O karmie i stoikach

Pewien współczesny hinduski guru napisał w swej książce o karmie takie słowa: „Powodem niedoli nie jest sytuacja zewnętrzna, ale sposób, w jaki na nią reagujesz. Twoja karma nie zależy od tego, co ci się przydarza, lecz od sposobu, w jaki reagujesz na to, co ci się przytrafia”. Jak zaznacza dalej, karma oznacza działanie. Czyje? Moje. Jeśli cierpię w jakiejś sytuacji to nie z jej powodu, ale dlatego, że reaguję na nią w określony sposób. Albowiem karma nie jest jakimś nieubłaganym fatum, karma to nasze odczuwanie życia i reakcja na nie. Karma to działanie, takie jakie jest dostępne człowiekowi, czyli zmiana swojego stosunku do tego, co mu się przytrafia. Źródłem mojego cierpienia teraz nie są moje przeszłe czyny. Jest nim to, jak obecnie reaguję na te ślady przeszłości. Jak mawiał Dalajlama, jeśli ktoś jest chory, to jest jego karma, ale karmą lekarza jest podjęcie się leczenia tej choroby, czyli aktywne działanie. Podobnie w naszym przypadku – coś się nam przytrafia, a my możemy to potraktować jako okazję do właściwej reakcji.

Te nauki zadziwiająco przypominają te, które w dawnych czasach udzielali stoicy. Epiktet rozpoczyna swój „Podręcznik” (Encheiridion) od sformułowania: „Z wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne. Zależne są od nas: sądy, popędy, pragnienia, odrazy i jednym słowem – to wszystko, co jest naszym dziełem. Niezależne natomiast są od nas : ciało, mienie, sława, godności i jednym słowem – to wszystko, co nie jest naszym dziełem”. Jasno wskazuje tym samym na obszar wolności człowieka. Człowiek bowiem z jednej strony podlega całości wszechświata, będąc jego marną cząstką, jak to pięknie opisywał Marek Aureliusz w Rozmyślaniach, ale z drugiej strony zachowuje dla siebie wolność osądu. To osąd dla stoików był najważniejszy, bo od niego zależą nasze pragnienia i odrazy. Wszechświat sprowadza na nas rozmaite przypadki, a my mamy wolność reakcji, możemy wybrać wedle naszego osądu, czym dla nas jest to, co nam się przydarza.

Hinduscy guru i stoicy niekoniecznie musieli czerpać od siebie nawzajem. Raczej sięgali niezależnie od siebie do odwiecznego źródła mądrości. Jedni piszą o karmie, drudzy o rozumnej pneumie, przenikającej całość wszechświata. Niezależnie od słów, od filozofii, jaka kryje się za nimi, sedno jest to samo. Jest nim prowadzenie życia w sposób, który najbardziej przystoi człowiekowi. Jest to kierowanie się w życiu mądrością, a mądrość to nic innego jak połączenie rozumu i uczuć. Dzięki rozumowi wiem, jak coś zrobić. Dzięki uczuciu wiem, czy należy to zrobić. Nie wszystko, co możliwe do pomyślenia, trzeba urzeczywistniać, warto wpierw spytać się serca, czy to będzie mądre. Tylko odwołując się do tak pojętej mądrości możemy odróżnić to, co działa na mnie (karma) od tego, co ja mogę zrobić, a co jest również karmą, tylko już moją karmą, moim działaniem.

Jeśli karmą jest to, co mi się przy-darza, to znaczy że jest ona darem. Mam takie ciało, a nie inne, żyję w takich, a nie innych czasach, przy-darzają mi się w tym życiu rozmaite rzeczy. To wszystko jest darem dla mnie, mogę z niego skorzystać i w ten sposób wypalić moją karmę. Jeśli utyskujemy na przypadek, który sprowadził na nas niechciane rzeczy (mam na myśli słynne pytanie: „Dlaczego akurat mnie to spotkało?”), to pamiętajmy, że przypadek to także coś co nam przy-pada, to nasza działka w losie całego wszechświata, jakby to rzekł stoik. Takie rozumienie przy-padku i przy-darzania się jest warunkiem wstępnym pojawienia się właściwej reakcji, polegającej na indywidualnej odpowiedzi na pytanie, jakie zadało mi życie. Odpowiadając na to pytanie mogę znaleźć sobie miejsce w owej wszechcałości, moje miejsce w tym jej zakątku, który mi przy-padł na ten krótki czas zwany życiem.

O sprawczości i mitach

O czym mówią wszelkie mity, podania, baśnie i opowieści ludzkości? O sprawczości. Pokazują, że ledwo co wyłoniona z ciemności nieświadomego istnienia świadomość człowieka chce czuć, że jest ważna, że liczy się w sprawach świata, który dopiero co odsłonił się przed jej oczami. Postawiona wobec ogromu zjawisk chce je ogarnąć w całości, bo nic innego jej nie satysfakcjonuje. Chce czuć się podmiotem w tym świecie, chce odnaleźć w nim swoje miejsce, mimo tego, że go nie rozumie. Tworzy zatem opowieści, które mają oswoić świat. Wszystkie twory kultury są wyrazem owego niesamowitego wysiłku twórczego. Są one opowieściami o tym, jak człowiek budował swoje poczucie sprawczości.

