O paradoksie ateisty

Jak głosi znany dowcip ateistyczny, ateista to osoba, która nie wierzy w żadnego z tysięcy bogów, jakich znała ludzkość. Jednak ateista wierzy w co najmniej jedną rzecz, a mianowicie wierzy, że osoba wierząca wierzy w swojego boga/Boga (kolejność ewolucyjna). Dlaczego ja, gdybym był ateistą, miałbym wierzyć, że mój kolega Franek rzeczywiście wierzy? Bo mnie zapewnia, że taka jest zawartość mentalna jego umysłu, a ponadto chce czasem nawet nawracać mnie na to, w co wierzy? Może mnie ma przekonać to, że co dzień odwiedza hospicjum, pomaga biednym i bezdomnym itd. (jeśli oczywiście jego wiara tego wymaga, bo być może wiara w Odyna ma inne reguły zachowań, na przykład zabijanie wrogów)? Nie muszę wierzyć, że Franek wierzy, chyba, że z czystej sympatii do niego.

Uważam zatem, że ateista nie powinien wierzyć w to, że ktoś w coś wierzy. I nie chodzi mi tu o podejrzenie często wysuwane przez ateistów, że ktoś zostaje, dajmy na to, kapłanem jakieś religii, ale tylko po to, by zrobić karierę. Bo można zostać ateistą też w tym samym celu. Zakładam, że słynne nieraz dyskusje pomiędzy „ateistami” a „wierzącymi” opierają się – o zgrozo! – na obopólnej wierze (bo wierzący również wierzą, że ateiści nie są zdolni do wiary). I to powinno dać do myślenia ateistom – że od jakieś postaci wiary nie da się uciec.

Chociaż, jak twierdzi paradygmat kognitywistyczny w badaniach nad religią, do pojawienia się zjawiska wiary religijnej jest konieczna rozbudowana teoria umysłu oraz zdolność do metareprezentacji. A są osoby, które mają z tym kłopot. Może to one są kandydatami na prawdziwych ateistów? Czy idealnym ateistą byłaby osoba ze spektrum autyzmu? Nie wiem, tylko spekuluję, bo podziwiam Temple Grandin i nie wyobrażam sobie jej sobie w nawach kościoła, a jedynie nauki. Ja osobiście wierzę w wiele rzeczy, a mój umysł mnie ciągle zadziwia, podsyłając mi setki rzeczy do wierzenia. Eh, chciałbym być prawdziwym ateistą.

O pokoleniu Z

To osoby urodzone około 2000 roku i później. W każdym razie są one teraz w wieku studenckim i mam z nimi kontakt. Co mogę zatem powiedzieć o tych dwudziestoparolatkach? Z moich doświadczeń mogę wysnuć tylko jedną konkluzję – chcą oni tylko jednego: chcą usunąć całe zło z tego świata, pragną jednak to osiągnąć poprzez wytapetowanie świata miękką skórą, zamiast założyć obuwie. Ale cóż, zmienianie świata zamiast zmieniania siebie to pokusa właściwa chyba każdemu pokoleniu. Pokolenie Z poddaje się tej pokusie szczególnie namiętnie, acz specyficznie, bo tylko w warstwie werbalnej.

Są oskarżani o roszczeniowość, ale też odnoszą ją do samych siebie, i ma wtedy postać potężnego gremlina ambicji, który każe im odnieść sukces przed dwudziestką. Nic dziwnego, że szukają oparcia w rozmaitych ideologiach, które zastępują im myślenie i doświadczenie, bo ideologia to ersatz rzeczywistości, w której jeszcze nie istniejemy (Haidt i Lukianoff nazywają to „rozpieszczonym umysłem”, polecam ich książkę pod tym tytułem). Owa roszczeniowość i ideologia są niczym innym jednak, jak mechanizmami obronnymi przed lękiem, wzbudzanym przez ich całkowicie niepewną przyszłość. Skupiają się na tym, co im się wydaje podatne na zmiany, na przykład na kwestiach tożsamości czy orientacji seksualnej. Jeśli coś postrzegają jako będące poza ich zasięgiem, jak zmiany klimatyczne, to się tym nie interesują, oprócz pewnych wyjątków. Być może jestem niesprawiedliwy w tych ocenach, ale każdy ma prawo do własnego zdania – a o to przecież walczy pokolenie Z. Chociaż, może się mylę?

