O pierwszym paszkwilu na neolit

Gdzie znajdujemy pierwszą krytykę podstaw współczesnej cywilizacji? Ano już w „Księdze Rodzaju”, gdzie czytamy boskie słowa, klątwę skierowaną do Adama tuż przed wygnaniem go z raju: „Przeklęta niech będzie ziemia z twojego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła” (3,17-18). Z jakiego to raju Adam został wygnany? Z raju paleolitu, z którego popadł prosto w kierat neolitu. Osiedlenie się człowieka i uprawa ziemi wcale nie były czymś tak wspaniałym, jak się niektórym do dziś wydaje. Warunki życia nie poprawiły się znacząco, a stan zdrowia neolitycznych rolników pozostawiał wiele do życzenia, stali się drobniejsi i bardziej chorowici, a nawet ich mózgi uległy zmniejszeniu. Wzrastająca gęstość zaludnienia z kolei wpływała negatywnie na psychikę, ukształtowaną w ciągu tysięcy lat paleolitu przez życie w niewielkich grupach. Hierarchizacja życia społecznego i postępujące rozwarstwienie w obrębie osad i miast wydobyły na jaw najgorsze strony ludzkiej natury. Impulsem ku osiedleniu była być może chęć polepszenia bytu materialnego, pragnienie zapewnienia sobie bezpieczeństwa, stałości podaży pokarmu i stabilności relacji społecznych, czyli ostatecznie podążanie za zasadą przyjemności. Skutki jednak jakie za sobą pociągnęło były wprost odwrotne do zamierzonych, życie osiadłe okazało się bowiem najkrótszą drogą do kumulującego się w kolejnych pokoleniach cierpienia całej ludzkości.

Doprawdy, nie tylko ziemia, ale i Ziemia jest przeklęta z powodu człowieka. Ziemia stała się dla rolnika neolitycznego przedmiotem, surowcem, z którego pozyskiwał żywność. Rośliny i zwierzęta stały się jedynie środkami do zaspokajania potrzeb człowieka, wszystko, co go otacza stało się tylko czymś przydatnym, podręcznym i do wykorzystania, pozbawionym wszelkiej innej funkcji poza służeniem człowiekowi. Ten przedmiotowy i utylitarny stosunek do Ziemi jest główną cechą współczesnej cywilizacji globalnej i został także wyrażony w słynnym biblijnym wersecie: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (1,28). I ludzie posłuchali owych słów, na własną zgubę.

Początkowe rozdziały „Księgi Rodzaju” to pierwszy paszkwil na neolit. Ten, kto je napisał wykazał się nie tylko dobrą intuicją odnośnie przyszłości, ale i wyraził swoje rozczarowanie neolitem, uprawą roli i życiem zbiorowym, jak również pragnienie dominacji i kontroli nad życiem na Ziemi, co można uważać jako swego rodzaju kompensację za utratę paleolitycznego raju. Dzisiaj krytykowany przez niego sposób życia człowieka, wówczas tylko w formie zapowiedzi, w pełni ujawnił wszystkie swe negatywne aspekty. Eksploatacja całej planety, przeludnienie, groźba radykalnych zmian klimatycznych – to wszystko jest pokłosiem neolitycznej rewolucji agrarnej, doświadczonej jako upadek człowieka i wygnanie z raju. Można wręcz uznać ostatnie dziesięć tysięcy ludzkiej historii za okres gorączkowych prób powrotu do rajskiego stanu, prób podejmowanych za pomocą tego, co człowiek miał najlepszego na podorędziu – przemyślności i woli, generowanych przez coraz bardziej różnicującą się świadomość. Efekty tego wysiłku, obecnie dojmująco doświadczane przez ludzkość, są jednak destrukcyjne. Klątwa dalej działa.

O iluzji kontroli

Psycholożka społeczna Ellen Langer przeprowadziła kiedyś ciekawy eksperyment. Proponowała pracownikom firmy kupony loterii w cenie jednego dolara. Chętnym do zakupu albo wręczała kupon albo też rozkładała wachlarz kuponów i prosiła, by sami wybrali jeden. Po dwóch tygodniach wracała i prosiła o odsprzedanie jej kuponów, usprawiedliwiając to tym, że chętnych jest więcej niż kuponów. Ci którzy otrzymali od niej kupon, odsprzedawali go za średnio dwa dolary. Jednak ci, którzy sami wybierali kupony z wachlarza cenili je sobie dużo bardziej – chcieli za nie średnio prawie dziewięć dolarów! Padli ofiarą błędu poznawczego zwanego iluzją kontroli, łudząc się, że kupony, które sami wybierali są przez to bardziej wartościowe.

