O jednej religii

Niedawno w czasie jednego z mych publicznych wykładów pewien młody człowiek zapytał mnie czy możliwe jest, by na świecie zapanowała tylko jedna religia. Religie, przynajmniej te zwane uniwersalistycznymi, mają owo marzenie w swoim programie. Katolicyzm to religia „powszechna”, jak głosi nazwa, islam z kolei pragnie by umma, czyli społeczność muzułmańska, ogarnęła całą Ziemię. Komunizm, owa aż nazbyt doczesna religia marzycieli materialistycznych, marzył o czasach „gdy związek nasz bratni ogranie ludzki ród”. Przeprowadźmy zatem eksperyment myślowy i załóżmy, że jedna religia, jeden system doktrynalny opanował całą ludzkość. Czy możemy znaleźć jakąś metaforę, która by oddawała ową nieprawdopodobną sytuację? Czy może cała Ziemia zamieniłaby się wtedy w raj? A może wprost przeciwnie – w Koreę Północną? Ja preferuję inną metaforę. W świecie, w którym istniałby tylko jeden kolor, nie byłoby żadnego koloru. Świat z jedną religią byłby zatem światem bez religii. Imagine…

O roślinnej miłości

Angielski poeta metafizyczny Andrew Marvell w swym wierszu „To his Coy Mistress” – co można przełożyć jako „Do nieskorej bogdanki” – pisze: „Ma roślinna miłość we mnie by wzrastała, rozleglej niż imperia i powolniej od nich”. To najpiękniejsze ze wszystkich znanych mi wyznań miłosnych, porównujące miłość do powolnego, organicznego, roślinnego wzrostu. Rośliny mają bowiem to, czego zwierzęta, a w szczególności ludzie, nie posiadają niestety w nadmiarze – cierpliwość. Rośliny wzrastają przez długie lata i przerastają wszelkie ograniczenia. Według alchemików cierpliwość jest podstawową cnotą kogoś, kto podejmuje się dzieła stwarzania duszy. A przecież miłość to przede wszystkim dzieło polegające na stwarzaniu duszy, które nigdy nie jest jedynie egoicznym doświadczaniem siebie, lecz jest doświadczeniem bycia sobą w relacji z drugą osobą. Dzieło to rozpoczyna się od zstąpienia w ciemne obszary życia, albowiem miłość to nie zauroczenie, ekstatyczne, szalone i zawsze radosne aż do zaślepienia. Miłość rodzi się dopiero wtedy, gdy zauroczenie już dawno przeminie. Zanurzamy się wówczas w bagienne głębie depresji, by uzyskać korzenie dla swego bytu. Potem wzrastamy powoli, wyłaniając się z nieśmiałego zarodka. Budujemy na ciemnej glebie pamięci, tworząc substancję wspólnego istnienia. Cierpliwie rośniemy, tworząc tkankę związku. I w końcu rozrastamy się szeroko jak imperium, jak grzybnia, rozpościerająca się tuż pod powierzchnią leśnego poszycia, sięgając daleko i niespodziewanie. I to jest miłość – roślinne, powolne wzrastanie, bycie na co dzień i nieskończenie cierpliwe przerastanie wszelkich konfliktów. I tak aż do śmierci.

 

O współczesnej prozopagnozji

Prozopagnozja to zaburzenie neurologiczne polegające na upośledzeniu zdolności rozpoznawania twarzy znajomych lub widzianych już osób. Współcześnie cierpimy wszyscy na jej ciekawą odmianę, spowodowaną nie przez dysfunkcję naszych mózgów, lecz przez strukturę społeczeństw, w których żyjemy. Przechodząc co dzień przez duże miasto i spotykając po drodze setki, a nawet tysiące ludzi, nie zdajemy sobie sprawy z pewnego bardzo oczywistego faktu. Nie znamy tych wszystkich ludzi, widzimy ich po raz pierwszy i prawie na pewno po raz ostatni w życiu. Nie rozpoznajemy ich twarzy, są dla nas obcy. Według antropologa Robina Dunbara możemy utrzymywać satysfakcjonujące społeczne kontakty tylko z ograniczoną liczą ludzi, która wedle jego badań wynosi około 150 osób. Jest to naturalna wielkość zżytej i współpracującej ze sobą, a zatem znającej się dobrze grupy ludzi. Grupa powyżej tej liczby rozpada się na podgrupy, które mogą ze sobą rywalizować, walczyć lub w najlepszym wypadku separować się od siebie. Tymczasem od czasu neolitu, wraz z rozwojem rolnictwa i powstaniem pierwszych osad miejskich, żyjemy w coraz większych grupach, wystawiając tkankę naszych kontaktów społecznych na postępujący proces destrukcji. Obecnie, gdy już więcej niż połowa ludzkości żyje w miastach, cierpimy właśnie na to, co nazywam współczesną prozopagnozją. Prawie wszyscy ludzie w miastach są dla nas obcy, a zatem są kimś, kto nam zagraża. Czy możemy się zatem dziwić narastaniu rozmaitych wrogich zachowań w społeczeństwie, „znieczulicy”, szukaniu wroga i bezlitosnym walkom politycznym? Nie, to po prostu efekt tego, że nie znamy i nie możemy utrzymywać normalnych kontaktów z większością ludzi, z którymi się stykamy na co dzień. Człowiek, którego twarzy nie rozpoznajemy, jest dla nas tylko abstrakcyjną jednostką, przedmiotem naszych najgorszych projekcji.

