O najbardziej wartościowych chwilach

Są takie chwile w życiu, które nadają mu niezbywalną wartość, albo – jak to ja nazywam – konsystencję. To chwile, gdy coś się w moim wnętrzu układa (nazwanie tego zrozumieniem byłoby zbyt ubogie). Układa się, bo zmieniam perspektywę patrzenia na coś, co mnie na przykład dotąd w życiu bolało. Nagle uświadamiam sobie, że mogę na to spojrzeć inaczej. Można to nazwać wglądem, ale też jest to nazwa nie oddająca w pełni owego uczucia, bo jest to raczej uczucie, nie myśl. Taka chwila daje wolność. Trudno ją opisać za pomocą pojęć, bardziej pomagają tu opowieści i metafory.

Taka chwila jest jak „eureka” Archimedesa, to obrót w podstawach świadomości, zmiana polegająca na przejściu postawy życiowej w swoje przeciwieństwo. Jung w jednej ze swoich książek podaje przykład mężczyzny, który doświadczył takiego obrotu w podstawach świadomości (termin ten nie jest jungowski). Mężczyzna ten zawsze pragnął kobiet, które były z kimś innym. Czuł wtedy zazdrość i starał się je odbić. Gdy jednak tylko mu się to udawało, tracił nimi wszelkie zainteresowanie. Aż pewnego razu, już będąc w analizie, zobaczył parę zatopioną w miłosnej rozmowie – i nie poczuł już przymusu, by cokolwiek robić, wyzwolił się ze swojego starego postrzegania rzeczywistości. Był wolny, bo nastąpiła fundamentalna reorganizacja jego sposobu postrzegania rzeczywistości.

I to są te jedyne chwile, gdy życie ma sens, chwile wolności, gdy nagle widzimy, że można inaczej żyć, że można nie cierpieć. Jak jednak człowiek może zyskać wolność, przecież poddany jest przemożnym wpływom fizycznym i psychicznym, że nie powiem o duchowych? Nad zagadnieniem ludzkiej wolności od wieków łamią sobie głowy filozofowie – i nic ciekawego nie wymyślili. Mnie podoba się pewna opowieść, która rzuca na ten problem dużo światła. Mówi ona, że kabaliści, próbując rozgryźć tajemnicę wolności człowieka w perspektywie bożej wszechwiedzy i wszechmocy, ukuli taką oto metaforę – człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy Bóg przymyka oczy i wyrzeka się na chwilę swojej wszechwiedzy.

To jedna z najpiękniejszych metafor jakie usłyszałem w życiu, opowiedziana mi przez mojego promotora, profesora Andrzeja Wiercińskiego w jego letniskowej chacie w Urlach we wrześniu 1997 roku. Ze swej strony zawsze dopowiadałem sobie dalszy ciąg tej metafory – bo profesor tego tak nigdy nie ujął – że przymykamy oczy w momentach przyjemności, na przykład gdy jemy słodycze, albo gdy kichamy. Przymykamy też oczy w chwili najwyższej przyjemności, jaką jest orgazm. I tu otwiera się fascynująca możliwość interpretacyjna owej kabalistycznej metafory: wolność człowieka jest niczym innym jak orgazmem Boga. To byłby ten moment, w którym nie ma nas, nie ma Boga, jest tylko wolność.

O prawdzie

Gdy przychodzimy na świat, bierzemy pierwszy oddech. Wchłaniamy świat w siebie. Gdy z niego wychodzimy, wydajemy ostatnie tchnienie. Zostawiamy go na zawsze. Pomiędzy tymi dwoma chwilami nieustannie oddychamy. Nasze płuca pracują cały czas po to, byśmy mogli żyć. A jak jest z naszym umysłem? Umysł potrzebuje prawdy tak, jak płuca potrzebują powietrza. To nośna metafora, ale dobrze wiemy, że każdemu udaje się jako tako oddychać, natomiast niewielu tylko udaje się dotknąć czegoś, co choćby zbliżało się do prawdy. A przecież każdy z nas ma pod czaszką prawie półtora kilograma najbardziej złożonej i skomplikowanej materii we wszechświecie, którą nazywamy mózgiem.

