O końcu dzieciństwa

Podobno nasze dzieciństwo kończy się wtedy, gdy pojawia się w nas świadomość śmierci. Jest ona nieodłącznie związana z uświadomieniem sobie własnej indywidualności, odrębności, samodzielnego istnienia jako jakieś „ja”. Dopiero wtedy gdy poczujemy, że jesteśmy „sobą”, pojawia się myśl o tym, że kiedyś umrzemy. Małe dzieci odchodzą w śmierć pozbawione tej świadomości. Kraina ich dzieciństwa jest niczym nieskończony ogród, w którym usychające kwiaty nie płaczą. Koniec tak pojętego dzieciństwa znamionują pierwsze przebłyski świadomości istnienia. Są one jednak nieodłączne od świadomości kresu tego istnienia. Leżymy wtedy w naszym łóżku, jeszcze tak mali i niewinni, ale z ciemności nocy wyłania się myśl: Kiedyś nie będę istniał, kiedyś wszystko się skończy, cały ten kalejdoskop wrażeń zwany życiem zniknie i nie będzie już niczego. Myśl ta budzi przerażenie, najgłębszą trwogę w młodym jeszcze sercu. Jest ono zmrożone przejmującym lękiem przed nicością. I już wtedy wiemy, że jesteśmy wrzuceni w ten świat, z którego już nie ma powrotu, z którego mamy tylko jedno wyjście – w śmierć.

Całe nasze dorosłe życie ma zatem jedno zadanie – uporać się z tym widmem śmierci. Jako nastolatkowie musimy „się wyszaleć”, by zapomnieć o tym, kim jesteśmy, potem staramy się żyć życiem takim, jakim przystało, szukamy ochrony przed widmem śmierci w związku, w pracy, w osiągnięciach. Prowadzimy normalne życie i odwracamy oczy cały czas od tego, co nieuchronne. Jednak starzejemy się i wiemy, że jest już bliżej niż dalej. Nie ma ucieczki, nie ma odwrotu. Budzimy się każdego dnia i mówimy bogu śmierci: Not today. Ale kiedyś ten dzień przyjdzie. Nemezis, „rozdająca to co należne”, nie odpuści. I tak oto stajemy się dojrzali, wyłaniamy się ostatecznie z krainy dzieciństwa, by niczym dojrzały owoc spaść z drzewa życia.

Czuang-tsy

Mistrz taoistycznej dialektyki, którą w swym dziele „Prawdziwa księga południowego kwiatu” przedstawił w nieprześcignionej metaforze: „Śniłem, że byłem motylem. I byłem wtedy szczęśliwy. Nie wiedziałem, że jestem Czuangiem. Nagle obudziłem się i znowu byłem sobą, Czuangiem. I już wtedy nie wiedziałem, czy byłem Czuangiem, śniącym, że jest motylem, czy motylem, śniącym, że jest Czuangiem.” A zatem to, co rzeczywiste, tao, jest poza naszą zwykłą percepcją, która jest oparta na doświadczeniu dwoistości. Sięgamy w kierunku tao dopiero wtedy, gdy w ekstazie wykraczamy poza wszelki dualizm. Dopiero gdy dwoje staje się jednością, gdy nie ma żadnych granic i stapiamy się w akcie miłosnego zjednoczenia, dopiero wtedy rodzi się motyl. Albo lisek wychodzi z nory i łasi się szczęśliwy.