O religii i wycieczkowcu

Każdy zna słowa Karola Marksa o religii, głoszące, że jest ona opium dla ludu. Nie każdy jednak wie, że poprzedza je nader ciekawe zdanie: „Religia jest westchnieniem duszy w bezdusznym świecie”. Słowa te są piękne i brzmią jak poezja, ale trudno się zgodzić z Marksem, tak z czysto religioznawczego punktu widzenia. Wszak dla ludzi religijnych wszystkich epok świat jest „pełen bogów”, jak o tym jeszcze zapewniał Heraklit. Bogowie i duchy zaludniały od zawsze całą rzeczywistość, a świat nie był jeszcze odczarowany. Czy zatem Marks się po prostu mylił?

Nie, moim zdaniem Marks dobrze oddał stan duch człowieka końca XIX wieku. Przypomnijmy, że w tym czasie także Nietzsche pisał o śmierci Boga. Dla Marksa najważniejsze było położenie proletariatu, w którym pokładał nadzieję na rewolucję. Inni jednak widzieli nadzieję gdzie indziej, nie w transcendentnej rzeczywistości duchowej, ani tym bardziej w rewolucji proletariatu, ale w przyszłości pełnej technologicznych cudów. Pojawiały się opisy wspaniałej przyszłej cywilizacji, jak na przykład w wydanej w 1888 roku powieści Edwarda Bellamy’ego W roku 2000. Była ona niesamowicie popularna przez pół wieku, a dziś jest zupełnie zapomniana. Mark Twain nazwał ją „najnowszą i najlepszą z biblii”. Bellamy snuje w niej utopijne wizje przyszłości, w której panuje pełny dobrobyt, a technologia rozwiązuje wszystkie problemy. Takie hedonistyczne i futurystyczne utopie powstawały w owych czasach dziesiątkami i setkami.

Zatem Marks miał rację, nazywając swoje czasy bezdusznymi, ale tylko do pewnego momentu. Dzisiaj dążymy do bezdusznego świata lgnąc do przyjemności, dobrobytu i iluzorycznej równości. Nasze życie ma przypominać rejs na wycieczkowcu Icon of the Seas, o długości 365 metrów, o wyporności ponad 250.000 ton, zabierającym co najmniej 5600 pasażerów obsługiwanych przez 2300 osób. Titanic to przy nim łódka. Tydzień w luksusowym apartamencie kosztuje skromne 100.000 dolarów. W ten sposób, półtora wieku po Bellamym, spełniliśmy jego sen, tworząc świat błyszczący, połyskliwy i pozbawiony duszy.

Czy w takim świecie będzie jeszcze komuś dane westchnąć? Przypomina mi się opowieść pewnego stewarda z innego wycieczkowca. Opowiadał on, że po każdej dłuższej podróży, na przykład trwającej miesiące podróży dookoła świata, zawsze znajdowano w jakiejś kabinie martwe ciało samotnego, starszego pasażera. Dosłownie wybrał się on w swoją „ostatnią podróż”, albo, jak to dawniej powiadali Polacy, na „wakacje życia”. Ja to rozumiem doskonale. Czyż można jeszcze czegoś chcieć w tym świecie pragnień po tym, jak już zakończyliśmy wycieczkę życia na najwspanialszym wycieczkowcu?

Orwell ostrzegał przed totalitaryzmem, jednak wiek XXI to wbrew jego przewidywaniom wiek konsumpcjonizmu. Mottem człowieka XXI wieku jest: „Zeżrę całą planetę, czy wam to się podoba czy nie. Choćbym miał zdechnąć. W tym celu wyzbędę się myślenia, pozbawię się wszelkiego współczucia”. Konsumpcja okazała się większym zagrożeniem niż totalitarne reżimy. Bo konsumować chce każdy i nie potrzebuje do tego bata Wielkiego Brata. Hasło consumo ergo sum przyświeca każdemu współczesnemu człowiekowi. Sami budujemy gorliwie mury więzienia, w którym spędzamy pozbawione sensu życie. Osiem miliardów idiotów.