Widocznie sama materia organiczna naszego mózgu nie wystarczy. Jest ona materialną podstawą naszego umysłu, a przynajmniej tak głosi obecny paradygmat naukowy, którego tu nie mam zamiaru bronić. Być może ma on rację tylko w tym, że nasz mózg służy raczej przetrwaniu, a nie poznawaniu prawdy. Coraz bardziej się z tym zgadzam, gdy obserwuję spektakularne ograniczenia mentalne ludzi. Rodzi się wtedy we mnie naturalne pytanie: to czego więcej potrzeba, by nie być tępym, czego ponad te półtora kilograma materii przypominającej budyń?

Oczywiście chodzi tu o wykorzystanie możliwości mózgu. Tu dużo ma do powiedzenia kultura, będąca swego rodzaju oprogramowaniem naszego hardware’u mózgowego. To ona nam mówi, co mamy widzieć, co myśleć i jak czuć. Jak rozumować i wnioskować. Jest nieuniknionym pośrednikiem między nami a rzeczywistością. Dosłownie mówi nami, bo jak powiedział kiedyś Merleau-Ponty, język jest żywiołem ludzi, jak woda żywiołem ryb. Dzięki językowi zyskujemy najbardziej uniwersalną ze wszystkich iluzji – iluzję porozumienia. Wbrew filozofom prawda nie mieszka w języku. Pływamy w wodzie prawdy, tyle że nie zdajemy sobie z niej w ogóle sprawy. By zdać sobie sprawę z czegoś, potrzebne jest coś więcej niż zwykłe oprzyrządowanie mózgu dostarczane przez kulturę i język, potrzebne jest utwierdzenie się poza językiem i kulturą. Dopiero wtedy sięgamy prawdy.

O szczęściu

Dawno, dawno temu pewien znany mi profesor filozofii narzekał, że gdy jest zapraszany na publiczne wykłady, to zawsze organizatorzy proszą go by mówił tylko na jeden temat – o szczęściu. Nie wiem dlaczego tak jest kojarzona filozofia. Dzisiaj o szczęściu piszą głównie psychologowie. Najmniej chyba teolodzy, ale oni widzą szczęście w zaświatach. Nie wiemy czym jest szczęście, pomimo tysięcy wykładów i książek. Tym bardziej nie będę podawał tu własnej definicji. Zamiast tego powtórzę przypowieść, którą dawno temu przeczytałem gdzieś, nie pamiętam gdzie, więc nie wiem na ile jest ona prawdziwa. Ale jest piękna, a to wystarczy. Wedle tej przypowieści Hebrajczycy jedzący mannę byli zachwyceni jej smakiem, bo każdemu z nich smakowała ona jak jego ulubiona potrawa. Podobnie jest ze szczęściem.

Każdemu jego szczęście smakuje inaczej, bo ma swoje wyobrażenie o tym, czym jest jego szczęście. Ale, jak głoszą mądrzy ludzie, szczęście nie jest najważniejsze. Ważniejsze jest coś innego. Bardzo dobrze to ujął Fiodor Dostojewski w swoim dzienniku: „Szczęście nie polega na szczęściu, ale na próbach osiągnięcia go”. Wielu ludziom wydaje się, że osiągną szczęście realizując jakiś cel. To podstawowy błąd, bo gdy dotrzemy do tego, co zamierzyliśmy, przeważnie nie osiągamy satysfakcji. Nie mówiąc już o szczęściu. Starania by coś osiągnąć i zrealizować swoje marzenia to gotowy przepis na bycie nieszczęśliwym.

Szczęście polega na tym, by robić coś bez żadnego celu, skupiając się na codziennych aktywnościach naszego życia, na robieniu jedzenia z ukochaną osobą, na pozbawionych podniosłych konkluzji rozmowach z przyjaciółmi, lekturze interesującej książki, zabawie z dziećmi, spacerze w samotności. Wszystkie tego rodzaju aktywności tworzą tkankę naszego życia, nadają mu konsystencję i spójność. By być szczęśliwym nie trzeba nic robić, wystarczy tylko nie przeszkadzać życiu płynąć, bo ono wie o wiele lepiej, jaki tor obrać. A nieprzeszkadzanie życiu to trudna sztuka, bo każdy ma jakieś pomysły na życie, cele, zamiary, przepisy. Każdy jest intensywnie skupiony na tym, jak zrobić to lub tamto i w efekcie czyni wszystko tak, by być nieszczęśliwym. Nie bądź idiotą, zostaw starania i cele, bądź szczęśliwy

