Podobno filozofia słynie z tego, że stawia pytania, na które od tysiącleci nie znajduje odpowiedzi. Ja jednak nieustannie doświadczam, że takie pytania padają nader często ze strony osób nie będących filozofami. Są to ludzie, których nagle zaskoczyły jakieś kwestie, często bez ich winy, a tylko dlatego, że z kimś rozmawiały lub też coś się w ich życiu wydarzyło. Wtedy w ich dziewiczych umysłach pojawiają się owe pytania, które zawsze sobie stawiał umysł ludzki, ale też nigdy nie mógł na nie odpowiedzieć, jak słusznie zauważył Kant. Ostatnio otrzymałem właśnie taki zestaw pytań od pewnej nieskalanej myśleniem duszy: „A co Ty myślisz o rozwoju duszy, wnętrza? Kiedy ona [czyli dusza zwierzęca, jak wynikało z dyskusji] się stała podobna do naszej? Lub czy była taka zawsze? Co myślisz na ten temat?” Czy można w ogóle odpowiedzieć na takie pytania? Przecież nawet nie wiemy jak i kiedy powstał język, tak mocno odróżniający nas od zwierząt, wnioskujemy tylko na podstawie pośrednich przesłanek, np. odlewów wnętrza czaszek naszych przodków. A cóż dopiero z duszą, która nie jest przecież tylko ograniczona do naszej zdolności używania języka. I czym jest sama dusza? Tym, co przykuło moją uwagę był jednak nie przedmiot takich pytań, ale to, że są zadawane w nadziei uzyskania odpowiedzi. Ci, którzy je stawiają niepomni są ostrzeżenia Leśmiana: „Bo wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi!” Zaiste przekonuję się coraz bardziej, że filozofia jest sztuką zadawania pytań, ale tylko takich, na które nie ma łatwej i jednoznacznej odpowiedzi. Bo pytanie ma budzić umysł, a odpowiedź go uspakaja, tak jak dziecko, które zadawszy pytanie satysfakcjonuje się jakimikolwiek słowami dorosłych. Dojrzały umysł nie spoczywa na łonie żadnej odpowiedzi, bowiem każda usypia umysł. Strzeżcie się więc odpowiedzi.
Archiwum kategorii: Bez kategorii
O głupocie
John Clesee w filmiku „On stupidity” z właściwym sobie poczuciem humoru nakreśla kwestię głupich ludzi: „Myślę, że problem z takimi ludźmi polega na tym, że są oni tak głupi, że nie mają najmniejszego pojęcia, jak bardzo są głupi. Widzisz, jeśli jesteś bardzo, bardzo głupi to jak w ogóle możesz sobie uświadomić, że jesteś bardzo, bardzo głupi? Musiałbyś być względnie inteligenty, by uświadomić sobie, jak głupi jesteś”. Jeśli kogoś te słowa nie przekonały, to w dalszej części swej wypowiedzi Clesee przytacza znany w psychologii efekt Krugera-Dunninga. Badacze ci stwierdzili, że osoby nie dysponujące żadną wiedzą czy kompetencjami przeceniają swoje umiejętności, a osoby będące ekspertami często nie doceniają swojej wiedzy. Dobrze, ale drążmy głębiej i zapytajmy dlaczego jednak ludzie głupi nie zauważają, że są głupi? Bowiem błyskotliwy argument Johna Cleese i uczone dywagacje amerykańskich psychologów stwierdzają niestety tylko jedno – ludzie głupi są głupi, bo są głupi. Najwidoczniej coś im nie pozwala przeprowadzić nawet tak minimalnego aktu introspekcji, który dałby im świadomość własnej głupoty. Zupełnie jakby coś im przeszkadzało w uzyskaniu owej świadomości. Najbardziej trafia do mnie następująca metafora: ludzie głupi mają umysł o tak małej objętości, że wystarczy tylko jedna myśl, by go zupełnie wypełnić. To dlatego ludzie głupi są tak pewni siebie – ta jedna myśl nie pozwala im rozpatrzyć innych opcji, wysyca całkowicie ich możliwości mentalne. Kruger i Dunning zainspirowali się przypadkiem pewnego mężczyzny, który postanowił obrabować bank. Ów mężczyzna zapamiętał z dzieciństwa ideę, że sok z cytryny jest „niewidzialnym atramentem”. Posmarował więc twarz sokiem z cytryny i napadł na bank, uważając że nie zostanie rozpoznany – jednak, jak można się było spodziewać, kamery zarejestrowały jego twarz i został uwięziony. To dla mnie jest istotą głupoty: opanowanie umysłu przez jedną myśl. Każdemu może się to zdarzyć, zwykle na chwilę, ale cechą ludzi głupich jest to, że pozostają w stanie monoideiczności permanentnie.
