O pewnym pożytku z głupoty

Pisałem już na moim blogu o głupocie, w niezbyt pochlebnych słowach (tu). Okazuje się jednak, że głupota, jak wszystko na tym świecie, ma swoje dobre i złe strony. Pomimo wielu wad ma ona właściwie jeden mocny pozytyw: pozwala szybko podejmować decyzje. Gdy moja wiedza jest mocno zróżnicowana, gdy znam wiele „za” i „przeciw”, wtedy trudno mi podjąć decyzję bez wcześniejszego, nieraz dosyć długiego, procesu deliberacji. Jeśli natomiast jestem głupi i w mej głowie nie ma żadnych opcji do wyboru – gdyż człeka głupiego cechuje obecność tylko jednej myśli w jego łepetynie – wtedy decyzję podejmuję bez wahania, nawet nie myśląc o niej jako o akcie wyboru, bo przecież sprawa jawi mi się jako prosta jak drut. Oczywiście efektem tej decyzji może być totalna katastrofa, jak to zwykle bywa w przypadku pojedynczych głupców, ale gdy spojrzymy na całość dziejów ludzkości możemy dojść do odmiennego wniosku. Jak pokazuje historia zbiorowe decyzje indywidualnych głupców ulegają swego rodzaju uśrednieniu, w efekcie którego otrzymujemy ten wesoły świat taki, jakim jest, napędzany w swym absurdalnym trwaniu przez miliardy bezmyślnych decyzji. Ba, nawet jeśli głupiec zasiada na tronie to też jego głupota wiele nie zmienia, na co wskazują pocieszające słowa hrabiego Axela Gustafssona, siedemnastowiecznego szwedzkiego polityka, najbliższego współpracownika Gustawa II Adolfa: „Czyż nie wiesz, mój synu, jak mało trzeba rozumu do rządzenia światem!” Zatem cieszmy się, że wrodzona głupota ludzi nie szkodzi ich przetrwaniu. Dzieje się tak z prostego powodu – jest ona przejawem fundamentalnej irracjonalności życia.

O zmartwychwstaniu i aborcji

Z tego, co wiem o psychologii i psychopatologii ludzi religijnych jedną z ich najważniejszych ułomności jest konkretystyczne ujmowanie wyobrażeń religijnych. Pojęcia teologiczne pojmują oni czasem po swojemu, na poziomie dostępnego im naiwnego realizmu i zdroworozsądkowego myślenia. Implantowanie subtelnych konceptów teologicznych w tak proste umysły niesie za sobą skutki tragiczne albo śmieszne. Dobrym przykładem tych drugich jest tu pewien młody Palestyńczyk, który miał wysadzić się w autobusie pełnym Izraelczyków. Niestety, coś poszło nie tak i bomba nie wybuchła. Jakież jednak było zdziwienie żołnierzy izraelskich, którzy rozebrawszy młodzieńca zobaczyli, że ma on solidnie zabezpieczone genitalia – zapewne po to, by mu dobrze służyły w raju, do którego miał się dostać po swoim wybuchowym czynie.

Czasem jednak owa ułomność umysłów religijnych prowadzi do tragicznych skutków. Ostatnio było głośno o zwolennikach całkowitego zakazu aborcji, którego wprowadzenie doprowadziłby do zmuszania kobiet do rodzenia bez względu na stan płodu. Jeśli są oni chrześcijanami to bez wątpienia najważniejsze jest dla nich przyszłe zmartwychwstanie ludzi, którego obietnicą jest zmartwychwstanie Chrystusa. Jednak w ich toku myślenia przeczuwam bardzo konkretystyczny, wręcz naturalistyczny ciąg skojarzeńby zmartwychwstać trzeba najpierw umrzeć, by umrzeć trzeba żyć, by żyć trzeba się urodzić. A zatem życiem godnym zmartwychwstania jest tylko życie urodzone. Nawet jeśli owo życie umrze w ciągu paru godzin czy dni po narodzinach, to tylko akt narodzin czyni go godnym zmartwychwstania. Przebiegi myślowe na tak niskim poziomie nie prowadzą nigdy do czegoś dobrego.