O grze zwanej życiem

Młodzi ludzie, którzy dopiero rozpoczynają grę zwaną życiem, są bardzo poważni. Mają naście albo dzieścia lat, świat odkrywa przed nimi swoje zaklęte rewiry, takie jak relacje, seks, prestiż, władza. Są początkujący w tej grze, bo najczęściej nikt im nie przedstawił jej reguł (rodzice zwykle w tym zawodzą, szkoła to parodia, internet to parada kretyństw, a rówieśnicy są w tej samej sytuacji). Grają zatem w ciemno, z całym namaszczeniem i powagą. Niech nas nie zmyli to, że wydają się być często niepoważnymi lekkoduchami, bimbającymi sobie z okolicznościami. Tak naprawdę są śmiertelnie poważni, gdy pierwszy raz robią to czy tamto. Bo pierwszy raz się liczy i zostawia ślad na zawsze. Bawią się, imprezują, są lekkomyślni, ale głęboko w środku są śmiertelnie przerażeni powagą tego, co ich spotyka, a co zwiemy życiem. Ich wszelkie niepoważne zachowania to swoista formacja reaktywna, czyli mechanizm obronny świadomości, polegający na zastąpieniu pierwotnego impulsu z nieświadomości jego przeciwieństwem.

Dopiero w pewnym wieku, dosyć podeszłym, można grę zwaną życiem zacząć traktować lekko. Z humorem podchodzić do wszystkiego co się nam przydarza. Taka lekkość i humor pojawia się zwłaszcza wtedy, gdy czujemy, że zbliża się już koniec tej gry. Kilkadziesiąt lat gry minęło, byliśmy bardzo poważni, a teraz już po wszystkim. Można odetchnąć. Wszystkie pierwsze razy minęły, świat odsłonił przed nami to, co miał do zaoferowania, i konstatujemy z lekkim rozczarowaniem: „To wszystko?” Teraz możemy się pośmiać z tego wszystkiego, które okazało się nie być czymś niezwykłym. Wiemy, że już nie musimy niczego oczekiwać, jeszcze mniej się możemy spodziewać, no i przed niczym się już nie musimy bronić. Możemy sobie powiedzieć: „A więc o to chodziło? To było to, co wszyscy nazywali życiem? Doprawdy, gra nie warta świeczki, myślałem, że będzie inaczej, ale wtedy byłem młody i poważny”.

W Tybetańskiej Księdze Umarłych, czytanej osobom, które właśnie umarły, znajdujemy piękny tekst: „Szlachetny synu! Oto przyszedł na ciebie czas tego, co nazywamy śmiercią, i stoisz w jej obliczu”. Podobne słowa należałoby napisać w jakiejś księdze dla młodych, wchodzących w życie: „Szlachetny synu! Oto przyszedł na ciebie czas tego, co nazywamy życiem, i stoisz w jego obliczu”. Po dalszy ciąg parafrazy odsyłam umysł każdego czytelnika do samego początku wzmiankowanej księgi. Tu tylko chciałem zauważyć, że tak jak traktujemy życie, tak i traktujemy śmierć. Przychodzi czas na życie i przychodzi czas na śmierć. W jednym i drugim powinniśmy zachować równowagę, jasny umysł i radość w sercu. A z czasem nawet i odkryć w nich zabawę i grę.