O prześladowaniach (niektórych) katolików
Zapewne każdy spotkał się z opinią, wedle której w Polsce są prześladowani katolicy. W tym tygodniu trudno mi w taką opinię uwierzyć, bo mam dziwne wrażenie, że to raczej niektórzy polscy katolicy czują się prześladowani przez papieża Franciszka. I o nich tylko chciałbym tu napisać. Można czuć się prześladowanym nie tylko wtedy, gdy wyrzuca się kogoś z pracy za poglądy religijne czy polityczne, lub też stosuje się fizyczną przemoc. Nie, do poczucia bycia prześladowanym wystarczy coś bardzo prostego – niezgoda na rzeczywistość, w której się żyje. Niezgoda ta ma wiele postaci, ale ja skupię się tylko na jednym przykładzie. Rozpatrzmy dziecko takiego katolika, spotykające się w szkole i otoczeniu z innymi ideami niż te, które są propagowane w domu. To już wystarczy do tego, by poczuł się on dyskryminowany, osaczony i prześladowany. „Przecież dziecku grozi deprawacja, gdy pozna co to gender, gej, multi-kulti, relatywizm, kosmopolityzm oraz – co najgorsze – uchodźcy i globalne ocieplenie!” zakrzyknie. Ten okrzyk to wyraz lęku przed współczesnym światem pełnym okropnych wydarzeń i idei, przed którymi trzeba uchronić dziecko. Bierze się on z podskórnego poczucia, że wychowanie dziecka może być nieskuteczne i najlepiej by było, gdyby nigdy nie wyszło ono spod ochronnego klosza rodziny. A jeśli już wyjdzie, to najlepiej na świat skonstruowany wedle ograniczonego światopoglądu takiego katolika. Niestety, jak głosi stara przypowieść, w ten sposób nie nauczy on swego dziecka pływać, a opodal płynie rzeka… Posiadanie przekonań religijnych nie jest polisą ubezpieczeniową, chroniącą przed złem tego świata. To tak nie działa, niestety.
O globalnym ociepleniu
Myślenie tych, którzy chcą uchronić Ziemię przed globalnym ocieplaniem, jest myśleniem do szpiku kości antropocentrycznym. Gdy zmiany klimatu pójdą za daleko, to właśnie gatunkowi Homo sapiens grozi utrata obecnego statusu na tej planecie. Nic dziwnego zatem, że bardziej świadomi jego przedstawiciele podnoszą alarm. Może jednak nie warto się niczym przejmować, bo niby dlaczego szóste, tym razem spowodowane przez ludzi, wymieranie gatunków nie miałoby objąć i naszego? I dlaczego ten gatunek nie miałby się odznaczyć czymś wyjątkowym w historii Ziemi i nie popełnić wzorcowego seppuku? Spotkałem się z taką opinią: „Prawdopodobnie Ziemia ma takie mechanizmy przywracające równowagę, których naukowcy nie znają. Np. reakcją na wzrost temperatury może być wzrost opadów, aż do rozmiarów, które dla gospodarki będą katastrofą. Ziemia będzie się ratować przed przegrzaniem, ale w sposób, który dla miłośników niezmienności będzie przykry.” Mnie nie jest potrzebna taka spekulacja. Znam metodę samoregulacji Ziemi, która nie jest wyssanym z palca „wzrostem opadów”, ale czymś, co nasz gatunek potrafi najlepiej – to wojna globalna. Dzięki niej ludzkość radykalnie obniży swoją liczebność, a drapieżny kapitalizm, który obecnie opanował planetę, zostanie całkowicie przyhamowany, gdyż zniknie możliwość globalnego handlu. Obniży się produkcja, a co za tym idzie zanieczyszczenie atmosfery gazami cieplarnianymi. Jeśli redukcja populacji będzie jeszcze bardziej znacząca, to osiągniemy nasz dawny status z okresu paleolitu – jednego z wielu gatunków, nie mającego praktycznie żadnego wpływu na otoczenie. Powoli, jak w zonie wokół Czernobyla, przyroda wróci do równowagi. Ale, jeśli rzeczywiście równowaga ma zostać przywrócona na trwale, ludzkość powinna całkowicie zniknąć. I wtedy, po setkach milionów lat ewolucji, może pojawi się odmienna postać inteligencji na Ziemi, która wykwitnie z jakiegoś innego gatunku. Ale czy i ten gatunek nie popełni tych wszystkich błędów, które popełniła ludzkość? Jest to nader prawdopodobne.