Dzięki iluzji kontroli świat wydaje się nam bardziej przewidywalny, czujemy się bardziej pewni siebie, przypisujemy sobie i otoczeniu większą wartość. Nawet jeśli rachunek prawdopodobieństwa mówi nam, że się mylimy, to dalej trwamy w przekonaniu, że nasze kupony są jakoś szczególnie wybrane. Jeszcze dobitniej wagę tego złudzenia pokazuje efekt pewności wstecznej, nazwany tak przez Barucha Fischhoffa. Polega on na tym, że przewidując jakieś wydarzenia, po ich zajściu przeceniamy swoje zdolności predykcyjne i twierdzimy, że byliśmy pewni, iż to właśnie się stanie, co się wydarzyło. Wszystko po to, by czerpać ową podstawową satysfakcję z powiedzenia: „A nie mówiłem, że tak będzie!” Wydaje nam się, że potrafimy przewidywać w sposób o wiele trafniejszy niż to jest rzeczywiście możliwe i czerpiemy z tej iluzji poczucie pewności sięgające w przyszłość.

Dzięki tym i dziesiątkom innych błędów poznawczych nasza świadomość utwierdza się w przekonaniu, że w tym świecie nie tylko można przeżyć, ale że także można go kontrolować. Wydaje się jej nie przeszkadzać, że to przekonanie jest iluzją, ważnie jest, że daje pewność. Świadomość uwielbia działać wedle własnego widzimisię, nie zważając na rzeczywistość. A gdy ta skrzeczy nadmiernie, to bogaty arsenał iluzji poznawczych podsuwa inspirację do stworzenia systemu ultymatywnej kontroli, jakim jest religia i jej bogowie.

Błędy poznawcze tropione dziś przez psychologię są pozostałościami po procesie ewolucyjnego kształtowania się naszej świadomość, swego rodzaju psychicznymi atawizmami. Współczesna postać świadomości, sposób jej funkcjonowania, pozostawia wiele do życzenia. Niegdyś Hindusi rozpoznali ją jako rodzącą cierpienie, a obecnie miliony ludzi codziennie łykają antydepresanty i środki przeciwbólowe. Ale cóż, podobnie jak rozmaitego rodzaju złudzenia optyczne nie przeszkadzają nam tak bardzo w codziennym życiu (no, chyba że z ich powodu spowodujemy wypadek drogowy, w którym zginiemy), tak błędy poznawcze tworzą naszą codzienność, utkaną z iluzji.

O Facebooku i nieświadomości

Parę lat temu przeprowadzono ciekawy eksperyment społeczny. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi mających konta na Facebooku wypełniło kwestionariusz osobowościowy. Następnie pozwolono by algorytm Facebooka sprofilował ich osobowość wyłącznie na podstawie ilości lajków, jakie przyznawali różnym postom. Potem porównano wyniki algorytmu z ocenami znajomych tych osób, jak też bliskich i małżonków. Okazało się, że algorytm potrzebował 150 lajków, by być lepszym niż członek rodziny, a jedynie 300 lajków, by lepiej przewidywać nasze skłonności, opinie i pragnienia niż współmałżonek. Czasem algorytm lepiej sobie radził niż nawet badana osoba, zapytana na przykład o poziom swego zaangażowania w sieć społecznościową. Badacze podsumowali te wyniki stwierdzeniem, że ludzie mogliby porzucić własne sądy psychiczne i oprzeć się na komputerach przy podejmowaniu ważnych życiowych decyzji.

Wyniki tych badań mnie nie dziwią. Utożsamiamy się z naszym świadomym ja, które jest niczym innym jak tylko mniej lub bardziej spójną opowieścią na własny temat, budowaną przez lata narracją często nie mającą nic wspólnego z tym, jacy naprawdę jesteśmy. Spontaniczne, impulsywne reakcje na wiadomości i obrazy pojawiające się na Facebooku ujawniają natomiast nasze nieświadome tendencje. Nieświadomość tak naprawdę rządzi naszym życiem, dyktuje nasze wybory i odpowiada za najgłębsze pragnienia. Jej nazwa – niebyt zresztą szczęśliwa i nieco myląca – nie znaczy bowiem, że nieświadomość nie istnieje. Wprost przeciwnie, przejawia się w każdej sekundzie naszego życia, wpływając na przykład na wyraz naszej twarzy, niewidoczny dla nas, ale doskonale widoczny dla naszego rozmówcy, który może odebrać mówione przez nas słowa nie zgodnie z ich werbalną treścią, ale wedle tego, co rysuje się na naszej twarzy. Nieświadomość odpowiada za wszystkie ekspresje naszej osobowości, które tylko małym stopniu moderowane przez świadomość, a często w ogóle. Świadome ja jest niczym malutka wysepka pływająca po oceanie nieświadomości, mogąca najczęściej tylko przytakiwać płynącym z niej impulsom.

