O czasie, cierpieniu i opowieści

Opowiadając komuś o sobie zwykle wkładamy swoją opowieść w ramy czasu, jego trzech modalności: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Chcemy by opowieść była radosna i przyjemna, ale to najczęściej okłamywanie siebie i innych, bowiem od każdego życia nieodłączne jest cierpienie. Tak przynajmniej twierdzą buddyści. A cierpienie (dukhka) to nic innego jak doświadczanie zmiany, czas natomiast to sposób postrzegania tej zmiany. Z każdą modalnością czasu łączy się więc określone cierpienie, którego doświadcza nasz umysł. Wydarzenia z przeszłości powodują nasz żal i udrękę. Teraźniejszość to obszar chaosu, zamieszania i fundamentalnej dezorientacji. Przyszłość z kolei rodzi w nas wszelkie obawy i strach.

By uniknąć tych negatywnych stanów kreujemy naszą opowieść jako, jak nam się wydaje, spójną narrację. Ma usuwać nasze cierpienie. Wszystko jednak wskazuje na to, że to ona jest jego pierwotnym źródłem. Gdy wszystko idzie po naszej myśli łudzimy się, że świat nam sprzyja i podporządkowuje się naszej opowieści. Gdy jednak coś nie idzie, albo coś bardzo nie idzie, to wtedy rodzi się cierpienie teraźniejszości (dlaczego mnie to spotyka?!). Natychmiastowo pociąga za sobą cierpienie przyszłości (co ze mną będzie?) i przeszłości (gdybym tylko postąpił inaczej…). A to wszystko tylko z powodu załamania się naszej narracji. Okazuje się, że nasze ego nie jest już bohaterem niesamowitej opowieści o człowieku sukcesu, że nasze życie nie przypomina romantycznej komedii z zapewnionym happy endem.

Jedynie teraźniejszość, w której doświadczamy zmiany będącej źródłem cierpienia, daje nam taką możliwość. „Teraz” to ta chwila, gdy jednej zmianie możemy przeciwstawić inną – zmianę samych siebie. Nawet jeśli nie wyzwolimy się od wszelkich opowieści, co jest celem buddystów i nie tylko ich, to możemy sprawić, że nasza opowieść nie będzie już filmem klasy B. Możemy napisać lepszy scenariusz, przestać już tak bardzo ranić siebie i innych ludzi. To cel skromny, acz osiągalny po intensywnym wysiłku.

O podtlenku azotu

Słynny brytyjski chemik, sir Humphry Davy, już pod koniec XVIII wieku przeprowadził pierwsze badania nad podtlenkiem azotu. Podtlenek azotu to substancja o właściwościach anestetycznych, znana też jako gaz rozweselający. Opisał swoje doświadczenia, bo jak każdy prawdziwy naukowiec, zbadał wpływ tej substancji na swój umysł. Oto jego relacja: „Olśniewające, jakby bardziej intensywne doznania wzrokowe, jeśli zaś chodzi o dźwięki, słyszałem każdy szmer w pokoju.  Wraz z tym, jak rosło poczucie przyjemności, traciłem kontakt ze światem zewnętrznym. Przez głowę przenikały ciągi bardzo żywych wyobrażeń, które ze słowami łączyły się w zupełnie nowatorski sposób. Znalazłem się w świecie idei na nowo powiązanych i na nowo przekształconych. Teoretyzowałem, roiłem sobie, że dokonuję wielkich odkryć”.
Około sto lat później psycholog i filozof, William James, także eksperymentował z tą substancją. Zostawił po sobie wiele ciekawych opisów efektów, jakie miała ona na jego umysł. Jedną z ciekawszych fraz, rzekłbym najbardziej heglowskich, jaka się pojawiła w jego umyśle była: „There are no differences but differences of degree between different degrees of difference and no difference”. Lecz ciekawsze jest to zanotował o innym swym doświadczeniu, podobnym do relacji Davy’ego. James zaznał, po zażyciu podtlenku azotu, niezwykłego stanu świadomości. Objawiła mu się w nim cała prawda o wszechświecie. Gdy wychodził tego stanu wszechwiedzy, zapisał ową wiedzę gdzieś na parapecie. Po wyjściu ze stanu odmiennej świadomości miał poczucie, że gdzieś utrwalił ową wszechwiedzę, że zatrzymał w pojęciach wiedzę o absolucie. Zerknął na parapet, a tam widniała fraza: „Smith jest idiotą”. Pewnie był to jego sąsiad, i w tym momencie ta fraza jest absolutnie prawdziwa. Absolutnie prawdziwa i zarazem pozbawiona wszelkiego sensu. Tak czasem bywa z objawieniami naszej intuicji, są absolutnie przekonujące ale często ich wartość poznawcza jest warta zero.