C. G. Jung wspomina rozmowę z wodzem Pueblosów, Ochwie Biano, który mu powiedział w przypływie szczerości: „Jesteśmy ludem, który mieszka na dachu świata, jesteśmy synami naszego Ojca Słońca i naszą religią ciągle pomagamy Ojcu w jego codziennej wędrowce po niebie. Nie robimy tego tylko dla siebie, lecz dla całego świata. Gdybyśmy zaprzestali praktyk naszej religii, to nie później niż za dziesięć lat Słońce by zaszło i już nigdy więcej nie wzeszło”. Jung podkreśla egzystencjalny sens takiego widzenia świata, sens nieobecny w życiu współczesnego człowieka. Ale podkreśla też, że taka postawa, nawet wobec wszechmogącego Boga chrześcijaństwa, „rodzi poczucie dumy nadające ludzkiemu indywiduum godność czynnika metafizycznego”.

Zwykle to poczucie sprawstwa było mniej „metafizyczne”. Dawnymi czasy w Polsce na samym początku wiosny niszczono kukłę symbolizującą Marzannę, boginię uśpionej natury, śmierci i zimy. Czyniono tak po to, by mogła się przemieniać w Dziewannę, boginię rozkwitającej przyrody. W ten sposób uwalniano ducha roślinności, pomagano wiośnie w jej dziele. Także w dzień Matki Boskiej Roztwornej rozwiązywano w stodołach snopy zboża, albowiem ludzie byli przekonani, że bez tej czynności nie urodzi się nowe zboże. Wspomagali w ten sposób cykl wegetacji. Takie opowieści mityczne można by przytaczać bez końca, bo ostatecznie o tym traktuje cała mitologia ludzkości – o współpracy człowieka ze światem natury i bogów.

Można ową współpracę człowieka z naturą rozumieć jako wyraz jego łączności ze światem przyrody, bogów i duchów, w duchu holizmu i jedności. To bardzo modny dziś pogląd. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że ten świat tak naprawdę zawsze był sprawą między bogami – pojętymi jako moce bytu – a człowiekiem. Tak było od czasu pierwszej zapisanego mitu, opowieści o Gilgameszu, i tak było tysiące lat wcześniej. Malowidła naskalne w prehistorycznych grotach, powstałe kilkadziesiąt tysięcy lat temu, są świadectwem prób uchwycenia niesamowitości i niepoznawalności tego świata, ale też okiełznania zjawisk, których nie można było kontrolować, jak na przykład populacji zwierząt łownych. Możemy się dziś domyślać, że w grotach tych odbywały się magiczne rytuały, oparte o opowieści mityczne i mające zapewnić pomyślność łowów i obfitość zwierząt.

A dziś? Cóż, mamy od czasów nowożytnych swój mit, całkiem nowy, mit o władaniu nad światem poprzez naukę i technikę. Już nie potrzebujemy teurgicznie zaklinać bogów, bo ich się pozbyliśmy, redukując świat do samej tylko płaskiej materialności. A tym najniższym poziomem rzeczywistości można w miarę łatwo władać, tu wystarczy tylko intelekt. Łudzimy się, że jesteśmy bogami, którzy wkrótce polecą na Marsa albo opanują energię termojądrową. Tymczasem nie umiemy nawet panować na sobą. Tu sprawczość człowieka Zachodu niestety pokazuje swoje fundamentalne ograniczenie, bo owo „opanowanie” poziomu materialnego jak dotąd przynosi głównie zagrożenia dla dalszej egzystencji ludzkości.

O nieprzywiązywaniu

O niczym nie jestem bardziej przekonany jak o tym, że nie ma innego świata niż ten. Widzę drzewo w blasku słońca, chmury, a pod nimi ptaka płynącego w powietrzu – i to jest ostateczna rzeczywistość. Być może oczyszczone „bramy percepcji” pozwoliłyby mi widzieć „rzeczy same w sobie”, anioły, demony, czy przyszłość – ale to wszystko jest dalej t y m światem, poza którym nie ma innego. „Tamten” czy też „inny” świat jest najgorszym ze wszystkich możliwych złudzeń. Równie silnie jestem jednak przekonany, że drugą najgorszą rzeczą jest przywiązanie do t e g o świata, obojętnie czy będziemy w nim wielbili rozkosze zmysłowe, władzę, wizje, odczucia, wiedzę czy cokolwiek innego. Jedynie życie pozbawione przywiązania do tego świata jest życiem ludzkim.