Media elektroniczne uznawane za swego rodzaju „zbiorową świadomość” ludzkości są w rzeczywistości idealnym sposobem manifestowania się nieświadomości. Po mowie i piśmie są trzecim ludzkim wynalazkiem, który w ciągu dwu ostatnich dekad (co za tempo!) zrewolucjonizował komunikację międzyludzką i obecnie najbardziej spektakularnym nośnikiem procesów nieświadomych. Dzięki nim w ciągu minut najdziksza głupota może dotrzeć do umysłów tysięcy ludzi, bo jej twórca czuje się anonimowy. Poczucie anonimowości sprzyja temu by z psychiki wyłoniło się to, z czym się nie utożsamiamy, czyli treści naszej nieświadomości. Mimo że mamy na Facebooku do dyspozycji tylko litery, zdjęcia i filmiki, to wystarczy, by się odsłonić. Nawet najbardziej uporczywe próby kreowania swego image na Facebooku prowadzą nieuchronnie do czegoś przeciwnego – do ujawnienia tego, kim naprawdę jesteśmy. Twój awatar więcej mówi o tobie, niż sam o sobie wiesz. I to, kim jesteś, może poznać nie tylko twój znajomy, ale też bezosobowy algorytm, upiorny zwiastun czasów, które nadchodzą, czasów nieświadomej inteligencji.

O prawdziwej religii

Ponad ćwierć wieku temu rozpocząłem pracę w liceum, jeszcze jako student ostatniego roku filozofii. Uczyłem w nim etyki i filozofii. Pewnego dnia miałem trochę wolnego czasu i postanowiłem pochodzić po gmachu szkoły i podsłuchać pod drzwiami sal lekcyjnych, co tam się w środku dzieje. Geografia, matematyka, polski – zza drzwi dochodziły dobrze mi znane odgłosy, odwieczne echo odwiecznie przepowiadanych smutnych treści. Podszedłem pod salę, w której odbywały się lekcje religii, którą dopiero co wprowadzono do szkół. Nie mogłem sobie odmówić podsłuchania i tej kategorii przepowiadania. W sali było cicho i bardzo wyraźnie usłyszałem słaby, nieśmiały i wręcz wycofany głos księdza. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to: „Tak się nie mówi o Bogu!” Bóg wymaga czegoś większego niż neurotycznego bełkotu podrzędnego absolwenta seminarium duchownego, czegoś więcej niż wymęczonego potoku stereotypowych słów, wyuczonych na wykładach. Śmiercią religii jest jej popadnięcie w płytkie umysły i w jeszcze płytsze serca, pozbawione choćby grama doświadczenia. Nie ma bowiem nic gorszego na tym świecie niż ludzie aspirujący do bycia religijnymi, a mówiący o tym, czego nie doświadczyli. Ich mowa rodzi jeno religię instytucjonalną, będącą żałosną parodią doświadczenia religijnego, nazwanego przecież tak dlatego, że transformuje całego człowieka. Tylko pełne doświadczenie rzeczywistości może być nazwane religią. A jeśli jest ono pełne, to wtedy możemy mówić o nim pełnym głosem, pokładając w nim całe swoje serce.

Sanskrycki termin śraddha, przekładany zwykle jako wiara, może nam tu posłużyć jako pomoc w zrozumieniu tego, co oznacza pokładanie w czymś serca. Znaczenie tego terminu oscyluje między „zaufaniem” (patrz gr. pistis) a „poświęceniem”. Wywodzi się on ze złożenia rzeczownika śrad („serce”) i czasownika dha („umieszczać”). Oznacza zatem włożenie w coś serca. Tak, wiara religijna jest naszym doświadczeniem tylko wtedy, gdy „pokładamy w czymś serce”, to znaczy, gdy angażujemy całego siebie w to, co nazywamy swoim życiem. Nie chodzi tu o jakąś doktrynę religijną, która zawsze jest wtórna, a ten kto pokłada w nią swe serce, traci swoje życie. Chodzi o to, co robimy w i ze swoim życiem. Bo prawdziwą religią człowieka może być tylko jedno – jego życie. Religia jest wywodzona od łacińskiego terminu religare czyli „ponownie jednoczyć”. Religia jest zatem tym, co jednoczy nas ze swoim życiem.