O sądzeniu prostytutki

Spośród wszystkich istot żywych na Ziemi tylko człowiek boi się swej nieuchronnej śmierci, antycypując ją przez całe świadome życie. Nic dziwnego zatem, że wytworzył swego rodzaju bufory, które ów lęk obniżają, a czasem wręcz niwelują. To przede wszystkim różnego rodzaju światopoglądy religijne, proponujące atrakcyjne wizje egzystencji po śmierci. Każdy ich wyznawca zrobi wiele, jeśli nie wszystko, by uchronić te  kruche mentalne struktury w swoim umyśle przed grożącymi im destrukcją wpływami. Niestety dzieje się to często kosztem innych ludzi. Oto przykład. W latach osiemdziesiątych XX wieku przeprowadzano ciekawy eksperyment. 22 sędziów (15 mężczyzn i 7 kobiet) w Arizonie poproszono o przejrzenie akt i wydanie wyroku, w postaci kary pieniężnej, w sprawie kobiety przyłapanej na prostytucji. Jak to bywa w eksperymentach naukowych, podzielono ich na grupę eksperymentalną i kontrolną. Sędziów z grupy eksperymentalnej poproszono najpierw o odpowiedź na dwa pytania; „Co się z tobą stanie po śmierci?” i „Jakie myśli budzi w tobie myśl o własnej śmierci?”. Sędziowie w grupie kontrolnej oczywiście nie byli trapieni takimi pytaniami. Efekt? Sędziowie z grupy eksperymentalnej zasądzali średnio 455 dolarów grzywny, ci z grupy kontrolnej tylko 55. Jak widzimy lęk egzystencjalny wzbudzony w sędziach z grupy eksperymentalnej przełożył się na surowsza karę – dokładnie 8 razy surowszą. Jak możemy to wytłumaczyć? Czyżby te pytania zmusiły sędziów do podjęcia rudymentarnej refleksji nad swoim życiem i przez to postawiły pod znakiem zapytania ich światopogląd religijny? Można tak podejrzewać, bowiem refleksja polega przecież na zakwestionowaniu – choćby na próbę, na chwilę – jakiegoś przekonania. Niestety, dla osoby wierzącej nie większego wroga niż zwątpienie i woli ona ciężarem powstającego wtedy w niej przerażenia obarczyć kogoś innego. Jakże bowiem łatwe staje się życie, gdy to inni noszą brzemiona nasze.

O małym umyśle

Ostatnio trwa w Polsce trwa istny festiwal małych umysłów. Czym się charakteryzuje mały umysł? Nie jest on zbyt skomplikowany, albowiem nie zawiera w sobie żadnych myśli zasługujących na to miano, a jedynie dwa odruchy. Pierwszy to zakazywanie, drugi to nakazywanie. Na tym polega funkcjonowanie małego umysłu i w tym się on spełnia – ma zawsze coś do innych. Zakaz jawi mu się jako uniwersalne lekarstwo, panaceum na wszelkie bolączki tego świata. Mały umysł uważa, że dzięki zakazowi to, co uważa za zło zniknie z oblicza ziemi i to, co uważa za dobro rozprzestrzeni się jak barszcz Sosnowskiego. Mały umysł lubi proste rozwiązania – a czy może być coś prostszego, niż zakazać tego, czego ów umysł nie lubi? A jak już mały umysł czegoś zakaże, budzi się w nim jeszcze gorsze pragnienie – pragnienie nakazywania. Dzięki nakazom mały umysł pragnie osiągnąć to, co dla niego najbardziej pożądane, czyli zglajchszaltowanie wszystkich innych umysłów. Mały umysł marzy sobie, że gdy osiągnie swój cel wtedy wszyscy będą tacy jak on, będą zerami, a wtedy mały umysł poczuje się swojsko, u siebie, w płaskim, nudnym i szarym świecie naznaczonym kretyństwem jednoznaczności.