O personie

Jungowska koncepcja persony oznacza maskę, którą prezentujemy światu zewnętrznemu. To jest ten segment osobowości, dzięki któremu chcemy się przypodobać innym ludziom albo – przez przeciwieństwo – na niby zaznaczyć swoją odrębność. Jak pisze Jung: „Persona jest tym, czym człowiek w istocie nie jest, czym jest on w tylko w mniemaniu własnym i innych”. Persona jest tylko maską psychiki zbiorowej, częścią zbiorowej świadomości. Jest doświadczana przez pozbawione autorefleksji osoby jako ich indywidualność, ale to największa pomyłka – bo jest ona niczym innym jak tylko ich tożsamością ustanowioną na użytek społeczny. Istotnym elementem tak pojętej persony są przekonania, o których niedawno pisałem. Mamy przekonania, ale one nie są nasze, nabyliśmy je od innych ludzi i uważamy za swoje, bierzemy je za swoje myśli. Widziałem to wiele razy u młodych studentów filozofii, którzy zaciekle dyskutowali generując argumenty, które nie były ich, które były zaczerpnięte od dawno zmarłych filozofów, ale których bronili jak Kmicic Jasnej Góry. Nie byli świadomi tego, że budują tylko swoją personę, składając ją, jak z klocków lego, z obcych myśli, by móc zaimponować dyskutantom. Ale to nie tylko przywara młodych. Wszyscy są jej ofiarą, każdy kto uznaje jakieś przekonania, każdy zwolennik ideologii religijnej, politycznej czy światopoglądowej. Chciałbym im wszystkim powiedzieć: Twoje przekonania to nie Ty. Wszystko, w co wierzysz to nie Ty. To tylko kolektywne iluzje, a Ty lgnąc do nich chcesz rozpaczliwie potwierdzić swoją tożsamość. Nie tędy droga. Jedyną drogą indywiduum jest bezdroże, puste i trudne. Poza złudną pewnością, którą dają przekonania dzielone przez wszystkich, tylko tam możesz odnaleźć siebie. Na pustyni, pustkowiu, gdzie nie ma nikogo.

O pobożności Polaków

W marcu tego roku doszło do przykrego zdarzenia na terenie klasztoru jasnogórskiego. Jak to ujmuje komunikat policji: „45 latek na terenie Jasnej Góry nie realizował obowiązku zakrywania nosa i ust. Gdy pracownik Straży Jasnogórskiej zwrócił mu uwagę i poprosił by opuścił miejsce kultu religijnego, ten kilkukrotnie uderzył go pięścią w twarz, a następnie szarpiąc za odzież przewrócił na ziemię”. Ciekawe jest w tym to, że ów mężczyzna przed opuszczeniem murów świątyni ukląkł, przeżegnał się i dopiero gdy został wyprowadzony na zewnątrz, popełnił rzeczony czyn. Widać to wyraźnie na filmie, który można znaleźć w internecie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to typowy Polak, który ma podwójne standardy zachowań, klęka w czasie mszy, ale po wyjściu z kościoła bezlitośnie traktuje bliźniego swego. Ale z religioznawczego punktu widzenia jego zachowanie jest całkiem zrozumiałe. Dla umysłów religijnych istnieje bowiem ścisłe odgraniczenie dwu sfer: sacrum i profanum. Ten dualizm stanowi fundament ich mentalności. W sferze sacrum obowiązują pewne zachowania, wyznaczone przez religię i ściśle powiązane z regułami społecznymi. Poza nią, w sferze profanum, reguły te już nie zobowiązują i można robić co się chce.
Zatem proszę się nie czepiać Polaków, którzy są pobożni w kościele, a po wyjściu z niego realizują swe najniższe instynkty. Oni manifestują swą religijność na poziomie, do którego są zdolni, w jej formie rudymentarnej, pierwotnej i prymitywnej, pozbawionej grama refleksji. To pobożność oparta na zachowaniach stadnych, charakterystyczna dla ludzi, którzy na pytanie dlaczego chodzą do kościoła odpowiadają: Bo wszyscy chodzą. Taki rodzaj religijności ma oczywiście swoją wartość, daje bowiem poczucie stabilizacji i trwania. Na przykład dla osoby która od lat uczestniczy w rytuale mszy świętej zapewnia poczucie sensu i oparcia w chaotycznym świecie. Ma też swoje minusy, bo jest ekskluzywna i wykluczająca. Jak każda religia.

