierzcie mi, jestem mężczyzną.
O chrześcijaństwie
Wyznawcy każdej religii chcą dla siebie zarezerwować prawo do własnego spojrzenia na nią. Dlaczego jednak mamy się ograniczać tylko do jednego spojrzenia? Na wszystko można spojrzeć z różnych punktów widzenia i dopiero pełny ogląd daje nam jakie takie wyobrażenie o danej rzeczy. Spójrzmy na chrześcijaństwo. Mamy różne spojrzenia z jego wnętrza, jak wtedy, gdy rozpatrujemy chrześcijaństwo okiem subtelnego teologa, zachwyconego jego doktrynalną strukturą, wyjaśniającą nieomal wszystko. Możemy też spojrzeć z punktu widzenia mnicha, znajdującego w nim oparcie dla swojej egzystencji i jej spełnienie. Także spojrzenie okiem szeregowego wyznawcy jest istotne, gdyż dla niego chrześcijaństwo to cykliczny rytuał, nadający skromny sens fragmentom jego życia. Są wszelako także spojrzenia z zewnątrz. Ja chciałbym tu zaproponować właśnie takie spojrzenie, osobiste i wyzute całkowicie z otoczki religijnej i mitologicznej, aż do bólu psychologiczne i krańcowo redukcjonistyczne. Wedle tego spojrzenia chrześcijaństwo opiera się na słowach i czynach młodego człowieka, który chciał zreformować życie swoje i swoich współbraci, ale poniósł klęskę. Po prostu nie udało mu się. Jak wielu innych reformatorów został zgładzony przez władze i jego wysiłki spełzły na niczym. Na tym polega moim zdaniem największa słabość chrześcijaństwa – że zbudowano je na klęsce pięknych marzeń. Czymże jest religijny bunt ascetycznego 30-latka, namiętnie oczekującego końca dotychczasowego świata, jak nie krzykiem sprzeciwu wobec zmurszałego świata, który według niego ma za chwilę zginąć? Radykalizm etyki chrześcijańskiej, którym tak wielu zachwyca się od stuleci, wypływa z przeświadczenia Jezusa, że koniec jest bliski. Cóż, nie mylił się, ale to jego koniec był bliski. Etyka Jezusa była etyką tymczasową, której zasady miały obowiązywać nie dłużej niż jedno pokolenie. Niestety, chrześcijaństwo przetrwało i całe jego dzieje to usilne próby przystosowania kazań młodzieńca o gorącym sercu do wymagań kolejnych epok. Chciałoby się powiedzieć, że nic tak dobrze nie służy przez lata jak solidna prowizorka, ale wpasowywanie idealistycznego radykalizmu Jezusa w intelektualne struktury teologii i hierarchiczne imadło kościoła doprowadziło do niesamowitej patologii kultury Zachodu. Od czasów renesansu Zachód próbuje się otrząsnąć z tej patologii, ale dopiero w naszych czasach świta nadzieja na pełne przebudzenie.
O aborcji i karze śmierci
W umysłach wielu, bardzo wielu Polaków goszczą obok siebie jednocześnie dwie idee. Pierwsza to ta, że powinno się zakazać całkowicie aborcji. Druga to ta, że należy wprowadzić karę śmierci. Wbrew temu, co niektórzy sugerują, idee te wcale nie są sprzeczne ze sobą. Są one doskonale spójne, ale oczywiście tylko dla tych umysłów, które nigdy nie wyrosły z młodzieńczego absolutyzmu pojęć. Dla nich nie istnieje rzeczywistość, a tylko idee w ich głowach, które biorą za rzeczywistość. Najlepszym przykładem są tu, wielokrotnie przeze mnie obserwowani, młodzi mężczyźni, z mglistymi oczami perorujący zaciekle na rzecz jakiś swoich idei. Idee te są bowiem dla nich absolutne, czyli prawdziwe same w sobie, bez jakiegokolwiek odniesienia do rzeczywistości. Taką ideą jest dziecko (bo przecież to nie zarodek, powiadają), tuż po zapłodnieniu rozpoczynające swe istnienie w sposób absolutny, a jako absolutnie bezbronne wymaga absolutnej ochrony. Również zbrodniarz, morderca, to idea kogoś, kto pozbawił życia absolutnie niewinną ofiarę i jako taki wymaga absolutnej likwidacji. Dla opisywanych tu umysłów nie istnieją żadne niuanse, znaki zapytania, konteksty. Nie, dla nich liczy się tylko absolutność ich idei. Trudno mi na koniec nie zauważyć z pewną uszczypliwością, że absolut nie zawsze jest dobry, szczególnie ten zdegenerowany do poziomu niektórych jego ziemskich wyznawców.
O przesądnych gołębiach Skinnera
B.F. Skinner, jeden z twórców behawioryzmu, poddał kiedyś grupę gołębi czemuś, co uczenie nazwał losowym rozkładem wzmocnienia. Polegało to na tym, że co pewien czas, niezależnie od tego co robił gołąb, rozlegał się dźwięk dzwonka i podawano mu pokarm. Gołębie poddawane tej procedurze zaczęły szybko zachowywać się w dziwny sposób – wykonywały skomplikowane ruchy ciała, podskakiwały, obracały głową wyciągając szyję, na próżno próbując odtworzyć konfigurację swojego zachowania, odpowiadającą temu momentowi, w którym otrzymały pokarm. Losowość otrzymywania pokarmu spowodowała, że gołębie stały się po prostu przesądne, podejmując najprzedziwniejsze próby skłonienia swego otoczenia do podania pokarmu. Podobne zjawisko możemy zaobserwować u ludzi, którzy dzięki losowi zostają czymś wynagrodzeni i potem powtarzają swoje zachowania w błogim przekonaniu, że pozytywne wzmocnienie się powtórzy. Niczym gołębie repetują swe zachowania, kurczowo trzymają się powtarzających się schematów, wypróbowują różne sposoby „wpływania” na rzeczywistość. Takie zachowanie to bez wątpienia jedno ze źródeł rytuałów magicznych i religijnych. Rytuał religijny jest próbą obłaskawienia tego, co przecina w sposób przypadkowy ścieżkę naszego życia i co ludzie zwykle nazywali bogami. Mądry człowiek, Platon, napisał jednak: „Człowiek jest jakby jakąś przemyślnie sporządzoną zabawką bogów” – i trudno się z nim nie zgodzić. Bogowie, natura, los, jakkolwiek to nazwiemy, bawi się z nami, a my próbujemy w tej irracjonalnej grze odnaleźć jakikolwiek sens. Gołębie Skinnera pokazują nam, że to dążenie do sensu jest immanentną częścią naszej zwierzęcej natury. Nasze święta, rytuały i nasi bogowie mają swe źródło w strumieniu biologicznego życia.