O śmierci za życia

Gdy ciało umrze i zostanie pozostawione w warunkach, które pozwalają na to, by wyschło i skurczyło się, to możemy odnieść wrażenie, że włosy i paznokcie rosną po śmierci. Stąd powstało nieprawdziwe, acz bardzo popularne wyobrażenie, że te części ciała ludzkiego rosną jeszcze po śmierci. Podobne wrażenie mamy wtedy, gdy obcujemy z niektórymi ludźmi. Są oni martwi mentalnie już od dawien dawna, ale jeszcze wydają się spełniać jakieś funkcje życiowe. Możemy z nimi rozmawiać, wymieniać słowa, ale są oni już martwi w środku.

Tak, można umrzeć za życia. Dzieje się to w różnym wieku, u jednych to są wczesne lata młodości, u innych trzydziestka lub czterdziestka, ale zawsze chodzi o czas, gdy już nie można zaakceptować niczego nowego. To właśnie ten moment śmierci. Nagle jakby czas się skończył i taki człowiek żyje już tylko tym, co przeżył. Wokół niego toczy się życie, ale nie wpływa ono na jego wnętrze. Niczym zamrożony w lodowcu trup taki osobnik po prostu trwa. Ma do dyspozycji mnóstwo wypróbowanych schematów myśli i zachowań, przez co czyni wrażenie żywego. Jednak dla niego wszystko już było. Już nic go nie zdziwi, już nic nie będzie dla niego natchnieniem.

Mam też o wiele gorsze podejrzenie, że niektórzy ludzie w ogóle się nie narodzili. Są niczym poronione płody. Porośli w ciało i wydają się być dorośli. Nie ma jednak w nich niczego, co by pochodziło od nich samych. Życie ich polega na przyswajaniu sobie powszechnych wzorców i ich powielaniu. Dlatego najlepiej czują się w grupie sobie podobnych. Kiedy napotykają w swoim życiu coś nowego, to jest dla nich najwyższe zagrożenie, gdyż opierają swoje istnienie na odrzucaniu wszelkich nowości.

Wracając do tych zmarłych za życia, którzy próbowali zaistnieć, ale ponieśli porażkę (bo czym innym jest życie jak nieuchronną porażką?). To mogą być nawet wyrafinowane umysły, erudycyjne, mogą to być całkiem mili ludzie (jak mój znajomy profesor z instytutu). Jednakoż zarazem są do cna nudni – i po tym można poznać zmarłych za życia. Przebywanie w ich towarzystwie przyprawia o ból głowy i szczęk. Nuda, jaka wieje z ich słów, a nawet z tonu ich głosu, jest przejmująca, a brak poczucia humoru przerażający.

Tu dotykamy istoty dzisiejszego tematu. Poczucie humoru znamionuje umysł, który jest otwarty na to, co nowe, i tym samym zdolny do twórczości. Ludzie nudni, pozbawieni poczucia humoru (utożsamiam te dwie cechy) nie są zdolni do stworzenia czegoś nowego, ani nawet do asymilacji jakieś nowej idei. Już dawno temu zmarli i tylko starają się wyglądać na żywych, co jednak im zupełnie nie wychodzi. Uśmiech nie gości w ich umysłach, ani radość, owa iskra bogów. Omijajcie zatem nudziarzy, martwych za życia, nie marnujcie tych paru chwil na Ziemi na nich. Żyjcie, bo życie to tworzenie, to nieustanne pojawianie się czegoś nowego.