Wielu twierdzi, że jeśli boimy się śmierci to znaczy, iż nie żyjemy pełnią życia. Że nie jest ono radosne, głębokie, znaczące. Jak więc żyć tak, by nie bać się śmierci? Skłaniam się do jednej odpowiedzi – nie przywiązywać się do niczego, łącznie z samym sobą. Nic nie posiadamy, nic nie jest naszą własnością. Gdy niczego nie chcemy, żyjemy pełnią życia i nie myślimy o śmierci. Pozwólmy życiu przez nas przepływać, jak w tych najpiękniejszych chwilach, kiedy nic od świata nie chcieliśmy, doświadczając jedynie cudowności i świeżości chwili. Choć zabrzmi to paradoksalnie, tylko gdy nie trzymamy się życia możemy w pełni z niego czerpać. Będąc przywiązanym, na przykład do moich doznań, boję się, że je utracę gdy umrę. A to rodzi strach.

Jak mówił Epikur, gdy jestem, wtedy nie ma śmierci, a gdy jest śmierć, nie ma mnie. Te suche słowa filozofa mają wszelako głębokie i żywe znaczenie. W bardzo zwięzły sposób przekazują nam sens życia, wskazując, że nie istnieje on poza samym życiem. Bo żyć, jak pisał Mistrz Eckhart, to być niczym młody źrebak wypuszczony na łąkę, radosny i skaczący. Niczego więcej nie potrzeba. Pamiętam jedną chwilę, gdy byłem takim młodziutkim źrebakiem i beztrosko wybiegłem do ogrodu tuż za moim domem. Stałem pośród drzew i krzewów, pławiłem się w słońcu i zieleni, a w mej głowie nie było nawet jednej myśli. Tylko czysta radość bycia i całkowite nieprzywiązanie.

O infantylizmie ludzi

Ponad sto lat temu Jung napisał jakże prawdziwe słowa: „Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa. Ogromna większość ludzi potrzebuje autorytetu, przywództwa i prawa”. Tak, jesteśmy dziećmi, a gdy osoby pretendujące do bycia dorosłymi zachowują się jak dzieci, nazywamy to infantylizmem. I Jung trafnie wypunktował, o co w nim chodzi.

Po pierwsze – autorytet. Jak pies słucha swojego pana, tak my słuchamy tzw. autorytetów. To oczywiste, że dla dzieci autorytetami naturalnymi są ich rodzice. A dla rodziców? Ktokolwiek. Telewizyjna postać, polityk, youtubowy gaduła, kapłan, ktokolwiek. Taki podążający za autorytetem osobnik może napisać w komentarzu na Facebooku: „Myśl samodzielnie”. Nie wie jednak, że myślenie samodzielne do nie myślenie wedle tego, co chce. Praktycznie wszyscy mylą myślenie z własnymi pragnieniami. I dlatego gdy znajdzie się ktoś, ktokolwiek, kto wyrazi ich pragnienia, idą za nim jak owce. Brak samodzielnego myślenia jest infantylny.

Po drugie – przywództwo. Jeśli już znalazłem autorytet, to podążam za nim. Jeśli jest to polityk, albo influencer, to poddaję się jego władzy. Myślę, to co on myśli, pragnę tego, czego on pragnie, jest po prostu moją zastępczą osobowością. Tak funkcję spełniają rodzice wobec dzieci. Gdy dziecko się przewróci, patrzy na rodzica, czeka na jego reakcję. Jak rodzic powie: „O, jak boli”, to dziecko się rozpłacze. Jak powie: „Nic się nie stało kochanie”, dziecko się uśmiechnie. Na tym polega przywództwo, na wyznaczaniu przez kogoś innego niż my tego, co czujemy wobec siebie i ludzi, co w nich widzimy i co o nich myślimy. I każdy, kto pragnie przywództwa, jest infantylny.

Po trzecie – prawo. Podleganie autorytetowi i uległość przywództwu rozwijają postawę krańcowej niemoralności. Kształtuje ona ludzi, którzy zachowują się dobrze tylko wtedy gdy stoi przy nich policjant. Nietrudno zauważyć, że to powszechna postawa społeczna. Zwykli ludzie robią to po amatorsku, bogaci – przekupują policjantów. Jedyne prawo, które działa, to to wyryte w naszych sercach. Ale by postępować zgodnie z wewnętrznym prawem, trzeba być dorosłym. Kierowanie się strachem i normami społecznymi jest infantylne.

Nic dziwnego, że Jung kiedyś napisał, że Ziemia to „a house for idiot children”, co można obrazowo przełożyć na język polski jako przytułek dla kretynków. A to jest nawet gorsze niż infantylizm. Ludzie dorośli powinni troszczyć się swoje dzieci. Niestety tego nie robią. Ani w wymiarze indywidualnym ani zbiorowym. Dlaczego? Bo sami są „an idiot children”. A zamiast troski o swoje dzieci wymyślają Auschwitz, chińską rewolucję kulturalną, naturalizację dzieci Aborygenów, reżim Czerwonych Khmerów, głód na Ukrainie w latach trzydziestych, rzeź w Rwandzie, eksterminację ludów oby Ameryk, wojny wszelkiego sortu i tysiące innych kretyństw.