O nutce nadziei

Pewna miła przyjaciółka poprosiła mnie bym napisał coś z lekką nutką nadziei. Nutka będzie, ale nie wiem czy lekka. Trudno o nadzieję w tych nieciekawych czasach, gdy istnieniu ludzkiej cywilizacji zagraża tak wiele. Czytam sobie teraz książkę opatrzoną tytułem „Koniec świata”. Autor wymienia takie zagrożenia: atom, asteroida, wulkan, zmiany klimatu, choroby, biotechnologa, sztuczna inteligencja, obcy. Zapomniał wszelako dodać najważniejszego zagrożenia, jakim jest ludzka głupota. Niepotrzebne są żadne czynniki zewnętrzne, ludzkość ma w sobie potencjał do tego, by samą siebie zniszczyć. Czyż nam coś innego pozostaje zatem niż żywienie nadziei? Czym ona jednak jest? Podobno słynny etolog Konrad Lorenz kiedyś powiedział, że na wieść o końcu świata posadziłby drzewo owocowe. To ekstremalny przykład tego jak możną pojmować nadzieję. Niezbyt jednak wierzę w szczerość słów Lorenza, bo chyba nie tylko za młodu miał nieciekawe poglądy ideologiczne. Ale słowa ładne. To samo głosi łacińska sentencja: „Dum spiro, spero”. Póki oddycham, póty mam nadzieję. Bo właściwie gdyby ktoś stracił nadzieję to i powinien skończyć ze sobą. A na razie prawie osiem miliardów ludzi oddycha. Zobaczymy, jak to się skończy…
Pozostaje nam tylko zanucić z Jimem Morrisonem: This is the end, beautiful friend.

O traumie antropocenu

Antropocen to czas w którym ludzkość, jako dominujący gatunek na tej planecie, przejawia wszelkie swoje negatywne cechy. Traumą jest coś, co nas spotyka wbrew naszej woli. Jak pisze Donald Kalsched to doświadczenie, które powoduje psychiczny ból czy niepokój nie do zniesienia. Wtedy cierpimy. Zwykle szukamy w życiu satysfakcji, przyjemności i szczęścia. Podam przykład. Ktoś chce się wykąpać, sprawić sobie przyjemność, a przy okazji zaimponować innym, więc skacze do wody – i łamie sobie kręgosłup. Odtąd musi sobie radzić z traumą niepełnosprawności. Podobnie jest z całą ludzkością. Ludzie chcą czerpać jak najwięcej z życia, chcą przyjemności, radości. Niestety dziś owe całkiem naturalne potrzeby przekładają się na zbiorowe cierpienie, zbiorową traumę. Obecna cywilizacja promuje tylko wartości hedonicze, dostępne za pieniądze. „Chcesz być szczęśliwy, kup zatem coś nowego, a najlepiej coś droższego niż twój sąsiad” – słyszymy. Rywalizacja, hierarchiczność, dominacja to cechy właściwe wszystkim gatunkom. Niestety, w przypadku homo sapiens okazują się zabójcze. Trauma antropocenu właśnie na tym polega. Trzymając się mojego przykładu mógłbym powiedzieć, że ludzkość skoczyła na główkę i w dzisiaj powoli zaczyna do niej docierać, że to się źle skończyło. Oczywiście nie wszyscy jeszcze ten ból odczuwają, ale rok w rok jest widoczny postęp w uświadamianiu sobie tego problemu. Ta świadomość to drugi aspekt traumy, nasza reakcja na nią jest bowiem najważniejsza.

Pierwsza prawda buddyzmu mówi, że świat jest cierpieniem. Żyjący w rozwiniętych krajach Zachodu ludzie nie tyle o tym nie pamiętają, ile wykształcili wprost przeciwną postawę: świat jest obiektem konsumpcji. Traumą jest zatem teraz to, co – nieco paradoksalnie – miało sprawić najwięcej przyjemności. Jednak ten paradoks jest pozorny. Przecież gdy zjemy zbyt dużo smacznego posiłku, to rozboli nas brzuch. Nawet w wymiarze indywidualnym tego nie rozumiemy. Może zajadamy ból świata, spowodowany jego zjadaniem? To istny paragraf 22.

