Archiwum kategorii: Bez kategorii

O śmierci

„Wszystko w ludzkim życiu jest bez korzeni, przypomina kwiat na gałęzi drzewa” – takie słowa mistrza zen umieścił japoński filozof Nishida Kitaro w eseju napisanym po śmierci swej najstarszej córki, Yayoi. W śmierci życie i filozofia splatają się najpłodniej, bo jest ona jedynym źródłem filozofii, w którym dotykamy tego, co w życiu najcenniejsze i co stanowi jego istotę – absolutnego braku zakorzenienia, kruchości i przejściowości wszystkiego. Każde dobre życie winno być jak książka, czyli mieć swój koniec. Także każdy tekst o śmierci powinien być taki, jak nasze życie – krótki.

O świadomości jako psychozie

W 1914 roku Jung napisał: „Bliższe zbadanie przypadku Schrebera albo innych podobnych przypadków wykaże, że pacjentów tego typu pochłania pragnienie stworzenia nowego systemu świata albo tego, co określamy mianem Weltanschauung, częstokroć najdziwaczniejszego rodzaju. Celem ich jest, rzecz jasna, stworzenie systemu, który dałby im możność zasymilowania nieznanych zjawisk psychicznych, a tym samym pozwolił im przystosować się do świata. Z początku przystosowanie to ma charakter subiektywny, jest to jednak konieczny etap przejściowy na drodze do przystosowania osobowości do świata w ogóle”. Pragnienie stworzenia systemu mitologicznego, światopoglądu religijnego czy filozoficznego, mającego ujmować całość rzeczywistości charakteryzuje wszakże ludzi jako takich, nie tylko osoby chore psychicznie, takie jak Schreber. Tworzenie takiego systemu jest sposobem na opanowywanie psychicznego chaosu, będącego skutkiem wyłonienia się świadomości jako niezależnego bytu, odciętego od nieświadomości. Mam na myśli ową szczególną postaci świadomości, tą którą znamy najlepiej, świadomość „ja” zamkniętą w skorupie ciała, która jest uznawana z jedyną „normalną” postać świadomości. To ona odpowiada za dzieje ludzkich religii i filozofii, to ona jest źródłem panteonów koncepcji i złudzeń mających tylko jeden cel – wyzwolić nas od samych siebie. Kontakt z nieświadomością, czyli przede wszystkim z energiami ciała manifestującymi się w symbolach, świadomość ta odbiera jako psychozę. A tymczasem mym zdaniem jest odwrotnie, to naszą zaskorupioną w egoizmie świadomość można by określić mianem psychotycznej. Wyrazem tej psychozy są wszelkiego rodzaju poglądy, które ludzkość wytworzyła w czasie swego istnienia, wszystkie rozmaitego rodzaju „izmy”, filozoficzne, religijne czy też polityczne, obficie pleniące się w ludzkim świecie i przysparzające milionom ludzi ogromnych cierpień. A to wszystko tylko z jednego powodu – bo nasza prostacka, pojęciowa ego-świadomość chce dopasować świat do siebie, zamiast sama dostosować się do świata. Tak, chęć regulowania świata za pomocą pojęć zorganizowanych w systemy światopoglądowe jest psychozą.