Tak, ludzie próbujący robić rzeczy, które uważają za dorosłe, ale dysponując jedynie mentalnością parolatka, emanują niesamowitym okrucieństwem, bo dzieci są okrutne w całkiem nieświadomy, niewinny sposób. Natomiast tzw. ludzie dorośli zwykle pozostają takimi nieświadomymi kretynkami, małymi, głupimi, okrutnymi i złośliwymi stworzeniami, nawet nie zasługującymi na miano ludzi. Są tylko dziećmi w dorosłym ciele. Przypominam, że Eichmann był posłuszny autorytetom, podległy swojemu przywódcy i wypełniać chciał jak najlepiej prawo Trzeciej Rzeszy.

O pytaniu o Boga

„Bo wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi”

Bolesław Leśmian, Schadzka

Pytany byłem nieraz czy wierzę w Boga. Uważam to pytanie za jedno z najgorzej postawionych. Proste odpowiedzi – tak albo nie – są niesamowicie płaskie, zamykające wszystko i nie odpowiadające na nic. Bóg raczej nie uprawia logiki zero jedynkowej, to specyfika homo sapiens. A zatem sprawa jest warta pewnego zniuansowania. Po pierwsze, piszę Bóg dużą literą, by podkreślić to, że umysł człowieka zdolny jest ustosunkować do całości, jakkolwiek by ją ujmował. Po drugie, treść pytania zmienia się, mimo tej samej formy, w zależności od tego, kto pyta. Tak więc udzielenie odpowiedzi, na przykład w postaci tekstu, jest bardzo trudne, o ile nie niemożliwe. Spróbuję jednak coś napisać, wiedząc, że większość czytelników – mówiąc łagodnie – pojmie to po swojemu.

Zatem, jak to jest z tą „wiarą” w Boga ? Odpowiem pewnym obrazem, bo moje myślenie to tworzenie obrazów, malowanie słowami. Oto przede mną siedzi mój rozmówca, który właśnie mnie o to zapytał. Widzę jego postać, słyszę głos, odczuwam do pewnego stopnia jego emocje. Jest dla mnie jasne, że poza tymi postrzeżeniami jest ktoś, jego ja, które on odczuwa jako siebie. To ja jest mi niedostępne bezpośrednio, żadnym zmysłem go nie sięgam. Odczuwam jednak, że organizuje ono tą postać, która siedzi przede mną, która mi zadaje pytanie. Że ten człowiek od lat, podobnie jak ja sam, odczuwa coś co nazywa sobą, z czym się utożsamia, a co nie jest tylko jego ciałem. Można powiedzieć, że ciało tego człowieka, jego zachowanie, jest do pewnego stopnia manifestacją jego ja.

Podobnie jest z Bogiem, którego odczytuję ze świata. Mam przed sobą rzeczywistość, mam swoje życie, nad którym po części mogę panować, a po większej części nie. To wszystko, czego doświadczam w świecie, relacje z innymi ludźmi, świat przyrody, stan mojego ciała, tworzy tą rzeczywistość, w której żyję. W tej perspektywie Bóg jest niczym innym jak sposobem organizacji mojego postrzegania tego świata. Nie muszę używać dodatkowych nazw, jak dajmy na to Jezus czy Allah, bo nie jestem człowiekiem, który by się przywiązał do jakiegoś ograniczonego sposobu percepcji rzeczywistości, związanego z jakąś religią. Bóg, o którym tu mówię, jest nieskończenie większy niż wszystkie religie.

Nie muszę zatem „wierzyć” w Boga. Mogę Go doświadczać doświadczając życia w tym świecie, w całym jego pięknie i w przerażającym cierpieniu, w miłości i nienawiści, w życiu i śmierci, we wszystkich przeciwieństwach, które są Jego manifestacją. To nie jest jakiś panteizm albo inny filozoficzny pomysł, wymyślony tylko po to, by obracać nim jak nic nie wartym żetonem. Nie, to coś bardzo konkretnego. Wiem, że Bóg jest sposobem organizacji mojego doświadczenia. Niczym więcej. Nie jest to żaden stworzyciel świata, albo ktoś, do którego miałbym się zwracać w osobistych sprawach. Takie ujęcia Boga zostawmy małym umysłom, zagubionym i pragnącym opieki. Od zawsze takie umysły kształtowały historię religii, ale to nie znaczy, że mają coś w ogóle do powiedzenia w kwestii, o której tu mówimy. Bóg przerasta każdy umysł ludzki, a największą cnotą człowieka jest przyznanie się do tego.