Czy możemy ludziom powiedzieć, by zaprzestali konsumpcji, gdyż wywołane przez nią zmiany klimatyczne grożą istnieniu gatunku ludzkiego? By ograniczyli swoje pragnienia, bo giną masowo gatunki zwierząt – co już nazwano szóstym wymieraniem – a rabunkowa eksploatacja surowców niszczy planetę? By przemienili cały swój sposób życia w radykalnej antykonsumpcyjnej metanoi? Tak, możemy, czynią to codziennie tysiące ludzi, ale nie odnosi to żadnych skutków. W 1992 roku, na konferencji klimatycznej w Rio zaproponowano państwom ograniczenie emisji CO2. Czy konferencja ta przyniosła pożądane skutki? Nie, od tego czasu emisje CO2 wzrosły o 62 %. Nic nie wskazuje na to, by świat miał zaprzestać konsumpcji, cała gospodarka światowa, niczym oszalały parowóz pędzący na skraj przepaści, idzie w rytmie business as usual. Nic dziwnego, konsumpcja to swego rodzaju zbiorowa nerwica kompulsywna współczesnych społeczeństw.

O prawdzie

O prawdzie

Rozważania nad naturą prawdy to najstarszy temat filozofii. Ustalenie, na czym polega prawdziwe poznanie stanowiło naczelne zadanie namysłu filozoficznego, konstytuując samą dziedzinę filozofii, którą zwykło się określać jako fundamentalne dążenie umysłu ludzkiego do prawdy. Filozofowie zastrzegali jednak zawsze, że chodzi o dążenie właśnie, a nie o posiadanie prawdy. Nie znaczy to jednak, że nie podawano w tradycji filozoficznej konkretnych odpowiedzi na drodze tych poszukiwań. Podobnie jak w przypadku innych podstawowych zagadnień filozoficznych, takich jak kwestia bytu, Boga czy dobra, roztrząsanie problematyki prawdy i jej kryterium zaowocowało wieloma koncepcjami. Z czysto filozoficznego punktu widzenia najważniejsze jest wszelako ukazanie aporii, czyli nieusuwalnych trudności tkwiących w samym pytaniu o prawdę. Bo z prawdą nie jest tak prosto, jak się by mogło komuś wydawać.

By zaprezentować, na czym polega aporia prawdy należy przypomnieć klasyczną definicję prawdy, wedle której prawda polega na zgodności poznania z rzeczą poznawaną. Veritas est adaequatio rei et intellectus – tak ujął to św. Tomasz z Akwinu – prawda to zgodność rzeczy i intelektu. Kiedy pytamy o prawdę pytamy zatem o zgodność. Przeciwieństwem prawdy jest fałsz, gdyż przeciwieństwem zgodności jest niezgodność. Podstawowe pytanie dotyczące prawdy brzmi: skąd możemy wiedzieć, że zgodność, o której mowa, zachodzi? Przecież poznanie tego, czy zgodność zachodzi samo ma być poznaniem prawdziwym, czyli opartym na rozpoznaniu zgodności. Jak tedy możemy ustalić, że zgodność zachodzi? Grozi tu oczywisty regressus ad infiniutm. Greccy sceptycy uznali, że prawda jest niemożliwa, gdyż nie możemy jej znaleźć ani w umyśle, ani w rzeczy. Nie jest możliwe bowiem znalezienie kryterium prawdy tylko w samym umyśle, ani tylko w samej rzeczy. Znaczy to, że w pytaniu o prawdę musimy sobie poradzić z aporią, która związana jest z samym kryterium prawdziwości. Klasyczna definicja prawdy wydaje się być nieprześcigniona, lecz trudno uniknąć konkluzji, że jej sformułowanie stanowiło raczej naświetlenie problemu prawdy, niż jego rozwiązanie. W pewnym zatem sensie prawda jest niemożliwa, bo czyż możemy być pewni, że nasze poznanie jest prawdziwe?