O pewnym pożytku z głupoty

Pisałem już na moim blogu o głupocie, w niezbyt pochlebnych słowach (tu). Okazuje się jednak, że głupota, jak wszystko na tym świecie, ma swoje dobre i złe strony. Pomimo wielu wad ma ona właściwie jeden mocny pozytyw: pozwala szybko podejmować decyzje. Gdy moja wiedza jest mocno zróżnicowana, gdy znam wiele „za” i „przeciw”, wtedy trudno mi podjąć decyzję bez wcześniejszego, nieraz dosyć długiego, procesu deliberacji. Jeśli natomiast jestem głupi i w mej głowie nie ma żadnych opcji do wyboru – gdyż człeka głupiego cechuje obecność tylko jednej myśli w jego łepetynie – wtedy decyzję podejmuję bez wahania, nawet nie myśląc o niej jako o akcie wyboru, bo przecież sprawa jawi mi się jako prosta jak drut. Oczywiście efektem tej decyzji może być totalna katastrofa, jak to zwykle bywa w przypadku pojedynczych głupców, ale gdy spojrzymy na całość dziejów ludzkości możemy dojść do odmiennego wniosku. Jak pokazuje historia zbiorowe decyzje indywidualnych głupców ulegają swego rodzaju uśrednieniu, w efekcie którego otrzymujemy ten wesoły świat taki, jakim jest, napędzany w swym absurdalnym trwaniu przez miliardy bezmyślnych decyzji. Ba, nawet jeśli głupiec zasiada na tronie to też jego głupota wiele nie zmienia, na co wskazują pocieszające słowa hrabiego Axela Gustafssona, siedemnastowiecznego szwedzkiego polityka, najbliższego współpracownika Gustawa II Adolfa: „Czyż nie wiesz, mój synu, jak mało trzeba rozumu do rządzenia światem!” Zatem cieszmy się, że wrodzona głupota ludzi nie szkodzi ich przetrwaniu. Dzieje się tak z prostego powodu – jest ona przejawem fundamentalnej irracjonalności życia.

O zmartwychwstaniu i aborcji

Z tego, co wiem o psychologii i psychopatologii ludzi religijnych jedną z ich najważniejszych ułomności jest konkretystyczne ujmowanie wyobrażeń religijnych. Pojęcia teologiczne pojmują oni czasem po swojemu, na poziomie dostępnego im naiwnego realizmu i zdroworozsądkowego myślenia. Implantowanie subtelnych konceptów teologicznych w tak proste umysły niesie za sobą skutki tragiczne albo śmieszne. Dobrym przykładem tych drugich jest tu pewien młody Palestyńczyk, który miał wysadzić się w autobusie pełnym Izraelczyków. Niestety, coś poszło nie tak i bomba nie wybuchła. Jakież jednak było zdziwienie żołnierzy izraelskich, którzy rozebrawszy młodzieńca zobaczyli, że ma on solidnie zabezpieczone genitalia – zapewne po to, by mu dobrze służyły w raju, do którego miał się dostać po swoim wybuchowym czynie.

Czasem jednak owa ułomność umysłów religijnych prowadzi do tragicznych skutków. Ostatnio było głośno o zwolennikach całkowitego zakazu aborcji, którego wprowadzenie doprowadziłby do zmuszania kobiet do rodzenia bez względu na stan płodu. Jeśli są oni chrześcijanami to bez wątpienia najważniejsze jest dla nich przyszłe zmartwychwstanie ludzi, którego obietnicą jest zmartwychwstanie Chrystusa. Jednak w ich toku myślenia przeczuwam bardzo konkretystyczny, wręcz naturalistyczny ciąg skojarzeńby zmartwychwstać trzeba najpierw umrzeć, by umrzeć trzeba żyć, by żyć trzeba się urodzić. A zatem życiem godnym zmartwychwstania jest tylko życie urodzone. Nawet jeśli owo życie umrze w ciągu paru godzin czy dni po narodzinach, to tylko akt narodzin czyni go godnym zmartwychwstania. Przebiegi myślowe na tak niskim poziomie nie prowadzą nigdy do czegoś dobrego.