Jeśli Bóg jest dla mnie sposobem organizacji mojego doświadczania świata to nie znaczy, że ja cokolwiek rozumiem. Raczej chodzi mi o te chwile, gdy cały świat zjawisk, tak fascynujący i przerażający, na moment ujawnia się jedynie jako zasłona, poza którą odczuwam coś nieuchwytywalnego. Wtedy nie „wierzę”, ale wiem, że poza wszystkim co jest mi dane, jest coś jeszcze. Takie chwile są bezcenne, są esencją mojego życia, bo w nich doświadczam czegoś przerastającego to wszystko, czym jestem. Tak, Bóg jest tym czymś więcej, nieskończenie więcej niż możemy naszym małym umysłem ogarnąć z rzeczywistości tego świata.

O czterech jeźdźcach apokalipsy raz jeszcze – niedualnie

Pod poprzednim wpisem otrzymałem na Facebooku bardzo ciekawy komentarz. Jego Autorka doszukała się głębszego podłoża apokaliptycznych wizji świata, którym to podłożem jest dualizm, wywodzący się źródłowo z zaratusztrianizmu. Chodzi o to, że apokaliptyczne wizje chrześcijaństwa i innych religii są specyficzną próbą rozwiązania problemu dualizmu, będącego, jak pisze Autorka, „młotem na duchowość współczesnego człowieka”. Dualizm jest obecny w scjentyzmie, materializmie i konsumeryzmie, bo są to nieudane próby negowania jego istnienia.

Zgadzam się z tymi uwagami. Ulegnę zatem monoteistycznej pokusie szukania jednej przyczyny i spojrzę na problem duchowości współczesnego (i nie tylko) człowieka w tej perspektywie. Bez wątpienia dualizm wiąże się ze sposobem funkcjonowania ludzkiej świadomości, na co też zwraca uwagę Autorka komentarza. Ludzka świadomość odnajduje świat jako coś jej danego, niekoniecznie tożsamego z nią. Być może niemowlęta odczuwają całkowitą jedność z rzeczywistością. O takowej też mówią mistycy. Dla zwykłego człowieka dualizm jest naturalną wizją świata, w której z jednej strony jest jego ja, z drugiej – rzeczywistość.

By poradzić sobie z dualizmem mogę przywołać to, co głosi buddyzm. Budda zapytany kiedyś o istnienie ja milczał. Podobnie zapytany o nieistnienie ja również milczał. Unikał w ten sposób dualizmu, który późniejsza filozofia buddyjska ujęła jako opozycję pomiędzy eternalizmem (ja istnieje) a nihilizmem (ja nie istnieje). Buddyzm w kontrze do takiego dualistycznego podejścia naucza ścieżki środkowej, którą nazywa ścieżką niedualną. To miałem na myśli, gdy akapit wyżej wspomniałem o mistykach, niekonieczne tylko buddyjskich. Możliwe jest funkcjonowanie ludzkiego umysłu na poziomie niedualnym, chociaż jest to rzadkie i trudne. Możemy wyjść poza przeciwieństwa w ekstazie mistycznej, albo co najmniej je zjednoczyć w psychologicznym doświadczeniu coincidentia oppositorum.

O podejściu niedualnym można by długo pisać, ale zostawię to na inną okazję. Tu chciałem tylko zaznaczyć, że moim zdaniem problemy, z którymi boryka się obecnie ludzkość, a które narastają wykładniczo, wynikają ze zwykłego sposobu funkcjonowania świadomości człowieka. Być może kiedyś ów sposób, jak dotąd naznaczony dualistycznym postrzeganiem rzeczywistości, się zmieni. Bo – co nie trudno dziś zauważyć – jeśli się nie zmieni, to nie będzie już po prostu komu czegokolwiek postrzegać. To, czy ten świat przetrwa jeszcze dekadę czy dwie zależy tylko od tego, ilu ludzi wykroczy poza dualizm.

O czterech jeźdźcach apokalipsy inaczej

Przed paru dniami odbyłem ciekawą rozmowę, która mnie zainspirowała do poniższych rozważań. Pojawiały się w niej różne tematy, głównie dotyczące kondycji duchowej współczesnego świata. Nie będę tu jej tu w pełni referował, tylko podam główne punkty. A nawiążę przy tym do klasycznych czterech jeźdźców apokalipsy (przypomnę: zaraza, wojna, śmierć, głód), tylko trochę inaczej nazwanych.

Pierwszy jeździec to monoteizm. Obciążenie duchowe w cywilizacji Zachodu związane ze spuścizną trzech głównych religii monoteistycznych jest ogromne. Głównie chodzi tu o odcięcie wyznawców tych religii od autentycznego kontaktu z rzeczywistością tego świata, z naturą, jej cyklami, światem przyrody, roślinami i zwierzętami, w końcu z własnym ciałem. Wyznawcy religii monoteistycznych żyją w świecie skonstruowanym z koncepcji zawartych w świętych księgach, oderwanym od rzeczywistości i ostatecznie wrogim wobec niej, co najpełniej widać w zapowiedziach zagłady i końca świata. Religie monoteistyczne to najgorsza zaraza duchowa.