O animie

W spotkaniu kobiety i mężczyzny uaktywnia się ogrom energii psychicznej. Energia ta jest zwykle kanalizowana w wielość zwyczajowych form: rozmowy, seks, kłótnie, wspólne zajęcia, rywalizacja i bezpłodne fantazjowanie. Co jednak się stanie, gdy chociażby część tej energii skierujemy do wewnątrz i spojrzymy w twarz naszej nieświadomej partnerki? Możemy wtedy w twarzy tej zobaczyć to, co dla nas na zawsze pozostanie niewidoczne – twarz ta ma bowiem oczy z drugiej strony naszej głowy, widzi świat tak inny od tego, który dobrze znamy, tak obcy, świat „po tamtej stronie”, w którym rzeczy idą na wspak.
Dusza to funkcja, czyli forma w jakiej świadomości są przekazywane treści nieświadome. Treści te są równie obiektywne, realne, jak treści odbierane przez świadomość ze świata zewnętrznego. Zewnętrznie postrzegam jak mężczyzna („logicznie”), wewnętrznie jak kobieta („erotycznie”). Anima autonomizuje się i personifikuje, jeżeli treści nieświadome nie są asymilowane przez świadomość – wtedy zamiast przekazywać treści z nieświadomości pojawia się jako osobowość zbudowana z treści nie przyswojonych przez świadomość. Dopóki świadomość i nieświadomość są rozdzielone, „komunikują się” za pośrednictwem animy. Oznacza to właściwie brak komunikacji z nieświadomością, a wtedy treści związane z archetypem animy są widoczne dla mężczyzny w jego projekcjach na kobiety. Inaczej – uświadamiam sobie żeńskie elementy mojej osobowości rozpoznając to, co w kobietach mnie pociąga. Widzę w nich siebie. Zjawisko to jest zwykle źródłem najdzikszych zawikłań w związkach, ale może być także zaczątkiem wyzwolenia i prawdziwej miłości. Dla mężczyzny jest to możliwe tylko wtedy gdy równie bacznie jak na samochody, psy i drzewa będzie zważał na uczucia, afekty, animozje i sentymenty.

O pewności

Dlaczego tak sobie cenimy pewność? Czyż nie dlatego, że zapewnia ona błogi brak myślenia? Pewność wcale nie jest pewna, ona tylko nas uspakaja, zatrzymuje w poszukiwaniu odpowiedzi. Dlatego warto zabić pewność, a tym, co zabija pewność jest dociekanie. Gdy pytamy o drogę pewna siebie odpowiedź może nas zmylić. Gdy pytamy o sens życia, pewnej odpowiedzi udzieli nam tylko doktryner. Gdy pytamy wybrankę, czy nas kocha, chcemy odpowiedzi, która wskazuje, że jest ona pewna swego uczucia. W każdym z tych przypadków pewność odpowiedzi nas usypia i zwodzi. Budzimy się tylko wtedy, gdy czujemy niepewność, gdy nie widzimy przed sobą jasnej i prostej ścieżki życia. Gdyż za każdym jej zakrętem czyha na nas to co niespodziewane, nieoczekiwane, niepewne. Życie jest bardziej kruche niż roztapiająca się tafla lodu na morzu. A my tej tafli się kurczowo trzymamy, pełni błogiej nieświadomości zmian, które nas czekają. Dlatego zawsze warto sobie zadawać pytanie: Czy mogę się mylić? To budzi w nas refleksję, budzi świadomość. I dlatego nie ma nic cenniejszego na świecie niż świadomy siebie człowiek. Człowiek, który wie, że może się mylić. Że wszystko, co myśli może być tylko złudzeniem, kruchą iluzją, której się kurczowo trzyma by nie popaść w nicość.

O końcu dzieciństwa

Podobno nasze dzieciństwo kończy się wtedy, gdy pojawia się w nas świadomość śmierci. Jest ona nieodłącznie związana z uświadomieniem sobie własnej indywidualności, odrębności, samodzielnego istnienia jako jakieś „ja”. Dopiero wtedy gdy poczujemy, że jesteśmy „sobą”, pojawia się myśl o tym, że kiedyś umrzemy. Małe dzieci odchodzą w śmierć pozbawione tej świadomości. Kraina ich dzieciństwa jest niczym nieskończony ogród, w którym usychające kwiaty nie płaczą. Koniec tak pojętego dzieciństwa znamionują pierwsze przebłyski świadomości istnienia. Są one jednak nieodłączne od świadomości kresu tego istnienia. Leżymy wtedy w naszym łóżku, jeszcze tak mali i niewinni, ale z ciemności nocy wyłania się myśl: Kiedyś nie będę istniał, kiedyś wszystko się skończy, cały ten kalejdoskop wrażeń zwany życiem zniknie i nie będzie już niczego. Myśl ta budzi przerażenie, najgłębszą trwogę w młodym jeszcze sercu. Jest ono zmrożone przejmującym lękiem przed nicością. I już wtedy wiemy, że jesteśmy wrzuceni w ten świat, z którego już nie ma powrotu, z którego mamy tylko jedno wyjście – w śmierć.