O dialektyce relacji

Gdy kobieta i mężczyzna są ze sobą, chcą dzielić nawet najmniejsze przyjemności swego życia razem. Chcą siedzieć obok siebie, pogrążeni w lekturze interesujących ich książek. Gotować razem obiad, który za chwilę wspólnie zjedzą. Kochać się. Oglądać film. Rozmawiać o tym, co będą razem robić. Tulić się do siebie. Podróżować razem. Bycie ze sobą to nieustanne, małe kroki w tworzeniu wspólnego życia. Największa miłość to ta, która składa się z takich małych kroków. Czasem tylko powstaje pytanie – dlaczego tak trudno ją osiągnąć? W kolejnym akapicie zdradzę mężczyznom fundamentalny lifehack dotyczący relacji. Ma on dwie dobre strony – nie trzeba czytać poradników (czego i tak żaden facet nie lubi robić) i jest zawarty w jednym akapicie. Ma też jedną złą stronę – wymaga trochę wysiłku emocjonalnego połączonego ściśle z wysiłkiem mentalnym.

Bycie w związku to bardzo trudna sztuka. Sam nie wiem, jak mi się ona udaje (i na ile się udaje). Dzieje się tak chyba tylko z jednego powodu, a mianowicie niczego od swojej partnerki nie oczekuję i niczego od niej nie wymagam. Zwykle ludzie będąc ze sobą nieustannie żądają od partnera zaspokojenia wszelkich swoich pragnień. Ale to prosta droga do rozpadu związku. Gdy wszakże niczego nie pragnę i niczego nie wymagam, wtedy moja partnerka może przy mnie po prostu być, a nasz związek kwitnie. Taka prosta rzecz, a tak trudna dla mężczyzn (pewnie też dla kobiet, ale niezbyt dużo wiem, jak to jest z ich strony). Chyba jednak większość mężczyzn nie rozumie podstawowej dialektyki relacji, której reguła brzmi: dajesz nie dając, a otrzymujesz gdy nie chcesz. Jeśli ktoś rozgryzie ten koan, będzie dobrze.

O ciele i miłości

Ludzie potrzebują opowieści. Tworzyli je od zawsze, od czasów, gdy dopiero uczyli się mówić. Tworzyli mity, które budowały tkankę ich życia psychicznego, które opowiadały im, jak to jest być człowiekiem. Siedzieli przy ogniskach, wpatrzeni w płomienie, wsłuchani w ruchy, gesty, śpiew i głos opowiadacza; blisko siebie, dotykając się ciałami, czuli bliskość i bezpieczeństwo. I ta bliskość była najważniejsza, bo zetknięcie się ciał tworzyło bezsłowny sens owej opowieści. A o czym była ta opowieść? Była to opowieść o miłości, o tym, jak to jest być razem. Wszelka bowiem sensowna opowieść wyrasta z ciała, z jego najgłębszych pragnień. W splocie pragnienia i opowieści pojawia się ciało, wehikuł miłości.

Dzisiaj także tak jest, że gdy kogoś kochamy, jednym z pierwszych odruchów miłości jest chęć przytulenia ukochanej. Miłość rozgrywa się pomiędzy dwoma ciałami. Od pierwszego, nieśmiałego dotknięcia po namiętny pocałunek, i dalsze, coraz bardziej śmiałe pieszczoty. Dotykając wyczuwamy ciepło i życie w ciele ukochanej. Smakujemy jej usta, a potem przywieramy swoimi do jej piersi. Ręce głaszczą jej ciało, błądzą po jego zakamarkach. Nie trzeba nic mówić, ciała snują swoją własną opowieść nie potrzebując komentarza. Nasze ciała dogadują się bez słów, jak para aniołów, którzy jak wiadomo nie mają swoich słów, a jedynie przekazują myśli Boga, tego najgłębszego z naszych instynktów.

Dawno temu koleżanka z liceum napisała mi na zdjęciu, pamiątce z wycieczki szkolnej, słowa z Mickiewicza: „On kocha ludzi? Zacóż od ludzi ucieka? Bo on kocha w człowieku ludzkość, nie człowieka”. Miała rację, nigdy jej nie przytuliłem, nie pocałowałem. Moje uczucie było abstrakcyjne. Można kochać i wielbić wyobrażenie o kimś, podobnie jak bezcielesnych bogów albo idee, ale to nie jest miłość. Miłość staje się konkretna tylko dzięki ciału. Kobiety lubią usłyszeć od mężczyzny słowa miłości, są one jak kwiaty, ale ciepło uczucia i pewność daje im dopiero przytulenie i świadectwo ciała. „Kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie”, by znowu zacytować Mickiewicza.