Drugi jeździec to scjentyzm, który ma się bardzo dobrze w naszych czasach. Jego zalążki pojawiły się w wieku XVII, a on sam rozkwitł w pełni w kolejnych wiekach jako spuścizna monoteizmu. Scjentyzm to irracjonalne przekonanie naukowców, że tylko wiedza naukowa jest jedynym – i najwyższym – rodzajem poznania. Nauka to jedyna pewna wiedza, poświadczona jedyną metodologią, a metodologia jest tu najważniejsza, bo jest świętą drogą do jedynej prawdy. Scjentyzm to odpowiednik wojny, dzielącej ludzi i niszczącej łączność duchową ze światem.

Trzeci to materializm, ścisły kompan scjentyzmu i jego podpora ideologiczna. Jakże nauka staje się prosta i zrozumiała, jeśli całość rzeczywistości ograniczymy tylko do materii, czyli do tego, co poddaje się obserwacji empirycznej i pomiarom matematycznym. Wprawdzie materia ma niezwykłe oblicze, co pokazuje mechanika kwantowa, ale większość fizyków spokojnie trwa przy uspakajającej obliczalności matematycznej, nie przejmując się tym, że niczego nie można zrozumieć. A to obliczenia matematyczne doprowadziły do skonstruowania bomby atomowej. Nic dziwnego, że materializm to odpowiednik śmierci.

Trzej dotychczasowi jeźdźcy apokalipsy przygotowali grunt, na którym rozwinął się czwarty jeździec, czyli konsumeryzm. Jego motto to: Consumare necesse est, vivere non est necesse. Tak, postawą prawie wszystkich ludzi współczesnych jest nieznośne pragnienie konsumpcji. Nie pragną być, żyć, pragną tylko mieć, coraz więcej mieć. To esencja współczesnej cywilizacji naukowo-technicznej, skupionej na maksymalizacji zysku poprzez niczym nieograniczoną konsumpcję. Konsumeryzm jest wyrazem głodu duchowego, bowiem najważniejszych potrzeb duchowych człowieka nie zaspokoi żaden monoteizm i jego współczesne bękarty – scjentyzm i materializm.

O miłości i szamanizmie

Dla mojej szamanki in spe

Analityk jungowski John R. Haule w swojej książce Pilgrimage of the Heart proponuje interesującą paralelę pomiędzy miłością romantyczną a szamanizmem. Ponieważ uwielbiam tego rodzaju niezwykłe zestawienia, przedstawię tu i skomentuję jego pomysł, dodając też sporo od siebie. Zacznijmy zatem od szamanizmu. Szaman to osoba, która dzięki swoim predyspozycjom i doświadczeniu jest predysponowana do troski o duszę innego człowieka, zdiagnozowania tego, co jej dolega i potem podjęcia się jej leczenia. Ma zatem swego rodzaju uprzywilejowany dostęp do duszy drugiego człowieka, sięgający największych głębi, jak wtedy, gdy udaje się do dolnych światów po jej uzdrowienie, spotykając tam różne, czasem niezbyt miłe, istoty duchowe. Można by rzec, że jest często bliżej duszy leczonego człowieka niż on sam.

Podobnie jest w miłości romantycznej, która nie musi być tylko złudną iluzją młodości, ale w swojej najlepszej odsłonie może być ścieżką prowadzącą do inicjacji w dojrzałe życie. W miłości spotykamy się z kimś całkowicie innym i wykraczamy poza swoje ego, co możemy odbierać jak inicjację szamańską, w której nasz dotychczasowy świat ulega rozpadowi, a ego obserwuje wówczas bolesną dezintegrację dotychczasowej osobowości. W chwilach ekstazy i oddania wręcz zlewamy się z ukochaną osobą, tracimy siebie – ale tylko po to, by siebie odzyskać w nowej, bardziej skonsolidowanej postaci. Gorycz i słodycz są nieodłączne w miłości.

Miłość bowiem aktywuje głębokie, archetypowe energie, dzięki którym możemy mieć dostęp do duszy ukochanej, ale też daje ona wgląd we własną duszę, w te jej obszary, które nigdy by nie ujrzały światła świadomości, gdyby nie odzwierciedlała ich ukochana osoba. Szaman, by uleczyć duszę, wchodzi w ekstatyczny trans, w którym nawiązuje łączność z leczoną duszą; kochankowie, by poznać swoje dusze, piją napój miłosny wzajemnej fascynacji, jak w archetypowej opowieści o Tristanie i Izoldzie. Płaska wizja współczesnej nauki mówi tu o wydzielaniu się naturalnych endorfin. Niezbyt to romantyczne. Jung mówi o transformacji indywidualnej świadomości poprzez partycypację w dynamice archetypowej. Takie sformułowanie bardziej odpowiada rzeczywistości doświadczenia miłosnego.