O pocieszeniu, jakie daje ideologia

Przeczytałem niedawno słowa młodego, dobrze wykształconego człowieka, niewesołe słowa dotyczące trudnych problemów współczesnej Polski. Tak trudnych, że on sam udał się na emigrację wewnętrzną, gdyż nie miał siły stawić czoła wyzwaniom, jakie nam funduje obecna rzeczywistość. Współczuł kobietom, którym tak trudno teraz, a rządzący rzucają im kolejne kłody pod nogi. Odniósł się do zmian ekonomicznych i społecznych, które nie budzą w nim entuzjazmu. W końcu wyznał, bez wątpienia całkowicie szczerze, acz zarazem z ogromną dozą mimowolnego komizmu: „Jak sobie z tym poradzić, do końca nie wiem, ale powiem tylko, że w tych sprawach jestem libertarianinem”. Wyraził w tych słowach ultymatywne pocieszenie, jakie niesie ze sobą wszelka ideologia, która nigdy nie rozwiązuje żadnych problemów tego świata – a wręcz przeciwnie, jest ich głównym źródłem – ale pozwala za to swoim wyznawcom czuć się lepiej. Skoro jestem libertarianinem/komunistą/liberałem/anyone to przecież jestem czysty i prawy, bo mój maleńki móżdżek nie zawiera nic ponad owych parę haseł, które bez wątpienia prawdę w sobie zawierają. A że rzeczywistość skwierczy i do prawd przeze mnie wyznawanych się nijak dostosować nie może – tym gorzej dla niej! Paru ideologicznych emigrantów wewnętrznych, jak wspomniany powyżej młodzian, to nic groźnego, bo spokojnie bytują sobie oni we własnych światach. Ale gdy skrzyknie się grupa ideologicznych kretynów, którzy wpadną na pomysł, by założyć partię, aby przytakiwać sobie wzajemnie i potwierdzać sobie w onanistycznym zachwycie swoją chorą wizję świata, to dopiero się robi wesoło, szczególnie gdy taka partia wygra wybory.

Bo z partiami i wyborami to jest tak, jak z liczeniem cukierków. Gdy w szklanym słoiku umieścimy sto cukierków, na przykład tic-taków, i poprosimy następnie grupę ludzi by wedle swego niezwisłego i niezależnego osądu ocenili, ile ich tam jest, to okazuje się, że każdy z tych ludzi zwykle się mniej lub bardziej myli, ale po uśrednieniu odpowiedzi otrzymujemy liczbę, która jest mocno zbliżona do rzeczywistej liczby cukierków w słoiku. A teraz wyobraźmy sobie, że w tej grupie ludzi powstałyby stronnictwa ideologiczne. Jedno by się nazywało:„Jest sto dwadzieścia cukierków, jest super”, drugie przyciągałoby zwolenników nazwą: „Mamy tylko siedemdziesiąt pięć cukierków, walczmy o więcej”, a trzecie, najweselsze, na plakatach głosiłoby radosną wieść: „Radujmy się sześćdziesięciu dziewięcioma cukierkami”. Wynik jest wtedy daleki od rzeczywistej liczby cukierków, ale jakże są zadowoleni członkowie poszczególnych grup, którzy głosowali na swoje partie. I o to chodzi w ideologii – o zadowolenie wynikające z przynależności do stada i związanego z tym wyzbycia się własnego osądu. A rzeczywistość wtedy nie tyle skwierczy, co po prostu zdycha, co możemy dziś obserwować w pełnej krasie, w wymiarze zarówno lokalnym, jak i globalnym.