O sumieniu

Sumienie jest nieraz potocznie pojmowane jako swego rodzaju opoka, nieustępliwa instancja naszych sądów moralnych. Człowiek sumienia jest postrzegany jako trwający pewnie przy swych osądach i posiadający odpowiedzi na wszystkie pytania. Jednak sprawa nie ma się tak prosto. Zbadajmy źródła językowe, z których pochodzi słowo sumienie. Wiele języków zaczerpnęło je z łaciny, gdzie sumienie to „con-scientia”, czyli jakaś współ-wiedza. Zatem mamy tu do czynienia z pewnym rozdwojeniem, niepokojącym rozszczepieniem w podmiocie, w którym istnieje coś, co wie o jego postępkach. Jeszcze ciekawsze i pokazujące dokładnie istotę sumienia jest źródło tego słowa w językach słowiańskich. Jak podaje Aleksander Brückner w starocerkiewnosłowiańskim „samineti” oznacza „wątpić”, „obawiać się”. Czyli człowiekiem obdarzonym sumieniem nie jest ten, który z absolutną pewnością feruje osądy moralne, których prawdziwość gwarantuje mu zresztą zwykle jakaś instytucja typu kościół lub partia. Nie, posiadać sumienie to znaczy wahać się, zastanawiać, wątpić. Mam sumienie nie wtedy, gdy staram się wcisnąć każdy uczynek w prokrustowe łoże kodeksu moralnego, ale wtedy, gdy rozważam każdy przypadek indywidualnie i wiem, że mogę się mylić w jego ocenie. Posiadać sumienie to znaczy nie osądzać pochopnie, wedle zapożyczonych z zewnątrz kryteriów moralnych, ale stawiać sobie nieustannie pytanie: „Czy mogę się mylić?”

O antropocenie

Wreszcie naszemu gatunkowi, od czasów biblijnych słynącemu ze swej skłonności do nazywania i szufladkowania wszystkiego, udało się nazwać swym mianem całą epokę geologiczną. W 2016 roku, po trwających kilkanaście lat dyskusjach, geolodzy ostatecznie zadekretowali, że żyjemy w antropocenie. Są jeszcze spory co do początku tej epoki – czy był to wiek XVII czy też może rok 1964 (data miła memu sercu, bo znaczyłyby to że narodziłem się wraz z antropocenem), ale wszystko wskazuje na to, że żyjemy nie tylko w nowym wieku, ale i w nowej epoce. Czym sobie ludzkość zasłużyła, iż jej mianem ową nową epokę nazwano? Czy chodzi o jakieś wspaniałe osiągnięcia, o których wszyscy będą pamiętać przez tysiące lat, chwaląc obecne pokolenia? Niestety nie. Najważniejsze wyznaczniki nowej epoki to: gwałtowna urbanizacja (ponad połowa ludzkości żyje obecnie w miastach), rabunkowe wydobycie paliw kopalnych, powodujących zanieczyszczenie środowiska i globalne ocieplenie, obecność tworzyw sztucznych w biosferze (np. Wielka Pacyficzna Plama Śmieci o masie 100 mln ton i powierzchni 15 mln km kwadratowych) i izotopów radioaktywnych w osadach (eksplozje jądrowe w atmosferze), szóste wielkie wymiernie gatunków (spowodowane po części przez globalną propagację gatunków umożliwioną przez globalną komunikację i handel). Homo sapiens ma swoją epokę dzięki temu, że udało mu się na tyle znacząco naruszyć stan ziemskiej biosfery, iż efekty obecnej działalności człowieka będą możliwe do wykrycia w badaniach geologicznych za setki tysięcy lat – o ile oczywiście ludzkość przetrwa antropocen. Ludzie bowiem to taki dziwny gatunek, który pomyślał sobie, iż uwolnił się od ograniczeń ziemskiego systemu biologicznego, ale niestety się pomylił. Efektem tej pomyłki może być zniknięcie owej „korony stworzenia”. Może to i dobrze, bo ludzkość zachłyśnięta tym, że jesteśmy gatunkiem dysponującym świadomością, zdobyła się jedynie na wytworzenie „dobrego pijaru” zwanego kulturą. Natomiast jej rzeczywiste zachowania zasługują raczej na miano szaleństwa. Ludzkość w wymiarze globalnym jest czynnikiem destruktywnym. Nie zdziwiłbym się zatem gdyby antropocen był epoką kończącą karierę naszego gatunku.