Czym zatem jest miłość romantyczna? To nie jest to o czym myślicie, o nie. Tak naprawdę to dostępna każdemu okazja do odbycia szamańskiej podróży w archetypowe światy własnej duszy. Za tym idzie odkrycie, że szaman to nie jakaś wyjątkowa jednostka, gdzieś tam zamieszkująca daleko od nas, ale także możliwość obecna w duszy każdego człowieka. Większość z zakochanych nie wykorzystuje tej możliwości, pozostając na krótkotrwałym, wstępnym, fizycznym etapie fascynacji. Niektórzy jednak idą dalej i odbywają niezwykłą, szamańską podróż po wewnętrznych światach, odkrywając w sobie pokłady nieświadomych dotychczas skarbów. Odbywają podróż bohatera/bohaterki i wracają do siebie, obdarzając się nawzajem bezcennym darem wyższej świadomości.

O początkach mistyki

William James w swoich Odmianach doświadczenia religijnego, która od ponad 120 lat pozostaje jedną z najlepszych książek o psychologii religii, opisuje pierwszy krok w kierunku doświadczenia mistycznego, które według niego jest jądrem wszelkiego życia religijnego. To krok tak prosty, że najczęściej nie jest rozeznawany jako mający coś wspólnego z mistyką: „Najprostszym zaczątkiem doświadczenia mistycznego wydaje się to pogłębione poczucie znaczenia pewnej maksymy lub formuły, jakie nas czasem nachodzi. Wołamy wówczas: ‘Słyszałem to powtarzane przez całe życie, lecz do teraz nie rozumiałem znaczenia tych słów’. To poczucie głębszego znaczenia nie ogranicza się do wypowiedzi racjonalnych. Gdy umysł jest odpowiednio nastrojony, takie poczucie mogą wywołać pojedyncze słowa lub ciągi słów, gra światła na ziemi lub na morzu, zapachy i dźwięki muzyczne”.

Każdy człowiek ma w sobie zalążki tego poczucia, najsilniej obecne w dzieciństwie i młodości, zwykle jednak w wieku dojrzałym u większości ludzi obumierające. Nieliczne jednostki pozostają zdolne wszelako do takich przeżyć, i to im zawdzięczamy najlepsze kwiaty na drzewie ludzkiej duchowości. A kwiat taki może rozkwitnąć, gdy, dajmy na to, przeczytamy jakieś słowa i pod ich wpływem nasz umysł się zmieni. Albo możemy ujrzeć wspaniały widok, który już nie pozostawi nas takimi jak przedtem. W tych niezwykłych momentach odsłania się przed nami dotąd nieznany sens, nieujmowalny w słowa nawet w przypadku, gdy docieramy do sensu jakieś formuły słownej, jak pisze James. Bo przeczytawszy ją nagle wiemy, co te słowa dla nas znaczą, ale nie umiemy tego znaczenia przekazać innej osobie. To ona sama musi doznać tego obrotu w podstawach świadomości, pojawienia się dotąd niewidzianego kształtu świata, jak to właśnie dokonało się w nas. Sens bowiem to nie słowa i ich znaczenie, sens to przeżycie, to ten moment w życiu, w którym już o nic nie pytamy, tylko trwamy w niemym zachwycie.

Mistyka to naturalna skłonność ludzkiego umysłu, obecna w różnym stopniu na każdym jego poziomie. Jej istotą jest coś tak subtelnego, że aż niezauważalnego w swoich prymarnych etapach – to zdolność do samoistnej zmiany sposobu funkcjonowania umysłu niezależnie od kształtujących go chaotycznych bodźców zewnętrznych. Te zmiany prowadzą do odkrywania czy też konstruowania wzorców kreujących rzeczywistość. W zaawansowanym doświadczeniu mistycznym mamy do czynienia z doświadczeniem ostatecznego wzorca rzeczywistości, jakim jest wszechogarniająca jedność wszystkiego. W pierwszych krokach doświadczenia mistycznego także mamy do czynienia z tym samym, z doświadczaniem wzorców jedności, jeszcze ułomnych, cząstkowych, ale już napawających umysł poczuciem sensu. Każde takie uchwycenie jedności jest niczym mikrosamadhi, jak najskromniejszy przedsmak niedualności.

Jak napisałem, trudno przekazać sens, jest to praktycznie niemożliwe, ale spróbuję mimo to. Drzewo, które widzę za oknem nie ma nic wspólnego ze słowem „drzewo”. Słowa, jako dźwięki, nie mają i nie niosą ze sobą żadnego znaczenia. Pomimo tego, gdy małe dziecko, uczące się dopiero języka, usłyszy słowo „drzewo”, nagle w jego umyśle pojawi się wzorzec, dzięki któremu będzie mogło postrzec spójną całość – drzewo. Na tym rudymentarnym etapie umysłu jest to odpowiednik oświecenia. W późniejszych etapach życia warto jednak wyjść poza taki rodzaj konstruowania wzorców jedności. Jest to trudne, większość ludzie pozostaje na tym wyjściowym etapie pojęciowym – ale cóż, pozostaje też na nim większość filozofów. A to dopiero doświadczenie mistyczne, doświadczenie jedności, wyprowadza nas dalej.