O przypisywaniu istotności

Zacznijmy od pewnego cytatu. Aldous Huxley kiedyś napisał:„Człowiek jest tak inteligentny, że czuje potrzebę wymyślania teorii wyjaśniających to, co dzieje się na świecie. Niestety, w większości przypadków nie jest on wystarczająco inteligentny, aby znaleźć właściwe wyjaśnienia. Dlatego też, gdy postępuje zgodnie ze swoimi teoriami, bardzo często zachowuje się jak wariat”. Tak, wszyscy odczuwamy ową przemożną potrzebę wyjaśnienia wszystkiego. I każdy z nas odpowiednio do swoich mocy umysłowych ją zaspokaja. Jeden stworzy system filozoficzny, innego usatysfakcjonuje teoryjka znaleziona w internecie. Jednak znalezienie właściwego wyjaśnienia jest trudne, i jak zauważył Huxley, właśnie z tego powodu większość ludzi zachowuje się jak wariaci. Dlaczego tak jest?
W psychiatrii istnieje ciekawy termin: przypisywanie istotności. Opisuje on funkcjonowanie umysłu schizofreników. Gdy siedzę w gronie przyjaciół, rejestruję głównie to, co oni mówią, przypisując istotność ich słowom i zachowaniom. W tle pozostają głosy innych ludzi, wszystko co dzieje się w restauracji, zapachy, dźwięki, wszystko to, na co nie zwracam uwagi. Schizofrenik natomiast przypisuje istotność bodźcom, które są dla normalnego człowiek drugorzędne i pozostają w tle. Spojrzenie kelnera, cicha rozmowa przy sąsiednim stoliku, klakson samochodu – wszystko ma dla niego znaczenie. Pojawiają się myśli: „Obserwuje mnie”, „obgadują mnie”, „dają znaki”. Umysłowa machina szukania wyjaśnień pracuje na najwyższych obrotach. Z czasem dołączają omamy, sfabrykowane spostrzeżenia, czyli przypisywanie istotności drugorzędnym reprezentacjom zmysłowym.
Łagodniejszą forma zaburzenia przypisywania istotności są zaburzenia nerwicowe, na przykład nerwica obsesyjno-kompulsywna, w której dotknięta nią osoba skupia się na wybranych elementach rzeczywistości, które wywołują u niej idiosynkrazje, a nie są istotne dla innych. Osoby takie mylą naznaczone emocjami interpretacje swoich doświadczeń z faktami, zamykając się w iluzyjnym świecie własnej nerwicy. Żyją w świecie ksobnych wyobrażeń, gdzie praktycznie wszystko odnosi się tylko do nich. Nie są tak odcięte od rzeczywistości jak schizofrenicy, ale obcowanie z nimi sprawia specyficzne wrażenie „kanciastości”, bo w każdej chwili możemy być zaskoczeni reakcją wypływającą z ich specyficznego postrzegania świata, nie mającą nic wspólnego z naszymi intencjami.
Podobnie funkcjonują także osoby będące zwolennikami teorii spiskowych. Przypisują istotność rzeczom drugorzędnym i szukają wyjaśnień nie mając najmniejszych zdolności intelektualnych do znalezienia właściwych wyjaśnień. Bycie zwolennikiem tej lub innej teorii spiskowej to w miarę łagodna forma schizofrenii, na którą cierpi spora część ludzkiej populacji. Tylko nikły procent ludzi dysponuje inteligencją i wiedzą, dzięki której mogą dojść do poznania realnych przyczyn i zrozumienia mechanizmów rozmaitych zjawisk. Większość przypisuje istotność błahym i nieistotnym przyczynom, które wszelako posiadają jedną istotną cechę – są zrozumiałe bez większego wysiłku umysłowego. Bo przecież filmik na You Tube albo wpis na Facebooku wyjaśnia wszystko, nieprawdaż?

O rozpaczy i iluzji

Od najwcześniejszego dzieciństwa uczymy się takich sposobów czucia i zachowania, które dają nam akceptację otoczenia. Nikt nie jest samotną wyspą, mówi poeta, co brzmi bardzo pięknie, ale te słowa mają też swoją ciemną stronę. Staramy się przez całe życie współistnieć z innymi ludźmi, zdobywać ich uwagę i akceptację, ale odbywa się to kosztem naszej indywidualności. Budujemy społeczny ideał ego i w jego służbie poświęcamy różne części siebie, ignorujemy je i wypieramy do nieświadomości. Tworzą one nasz cień, jak mawiał Jung.

Owe hołubione przez nas wzorce czucia i zachowania, mimo iż wzniosłe, bo tworzące to, co uważamy za samych siebie, są jednak w swej istocie autodestrukcyjne. Służą innym, nie nam. To dlatego możemy usłyszeć od dorosłych już osób zdania typu: „Zmarnowałem tyle lat życia by osiągnąć sukces/miłość/prestiż/szczęście/akceptację/ itd. itp.”. Tak mówią ludzie, którzy uwierzyli innym i poprowadzili swe życie wedle ich wskazań. Kiedy tylko sobie to uświadomimy, gdy ujrzymy w pełnym świetle fasadowość naszego życia, jego pustkę i całkowitą iluzoryczność, która została zbudowana na oczekiwaniach społeczeństwa, a nie jest osadzona w naszych najgłębszych pragnieniach, wtedy odczuwamy rozpacz.

Rozpacz to najlepsze i jedyne lekarstwo na iluzję, jaką jest nasze życie. Pojawia się wtedy, gdy projekty snute przez nasze ego okazują się złudne, czy to dlatego, że upadają, czy też dlatego, że je zrealizowaliśmy i nie przyniosły nam żądanej satysfakcji. Oby spełniły się twoje marzenia, mówi chińskie przysłowie. Wspinamy się po drabinie społecznych wyobrażeń przez większość życia i na szczycie okazuje się, że stoi ona przy niewłaściwym murze. I wtedy odczuwamy rozpacz, najbardziej oczyszczające ze wszystkich uczuć.