O przekonaniach

Oddany działacz partii politycznej akceptuje bez wahania frazeologię swojej partii i nie odczuwa najmniejszej potrzeby analizowania jej spójności logicznej czy też zgodności z faktami. Wierzy w w tezy programu własnego ugrupowania, uważa je za sprawiedliwe i godne szacunku, a już na pewno za bardziej godne szacunku niż tezy partii opozycyjnej. Nie zastanawia go podstawowy fakt, że tezy emfatycznie wygłaszane przez lidera jego partii mają raczej charakter wyznania wiary niż czegoś, co by przypominało chociaż w pewnym stopniu diagnozę rzeczywistości. W naturze przekonań leży bowiem to, że są one zgodne tylko z rzeczywistością taką jaka być powinna, a nie z taką jaką jest w istocie. Skąd zatem ich entuzjastyczna akceptacja u wszelkiego rodzaju wyznawców? Z tego, że dany zestaw przekonań jest wyznawany przez innych ludzi. Człowiek nie staje nigdy sam wobec rzeczywistości. Zawsze ma do dyspozycji zestaw przekonań, a te są dziełem kolektywu. Chroni się w nich, a grupa daje mu otuchę i oferuje uzgodniony obraz rzeczywistości, najczęściej nie mający nic z nią wspólnego.
Freud pisał, że przekonania są iluzjami. Jednak iluzja nie jest tym samym co błąd. Cytując jego słowa: „Idee religijne, dogmaty są spełnieniami najstarszych, najsilniejszych i najbardziej uporczywych pragnień ludzkich”. Dlatego nie można ich ani dowieść, ani zbić. Za każdym przekonaniem tkwi bowiem pragnienie by być kimś wyjątkowym, niezwykłym, obdarzonym ezoteryczną wiedzą. To nadaje mu moc i znaczenie. Paradoksalnie, spełniamy to pragnienie dołączając do grupy myślących podobnie jak my osobników. Uzyskujemy w ten sposób kolejne złudne wrażenie, utwierdzone dzięki przyświadczeniu społecznemu, że jesteśmy kimś wyjątkowym, bo przynależymy do grupy. To słodka iluzja tożsamości. A tymczasem naprawdę jestem sobą tylko wtedy, gdy nie posiadam żadnych przekonań. Wszystkie moje myśli są niczym łowickie, papierowe wycinanki płonące w ogniu…Nic nie wiem i nic nie rozumiem.

O teraźniejszości

Tydzień temu napisałem, że jednym ratunkiem przed pochłaniającym bagnem przeszłości jest dotknięcie teraźniejszości i zatracenie się w niej bez końca. Zabrzmiało tak jak jakbyśmy musieli dokonywać specjalnego aktu woli, by chwytać się teraźniejszości. Nie jest tak, bo samo słowo ją określające odkrywa to, czym ona jest. To te-raź-niejszość. To ona nas razi, poraża, bierze w swoje posiadanie, uderza niczym piorun, jest jedyną rzeczą, jakiej tak naprawdę doświadczamy. Nasze myślenie od niej ucieka, pogrąża się w przeszłości albo wybiega w przyszłość. Obydwa te kierunki są iluzją, wspominaniem albo planowaniem. Jedynym co istnieje jest tylko po-rażająca nas teraźniejszość. W dotyku, w ogarniającej wszystko emocji, w pochłaniającym przepływie fascynacji, w namiętnym skupieniu, gdy nie ma nic poza tu i teraz, tylko wtedy wiemy, że żyjemy. Poza chwilą teraźniejszą nie ma nic.

O przeszłości

„Przeszłość jest jak wielka trąba powietrzna, która stale ciągnie człowieka do tyłu. Kiedy nie idziesz do przodu, cofasz się. Gdy tylko człowiek spojrzy wstecz ze smutkiem lub z pogardą, przeszłość znowu ma nas w garści. Przeszłość to niesamowita siła”. Słowa te wypowiedział Carl Gustav Jung. Trudno mu nie przyznać racji. Zawsze gdy wspominamy przeszłe chwile, a szczególnie te najbardziej przykre, stajemy się ich ofiarami. Nie istnieje wtedy teraźniejszość, nie ma przyszłości, jest tylko przeszły ból, niweczący wszystko, co by mogło się zdarzyć gdyby go nie było. Wspomnienia przeżytych lata temu bolesnych chwil chwytają nas za gardło i duszą niczym okrutny kat. Nie liczy się nic innego poza tym, co było. A tego co było, nic nie może przecież odmienić. Jedynym ratunkiem jest pójście naprzód, ale to jest ciężkie, niczym brnięcie po pas w śniegu. Bo przeszłość jest też niczym bagno, w którym każdy ruch wciąga nas coraz głębiej. Za każdym razem gdy oddajemy się niemiłym wspomnieniom pogrążamy się w bagnie przeszłości i toniemy w nim po szyję. Jedynym ratunkiem jest dotknięcie teraźniejszości i zatracenie się w niej bez końca. To otwiera nas na przyszłość. Jak to zrobić? Pomaga tu zrozumienie, że przeszłość to tylko myśl, kłamliwe wyobrażenie, które żywimy nie zwracając uwagi na żywą treść naszej teraźniejszości. Jest to najbardziej widoczne w przypadku, gdy bolą nas wspomnienia osób, które dopiero co poznaliśmy i pokochaliśmy. Ich przeszłość znamy bowiem tylko z historii, które one nam opowiadają o rzeczach, które działy się z nimi wtedy, gdy nawet nie wiedzieliśmy, że osoby, które teraz kochamy istnieją. I jest to najlepszą nauką dla nas, by także do własnej przeszłości odnosić się podobnie, by nie trzymać się tego kogoś, kimś się kiedyś było, a którym już się nie jest.