Całe nasze dorosłe życie ma zatem jedno zadanie – uporać się z tym widmem śmierci. Jako nastolatkowie musimy „się wyszaleć”, by zapomnieć o tym, kim jesteśmy, potem staramy się żyć życiem takim, jakim przystało, szukamy ochrony przed widmem śmierci w związku, w pracy, w osiągnięciach. Prowadzimy normalne życie i odwracamy oczy cały czas od tego, co nieuchronne. Jednak starzejemy się i wiemy, że jest już bliżej niż dalej. Nie ma ucieczki, nie ma odwrotu. Budzimy się każdego dnia i mówimy bogu śmierci: Not today. Ale kiedyś ten dzień przyjdzie. Nemezis, „rozdająca to co należne”, nie odpuści. I tak oto stajemy się dojrzali, wyłaniamy się ostatecznie z krainy dzieciństwa, by niczym dojrzały owoc spaść z drzewa życia.

Czuang-tsy

Mistrz taoistycznej dialektyki, którą w swym dziele „Prawdziwa księga południowego kwiatu” przedstawił w nieprześcignionej metaforze: „Śniłem, że byłem motylem. I byłem wtedy szczęśliwy. Nie wiedziałem, że jestem Czuangiem. Nagle obudziłem się i znowu byłem sobą, Czuangiem. I już wtedy nie wiedziałem, czy byłem Czuangiem, śniącym, że jest motylem, czy motylem, śniącym, że jest Czuangiem.” A zatem to, co rzeczywiste, tao, jest poza naszą zwykłą percepcją, która jest oparta na doświadczeniu dwoistości. Sięgamy w kierunku tao dopiero wtedy, gdy w ekstazie wykraczamy poza wszelki dualizm. Dopiero gdy dwoje staje się jednością, gdy nie ma żadnych granic i stapiamy się w akcie miłosnego zjednoczenia, dopiero wtedy rodzi się motyl. Albo lisek wychodzi z nory i łasi się szczęśliwy.

O personie

Jungowska koncepcja persony oznacza maskę, którą prezentujemy światu zewnętrznemu. To jest ten segment osobowości, dzięki któremu chcemy się przypodobać innym ludziom albo – przez przeciwieństwo – na niby zaznaczyć swoją odrębność. Jak pisze Jung: „Persona jest tym, czym człowiek w istocie nie jest, czym jest on w tylko w mniemaniu własnym i innych”. Persona jest tylko maską psychiki zbiorowej, częścią zbiorowej świadomości. Jest doświadczana przez pozbawione autorefleksji osoby jako ich indywidualność, ale to największa pomyłka – bo jest ona niczym innym jak tylko ich tożsamością ustanowioną na użytek społeczny. Istotnym elementem tak pojętej persony są przekonania, o których niedawno pisałem. Mamy przekonania, ale one nie są nasze, nabyliśmy je od innych ludzi i uważamy za swoje, bierzemy je za swoje myśli. Widziałem to wiele razy u młodych studentów filozofii, którzy zaciekle dyskutowali generując argumenty, które nie były ich, które były zaczerpnięte od dawno zmarłych filozofów, ale których bronili jak Kmicic Jasnej Góry. Nie byli świadomi tego, że budują tylko swoją personę, składając ją, jak z klocków lego, z obcych myśli, by móc zaimponować dyskutantom. Ale to nie tylko przywara młodych. Wszyscy są jej ofiarą, każdy kto uznaje jakieś przekonania, każdy zwolennik ideologii religijnej, politycznej czy światopoglądowej. Chciałbym im wszystkim powiedzieć: Twoje przekonania to nie Ty. Wszystko, w co wierzysz to nie Ty. To tylko kolektywne iluzje, a Ty lgnąc do nich chcesz rozpaczliwie potwierdzić swoją tożsamość. Nie tędy droga. Jedyną drogą indywiduum jest bezdroże, puste i trudne. Poza złudną pewnością, którą dają przekonania dzielone przez wszystkich, tylko tam możesz odnaleźć siebie. Na pustyni, pustkowiu, gdzie nie ma nikogo.