Nie lubimy rozpaczy. Rzeczywiście, istnieją niezliczone sposoby by jej nie odczuwać. Racjonalizujemy swoje błędne decyzje (które tak naprawdę nigdy nie były nasze), mówiąc, że były one niezbędną częścią naszego rozwoju, bo przecież nie ma przypadków, i w dodatku nauczyły nas dyscypliny. To przypomina żałosne teksty typu: „Ojciec mnie bił i to mi wyszło na dobrze. A teraz biję moje dzieci”. Albo odrzucamy to, co robiliśmy, oszukując się słowami: „To było przed moim przepoczwarzeniem się, teraz jestem inny”. Dbamy o swoje iluzje, bo ich zniszczenie wywołałby rozpacz.

Wszelako warto rozpacz docenić i w pełni przeżyć, bo pojawia się ona w tym szczególnym, niepowtarzalnym momencie w naszym życiu, gdy wszystkie egoiczne projekty biorą w łeb, gdy nie na ma już żadnych perspektyw na przyszłość, a świat zasnuwa ciemna mgła beznadziei. Tylko wtedy mamy szansę na to, by zacząć żyć prawdziwie, obmyci gorzką wodą rozpaczy. Jest ona żałobą po śmierci naszych iluzji i zarazem znakiem tego, że dotknęliśmy rzeczywistości. Doświadczenie rozpaczy jest jedyną szansą na realną zmianę w naszym życiu. Jeśli twoja kolejna iluzja się rozwiała i pogrążyłeś się w rozpaczy, to otwieraj szampana i raduj się, bo twoje życie właśnie nabrało sensu!

O metaforach świadomości

Zbyt przeceniamy naszą świadomość. Większość ludzi uważa, że są tylko tym, czego są świadomi i że poza świadomością nie ma nic w ich umyśle. Wizja świadomość jako przeźroczystego dla siebie medium jest nader kusząca. Cogito ergo sum i sprawa załatwiona. Jednak wygłaszając swoje twierdzenie Kartezjusz bardzo się pomylił. Tuż po nim, w filozofii Leibniza, pojawiła się idea podprogowych percepcji. Dała ona asumpt do powstania koncepcji nieświadomości, która rozwijała się przez kolejne wieki, aż do Freuda, który dzięki opakowaniu jej w konteksty seksualne, znacząco ją rozreklamował. Freud powiedział również, że nie jesteśmy panem we własnym domu, nie jesteśmy przejrzyści dla samych siebie. Jego rewolucyjne podejście jest dobrze znane, a Jung poszedł nawet dalej ze swoją koncepcją nieświadomości zbiorowej. Tu jednak nie będę szedł w tak odległe rejony myśli. Postawię sobie tylko jedno pytanie: jaki jest ilościowy stosunek informacji przetwarzanych świadomie do tych przetwarzanych nieświadomie. I mam zawsze na myśli świadomość przeciętnego człowieka, będącego przedmiotem badań psychologii akademickiej.

Niektórzy proponują metaforę, wedle której dziewięć dziesiątych naszego umysłu jest pogrążone w nieświadomości, a tylko jedna dziesiąta to właśnie świadomość. Takie są proporcje zanurzenia góry lodowej, pływającej po oceanie. To niesłychanie optymistyczne założenie. Moim zdaniem, które potwierdzają także współczesne badania nad mózgiem, nasza świadomość to zaledwie mała śnieżynka, która leży sobie na szczycie tej góry lodowej. Taką metaforę znajdujemy na przykład w książce Timothy Wilsona Strangers to Ourselvs, w której podaje on, że do naszego mózgu dociera na sekundę 11 milionów bitów informacji, z czego świadomość przetwarza tylko 40. To około 0.0004%. Takie maleństwo, nic więcej. Ale maleństwo, które jest przekonane, że jest całym światem.