O pocieszeniu, jakie daje ideologia

Przeczytałem niedawno słowa młodego, dobrze wykształconego człowieka, niewesołe słowa dotyczące trudnych problemów współczesnej Polski. Tak trudnych, że on sam udał się na emigrację wewnętrzną, gdyż nie miał siły stawić czoła wyzwaniom, jakie nam funduje obecna rzeczywistość. Współczuł kobietom, którym tak trudno teraz, a rządzący rzucają im kolejne kłody pod nogi. Odniósł się do zmian ekonomicznych i społecznych, które nie budzą w nim entuzjazmu. W końcu wyznał, bez wątpienia całkowicie szczerze, acz zarazem z ogromną dozą mimowolnego komizmu: „Jak sobie z tym poradzić, do końca nie wiem, ale powiem tylko, że w tych sprawach jestem libertarianinem”. Wyraził w tych słowach ultymatywne pocieszenie, jakie niesie ze sobą wszelka ideologia, która nigdy nie rozwiązuje żadnych problemów tego świata – a wręcz przeciwnie, jest ich głównym źródłem – ale pozwala za to swoim wyznawcom czuć się lepiej. Skoro jestem libertarianinem/komunistą/liberałem/anyone to przecież jestem czysty i prawy, bo mój maleńki móżdżek nie zawiera nic ponad owych parę haseł, które bez wątpienia prawdę w sobie zawierają. A że rzeczywistość skwierczy i do prawd przeze mnie wyznawanych się nijak dostosować nie może – tym gorzej dla niej! Paru ideologicznych emigrantów wewnętrznych, jak wspomniany powyżej młodzian, to nic groźnego, bo spokojnie bytują sobie oni we własnych światach. Ale gdy skrzyknie się grupa ideologicznych kretynów, którzy wpadną na pomysł, by założyć partię, aby przytakiwać sobie wzajemnie i potwierdzać sobie w onanistycznym zachwycie swoją chorą wizję świata, to dopiero się robi wesoło, szczególnie gdy taka partia wygra wybory.

Bo z partiami i wyborami to jest tak, jak z liczeniem cukierków. Gdy w szklanym słoiku umieścimy sto cukierków, na przykład tic-taków, i poprosimy następnie grupę ludzi by wedle swego niezwisłego i niezależnego osądu ocenili, ile ich tam jest, to okazuje się, że każdy z tych ludzi zwykle się mniej lub bardziej myli, ale po uśrednieniu odpowiedzi otrzymujemy liczbę, która jest mocno zbliżona do rzeczywistej liczby cukierków w słoiku. A teraz wyobraźmy sobie, że w tej grupie ludzi powstałyby stronnictwa ideologiczne. Jedno by się nazywało:„Jest sto dwadzieścia cukierków, jest super”, drugie przyciągałoby zwolenników nazwą: „Mamy tylko siedemdziesiąt pięć cukierków, walczmy o więcej”, a trzecie, najweselsze, na plakatach głosiłoby radosną wieść: „Radujmy się sześćdziesięciu dziewięcioma cukierkami”. Wynik jest wtedy daleki od rzeczywistej liczby cukierków, ale jakże są zadowoleni członkowie poszczególnych grup, którzy głosowali na swoje partie. I o to chodzi w ideologii – o zadowolenie wynikające z przynależności do stada i związanego z tym wyzbycia się własnego osądu. A rzeczywistość wtedy nie tyle skwierczy, co po prostu zdycha, co możemy dziś obserwować w pełnej krasie, w wymiarze zarówno lokalnym, jak i globalnym.