O wspinaniu się

Na początku książki „Kwestia bogów” osiemdziesięcioletni Joseph Campbell, słynny amerykański znawca mitów i religii, z gorzką ironią opisuje oznaki starzenia się: „Po pierwsze, człowiek wbija zęby w soczysty stek i już tam zostają; po drugie, ta drobna, krucha staruszka, którą przeprowadzasz przez ulicę, to twoja żona; po trzecie, dysk robi skoki w bok częściej niż ty sam”. To jednak tylko wstępne żarty, które prowadzą do najbardziej zabójczej oznaki starości: „człowiek znalazł się na szczycie drabiny i stwierdza, że jest ona oparta o niewłaściwą ścianę”. Czy rzeczywiście musimy się wspinać się po tej iluzorycznej drabinie? Czy musimy naprawdę pojmować nasze życie wedle tej linearnej, tak prymitywnej metafory? To, że wspinanie się jest naszym przeznaczeniem jest największym kłamstwem naszej kultury, która każe nam, jak cierpiącym na nadpobudliwość dzieciom, nieustannie dążyć ku górze. A tam, na końcu drabiny, podobno czeka sukces – „sprzedajna bogini”, jak mawiał ponad sto lat temu amerykański filozof William James. Być może w jego czasach sukces oznaczał jeszcze jakieś realne osiągnięcie. Dzisiaj sukcesem jest to, że w wyścigu ku górze depcze się tych, którzy są niżej na drabinie. W tym obłędzie od dziesiątków lat wzrastają młodzi ludzie, uznając wspinanie się za esencję życia. Dążą do szczytu drabiny nie poświęcając ani chwili na refleksję nad sensem owej wspinaczki. A przecież każdy dobrze wie, jaki koniec ma nasze życie. Nie ma tam żadnej ściany, ani dobrej ani złej. Nie ma żadnego wspinania się, żadnego biegu donikąd – jest tylko doświadczenie obecnej chwili.

O miłości

W pewnej książce kiedyś wyczytałem – nie wiem czy to prawda, bo na koniach się nie znam – że konie na pastwisku instynktownie stają tak, że ogon jednego znajduje się w pobliżu łba drugiego. W ten sposób opędzają się od much. W nocy opierają głowę na kłębie towarzysza. Właśnie tak powinno wyglądać spokojne odwzajemnianie uczuć. Tak kochają konie, posłuszne swoim instynktom, które człowiek zatracił. Według Junga esencją nerwicy jest właśnie utrata instynktów, najboleśniej widoczna w powszechnej niemożności kochania. Miłość to wykraczanie poza swój osobisty interes, poza swoje ego. Każdy związek to szansa na urzeczywistnienie tego przekroczenia. Zwykle ją jednak marnujemy, troszcząc się bardziej o siebie, niż o wspólnotę z partnerem. Niby jesteśmy świadomi tego, że nic poza miłością się nie liczy, ale kochanie nam koślawo wychodzi. Bo kochanie osadzone jest w glebie naszych instynktów, aktem woli nic tu nie wskóramy. Nic dziwnego, że tak niewielu ludzi czerpie radość z przebywania na zalanej słońcem łące tego życia…

O tym, że jest nas za dużo

Dawno, bardzo dawno temu, bo ponad 10.000 lat temu, w pięknych czasach poprzedzających rewolucję neolityczną, liczba ludzi na Ziemi sięgała zaledwie paru milionów. Wraz z osiedleniem się i rozwojem rolnictwa liczba ta zaczęła powoli rosnąć. W początkach naszej ery było nas skromne 200 milionów. Od początku XIX wieku rozpoczął się gwałtowny, wykładniczy wzrost populacji. Dziś na Ziemi żyje już prawie 7,5 miliarda ludzi. Co godzinę populacja przyrasta o kolejne 9 tysięcy, czyli w ciągu jednego dnia – o 220 tysięcy. W ciągu roku przybywa 80 milionów ludzi. Dużo nas i nic nie wskazuje, by w najbliższej przyszłości miało nas być mniej. Według prognoz do końca XXI wieku populacja ludzi osiągnie 11 miliardów. I cóż owe miliardy ludzi robią codziennie? Jedzą. Niestety coraz częściej jedzą mięso innych istot żywych. Co rok zabijanych jest 70 miliardów zwierząt hodowlanych w celach konsumpcyjnych. Oznacza to, że co sekundę na Ziemi zabija się ponad 2000 zwierząt! Jeśli przeczytanie tego tekstu zabrało ci 30 sekund, tak jak mnie, to w tym czasie zabito 60 tysięcy zwierząt hodowlanych. Jeśli ktoś lubi takie liczby, tu ma ich o wiele więcej, i to w czasie rzeczywistym: http://www.worldometers.info/pl/