Możemy też spotkać inną obrazową metaforę, która przyrównuje świadomość do szympansa posadzonego za sterami Jumbo Jeta lecącego na autopilocie. Dopóki lot przebiega gładko, szympans jest zadowolony, gdyż życie biegnie mu łatwo i po jego myśli. Naciska sobie guziki, lampki się palą, a szympans myśli, że w pełni panuje nad sterami. Gdy jednak tylko samolot napotka jakieś problemy, gdy trzeba wyłączyć autopilota i podjąć decyzję co do dalszego lotu, zaczyna się robić nieciekawie. Wszyscy znamy takie sytuacje ze swojego życia. Doprawdy, obserwując czasem co niektórzy ludzie wyrabiają ze swoim życiem, myślę, że lepiej by na ich miejscu sprawił się ów metaforyczny szympans. Świadomość bowiem zwykłego człowieka bardziej przypomina sen na jawie, w którym jesteśmy przekonani, że żyjemy i sprawujemy kontrolę nad swoim życiem.

Pozostaje pytanie dlaczego tak wielu ludzi przecenia rolę świadomości w swoim życiu, dlaczego są tak pewni tego, że ich świadomy umysł jest wszystkim. Moim zdaniem to nic innego, jak ekstremalny przypadek efektu Dunninga-Krugera, który da się opisać najkrócej w sposób następujący: ludzie nie posiadający praktycznie żądnej wiedzy na jakiś temat wykazują największą pewność siebie, wypowiadając się właśnie na ten temat. Albo, jak to zgrabniej ujął już dawno temu Charles Darwin:„Niewiedza znacznie częściej wywołuje poczucie pewności siebie niż posiadanie wiedzy”. A my wszyscy praktycznie nic nie wiemy o swoim umyśle, o jego funkcjonowaniu, nieświadomych treściach i ich wpływie na świadomość. Nic. I z tej nicości rodzi się owo najdziwniejsze pod Słońcem przekonanie, że świadomość jest wszystkim.

Bogdan Kurpas

Niecały miesiąc temu zmarł mój wieloletni przyjaciel, Bogdan Kurpas. Trochę czasu mi zajęło, by zabrać się do napisania tych paru słów. Bogdan prowadził malutką księgarenkę w Katowicach, w domu handlowym „Skarbek”. Poznałem go w połowie lat dziewięćdziesiątych, w miarę rozwoju znajomości zaczęliśmy za sobą coraz dłużej rozmawiać – a bywałem u niego w księgarni co parę dni – a potem też spotykać się z innymi znajomymi na kolacjach. Bogdan miał obszerne znajomości w kręgach psychologicznych, znał blisko Wojciecha Eichelbergera, Jacka Santorskiego, Zenona Mazurczaka, Annę Winnicką. Jego zainteresowanie psychoterapią nie było tylko teoretyczne, bywał na warsztatach w Laboratorium Psychoedukacji (jeszcze w latach osiemdziesiątych), miał też własną terapię indywidualną i ustawienia systemowe. W latach dwutysięcznych przy jego współpracy w Katowicach pojawiły się takie postacie jak Bert Hellinger, Willigis Jaeger, Aleksander Poraj-Żakiej. Słowem był człowiekiem, który znał tych, których trzeba znać, by się orientować w psychologii. W jego księgarni mogłem nabyć wszystkie najnowsze pozycje psychologiczne. A ostatnimi laty, w tych ciemnych czasach, gdy w Katowicach ostały się tylko dwie porządne księgarnie, informował mnie zawsze telefonicznie o nowościach wydawniczych.

Te jego zainteresowania i znajomości, poparte także uczestniczeniem przez dekady w wielu warsztatach i terapiach psychologicznych, wynikały, jak to zawsze jest z nami, z jego osobistych problemów. Gdy parę lat temu zamknął swoją księgarnię, nasze kontakty ograniczyły się już tylko do rozmów telefonicznych. Miał problem, o którym tu nie chcę mówić, a także po prostu nie miał zbyt dużo pieniędzy. Rozmawialiśmy głównie o tym, co było jego głównym punktem zainteresowania od lat – o traumie. Dyskutowaliśmy bez końca o książkach Gabora Mate czy Levina i innych. Niestety, aż do końca swoich dni Bogdan nie uporał się ze swoją traumą, chociaż z jego słów i snów, które pomagałem mu interpretować, wynikało, że było blisko. Jeden z ostatnich snów na to wskazywał.