O akceptacji zmiany

Zmiany dzielimy na dwa podstawowe rodzaje: te, których pożądamy i te, których nie chcemy. Tymi pierwszymi nie będziemy się tu zajmować. Modelem dla tych drugich są etapy radzenia sobie ze śmiercią, opisane przez Elisabeth Kübler-Ross. Dobrze znamy kolejne fazy tego procesu, ale przypomnę je krótko: zaprzeczanie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja. To oczywiście idealny model, ale może posłużyć do zrozumienia tego, co dzieje się w umyśle postawionym w obliczu wszelkich niechcianych zmian. A teraz do rzeczy. Ostatni mój wpis na blogu zakończyłem wymieniem tych etapów, odnosząc je do ludzkości postawionej wobec ostatecznego zagrożenia związanego z globalnym ociepleniem i całością zmian wobec których obecnie stoimy, a których bez wątpienia nie chcemy. Nie wymieniłem tylko etapu targowania się, gdyż w perspektywie globalnej nie ma się już za bardzo o co się targować. Alea iacta est. Chciałbym teraz tylko zwrócić uwagę na ostatni etap, który nosi piękną nazwę: akceptacja. Niestety w kontekście ekstynkcji gatunku ludzkiego nie niesie ona ze sobą żadnych pozytywnych znaczeń, jest co najwyżej prostym aktem uświadomienia sobie tego, co nieuniknione. Świadomość, w postaci którą tak pyszni się homo sapiens, jest wyjściowo aktem negacji. Dlatego tak trudno człowiekowi cokolwiek zaakceptować, a szczególnie to, co nieuchronnie przynosi ze sobą życie, czyli śmierć. Każdy staje wcześniej lub później wobec nieuchronności swojej własnej śmierci, ale śmierć gatunku to całkowita abstrakcja – która obecnie się ziszcza. Nie dziwię się zatem, że mamy do czynienia z powszechnym gwałtownym zaprzeczaniem, gniewem i depresją. Jednak czas już najwyższy na akceptację, pozbawione wszelkich iluzji ujrzenie tego, co zrobiliśmy.

O liście ostatecznym

Podstawą brytyjskiego systemu odstraszania atomowego jest zasada, że zawsze jeden nosiciel pocisków atomowych, okręt podwodny klasy „Vanguard”, musi pozostawać ukryty w głębi Atlantyku, by móc zareagować odwetem w razie ataku na Wielką Brytanię. Na okręcie tym znajduje się list, który zawiera informacje dotyczące tego, jak postępować, gdyby rząd Jej Królewskiej Mości został zmieciony atakiem atomowym i nie zdołał wydać odpowiednich rozkazów. Gdy dowódca okrętu podwodnego upewni się co do najważniejszej wiadomości, że Wielka Brytania i jej rząd już nie istnieją, ma otworzyć ten list, zwany „letter of last resort”. Pisze go za każdym razem nowo wybrany premier. Nie znamy jego treści, wszystkie dotychczas napisane listy są komisyjnie niszczone bez otwierania. Przyjmuje się, że premier może wybrać jedną z czterech opcji. Pierwsza i najbardziej oczywista: przeprowadzić atak odwetowy zgodnie z planem. Druga: znaleźć schronienie w kraju sojuszniczym i oddać się pod rozkazy tamtejszych struktur wojskowych. Trzecia: podjąć dalsze działania zgodnie z decyzją dowódcy okrętu. Czwarta: powstrzymać się od dalszych działań bojowych. Brytyjski system listu ostatecznego jest prawdopodobnie ewenementem w skali światowej i pobrzmiewa wiktoriańskim horrorem odwetu zza grobu. Trudno mi jednak powstrzymać się od refleksji, że ów naród dżentelmenów znalazł sposób na odpowiednie zachowanie się w sytuacji, z której nie ma żadnego dobrego wyjścia. A w takiej sytuacji obecnie znajduje się cała planeta.

Nie zazdroszczę dowódcy okrętu w sytuacji nuklearnego holokaustu. Nie zazdroszczę jednak także samemu sobie. Uświadamiam sobie bowiem, że także powinienem napisać – sam do siebie – taki list ostateczny. A nawet nie tylko go napisać, ale i już go otworzyć, gdyż podobnie jak dowódca „Vanguarda” najważniejszą wiadomość już otrzymałem. A brzmi ona: ludzkość umiera. Spowodowane przez nią rozregulowanie ekosfery Ziemi, wyniszczenie bioróżnorodności – będącej podstawą stabilności całego życia – oraz eksploatacja wszystkich zasobów ponad wszelką rozsądną miarę, jest wyrokiem śmierci. Wyszliśmy poza point of no return, spaliliśmy mosty i nic już nie można zrobić. Powtarzające się od dekad ostrzeżenia i przestrogi tysięcy badaczy pozostają bez odzewu. Mało tego, są oni posądzani o spiskowanie, zarzuca się im nihilizm, a co najmniej niepewność wyników ich badań. Jakże wielu całkiem rozsądnych ludzi mówi: „Nie mamy pewności, jesteśmy laikami, nie można tego wszystkiego brać na wiarę”. Rozumiem ich, najważniejsza wiadomość w historii ludzkości nie jest łatwa do strawienia.