O dyskusji z dogmatykiem

W czasie dyskusji każda ze stron pragnie zwyciężyć. Rzadko zdarza się, by dwie strony dochodziły do wspólnego ujęcia jakieś kwestii na drodze wzajemnego podążania ku niej. Najczęściej stosuje się rozmaite chwyty erystyczne i podchwytliwe zabiegi, by dowieść swego. Jest też moment w dyskusji, który ją kończy definitywnie. Podam przykład. Kiedyś dyskutowałem z osobą bardzo dobrze wykształconą, posiadającą doktorat z filozofii i będącą katolikiem. Osoby takie w czasie dyskusji produkują ciągi dosyć spójnych słów, argumentują w sposób, który wskazuje na to, że w ich głowach odbywają się pewne przebiegi myślowe. Niestety, potrafią też nagle, w samym środku dyskusji, łupnąć po głowie dyskutanta frazą pojawiającą się, jak to mawiają Anglicy, „out of the blue”. Polski odpowiednik jest jeszcze bardziej adekwatny do tego, co lubią robić dogmatycy: grom z jasnego nieba. Dyskusja o której mówię, dotyczyła różnic pomiędzy mistyką chrześcijańską a neoplatońską. W pewnym momencie mój interlokutor, nie mogąc już inaczej ukazać przewagi mistyki chrześcijańskiej na neoplatońską, zdzielił mnie po łbie „argumentem”: „No ale przecież piekło istnieje!” Był to argument skuteczny, w tym sensie, że pozbawił mnie najmniejszej ochoty do dalszej rozmowy. Tak to właśnie bywa w takich dyskusjach, gdy racjonalny tok rozumowania jest nagle rozszczepiany przez dogmatyczną tezę. Jak to trafnie ujął Nietzsche w „Poza dobrem i złem”: „W każdej filozofii bywa punkt, w którym ‚przekonanie’ filozofa pojawia się na scenie, czyli mówiąc językiem dawnego misterium: ‚Adventavit asinus, pulcher et fortissimus’ (Pojawił się osioł, piękny i potężny)”. A z osłami nie ma dyskusji.

O erosie i woli mocy

Z psychologicznego punktu widzenia, szczególnie tego bliskiego myśli C.G. Junga, są możliwe dwie fundamentalne relacje człowieka z rzeczywistością. Pierwsza to ta, gdy jesteśmy w bliskim kontakcie z rzeczywistością, gdy jesteśmy z nią wręcz zjednoczeni. Wtedy się nią rozkoszujemy, obejmujemy ją w zachwycie. Wiemy, że jest nasza, a my jesteśmy jej, czujemy jej dotyk i odwzajemniamy go. Jest dla nas wtedy źródłem przyjemności i satysfakcji, erotycznej w swej istocie. Druga to ta, gdy rzeczywistości tylko pragniemy, albowiem pozostaje ona poza naszym zasięgiem, jest niedostępna i daleka. Wtedy narasta w nas wola mocy, pożądanie by ją posiadać. Budzi to w nas pragnienie zawładnięcia nią i podporządkowania sobie. W pierwszym przypadku wiemy jaka jest rzeczywistość, bo jest ona naszym bezpośrednim doświadczeniem, jest czymś co tworzy nasze życie. W drugim tylko wierzymy, że może ona spełnić nasze pragnienia i najgłębsze potrzeby, ale nie mamy do niej dostępu, gdyż jesteśmy odcięci od niej przez własny egoizm. Tak funkcjonują dwa podstawowe popędy człowieka – eros i wola mocy. Nie są one równorzędne, albowiem to eros jest popędem pierwotnym. Wola mocy to popęd wtórny, który rodzi się dopiero wtedy, gdy eros nie może spełnić swego zadania i objąć rzeczywistości.