O „oszczędzaniu czasu”
Podobno dzięki rozwojowi technologii mamy coraz więcej urządzeń, które „oszczędzają czas”. To jedno z najbardziej idiotycznych sformułowań, jakie usłyszałem w życiu. Dzięki temu „oszczędzaniu czasu” mamy go tak naprawdę coraz mniej i skutkiem tego powszechnie narzekamy na coraz bardziej przyśpieszające tempo życia. Czas to matryca, która tworzy nasze życie, a zyskuje ono swoją konsystencję dzięki intensywności przeżywanych chwil, nie ich ilości. Dlatego gdy nie musimy się długo zajmować przygotowaniem posiłku dla bliskich, spotkaniem z przyjacielem, dotarciem do jakiegoś miejsca czy jakąkolwiek inną czynnością, otrzymujemy w efekcie jedynie puste chwile naszego życia. Chwile te chcemy czymś wypełnić i podejmujemy jakąś inną aktywność. Jeśli i ona zostanie skrócona przez technologiczny gadżet, mamy kolejną porcję pustych chwil. Każda „zaoszczędzona” przez urządzenia chwila czasu staje się wyzwaniem – co z nim zrobić? Niestety, najczęściej go zużywamy oddając się jakiejś technologicznej rozrywce. Przyrost pustych chwil naszego życia odbywa się, jak wszystko w tej cywilizacji, wykładniczo. Im bardziej „oszczędzamy czas”, tym bardziej go tracimy, coraz szybciej przecieka nam przez palce. Po kilkudziesięciu latach latach życia możemy zauważyć, że „zaoszczędziliśmy” mnóstwo czasu, który tak naprawdę nie istniał.
O użytku z pewnego słowa
Ciekawy jest powszechny użytek, jaki jest czyniony ze słowa „Bóg”. Miliardy ludzi w miliardzie sytuacji każdego dnia je przywołuje, sęk jednak w tym, że praktycznie nikt z nich nie wie o czym mówi. Zwykle bowiem używamy nazwy „Bóg” po to, by określić aktualnie najsilniejszy impuls, który zawładnął naszą świadomością. Politycy bez zająknięcia powołują się na boskie prawo, dążąc do władzy; bojownik ISIS nie może wystrzelić pocisku bez zakrzyknięcia „Allah’u akbar!”, pragnąc zniszczyć tych, których nienawidzi; kochanka zakrzyknie tuż przed szczytowaniem „O Boże!”, pochłonięta przez swoją rozkosz; ktoś zrozpaczony śmiercią najbliższej osoby pożali się „Boże, czemu on!”; szary człek zakrzyknie „Na Boga!”, gdy napotka coś, co burzy jego ograniczony porządek świata – albo „ O Jezu!”, gdy uderzy się w kolano. I tym tylko jest „Bóg” dla większości ludzi, jedynie nazwą dla ich przemożnego, acz chwilowego impulsu emocjonalnego – żądzy, pragnienia, rozkoszy, rozpaczy, zaskoczenia czy bólu. Im bardziej jednak człowiek jest przekonany, że jego chwilowy impuls jest wolą Boga, tym bardziej traci swe człowieczeństwo.
O książkach
Nigdy nie czytałem książek po to, by wypełnić swój umysł wiedzą – a nawet, jeśli nieraz zdarzało mi się to robić, szybko się nudziłem. Wypełnianie mózgu pojęciami służy tylko manipulowaniu rzeczywistością, sycąc najniższe, egoistyczne potrzeby. Dla mnie książka była znacząca tylko wtedy, gdy coś we mnie odsłaniała i zmieniała mnie. Aplikowałem sobie książki jak psychodeliki. Nic dziwnego, że za najbardziej cenne uważam te, które przy ponownych lekturach odsłaniały kolejne swe warstwy, coraz głębiej do mnie przemawiając. I te książki są najcenniejsze dla mnie – nie przyswajane samym tylko intelektem, lecz całym sobą. Tak było ze „Schizofrenią” Antoniego Kępińskiego. Miałem wtedy 18 lat i była to jedna z pierwszych lektur, która doprowadziła do przemiany mojego umysłu. W opisie schizofrenii najbardziej zaintrygował mnie etap nazywany „olśnieniem”, w którym dochodzi do przemiany percepcji i nagle odsłania się „postać tego świata”. Bo o to chodzi w lekturze, by zaznać olśnienia, wglądu i już nie być takim, jak niegdyś.