O akceptacji zmiany

Zmiany dzielimy na dwa podstawowe rodzaje: te, których pożądamy i te, których nie chcemy. Tymi pierwszymi nie będziemy się tu zajmować. Modelem dla tych drugich są etapy radzenia sobie ze śmiercią, opisane przez Elisabeth Kübler-Ross. Dobrze znamy kolejne fazy tego procesu, ale przypomnę je krótko: zaprzeczanie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja. To oczywiście idealny model, ale może posłużyć do zrozumienia tego, co dzieje się w umyśle postawionym w obliczu wszelkich niechcianych zmian. A teraz do rzeczy. Ostatni mój wpis na blogu zakończyłem wymieniem tych etapów, odnosząc je do ludzkości postawionej wobec ostatecznego zagrożenia związanego z globalnym ociepleniem i całością zmian wobec których obecnie stoimy, a których bez wątpienia nie chcemy. Nie wymieniłem tylko etapu targowania się, gdyż w perspektywie globalnej nie ma się już za bardzo o co się targować. Alea iacta est. Chciałbym teraz tylko zwrócić uwagę na ostatni etap, który nosi piękną nazwę: akceptacja. Niestety w kontekście ekstynkcji gatunku ludzkiego nie niesie ona ze sobą żadnych pozytywnych znaczeń, jest co najwyżej prostym aktem uświadomienia sobie tego, co nieuniknione. Świadomość, w postaci którą tak pyszni się homo sapiens, jest wyjściowo aktem negacji. Dlatego tak trudno człowiekowi cokolwiek zaakceptować, a szczególnie to, co nieuchronnie przynosi ze sobą życie, czyli śmierć. Każdy staje wcześniej lub później wobec nieuchronności swojej własnej śmierci, ale śmierć gatunku to całkowita abstrakcja – która obecnie się ziszcza. Nie dziwię się zatem, że mamy do czynienia z powszechnym gwałtownym zaprzeczaniem, gniewem i depresją. Jednak czas już najwyższy na akceptację, pozbawione wszelkich iluzji ujrzenie tego, co zrobiliśmy.

O liście ostatecznym

Podstawą brytyjskiego systemu odstraszania atomowego jest zasada, że zawsze jeden nosiciel pocisków atomowych, okręt podwodny klasy „Vanguard”, musi pozostawać ukryty w głębi Atlantyku, by móc zareagować odwetem w razie ataku na Wielką Brytanię. Na okręcie tym znajduje się list, który zawiera informacje dotyczące tego, jak postępować, gdyby rząd Jej Królewskiej Mości został zmieciony atakiem atomowym i nie zdołał wydać odpowiednich rozkazów. Gdy dowódca okrętu podwodnego upewni się co do najważniejszej wiadomości, że Wielka Brytania i jej rząd już nie istnieją, ma otworzyć ten list, zwany „letter of last resort”. Pisze go za każdym razem nowo wybrany premier. Nie znamy jego treści, wszystkie dotychczas napisane listy są komisyjnie niszczone bez otwierania. Przyjmuje się, że premier może wybrać jedną z czterech opcji. Pierwsza i najbardziej oczywista: przeprowadzić atak odwetowy zgodnie z planem. Druga: znaleźć schronienie w kraju sojuszniczym i oddać się pod rozkazy tamtejszych struktur wojskowych. Trzecia: podjąć dalsze działania zgodnie z decyzją dowódcy okrętu. Czwarta: powstrzymać się od dalszych działań bojowych. Brytyjski system listu ostatecznego jest prawdopodobnie ewenementem w skali światowej i pobrzmiewa wiktoriańskim horrorem odwetu zza grobu. Trudno mi jednak powstrzymać się od refleksji, że ów naród dżentelmenów znalazł sposób na odpowiednie zachowanie się w sytuacji, z której nie ma żadnego dobrego wyjścia. A w takiej sytuacji obecnie znajduje się cała planeta.

Nie zazdroszczę dowódcy okrętu w sytuacji nuklearnego holokaustu. Nie zazdroszczę jednak także samemu sobie. Uświadamiam sobie bowiem, że także powinienem napisać – sam do siebie – taki list ostateczny. A nawet nie tylko go napisać, ale i już go otworzyć, gdyż podobnie jak dowódca „Vanguarda” najważniejszą wiadomość już otrzymałem. A brzmi ona: ludzkość umiera. Spowodowane przez nią rozregulowanie ekosfery Ziemi, wyniszczenie bioróżnorodności – będącej podstawą stabilności całego życia – oraz eksploatacja wszystkich zasobów ponad wszelką rozsądną miarę, jest wyrokiem śmierci. Wyszliśmy poza point of no return, spaliliśmy mosty i nic już nie można zrobić. Powtarzające się od dekad ostrzeżenia i przestrogi tysięcy badaczy pozostają bez odzewu. Mało tego, są oni posądzani o spiskowanie, zarzuca się im nihilizm, a co najmniej niepewność wyników ich badań. Jakże wielu całkiem rozsądnych ludzi mówi: „Nie mamy pewności, jesteśmy laikami, nie można tego wszystkiego brać na wiarę”. Rozumiem ich, najważniejsza wiadomość w historii ludzkości nie jest łatwa do strawienia.