O pisaniu

Po co pisać? Simone de Beauvoir napisała, że po to, by „wyrazić smak własnego życia”. Smak to bardzo intymny zmysł. Nikt nie pozna smaku owocu, którego sam nie spróbuje. Nikt nie wniknie w moją subiektywność tak, by posmakować bycia mną. A pomimo tego można pisać tak, by inni to odczuli. To cudowne, że słowa mają taką moc, że mogą oddawać do pewnego stopnia to, co dzieje się w mym wnętrzu, a tym samym pozwalają czytającym te słowa wyjść poza granice swojego świata psychicznego. Ja czytam też tego powodu – by choćby na chwilę porzucić własną, wąską perspektywę i spojrzeć na świat oczami innego człowieka. Choć nigdy tak naprawdę nie wniknę do jego wnętrza, to pomimo wszystko odczuwam prawdziwą radość, rodzącą się ze wspólnoty czarnych figurek na białym tle. Jak pisała Safona: „Słowa, którymi władam, powietrzem są tylko, a jednak cieszę nimi słuchających”.

O okrucieństwie

Zawsze mnie dziwi zdziwienie niektórych moich rozmówców, którzy nie wierzą, że zwykli ludzie, tacy jak miły sąsiad spotykany w sklepie albo porządny robotnik z budowy, mogliby popełniać najgorsze okrucieństwa w czasie wojen czy rewolucji. Przecież nie ma nic bardziej zwykłego jak to, że właśnie zwykli ludzie popełniają największe okrucieństwa. Zaświadcza o tym historia wojen i konfliktów. Możemy najwyżej zapytać dlaczego tak się dzieje i zapewne dla każdego okrutnego czynu możliwe by było podanie osobnego wytłumaczenia. Ja podam tu tylko jedno, ale za to odnoszące się do znakomitej większości zwykłych ludzi. Henry David Thoreau napisał kiedyś, że każdy zwykły człowiek prowadzi życie w cichej rozpaczy. Weźmy zatem przykład zwykłego człowieka, robotnika który spędza co dzień osiem godzin budując przybytek przyjemności i beztroski dla zwykłych ludzi, czyli aquapark opodal mego miejsca zamieszkania w Tychach. Osiem godzin pracuje, potem wraca do domu i wpada w zwykły cykl życia. Czasem pokocha się z żoną, czasem wyjdzie z dziećmi, jak trzeba odwiedzi rodzinę, w czasie wakacji wyremontuje mieszkanie, czasem pójdzie z kolegami na piwo, obejrzy tv, może zajrzy do internetu. A rano wstanie, by od szóstej ponownie budować aquapark. I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku. Dzieci dorastają i odchodzą, żona się starzeje, życie przemija. Nawet jeśli w jego świadomości nie pojawia się poczucie rozpaczy, to podskórnie jest ono obecne, narasta z wiekiem i z rozczarowaniami. Dla tego podskórnego poczucia ów robotnik znajduje ujście – to poglądy polityczne, w których kanalizuje swoją cichą rozpacz. Jego poglądy coraz bardziej się radykalizują, po dwóch piwach z kolegami mówi, że zabiłby tych, tych jakiś mniej lub bardziej enigmatycznych onych, wedle niego odpowiedzialnych za jego rozpacz. Sytuacja gospodarcza kraju się pogarsza, robotnik traci pracę, wybucha konflikt między państwami, albo jeszcze lepiej wojna domowa, bo ona najbardziej kręci zwykłego człowieka. Robotnik zostaje zmobilizowany, wkłada mundur i wchodzi do czołgu, wreszcie szczęśliwy, że może odetchnąć od odpowiedzialności za swoje życie i podporządkować się autorytetowi przywódcy. Następnie z cichą satysfakcją odpala pocisk niszczący to, co zbudował inny robotnik. W tym momencie odczuwa ulgę, jego negatywne uczucia znajdują zaspokojenie, rozpacz ustępuje. Patrzy na swoich kolegów robotników i konformistycznie robi to samo co oni – gwałci kobiety swoich wrogów i patroszy ich dzieci. Tak robią zwykli ludzie, niszczą źdźbło w oku bliźniego, nie zauważając belki w swoim. Nie ma nic bardziej zwykłego jak okrucieństwo czynione przez zwykłych ludzi.