O pokorze
Jakże niepopularne jest w naszych czasach mówienie o pokorze. Mamy się rozwijać, dążyć do sukcesu i wyrastać poza wszelkie ograniczenia. Nie ma porażek, są tylko doświadczenia, które nas uczą jak podążać dalej swoją ścieżką, niezależnie od wszelkich ograniczeń. A tymczasem pokora oznacza przede wszystkim uznanie własnych ograniczeń. Gdybyśmy szukali przeciwieństwa pokory, byłaby nim pycha. Pycha to podstawowa słabość ego, które zawsze wie lepiej i, mimo iż jest tylko wycinkiem całości psyche, uznaje się za całość. Pycha mówi: „Gdzie wola, tam i droga”. Przez pychę zwodzimy samych siebie, podążając ku celom, które sobie wyznaczyliśmy, nie zwracając uwagi na nasze ograniczenia. Ale gdzieś głęboko, pod powierzchnią naszej świadomości, cichy głos mówi nam nieustannie, że nie tędy droga. Dopiero gdy go posłuchamy, gdy poznamy i zaakceptujemy swoje ograniczenia, czyli gdy zaakceptujemy samych siebie takimi, jakimi jesteśmy, wtedy – pokornie – może staniemy się sobą. Pokora to samoograniczenie wypływające z poznania samego siebie. Nie jest bezsensownym cierpiętnictwem, lecz uczuciową stroną obiektywnej samokrytyki. Dzięki niej możemy odkryć, że jesteśmy czymś więcej niż tylko małą, egoistyczną świadomością.
O fundamentalizmie i współczesności
„Prawdziwi muzułmanie nigdy nie zaakceptują brudnych zwyczajów Zachodu”. To słowa Omara Mateena, który zastrzelił 49 osób w gejowskim klubie w Orlando na Florydzie. Wszystko wskazuje że on sam był gejem, ale w swoich ostatnich słowach, zamieszczonych na Facebooku, chciał pokazać, że identyfikuje się z radykalnym islamizmem. Tragedia w Orlando to największa w historii USA masakra dokonana przez pojedynczego człowieka. Warto jednak pamiętać, że fundamentaliści islamscy zabijają więcej swoich braci w wierze niż ludzi Zachodu. Boko Haram, ISIS i inne mniejsze organizacje mają na sumieniu tysiące muzułmanów. Fundamentalizm wszelkiego sortu to zjawisko charakterystyczne dla współczesności, a czym jest współczesność? W swym najlepszym wydaniu polega ona na swobodzie wyboru, na możliwości odstępstw od zwyczajowych praktyk życiowych dotychczas obecnych w danym społeczeństwie – i nie ponoszenia za te odstępstwa konsekwencji. Możemy wybierać swoją indywidualną ścieżkę życia, kultywować zachowania i poglądy nie mające nic wspólnego z resztą społeczeństwa – i nie jesteśmy za to karani w żaden sposób. Możemy być po prostu wolni, możemy swobodnie kształtować swoje wybory, możemy na własną rękę błądzić i odkrywać swoje prawdy. To właśnie widmo tej straszliwej swobody budzi najgorsze demony w umysłach fundamentalistów, którzy odbierają ją tak, jak dezercję żołnierza ze swojego plutonu odbiera reszta żołnierzy, odczuwając ją jako zagrożenie dla przetrwaniu całego oddziału. Dlatego fundamentaliści kierują agresję głównie na członków swej grupy, by utrzymać jej spójność, by nie poddała się ona destruktywnym wpływom współczesności. Każdy fundamentalista marzy o stworzeniu społeczność ściśle podlegającej konkretnym regułom prawnym i moralnym, w której wszelkie zasady życia będą ustalone i nie podlegające dyskusji. Jego pierwszym wrogiem jest wobec tego ten członek jego społeczności, który – choćby potencjalnie – może się tym regułom nie podporządkować. W drugiej kolejności dopiero jego wrogiem jest człowiek zamieszkujący wolny świat, jako reprezentant owej kuszącej swobody wyboru.
O młodzieńczej niecierpliwości
Od 1992 roku prowadziłem zajęcia z filozofii i etyki w liceum. Pamiętam do dziś pewną rozmowę z jedną z licealistek, było to wiosną 1993 roku. Dziewiętnastoletnia maturzystka pytała mnie o różne sprawy, teraz już nie pomnę jakie, ale były one odzwierciedleniem typowych dla tego wieku rozterek światopoglądowych. Powiedziała mi, że rozmawiała z księdzem, ale jego słowa jej nie usatysfakcjonowały. Odrzekłem, że można znaleźć odpowiedzi na jej problemy, ale zajmie to przynajmniej dziesięć lat. „Tak długo?!” zakrzyknęła przerażona. Tak, młodzi ludzie są niecierpliwi. Ich motto brzmi: „I want it now, I want it all”. A co stanie się z nami, jeśli nie uznamy szybko jakiejś prawdy za ostateczną? – zapytują pełni obaw. Wchodzą w dorosłość i chcą natychmiast, tu i teraz, definitywnej odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, by oswoić jak najszybciej swoje lęki przed życiem. Dzisiaj jest to nawet jeszcze bardziej widoczne niż te ćwierć wieku temu. Jednak lęk to zły doradca. Trzeba puścić wszelkie swoje oczekiwania i wyobrażenia, niezależnie w jakim jest się wieku. Życie zawsze nas wtedy zaskoczy. I po dziesięciu, a na pewno po dwudziestu i trzydziestu latach będziemy się dziwić jak bardzo.