Psychologowie mówią, że ciało pamięta. Koncentrują się wprawdzie na traumach, ale ciało pamięta też, a być może przede wszystkim, chwile rozkoszy. Z kolei dla buddystów nasze ciało jest skrystalizowaną karmą, a więc jest samą pamięcią, istotą wszechświata. Dzięki ciału istniejemy w tym świecie, jesteśmy żywymi punktami w siatce rzeczywistości. Ciała są odrębne, każde z nich jest zamknięte w kapsule skóry. Ale dzięki tej odrębności mogą się dotykać, mogą wyrażać miłość, której nie czulibyśmy, gdyby wszystkie ciała stanowiły jedność. Mistycy wprawdzie piszą o poczuciu wszechogarniającej jedności, ale prawdziwa miłość dzieje się tylko pomiędzy dwoma ciałami, które są same dla siebie i siebie pragnące.

Ciało nie ocenia, nie analizuje, nie nadyma się, nie pragnie zaszczytów, nie ma złych myśli – ciało wyraża. Wie, czego potrzebuje, albowiem było pierwsze, nim jeszcze pojawiła się mowa. Ciało może zamanifestować to, czego nie da się powiedzieć słowami, nic dziwnego zatem, że jest wehikułem dla tego, co dla niego najważniejsze, ale też całkiem niewymowne, czyli dla miłości. Jesteśmy ciałem i kochamy poprzez ciało. W miłości nie ma mnie. Jestem tylko okiem, które widzi jej ciało, jestem ręką dotykającą jej ciała. Dwa nagie ciała to esencja miłości. Gdy dwoje ludzi się kocha, są bliżej siebie niż matka i dziecko. Łączą swoje ciała w doświadczeniu całkowitej intymności, najwyższej z dostępnych w tym świecie.

Hui Neng

Dawno, dawno temu, daleko, daleko stąd, w pewnym chińskim klasztorze tradycji czan, trwała rywalizacja o to, kto zostanie kolejnym patriarchą. Piąty patriarcha, Hongren, ogłosił konkurs na gathę wyrażającą urzeczywistnienie oświecenia pretendenta. Ten, kto zwycięży, zostanie następnym patriarchą. Jak to zwykle bywa, hierarchia i oświecenie pozostają sobie czasem zaskakująco bliskie.

Najzdolniejszy z jego uczniów, Shen Hsiu, przedstawił taki tekst:

„Ciało jest drzewem bodhi

Umysł – czystą lustrzana podstawą

Oczyszczaj ją stale i gorliwie

Nie pozwalając by przylgnął kurz.”

Wszyscy myśleli, że to on zostanie następcą Hongrena, gdyż wyraził to, co mnisi powszechnie uważali za stan oświecenia. Jednak sam patriarcha powiedział mu, że jego zrozumienie jest ciągle bardzo niepełne. Nie zawsze podlizywanie się jest dobrą strategią na awans w hierarchii.

Następnego dnia Hui Neng, przebywający od dłuższego czasu w klasztorze bez formalnego treningu, przeczytawszy strofy Shen Hsiu, wykazał swe urzeczywistnienie w słynnych wersach:

„W samej rzeczy nie istnienie drzewo bodhi

Nie ma też czystej lustrzanej podstawy

Skoro wszystko jest pustką od początku

Gdzież miałby osiadać kurz?”

Piąty patriarcha Hongren uznał, że słowa te wyrażają głębsze urzeczywistnienie niż wersy jego najzdolniejszego ucznia.

Wersy Hui Nenga są odbiciem jego przekonania, że najwyższa mądrość jest „nie-myśleniem”, a więc jest poza wszelkim dualizmem, który charakteryzuje wszelkie scholastyczne spekulacje. Ta nauka była zbyt trudna dla mnichów. W efekcie Hui Neng otrzymał przekaz dharmy w ukryciu, a chiński buddyzm czan podzielił się na dwie konkurujące szkoły: północną i południową. No cóż, czasem niedualizm powoduje dualne podziały.