Teraz jest już jednak za późno, nie możemy nawet napisać testamentu, w którym byśmy wyrazili swoją wolę wobec przyszłych pokoleń, gdyż ich po prostu nie będzie. Możemy tylko napisać list ostateczny, w którym opiszemy to, co zrobimy gdy wreszcie dotrze do nas wiadomość, że jest za późno. Obecnie jeszcze większość populacji Ziemi wypiera ową wiadomość, zaprzecza jej, tak jak pacjent terminalnie chory, który dowiedział się właśnie, że umrze. Niedługo pozostanie nam już tylko gniew i rozpacz, a potem ostateczna akceptacja końca.

O byciu sobą

Imperatyw współczesnego człowieka brzmi: „Bądź sobą!” Zawsze gdy jesteśmy do czegoś wzywani świadczy to o odczuwaniu przez nas jakiegoś braku, niedostatku, który dzięki podjęciu wezwania możemy zaspokoić. Bo co to znaczy: być sobą? To nie tylko pamiętanie tego kim jestem w sensie biograficznej narracji, suma pamięci osobistej. Nie, to za mało. Być sobą to mocne ontologiczne wezwanie, któremu możemy sprostać tylko wtedy, jeśli wcześniej podejmiemy wezwanie epistemologiczne i naprawdę samego siebie poznamy. Bo poznanie siebie to oddzielenie tego, kim jestem, od tego kim nie jestem. Poznając siebie akceptuję siebie i staję się sobą. A wtedy za byciem sobą idzie robienie – jestem sobą więc robię to, co chcę. I nie chodzi tu o egoistyczne spełnianie impulsywnych zachcianek, lecz o podążanie za swoją prawdziwą naturą. Nauczyciel buddyzmu zen, Shunryu Suzuki napisał: „Kiedy wyrażamy naszą prawdziwa naturę, jesteśmy istotami ludzkimi. Jeśli tego nie robimy, nie wiemy czym jesteśmy”. Mamy zatem taki trójkrok: poznaj siebie, bądź sobą, rób swoje. Jeśli bowiem przez robienie nie wyrażamy tego, czym naprawdę jesteśmy, to rzeczywiście nie wiemy czym jesteśmy. Nasze czyny, uczucia i myśli rozmijają się między sobą i popadają w groteskowy chaos jak gromada naćpanych zajęcy. Tylko gdy jestem sobą moje myśli, pragnienia i działania stanowią jako tako spójną całość. Wtedy jestem, jak pisał Platon, sam dla siebie przyjacielem, bo gospodarstwo wewnętrzne sobie urządziłem jak należy i jestem jednością, a nie zbiorem przypadkowych składników. Bycie sobą jest najtrudniejszą robotą dla człowieka, nic dziwnego zatem, że w naszych czasach tak głośno rozlega się wezwanie do osiągnięcia tego stanu. Wydaje się on być uniwersalnym panaceum na zagubienie współczesnych ludzi, którzy nie mogą już odnaleźć siebie w byciu członkami jakiejś większej całości, a tylko jako niezależne indywidua.

Niestety, jeśli coś jest propagowane jako wezwanie dla każdego, ulega nieuchronnemu rozcieńczeniu i przeistacza się w swoje przeciwieństwo. Efektem tego rozcieńczenia jest rozumienie bycia sobą jako budowanie swojej marki osobistej. Najlepszym tego przykładem jest Donald Trump, dla którego zostanie prezydentem USA było tylko ostatecznym potwierdzeniem skuteczności jego marki, która ostatecznie sprowadza się wyłącznie do jego zasobów finansowych. Ci o mniejszych zasobach finansowych mogą sobie zrobić selfie w atrakcyjnym otoczeniu, by swoją markę podbudować. Zamiast być sobą człowiek współczesny chce stać się osobowością merkantylną, o której pisał Erich Fromm, czyli niczym innym, jak tylko obdarzonym szczątkową świadomością towarem. To największy błąd i klęska człowieka współczesnego, gdy bierze on uznanie w oczach innych, będące wszak niczym innym jak tylko powszechną zazdrością, za potwierdzenie tego, że jest sobą. To, co ogół uznaje za sukces jednostki, jest zwykle porażką samego indywiduum.

