Wróciłem z wakacji nad Bałtykiem. O intymnych przyjemnościach tego czasu nie będę pisał. Natomiast nie mogę się powstrzymać przed małą refleksją egzystencjalną. Siłą rzeczy musiałem się ocierać – czasem dosłownie – o wielu ludzi. Czy to w pociągu, czy na plaży, czy też w restauracji. Dla introwertyka to istny horror. Zauważyłem jednak dzięki temu, że ludzie dzielą się na dwa podgatunki. Pierwszy wykazuje choćby śladowe współczucie i reaguje zgodą na propozycję negocjacji. Drugi, jakże powszechny, wypuszcza w przestrzeń społeczną pusty balon swojego ego. Ten podszyty strachem, niskim poczuciem wartości i niepewnością balon wpychają jako swój sposób istnienia między innych ludzi, by się od nich odgrodzić, odciąć i zadowolić w ten nędzny i żałosny sposób swoje egoistyczne, miałkie potrzeby.
Podobno nasze społeczeństwa stają się coraz bardziej narcystyczne, tak przynajmniej twierdzą psychologowie. Selfie staje się sposobem bycia, a istnieć to być postrzeganym, jak mawiał biskup Berkeley. Ale jeśli coś staje się coraz bardziej powszechne, zarazem traci na jakości, tak jak edukacja, która jest coraz bardziej powszechna i skutkiem tego produkuje idiotów z tytułami. Podobnie narcyzm – w wydaniu powszechnym staje się żałosny i godny współczucia. Z żalem i sentymentem wspominam wspaniałą postać narcyza z powieści Tomasza Manna „Czarodziejska góra”. Mynheer Peeperkorn był osobowością, jego narcyzm miał styl. Natomiast narcyzm bez stylu jest jak potrawa bez przypraw – budzi jedynie niesmak, o ile nie odruch wymiotny. Jak napisał T.S. Eliot: „Połowa zła w tym świecie wynika z tego, że ktoś chce się poczuć kimś ważnym”. A jeśli ktoś, kto jest nikim, chce się poczuć ważnym, to wtedy otrzymujemy kompletnie niestrawną osobę, od której najlepiej się trzymać na odległość co najmniej mili morskiej.