O pesymizmie

Nie tak dawno jeden z mych wpisów na blogu, w którym pesymistycznie oceniałem możliwości przetrwania ludzkości w czasach globalnego ocieplenia został nazwany optymistycznym. Podstawą tej oceny było stwierdzenie, że niezależnie od tego, co stanie się z ludzkością przyroda odrodzi się nawet po największych spowodowanych przez ludzi katastrofach. Zadałem sobie wtedy sprawę, że jestem jednak, w pewnym sensie, optymistą. Bo na czym polega prawdziwy optymizm? Na przekonaniu, że nawet po atomowej zagładzie ludzkości spadnie deszcz. Będzie to czarny, radioaktywny deszcz, taki jaki spadł na Hiroszimę, ale jednak deszcz. Tak, w tym sensie jestem optymistą. Jestem przekonany, że odwieczne cykle planetarne będą trwały dopóty, dopóki Ziemia nie sczeźnie, spalona przez Słońce przemieniające się w czerwonego olbrzyma. Kosmos będzie trwał kolejne miliardy lat, aż w końcu zniknie w grawitacyjnym kolapsie, po którym być może się odrodzi w kolejnym Big Bangu (tak twierdzą naukowcy, a to nałogowi optymiści). Pesymistą można być tylko wtedy, gdy ma się na uwadze ludzkość, ten żałosny gatunek, pokarany darem świadomości, którą wykorzystał jednak tylko do wytworzenia dobrej autoreklamy zwanej kulturą. Służy mu ona doskonale jako narzędzie ku pocieszeniu strapionych swą efemeryczną egzystencją samoświadomych istot. Gorzej wszelako się sprawuje jako środek służący przetrwaniu, szczególnie w naszych czasach. Kulturowe wzory myślenia nieustannie prowadzą ludzi do walk w obrębie własnego gatunku, rabunkowej eksploatacji planety i wszelkich innych zachowań, które nie wróżą dobrze przetrwaniu naszego gatunku. Tak więc, jeśli chodzi o ludzi, jestem pesymistą.

O związkach z męskiego punktu widzenia

Czym się różni związek kobiety i mężczyzny od jazdy samochodem? Kolejnością. Ucząc się jeździć samochodem, najpierw wykonujemy wszelkie czynności świadomie. Samochód jest czymś nowym, nieznanym, nie wiemy jak funkcjonuje i zapoznajemy się z jego reakcjami. Gdy zautomatyzujemy wszelkie czynności niezbędne do prowadzenia samochodu, staną się one nieświadomym nawykiem i będziemy mogli w czasie jazdy robić różne inne rzeczy, na przykład prowadzić konwersację z pasażerem. Wtedy samochód staje się kolejnym obiektem, nad którym uzyskaliśmy kontrolę. W związku jest odwrotnie, tu zaczynamy od stanu nieświadomości zwanego zakochaniem. Partnerka wydaje się nam być właśnie tą osobą, której szukaliśmy, mamy poczucie, że znamy ją bardzo dobrze, a wszelkie jej reakcje są takie, jak sobie wymarzyliśmy. Jednak z czasem owe odczucia się zmieniają, nasza partnerka pokazuje swe nieznane strony, pojawia się rutyna i niesnaski. Dlatego wtedy trzeba przejść do drugiego etapu, od zakochania przejść do związku i pracować nad nim świadomie, bo nieświadomy związek to oksymoron. Praca nad związkiem to niełatwe zadanie. Po pierwsze trzeba rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ponadto nie zapominać o budowaniu przestrzeni wspólnych doświadczeń. A wreszcie dbać o siebie, we wszelkich tego słowa znaczeniach: o siebie samego, o partnerkę i o związek. Te trzy sposoby pracy nad związkiem mogą być szczególnie trudne dla mężczyzn, mają oni bowiem tendencję do postrzegania rzeczywistości jako zbioru odrębnych obiektów, nie powiązanych rozmową, doświadczeniami czy wzajemnym dbaniem o siebie, a w dodatku takich, które należy kontrolować. Zatem panowie, nie mylmy partnerki z samochodem i pamiętajmy przede wszystkim o wspomnianej na początku kolejności.