Hui Neng był blisko taoistycznego ideału naturalności, wedle którego prawdziwy umysł to „nie umysł” (wu hsin), i nie ma w nim nic, co można by uchwycić i kontrolować. Myśli i wrażenia pojawiają się i znikają w umyśle jak ptaki na niebie. A tych nie można zatrzymać, nie niszcząc ich natury. Hierarchia uwielbia przyszpilać myśl, by ją zatrzymać w określonym miejscu, ale prawdziwa wolność to an-archia.

Bo tak w ogóle to jestem rozczarowany zachowaniem Hui Nenga. Dostał miskę i szatę jako symbole przekazu dharmy, został szóstym patriarchą. Na jego miejscu, świadom, że nie ma drzewa bodhi, bym rzucił tym wszystkim i poszedł dalej obierać ziemniaki. Ale, jak zauważyłem, oświecenie i hierarchia są sobie tak bliskie. A ja nie jestem oświecony, więc cóż mogę wiedzieć? Może tylko tyle, że zenki to czasem straszne sztywniaki.

O pamiętaniu śmierci

Pewien mistrz zen zapytany przez swojego ucznia o to, co jest po śmieci odparł, że nie wie, bo jeszcze żyje. Czy znaczy to, że nie powinniśmy pytać o to, co jest po śmierci? Moim zdaniem takie rozmyślania mają swoją wartość. I mają ją niezależnie od tego jak sobie owo „po śmierci” wyobrażamy. Możemy uważać, że po śmierci po prostu nic nie ma, że jest ona jak zgaszenie światła w pokoju. Możemy także wierzyć, że istnieje życie po śmierci, że trafimy do jakiegoś nieba albo piekła. Albo, jak uważają buddyści, możemy po śmierci się odrodzić i dalej uczestniczyć, ale już jako całkiem inna istota, w procesie życia.

Możliwości jest wiele i nie zwracałbym uwagi na ich treść, bowiem jest ona drugorzędna względem samego zaistnienia takich myśli. Niezależnie od tego, czy śmierć w moim pojęciu jest końcem wszystkiego, czy też początkiem wiecznego życia, z czysto pragmatycznego punktu widzenia wartość ma tylko to, że o niej myślę. Jeśli śmierć jest cały czas ze mną, niby nieodstępny towarzysz podróży, którego kątem oka widzę za swoim ramieniem, to czyni ona moje życie sensownym. Sens ten nie bierze się z jakiś pocieszających wizji, a jedynie z samego faktu obecności tej myśli w mojej świadomości.

A oto dlaczego tak jest. Nie pamiętam narodzin, pierwszej chwili naszego istnienia, a była to moja pierwsza inicjacja. Mogę natomiast pamiętać (w sensie sanskryckiego słowa smriti) o drugiej inicjacji, jaką jest śmierć. Taka pamięć (smriti) jest niczym innym jak uważnością. To dzięki uważności każda chwila mojego życia przynależy do jego całości, nadaje mu ona pełnię i konsystencję. A nic tak nie wzbudza uważności, jak myśl o śmierci. Wyobrażenia o tym, co „po śmierci” są tylko podpórkami dla świadomości, do których nie należy się zbytnio przywiązywać, a jedynie zwracać uwagę, czy są skuteczne.

W taki oto sposób śmierć, ale tylko pamiętana śmierć, służy mojemu życiu. Tak jest jej rola, ma być służką życia. I o tyle człowiecza egzystencja przewyższa życie zwierzęce, że człowiek wraz z narodzinami swojej świadomości może pamiętać o śmierci. Wchodzimy w życie nieświadomie, jak zwierzęta, ale wychodzimy zeń świadomie, jak ludzie. A cały czas naszego życia jest nam dany po to, by stać się człowiekiem. Uda się to temu, kto pamięta o śmierci, kto nieustannie patrzy w jej oczy, w pełni świadom iluzyjności swoich wyobrażeń o niej.