O pamięci i spełnieniu

Mamy dwa rodzaje pamięci. Pierwszy to pamięć semantyczna, dzięki której pamiętamy, że bitwa pod Grunwaldem została stoczona w 1410 roku. To o nią szczególnie dba szkoła. Drugi to pamięć epizodyczna, którą przywołujemy wtedy, gdy zapytamy kogoś: „Kiedy dowiedziałeś się, że bitwa pod Grunwaldem była w 1410 roku?” Prawie nikt tego nie pamięta. Pamięć semantyczna przypomina rejestr oderwanych faktów, które najczęściej nie mają nic wspólnego z naszym życiem. Pamięć epizodyczna jest jej przeciwieństwem – dzięki niej pamiętamy to co pierwsze: pierwszy znaleziony grzyb w lesie, pierwszy dzień w szkole albo pierwszy pocałunek. Czasem te dwa rodzaje pamięci wydają się pokrywać, jak wtedy, gdy przypominamy sobie atak na World Trade Center. Tu większość ludzi pamięta nie tylko datę, ale także to w jakich okolicznościach o tym zdarzeniu się dowiedzieli. Na przykład ja dokładnie pamiętam, że byłem wtedy na badaniach okulistycznych i mężczyzna w poczekalni powiedział, że zaatakowano Amerykę. Takie przypadki jednak nie są normą, znacznie częściej te dwa rodzaje pamięci funkcjonują odrębnie.

Społeczeństwo docenia naszą pamięć semantyczną, dzięki niej jesteśmy tymi, którzy coś wiedzą i mogą tą wiedzę przekazać innym. Ale to pamięć epizodyczna buduje nas samych, naszą biografię, to dzięki niej w swoich starszych latach powracamy do wyłaniających się z przeszłości istotnych momentów naszego życia. Elementy semantyczne stają się wówczas mniej ważne, dlatego zapewne tak wielu ludzi zapomina o tym, czego nauczyło się w młodszych latach, a co nie miało żadnego powiązania z jakimikolwiek wydarzeniami z ich życia. Pamięć epizodyczna nadaje naszemu życiu konsystencję i tylko ona może je uczynić życiem spełnionym. To, czego nauczyliśmy się od społeczeństwa ma w sumie wartość tylko dla niego, nie dla nas. Ważne epizody pamiętamy i to do nich się odwołujemy, podsumowując swoje życie u jego schyłku, sub specie mortis, jako spełnione lub też jako chybione.

O ucieczce od wolności

Po co mi wolność, jeśli jest policja? Ona zadba o moje bezpieczeństwo i usunie z mych ścieżek ludzi niegodziwych. Po co mi wolność, jeśli jest telewizja? Ona mi powie, co mam sądzić o świecie, nie pozwoli mi zbłądzić na manowce złych, niebezpiecznych myśli. Po co mi wolność, jeśli jest rząd? On wie, co dobre dla całego narodu, zatem i dla mnie, swą mądrością ode zła uchroni, bezpieczeństwo narodowe zapewni. Po co mi wolność, jeśli jest kościół? Dzięki niemu wiem jak bezpiecznie prowadzić życie moralne, które sprowadzi na mnie wieczną nagrodę, a w życiu doczesnym będę mógł dzięki niemu czuć się lepszy. Po co mi wolność, jeśli jest promocja w supermarkecie, dzięki której mogę zaoszczędzić sporo kasy? Będę mógł kupić sobie więcej rzeczy, bo rzeczy dobre są i poczucie bezpieczeństwa dają. Po co mi wolność, która nie da mi bezpieczeństwa, spokoju myśli i poczucia braku odpowiedzialności? Po co mi wolność jeśli nie nakarmi ona moich dzieci w tych trudnych czasach? Weźcie ją ode mnie, nie mówcie nawet, że jest możliwa, że mógłbym do niej dążyć. Bo po co mi ona? – pyta, i mruży oczy.