O losie

„Oto wymarła mi rodzina, zgnębiła mnie lichwa, zniszczał mi dom, przypadły mi w udziale szkody, rany, trudy i obawy: zwyczajne to zdarzenia. Mało tego: powinno było mi się to przytrafić. Przychodzi to bowiem z wyroku losu, a nie z zrządzenia przypadku. O wszystkim co wydaje się niesprzyjające i uciążliwe, nauczyłem się myśleć tak: nie okazuję posłuszeństwa bóstwu, lecz się z nim zgadzam; idę za nim z własnej ochoty, a nie dlatego, że jest to konieczne”. To Seneka w „Listach moralnych do Lucyliusza”. Mój ulubiony fragment. Gdy go pierwszy raz przeczytałem, dekady temu, nie wiedziałem, że w moim życiu zajdą takie same zdarzenia i to w dodatku w identycznej kolejności. Ale dziwnym trafem rzeczy ten tekst utkwił mi wtedy w pamięci. Niestety, zachowałem się w tym trudnym czasie mego życia niezbyt stoicko. Rzucałem się jak ryba na piasku, opierając się losowi. Dopiero teraz, po latach mogę to wszystko co mi się przydarzyło przyjąć i zaakceptować. Życie kołem się toczy, dobre i złe chwile następują po sobie, a mnie, cóż, pozostaje tylko obserwować bieg rzeczy. Jak pisał Platon, jesteśmy tylko zabawkami w rękach bogów. Pozostaje nam zatem z ochotą odgrywać swoją rolę w życiu, a potem odejść bez żalu.

O niewychodzeniu

„Zaczynając dzień, powiedz sobie: zetknę się z ludźmi natrętnymi, niewdzięcznymi, zuchwałymi, podstępnymi, złośliwymi, niespołecznymi. Wszystkie te wady powstały u nich z powodu braku rozeznania złego i dobrego”. Tak radę daje stoik i cesarz Marek Aureliusz w swoich „Rozmyślaniach”. Cóż, jak cesarzowi trudno mu było nie wychodzić do ludzi. My też wychodzimy do ludzi, a nawet owo wychodzenie dzieje się wtedy, gdy siedzimy w domu i korzystamy z mediów społecznościowych. Warto zatem pamiętać o radzie Marka Aureliusza, gdy tylko chcemy podjąć z kimś dyskusję, skomentować post. A przede wszystkim warto odnieść jego radę do samych siebie. Nie mamy rozeznania co dobre, a co złe. I innym się wydajemy wtedy natrętnymi, niewdzięcznymi, zuchwałymi, podstępnymi, złośliwymi, niespołecznymi. Jakże bowiem trudno jest przyznać się przed samym sobą, że się nic nie wie, że nie jest się pewnym tego co piszemy. Że to co piszemy to tylko ulotna opinia, warta tyle co nikły, trwający sekundę, podmuch wiatru w wiosenny wieczór.

O Hypatii

Dlaczego Hypatia nie mogła zgodzić się na chrzest? Gdyż jako filozofka zawsze kwestionowała wszystko, w co wierzyła. Taka postawa jest rdzeniem filozofii, co współcześnie potwierdza V. Jankélévitch: „Filozofowanie sprowadza się gruncie rzeczy do jednego: by traktować świat w taki sposób, jakby nic nie było oczywiste.” Umysł religijny, szukający spoczęcia na trwałej podstawie, nigdy nie pojmie tej prostej myśli. Jeden z jej uczniów się w niej zakochał. Wpierw leczyła go z miłości do niej za pomocą muzyki, w myśl najlepszych idei greckiej filozofii. Gdy to nie pomogło przeszła do rozwiązań czysto pragmatycznych. Zakochanemu w niej uczniowi Hypatia pokazała swą podpaskę, mówiąc: „Oto to co we mnie kochasz”. Każdy bowiem rodzaj kwestionowania tego, w co się wierzy jest dobry, o ile jest skuteczny.