O egzystencji

Rumuński filozof Costica Bradatan pisze w swej książce Pochwała porażki:„Ludzka egzystencja to na tyle zagmatwana sprawa, że jeśli ktoś nazbyt łatwo się w niej odnajduje, to mamy prawo podejrzewać, że ten ktoś oszukuje”. Trudni mi nie przyklasnąć tej obserwacji. Zewsząd otaczają mnie ludzie, którzy się tak „łatwo odnajdują” w egzystencji, twierdzą, że mają się dobrze, że żyją szczęśliwie, a nawet że odnieśli tzw. sukces. Prawie wszyscy z nich oczywiście oszukują, zarówno mnie, jak i przede wszystkim samych siebie. To oszustwo przychodzi im jednak w sposób całkowicie naturalny, ba, nawet nie wiedzą, że oszukują. Są bowiem ofiarami redukcji złożoności egzystencji do paru prostych spraw, takich jak psie pieniądze, szmatława konsumpcja, iluzyjna władza, nędzny seks, głupiutka religia czy kretyńska ideologia polityczna – a jak coś z tego przełkniemy, wtedy już sprawy mają się łatwo. Wystarczy wszystko całkowicie spłaszczyć i już można wszystko znieść. Niestety, koszty tego zabiegu są ogromne.

Spłaszczanie egzystencji rozpoczyna się w dzieciństwie, dzięki czemuś, co dorośli nazywają wychowaniem. Dzięki tej egzystencjobójczej aktywności możliwe jest trwanie schematów kulturowych, struktur społecznych i stereotypowych relacji międzyludzkich. Mówiąc dosadnie – jeśli dziecko wystarczająco wcześnie zaakceptuje przekaz swoich rodziców: „Bądź idiotą, tak ja jestem idiotą, bo i moi rodzice byli idiotami, i ich rodzice, i rodzice ich rodziców”, to ma duże szanse na to by łatwo „odnaleźć się” w egzystencji. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostaje idiotą. Jak wiadomo bycie idiotą polega na tym, że się nie jest świadomym bycia idiotą. Podobnie ktoś nie wiedzący, jak bardzo życie go przerasta, uważa je za proste i mniema, że mu dobrze w tym życiu idzie. Nie ma gorszego złudzenia. Rodzi ono albo wisielczy entuzjazm pod hasłem „jestem zwycięzcą”, albo absolutną bierność spod znaku „tak już jest i nic się nie zmieni”.

Cóż bowiem taki „odnajdujący się” w egzystencji człowiek uważa za udane życie? Nic więcej ponad długotrwałe okresy apatii przerywane krótkimi epizodami taniego hedonizmu, podlewanego używkami (tu mam na myśli to wszystko, co wymieniłem powyżej) – i to ma być odpowiedź na zagmatwanie egzystencji? A w ten sposób żyją dziś praktycznie wszyscy ludzie, niezależnie od wieku, wykształcenia, religii, poglądów, tożsamości i dochodów. Co za różnica, czy ktoś praktykuje ogłupiający hedonizm w hotelu za tysiące dolarów, czy w taniej knajpie? Czy jest kapłanem podniosłej religii, czy też wyrafinowanym naukowcem? Aktywistą dowolnej ideologii czy może zwykłym prolem, któremu na niczym nie zależy? Nie istnieje żadna istotna różnica, o każdym z nich można powiedzieć, że pędzi swoje życie „w cichej rozpaczy”, jak to znakomicie ujął Thoreau. Ale wszyscy są błogosławieni, bo o tym nie wiedzą!

Egzystencja oznacza bycie świadomym tego, że życie mnie całkowicie przerasta, że jest czymś nieskończenie bardziej skomplikowanym niż cokolwiek, co mogę sobie wyobrazić. Że moja świadomość nie jest nawet ową jedną dziesiątą góry lodowej, wystającej ponad poziom morza nieświadomości, ale że jest tylko malutką śnieżynką na szczycie tej góry. Że wszystko, co myślę o moim życiu jest w najlepszym razie iluzją, jeśli nie zwykłym, pospolitym kłamstwem. Że fundamentalnie nie rozumiem ani siebie, ani niczego, co robią inni ludzie. Że jestem niczym innym jak kropelką wody, spuszczoną w otchłań wzburzonego oceanu, który za chwilę ją przyjmie w swoje objęcia. Z tym zastrzeżeniem, że nawet ten obraz również jest niczym innym jak tylko iluzją mojego umysłu. Umysłu tak znikomego, że jedyną jego cnotą może być przyznanie się do całkowitej niewiedzy.