Nie twierdzę jednoznacznie, czy wzorce jedności konstruujemy, czy odkrywamy. Być może na różnych etapach naszego życia odczuwamy to odmiennie, być może ta różnica, jak wszystkie inne związana z językiem, nie ma po prostu znaczenia, bo przecież język nie niesie ze sobą znaczeń. Pojęcia tworzą dualistycznej wizję rzeczywistości, poza którą wychodzi mistyka. Plotyn, który najpiękniej pisał o Jednem, czy też o Jedni, zostawił nam taką wskazówkę: „Mówimy i piszemy, aby posyłać ludzi w drogę ku Niemu i aby przebudzić ich z myślenia do widzenia, jakby wskazując drogę komuś, kto pragnie zobaczyć. Nauczanie nasze bowiem dotyczy jedynie drogi i sposobu podróżowania, a samo widzenie jest dziełem tego, kto pragnie Je zobaczyć“. A więc ten, kto widzi, wie. Gnoza jest w oczach widzącego. Każdy akt widzenia to zmiana funkcjonowania naszego umysłu, o której pisałem na początku, a zatem to akt gnozy.

O dojrzałości

Co decyduje o tym, że jesteśmy dojrzali? Co w ogóle znaczy to słowo? Moim zdaniem nie sposób być dojrzałym, jeśli nie skorzystało się z możliwości jakie daje nam życie. No tak, już widzę te nieporozumienia wokół tego, co właśnie napisałem. Ktoś powie, że zatem dojrzałym jest nastolatek, który próbuje wszystkiego, co mu życie podsuwa, od seksu do narkotyków. Ktoś inny podsunie przykład niebieskich ptaków, którzy w obfitości korzystają z możliwości, jakie daje im życie, czerpiąc z niego pełnymi garściami, i wysysając jego przyjemne soki do samego dna.

Nie, nie o to mi chodzi. Nie mam na myśli pospolitego hedonizmu, polegającym na egoicznym narzucaniu światu moich pragnień. Wprost odwrotnie – to świat mi coś proponuje, a ja mogę na to przystać. Korzystanie z przyjemności jakie dostarcza życie nie prowadzi do dojrzałości. Dążenie do dojrzałości jest odkrywaniem tego, co mogę w swoim życiu i ze swoim życiem zrobić. To odkrywanie to nie kolejne chwile przyjemności, ale wglądy w to, kim naprawdę jestem. Zobaczenie kim jestem opiera się na sprawdzeniu, co mogę robić, co daje mi satysfakcję w życiu i co mogę zatem dać z siebie innym – co jest rzeczą najważniejszą.

W moim przypadku owym skorzystaniem z możliwości, jakie daje życie było nauczanie filozofii i etyki. W 1992 roku, będąc jeszcze studentem, podjąłem się nauczania etyki w liceum, które dziewięć lat wcześniej skończyłem. Wprowadzenie religii i etyki do szkół przez ówczesny rząd było możliwością, a ja byłem tym, który ją wykorzystał. Pamiętam do dziś, że szedłem wtedy do mojego liceum, pytając się siebie w sercu, czy chcę to robić. Odpowiedź brzmiała: tak. A dwa lata później skorzystałem z kolejnej możliwości i rozpocząłem pracę na uniwersytecie. Te dwie decyzje ukształtowały moje życie. Bo dojrzałość przychodzi przez decyzje.

Życie podsuwa nam sposobności. Gdy z nich korzystamy, zyskuje ono konsystencję i coś, co nazywa się znaczeniem albo sensem. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy świadomie decydujemy się na wykorzystanie owych sposobności. Wtedy wchodzimy w dialog z życiem. Ono mówi do nas, oferując sposobność. My odpowiadamy, czy jej chcemy. Jeśli traktujemy nasze życie poważnie, to staje się ono naszym najlepszym nauczycielem. Nie jest potrzebny żaden guru ani podniosłe wskazania. Wystarczy tylko odpowiedzieć ze swej głębi na to, co życie nam podsuwa.

Życie też podsuwa nam sposobności w postaci partnerów, z którymi możemy być. Tu też jest ważna decyzja, a nie tylko bezwiedne przyzwolenie na bycie razem, jak to bywa na przykład w związkach nastolatków. Jeśli z kimś chcę tworzyć moje życie to nie mogę polegać tylko na ogólnych przekonaniach, że warto mieć kogoś, że mężczyzna i kobieta powinni być ze sobą, bo tak inni robią. To za mało. Zawsze trzeba się zapytać: Czy chcę być z nią albo z nim? Nie dlatego, że tak mi wypadło, ale dlatego że chcę. Rzeczywistość naszego życia tworzą decyzje, i każda z nich przyczynia się do naszej dojrzałości.