Teraz jest już jednak za późno, nie możemy nawet napisać testamentu, w którym byśmy wyrazili swoją wolę wobec przyszłych pokoleń, gdyż ich po prostu nie będzie. Możemy tylko napisać list ostateczny, w którym opiszemy to, co zrobimy gdy wreszcie dotrze do nas wiadomość, że jest za późno. Obecnie jeszcze większość populacji Ziemi wypiera ową wiadomość, zaprzecza jej, tak jak pacjent terminalnie chory, który dowiedział się właśnie, że umrze. Niedługo pozostanie nam już tylko gniew i rozpacz, a potem ostateczna akceptacja końca.

O byciu sobą

Imperatyw współczesnego człowieka brzmi: „Bądź sobą!” Zawsze gdy jesteśmy do czegoś wzywani świadczy to o odczuwaniu przez nas jakiegoś braku, niedostatku, który dzięki podjęciu wezwania możemy zaspokoić. Bo co to znaczy: być sobą? To nie tylko pamiętanie tego kim jestem w sensie biograficznej narracji, suma pamięci osobistej. Nie, to za mało. Być sobą to mocne ontologiczne wezwanie, któremu możemy sprostać tylko wtedy, jeśli wcześniej podejmiemy wezwanie epistemologiczne i naprawdę samego siebie poznamy. Bo poznanie siebie to oddzielenie tego, kim jestem, od tego kim nie jestem. Poznając siebie akceptuję siebie i staję się sobą. A wtedy za byciem sobą idzie robienie – jestem sobą więc robię to, co chcę. I nie chodzi tu o egoistyczne spełnianie impulsywnych zachcianek, lecz o podążanie za swoją prawdziwą naturą. Nauczyciel buddyzmu zen, Shunryu Suzuki napisał: „Kiedy wyrażamy naszą prawdziwa naturę, jesteśmy istotami ludzkimi. Jeśli tego nie robimy, nie wiemy czym jesteśmy”. Mamy zatem taki trójkrok: poznaj siebie, bądź sobą, rób swoje. Jeśli bowiem przez robienie nie wyrażamy tego, czym naprawdę jesteśmy, to rzeczywiście nie wiemy czym jesteśmy. Nasze czyny, uczucia i myśli rozmijają się między sobą i popadają w groteskowy chaos jak gromada naćpanych zajęcy. Tylko gdy jestem sobą moje myśli, pragnienia i działania stanowią jako tako spójną całość. Wtedy jestem, jak pisał Platon, sam dla siebie przyjacielem, bo gospodarstwo wewnętrzne sobie urządziłem jak należy i jestem jednością, a nie zbiorem przypadkowych składników. Bycie sobą jest najtrudniejszą robotą dla człowieka, nic dziwnego zatem, że w naszych czasach tak głośno rozlega się wezwanie do osiągnięcia tego stanu. Wydaje się on być uniwersalnym panaceum na zagubienie współczesnych ludzi, którzy nie mogą już odnaleźć siebie w byciu członkami jakiejś większej całości, a tylko jako niezależne indywidua.

Niestety, jeśli coś jest propagowane jako wezwanie dla każdego, ulega nieuchronnemu rozcieńczeniu i przeistacza się w swoje przeciwieństwo. Efektem tego rozcieńczenia jest rozumienie bycia sobą jako budowanie swojej marki osobistej. Najlepszym tego przykładem jest Donald Trump, dla którego zostanie prezydentem USA było tylko ostatecznym potwierdzeniem skuteczności jego marki, która ostatecznie sprowadza się wyłącznie do jego zasobów finansowych. Ci o mniejszych zasobach finansowych mogą sobie zrobić selfie w atrakcyjnym otoczeniu, by swoją markę podbudować. Zamiast być sobą człowiek współczesny chce stać się osobowością merkantylną, o której pisał Erich Fromm, czyli niczym innym, jak tylko obdarzonym szczątkową świadomością towarem. To największy błąd i klęska człowieka współczesnego, gdy bierze on uznanie w oczach innych, będące wszak niczym innym jak tylko powszechną zazdrością, za potwierdzenie tego, że jest sobą. To, co ogół uznaje za sukces jednostki, jest zwykle porażką samego indywiduum.