O pewnych dyskusjach

Jest temat, który ostatnio w moich dyskusjach na Facebooku wzbudził ciekawe reakcje. Gdy tylko zamieszczam coś związanego z koncepcją antropogenicznego pochodzenia globalnego ocieplenia, zawsze parę osób reaguje odruchową repulsją. Wielu moich inteligentnych, acz najczęściej nieobeznanych z myśleniem naukowym znajomych, gorąco zaprzecza tej tezie. Po chwili rozmowy zwykle okazywało się, że mój dyskutant nic na ten temat nie wie i odczuwa tylko naturalną niechęć do rzeczonej idei. Zamiast argumentów w dyskusji dostaję tylko parę wyświechtanych cliché, krążących po necie bzdur, które już czytałem dziesiątki razy. Jakie mogą być tego powody? Czy to tylko zwykłe lenistwo umysłowe, niechęć do szerszych lektur dotyczących tego tematu i niemożność zrozumienia skomplikowanych argumentów naukowych? Czy może niemożliwość wyobrażenia sobie, iż ludzie mogą mieć wpływ na całą planetę, która przybiera nieraz formę quasireligijnej wiary  w moc naturalnych cykli planetarnych sterowanych cyklami słonecznymi? Czy też swoiście pojęty nonkonformizm, przejawiający się jako stawianie oporu naukowemu mainstreamowi, podejrzanie zgodnemu w tej kwestii (biolodzy zgadzają się w kwestii ewolucji, jakoś to nikomu oprócz kreacjonistów nie przeszkadza)? A może chodzi tu o lęk, podstawowy lęk przed uświadomieniem sobie, że gdyby antropogeniczne zmiany klimatu rzeczywiście miały miejsce, to oznaczałoby, że jest naprawdę źle i to my, ludzie, ponosimy za to winę? Zapewne w każdym indywidualnym przypadku wchodzi w grę jakaś kombinacja tych przyczyn. Jedno jest dla mnie pewne – kwestia globalnego ocieplenia uległa ideologizacji ( a przez polityków uległa komercjalizacji), ludzie już nie myślą, tylko przerzucają się stereotypami. Warto jednak pamiętać, że w dalszym ciągu jest to kwestia naukowa, która poddaje się racjonalnej argumentacji i badaniom.

O zdrowiu psychicznym

Podobno Freud zapytany o to, na czym polega zdrowie psychiczne miał odpowiedzieć, że jest to zdolność do miłości i pracy. Czy chodziło mu o banalną zdolność do zawiązania i przetrwania w stadle małżeńskim i do pracy osiem godzin na dobę w znienawidzonym biurze? Bez wątpienia za tymi słowami kryje się coś więcej. Zdolność do miłości to umiejętność nawiązywania związku i zmieniania się wraz z nim. To nader trudna umiejętność ewoluowania we dwoje. Zdolność do pracy zinterpretuję jako umiejętność do przebywania i pozostawania w samotności, która jest koniecznym warunkiem twórczości. Tylko w samotności jestem sobą i tylko wtedy mogę czerpać ze swej niezmiennej natury. Freudowi chodziło zatem o dwa bieguny twórczego i szczęśliwego życia człowieka. W związku tworzymy rzeczywistość naszego życia uczuciowego. W samotności tworzymy dzieła, które wpiszą się w tkankę kultury. Obydwa aspekty są ważne, jak wdech i wydech, i tylko razem tworzą pełnego człowieka, zdolnego zarówno do głębokiej relacji, jak i do równie głębokiej samotności, w której zanurza się po to, by dać światu coś nowego. W tej perspektywie autentyczna samotność jest równie nieodzownym warunkiem naszego człowieczeństwa, jak zdolność do tworzenia związków z innymi. Bowiem tylko zagłębiając się w sobie możemy przeciwstawić się zdepersonalizowanej masie i uratować to, co w człowieku najcenniejsze – indywidualność. I tylko będąc indywidualnościami możemy stworzyć prawdziwy związek, nie oparty na zbiorowych schematach. Miłość i samotność to dwa bieguny naszej pełni.