Tak mówią ci, głodni „dowartościowania i godności”, którzy jednak nie starają się o nie, a jedynie żywią roszczenia. Przecież im się należy, mówią. Są jednak rzeczy, które się „nie należą”, których nie można dostać, a jedynie można je wywalczyć. Jeśli wydaje nam się, że możemy dostać godność i wartość od kogoś, to mylimy się okrutnie, nie wiemy bowiem, że w zamian musimy mu coś oddać. Tym czymś najczęściej jest wolność. Jeśli ją oddamy, wtedy niestety godność i wartość podążają za nią, i nie pozostaje nam już nic, bo bez wolności nie ma niczego. Jednak kto zauważy, że stracił wszystko, gdy już będzie bezpiecznie, poza godnością i wartością?

O dwóch rodzajach baniek

Modnym obecnie tematem rozważań jest kwestia tzw. baniek informacyjnych. Termin wywodzi się pierwotnie z algorytmów cyrkulacji treści w internecie, ale ja odniosę go tu do sposobów funkcjonowania naszego umysłu. Bańki owe to swego rodzaju bąble mentalne, otaczające nasze umysły błoną, analogiczną do błony komórkowej, ale najczęściej minimalnie tylko przepuszczalną. Żyjemy wewnątrz nich i zapewniają nam one dosyć spójny obraz świata, będący podstawą do orientacji i działań w otaczającym świecie. Są także selektorem ludzi, z którymi chcemy rozmawiać. Według mnie należy jednak odróżnić bańki informacyjne od tych, które nazwiemy ideologicznymi. Bańka informacyjna sugeruje swoją nazwą, iż u jej genezy legła jakaś wiedza o rzeczywistości, zwykle metodycznie pozyskiwana wiedza naukowa, podczas gdy do zrodzenia się bańki ideologicznej nie potrzeba nic poza ograniczonym umysłem i niechęcią do pozyskiwania informacji, a żywi się ona postprawdą i fake newsami. W bańce informacyjnej żyje na przykład fizyk, który zajmuje się nauką i z niej czerpie wiedzę o świecie, która także wpływa na jego postępowanie i decyzje poza sferą samej nauki. Przykładem bańki ideologicznej jest natomiast bańka zwolennika koncepcji płaskiej Ziemi, wyrastająca z jego (religijnych?) przekonań i konstruowana z treści zaczerpniętych z filmów na YouTube oraz forów internetowych. Ponadto bańka ideologiczna jest bardziej kusząca, bo serwuje nam spójniejszą wizję rzeczywistości niż informacyjna, która jest potencjalnie otwarta na wiedzę mogącą zmienić jej strukturę. I wreszcie – w bańkach ideologicznych żyje znakomita większość ludzi, bańki informacyjne są rzadkie.

W dyskusjach na temat baniek powtarza się jak mantrę to, że nie wolno się w nich zamykać, gdyż prowadzi to do mentalnego uwiądu i degeneracji kontaktu z rzeczywistością. To jak najbardziej słuszny postulat. Ale, jak zauważyłem, bańka bańce nierówna. Wspomniany fizyk może zyskać dużo otwierając się na emanacje płynące z baniek jego kolegów albo z baniek wywodzących się innych dziedzin wiedzy, również tej humanistycznej, jak filozofia. Natomiast dyskusja z płaskoziemcem będzie dla niego nużąca i bezproduktywna – dla płaskoziemca zresztą podobnie. Bańki informacyjne i bańki ideologiczne mają swe źródło w odmiennych rodzajach dyskursów o rzeczywistości i są fundamentalnie niekompatybilne. Richard Dawkins od lat namiętnie dyskutuje z osobami reprezentującymi rozmaite ideologie religijne i nic z tego nie wynika, poza zaspokojeniem samczej chęci rywalizacji oby stron.