O filozofii i normozie

Zauważyłem, że różni ludzie próbują mnie nieustannie wrzucać do jakieś mentalnej szufladki. A to jestem dla nich filozofem, a to jungistą, a czasem gnostykiem. Sam wolę określenie privatdenker. Rozumiem przez to kogoś, kto ma swoje prywatne myśli na różne tematy, czasem uzasadnione, a czasem nie. Wszystkie one jednak biorą się z trwających ponad czterdzieści lat prób zmagania się z tym światem. Nazywam to czasem filozofią, ale nie upieram się przy tej nazwie, bo nieraz używam słowa duchowość albo jeszcze jakiegoś innego. W każdym razie uprawianie tego, co nazywam filozofią leczy mnie z normozy, czyli konstytucjonalnej dolegliwości naszej świadomości. Polega ona z grubsza na tym, że uporczywie przejmujemy z naszego otoczenia przekonania, poglądy i niczym nie uzasadnione opowieści. Wydają się one lekarstwem, ale są najczęściej jedynie źródłem naszego cierpienia.

Warto by się z owej normozy wyleczyć, wyzwolić z cierpienia. Ale wyzwolenia nie da nam żaden zewnętrzny system filozoficzny czy religijny, gdyż każdy z nich jest właśnie niczym innym jak tylko wyrafinowanym sposobem, w jaki mózg zajmuje się samym sobą, czyli jest najbardziej podstępną formą normozy. Wszelkie systemy są niby błyszczące i lepkie sieci pajęcze, kuszące swą śmiercionośną symetrią słabe umysły, a rozrywające się dopiero pod wpływem silnego podmuchu samego życia. Sposoby myślenia i ujmowania rzeczywistości są niczym innym jak społeczną opresją, konformistycznym glajchszaltowaniem indywidualnego umysłu. Kultura jako taka to właśnie system opresji, zbiór wymagań, które z niewiadomych powodów inni ludzie uważają za konieczne.

Filozofia to nie żaden zewnętrzny system, to nieustanne zmienianie naszego postrzegania świata. To ciągły ruch, zmierzający ku kompletnie świeżemu spojrzeniu na całość naszego doświadczenia. To nie poleganie na myśli, ale odwrócenie się od niej, by od nowa zapytać o to, czym jesteśmy i czym jest ten świat. Bez żadnych wstępnych założeń, bez wdrukowanych nieświadomych presupozycji, w rwącym strumieniu życia odnaleźć siebie. To jest filozofia. Dla niektórych może to zabrzmieć paradoksalnie, ale filozofowanie polega nie na myśleniu, ale na utwierdzaniu się poza naszymi myślami. Filozofia to miłość mądrości, a ta mieszka poza naszymi myślami.

Życie jest bardziej złożone niż jakakolwiek myśl o nim. Myślenie jest wtórne, zawsze następuje po przeżyciu. Albo czasem – co gorsza – poprzedza je i nadaje mu poroniony kształt. Najpiękniejsze chwile w życiu to te, w których nie myślimy. Są one kroplami doświadczenia, ożywczymi i karmiącymi nasze istnienie. Myśl jest szara i nudna. Wracając na koniec do normozy, powiem tylko,że charakteryzuje ona wszystkich ludzi, a szczególnie tych, którzy się nigdy nie skalali myśleniem. Bo ten, kto wie czym jest myślenie, ucieka od niego, nie utożsamia się z myślami. Natomiast normotycy tkwią nieustannie w swoich głowach, utożsamiając się z głosem, który mówi im nieustannie o tym, czym są i co mają robić. I z tego bierze się całe nieszczęście tego świata.