Parę miesięcy przed śmiercią skarżył się na kłopoty z sercem, miał arytmię. Być może miał też inne kłopoty zdrowotne, o których nie chciał wspominać. Mówił, że 69 lat to trochę za wcześnie by umierać. Niestety tak się stało. Ale najbardziej w pamięć mi zapadły jego słowa, które powiedział mi już dobrych parę lat temu, jeszcze wtedy, gdy prowadził swoją księgarnię. Przytoczył pewnego dnia stare śląskie powiedzenie: „Panu Bogu starość się nie udała”. Trudno się z tymi słowami nie zgodzić, bo wyrażają one krótko i zwięźle mądrość, która jest dostępna zwykłym ludziom, a często jest tak obca wyrafinowanym umysłom teologów, filozofów czy psychologów, pocieszających nas w ten czy inny sposób. Ale snują oni tylko swoje iluzje. Tak, starość nas zaskakuje, nie jest bowiem tym, co nam obiecywało życie. Każdy z nas kiedyś doświadczy starości, i będzie mógł osobiście skonfrontować się z treścią tego powiedzenia.

To tyle krótkiego wspomnienia o Bogdanie. Jak zawsze, więcej pozostanie niewypowiedziane, bo albo on by tego nie chciał, albo ja też o wielu rzeczach nie wiedziałem. Każdy człowiek jest tajemnicą, niepowtarzalnym zaistnieniem, którego nikt nigdy do końca nie pozna. W swoim czasie każdy z nas weźmie ze sobą do grobu całą swoją niepowtarzalność i wyjątkowość, całą pamięć, która żyła tylko w nim, pamięć tych wszystkich chwil, niegdyś pierworaźnych, a potem spłowiałych przez zapominanie w ciągu przybywających lat. Tak działa przemijanie, nietrwałość tego świata. Księgarze mawiają, że książki mają swoje losy. Tym bardziej sami księgarze. I podobnie my wszyscy.

O animizmie

Niedawno spędziłem parę dni na „Festiwalu szamanizmu” w Nowym Kawkowie. Moc warsztatów i innych zajęć. Oprócz doświadczeń i niezwykłych przeżyć – o których teraz nie chcę tu pisać – nie byłbym sobą, gdybym nie wyniósł ze spędzonych tam dni także pewnej inspiracji intelektualnej. W czasie jednego ze spotkań usłyszałem bardzo ciekawą interpretację tego, czym jest animizm, uznawany za pierwotny światopogląd ludzkości i mocno związany z szamanizmem, który, jak dobrze wiadomo, opiera się w całości na kontakcie ze światem duchów i na pracy z duszami.

Termin animizm (łac. anima) pojawił się w XIX wieku jako nazwa sposobu postrzegania rzeczywistości charakterystycznego dla społeczeństw pierwotnych. W tej wizji świata wszystko posiada duszę, a więc jest ożywione: nie tylko ludzie, ale i oczywiście zwierzęta, rośliny, kamienie, góry, rzeki, piorun, wiatr czy cień. Wszystko. Całość rzeczywistości jest w tej perspektywie żywa. Ale co to znaczy żywa, co znaczy posiadająca duszę (która od zawsze była we wszystkich kulturach uznawana za zasadę życia)? Dlaczego możemy o czymś powiedzieć, że posiada duszę?

Odpowiedź animizmu jest bardzo prosta, chociaż niesamowicie trudna do zrozumienia przez współczesnego człowieka. Być żywym, a więc posiadać duszę, to znaczy być połączonym z całością rzeczywistości. Jeśli mam duszę to mam możliwość czucia w sobie wszystkich innych istot, czy to będą zwierzęta, czy rośliny, kamienie, wiatr itd. Mieć duszę to być połączonym z wszystkimi bytami. One również mają duszę, co znaczy, że są połączone ze mną. Mogę podejść do kwiatka i zapytać go o sprawę, która mnie dręczy, bo on ma duszę i w mojej głowie mogę usłyszeć jego odpowiedź ( zrobiłem takie ćwiczenie i wiem, że to działa). To nie tylko pogląd, to praktyka życiowa ludów szamańskich sięgająca czasów paleolitu, a według niektórych jeszcze wcześniej. Ludy te doświadczały świata jako jednej wielkiej, żywej całości. Widoczne to było na przykład w ich stosunku do zwierząt łownych, których dusze zawsze po zabiciu były przebłagiwane.

Jednym słowem – bycie żywym oznacza bycie połączonym z całością wszechświata. Kojarzy mi się to z buddyjską koncepcją pustki (śunjata). W tym koncepcie, nieco zbyt suchym (no ale cóż, Budda był facetem i jego następcy też), także ujęte jest to, że wszystko jest ze sobą połączone i żaden byt nie ma niezależnego od innych osobnego istnienia, ani żadnej własnej istoty. W ujęciu buddyjskim istnieć to współistnieć. Buddyjską pustkę można też rozumieć jako pełnię, w której wszystko jest ze sobą połączone. Takie ujęcie pustki/pełni bardziej współgra z pierwotnym rozumieniem natury rzeczywistości w animizmie.