Można podać mniej skrajny przykład relacji pomiędzy bańkami. Socjolog badający rzeczywistość społeczną zyskuje pewną porcję wiedzy na temat społeczeństwa. Bada opinie ludzi, czyli ich indywidualne bańki ideologiczne, a następnie tworzy z tego szerszy obraz rzeczywistości społecznej, będący surowcem jego bańki informacyjnej. Polityk natomiast idzie w kierunku odwrotnym – wychodząc od zawartości swojej bańki ideologicznej stara się tworzyć rzeczywistość społeczną tak, by odpowiadała ona jego wizji, poprzez propagandę pompując bańki ideologiczne członków społeczeństwa. Teoretycznie socjolog i polityk mogli by sporo skorzystać na wzajemnej wymianie pomiędzy swoimi bańkami, lecz, jak mawiał Spinoza, jest to i trudne i rzadkie. Szczególnie od polityka strony…

Jaka nasuwa się konkluzja? Budujmy własne bańki, ale raczej te informacyjne, a nie ideologiczne. Czyńmy to namiętnie poszukując wiedzy o świecie, głównie przez rozmowy z mądrymi ludźmi, ale też poprzez czytanie książek, a nie tylko acherontowych otchłani internetu. A przede wszystkim utrzymujmy nieustannie samoświadomość tego, że każdy żyje we własnej bańce. Jeśli ona ciekawą jest, stuknijmy się naszymi bańkami, a jeśli nie – to nie.

O chwilach

Nasze życie składa się z chwil. Płyną one wolniej lub szybciej, jednak nieuchronnie przemijają. Ich podstawową cechą jest nietrwałość, znikomość, kruchość i nieuchwytność. A mimo to tworzą one tkankę, z której zbudowane jest nasze życie. Niektóre z nich są szczególnie znaczące, nasycone treścią, przepełniające rozkoszą i poczuciem istnienia. Doświadczając nich pragniemy zakrzyknąć jak Goethe:„Trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną”. Jednak nawet największe pragnienie człowieka nie zatrzyma najmniejszej chwili jego życia.

Jeśli nie możemy zatrzymać żadnej chwili, pozostaje nam je opłakiwać. Tak czyni android Roy Batty, grany przez Rutgera Hauera w filmie „Blade Runner”: „Wszystkie te chwile zostaną utracone w czasie, jak łzy w deszczu”. Wyraża w tych słowach aż nazbyt ludzkie doznanie absolutnej nietrwałości i przemijalności każdej chwili, niknącej w strumieniu czasu jak kropla w potoku. Możemy wszakże obrać inne podejście. Wincencjusz, kapłan boga Sabazjosa, cytowany w książce Stuarta Waltona „Odlot. Kulturowa historia odurzenia” sugeruje taką alternatywną możliwość: „Jedz, pij, przyjemnie spędzaj czas i zawitaj do mnie. Dopóty, dopóki żyjesz, ciesz się chwilą: zabierzesz ją z sobą!”. Wedle Wincencjusza możemy chwilę pochwycić, utrzymać, zabrać ze sobą do innej chwili, a być może nawet jeszcze dalej, jak każe mu wierzyć jego kapłańska nadzieja.

Czy to jest możliwe? Czy mogę zabrać ze sobą chwilę? Niekoniecznie tę spędzoną na jedzeniu lub piciu, może całkiem inną, oddaną doświadczaniu czegoś szczególnego, taką, która zaważyła nad całym moim życiem, odcisnęła swoją pieczęć, do której wzoru powracam nieustannie? Przecież chwile, które wspominamy podobne są do mydlanych bąbelków, tęczowo migoczących w powietrzu, ale pękających, gdy tylko pragniemy je dotknąć. Pomimo to uważam, że możemy zabrać jakąś chwilę ze sobą, chociaż nie całkiem w taki sposób, jak to sobie wyobrażamy. Każdy ma bowiem taką chwilę, jedną, zapamiętaną z całego życia, która już dawno temu przeminęła i jej tekstura jest niczym najbardziej kruchy płatek śniegu, ale mimo tego powraca i nadaje znaczenie całemu tokowi naszego życia, odwracając jednak jego pragnienia, co doskonale pokazał Orson Welless w filmie „Obywatel Kane”. Obejrzałem ten film ponad czterdzieści lat temu i zafascynowało mnie wtedy słowo „Różyczka”. Niedawno zobaczyłem go ponownie i teraz już wiem, na czym polega to, że jedna zabrana chwila może odwrócić pragnienia czyjegoś życia.