Dla mnie jednak najważniejsze jest rozumienie bycia żywym jako połączenia ze wszystkim. Jestem martwy, gdy otaczają mnie odrębne ode mnie byty, które wypełniają na przykład współczesne miasta. Płyty chodnikowe, tory tramwajowe, moje buty, samochody, budynki, nawet drzewa w ogromnych donicach zamiast zasadzone w ziemi – wszystkie są w tym sensie martwe. Nie ma środowiska mniej przyjaznego życiu, czyli wzajemnemu połączeniu, niż miasto. Cała nasza cywilizacja, od co najmniej kilkuset lat, od czasu Kartezjusza i powstania nauki, tworzy świat odłączenia i rozszczepienia, dążąc tym samym do śmierci, a nie do życia.

To chyba najważniejszy przekaz dla człowieka współczesnego – możesz być żywy, możesz odczuwać w trzewiach sens swojego życia, tylko wtedy, gdy jesteś połączony z całością, ze wszystkim co cię otacza, a czego jesteś witalną częścią. Nie ma życia poza tym połączeniem, nie ma żadnego sensu poza tą całością. A najważniejsza część tego przekazu brzmi – jest to możliwe do osiągnięcia, nawet dla nas, zagubionych dzieci współczesności.

O porażce

George Orwell napisał kiedyś:„Każde życie widziane od wewnątrz składa się z serii porażek, zbyt upokarzających i zbyt zawstydzających, ażeby inni mogli się im przyglądać”. Nie każdy zdobywa się na tyle szczerości wobec siebie i innych. Większość ludzi oszukuje siebie, udaje, wypiera, mami innych pozorami sukcesu. A tymczasem to, co z zewnątrz może być uznane za sukces, radość i szczęście, widziane od wewnątrz wcale takie być nie musi. Nie chcemy pokazywać innym prawdziwego charakteru naszego wnętrza, do którego nie dociera blask płynący od zewnętrznych osiągnięć.

Człowiek przypomina bowiem bardziej Księżyc niż Słońce. Błyszczy tym co zewnętrzne, jego blask jest blaskiem odbitym. Gdyby był jak Słońce, dawałby jasność innym, oświetlał ich życie. Ale taki ktoś to rzadkie zjawisko. Zwykle odbijamy się w oczach innych, czerpiąc z tego sens swojego życia, a niektórzy, ci o narcystycznej strukturze osobowości, nie istnieją nawet poza spojrzeniem innych. Relacyjny charakter postrzegania siebie jest czymś naturalnym w ludzkich społeczeństwach. Ale Orwell pisze o czymś innym.

Popatrzeć na siebie od wewnątrz. Z wnętrza swojej samotności, bo przecież jesteśmy jedynym człowiekiem, który obcuje z nami dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez kilkadziesiąt lat naszego życia jesteśmy tylko z sobą, z pewnymi przerwami na interakcje rodzinne, społeczne, czy romantyczne. To nie jest łatwe współżycie, z naszym współlokatorem zwanym ja często mamy na pieńku. Nieco to wydaje się paradoksalne, ale jakże często ów współlokator przeszkadza nam w byciu blisko z innymi. Jedynie ci szczęśliwcy, którym udaje się być w zgodzie z samym sobą, mogą mówić o tym, że samotność im nie doskwiera.

Ale nawet ten, kogo uważamy za takiego szczęśliwca nie zawsze musi nim być. Znowu napotykamy to rozróżnienie – wnętrze i zewnętrze. Depresja ma uśmiechniętą twarz. Staramy się robić dobrą minę do złej gry, zwłaszcza wtedy, gdy czujemy, że w tej grze, zwanej życiem, przegrywamy. A przegrywamy zawsze, bo życie nas przerasta, jest potężniejsze od nas. I jedyne, co nam pozostaje, to zaakceptowanie tego ciągu porażek. Możemy jedynie, jak Hiob przed Bogiem, powiedzieć do życia:„Raz przemówiłem, nie więcej, drugi raz niczego nie dodam”. Im wcześniej to zrobimy, tym krócej będziemy cierpieć.