O egotyzmie atrybucyjnym

Bardzo lubię psychologię. To jedna z najmłodszych z nauk, taka powiedzmy siedemnastolatka, nakręcająca się różnymi rzeczami, o których nieco starsze osoby już wiedzą od dawna. Ale jest zadziorna, bo zawsze jak coś odkryje, to tworzy natychmiast swoją nazwę. Mam dobry przykład. Egotyzm atrybucyjny. Brzmi ekstremalnie naukowo, nieprawdaż? A chodzi o znaną od wieków skłonność ludzi do przypisywania sukcesów swoim własnym zdolnościom, charakterowi, a porażek wszelkim czynnikom zewnętrznym: innym ludziom, pechowi, gwiazdom, bogom, duchom, programom rodowym, traumom z przeszłości kształtującym nasze obecne życie itd., itp. Zawsze wtedy, gdy zawodzimy i nasze życie staje się nie do zniesienia, winne jest coś z zewnątrz. Wszystko, tylko nie ja.

Tak, psychologia jest pełna nowych wspaniałych nazw (skojarzenia z Huxleyem nieprzypadkowe), które dla współczesnych ludzi brzmią naukowo i poważnie. Jednak są to tylko czyste nazwy, jak mówili średniowieczni filozofowie – flatus vocis (co można przełożyć jako „powiew dźwięku”). Na takich konstruktach polegają wszelkie nauki humanistyczne i społeczne, które odkrywają coraz to nowe nazwy dla dawno znanych rzeczy. Potem te konstrukty przedostają się do dyskursu potocznego i kształtują coś, co trafnie się nazywa pop-psychologią, która nas tu interesuje. Bo publika nie czyta dawnych rzeczy, nie zna literatury czy filozofii – od Homera i Platona po Szekspira, Dostojewskiego, Nietzschego, Manna, Kafkę, Hessego i wielu innych – w której psychika człowieka została wiernie opisana już lata i wieki temu. Karmi się współczesnym chłamem terapeutycznym i papką poradnikową.

Miałem przyjaciela, któremu zmarło się rok temu (miał 69 lat). Przez całe dorosłe życie próbował sobie poradzić z traumami z dzieciństwa. Warsztaty terapeutyczne, grupy, terapia własna i setki przeczytanych książek psychologicznych. Wszystko na darmo. Karmił się współczesną wiedzą psychologiczną. Był prostym człowiekiem, wierzył we wszystko, co mówili mu terapeuci i co wyczytał w książkach. I ta wiara mu nie pomogła. Dlaczego? Metaforycznie mogę ująć to krótko: to trochę tak, jakby w ramach diety połykać tylko tabletki zapisane przez lekarza, zamiast karmić duszę prawdziwą strawą. Nigdy nie udało mu się wzrosnąć ponad to, czym się karmił. Nie tylko on, znam dziesiątki osób, które próbują sobie poradzić ze swoim życiem bazując na płytkiej wiedzy psychologicznej. Efekty są podobne – dużo pięknych słów, zero skuteczności.

A wracając do egotyzmu atrybucyjnego to jest nowa nazwa na to, co Freud nazwał mechanizmami obronnymi ego. No, ale Freud nie dla wszystkich dziś brzmi dobrze, to trzeba wymyślić nową nazwę, nowy powiew dźwięku. Pewnie za kolejne sto lat psychologia będzie propagował nową, jeszcze bardziej naukową nazwę. Będzie już wtedy miała jakieś osiemnaście, a być może nawet dziewiętnaście lat. A jak dobrze wiemy, nastolatkowie uważają się w tym wieku za dorosłych, że będę się trzymał metafory z początku tego wpisu. Dla nastolatki bycie dorosłą jest tym, co dla psychologii bycie nauką, czyli czymś nieosiągalnym i niepotrzebnym. Ludzka psychika nie potrzebuje nauki. Nauka jest w miarę dobra dla badania elektronów – chociaż nawet tu dobrze wiemy, że nie pojmujemy ich zachowania – a człowiek nie potrzebuje żadnej metodologii, tylko współczucia i zrozumienia.

6 komentarzy do “O egotyzmie atrybucyjnym

  1. Mruk's awatarMruk

    wszystko mogloby sie zgadzac, ale prosze o konkretny przyklad wlasciwej strawy duchowej dla duszy, wiekszosc ludzi, w tym ja – ktory mam pewna orientacje w tych sprawach, sobie nie poradzi z odkryciem tego co to by mialo byc, wiec bierze to co daje obecna mainstreamowa kultura. Inaczej – wiem ze to nie to, ale nie umiem znalezc wlasciwej strawy

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. Mirosław Piróg's awatarMirosław Piróg Autor wpisu

      Ale jak ja mam dać odpowiedź o tym, jaka jest właściwa strawa duchowa dla Pana? To źle postawione pytanie. Każdy sam szuka i sam smakuje , co mu się strawą dobrą wydaje. Jak powiem – jedz brokuły – to będzie Pan jadł brokuły? No nie. Podałem parę nazwisk, powieściopisarzy i filozofów. Ską jednak mam wiedzieć, czy Panu bardziej odpowiada Schopenhauer czy Mann? A może Mishima? Szukanie strawy to trudne zadanie, jedno z tych, które trzeba zrobić samemu, bo smak to bardzo osobisty zmysł.

      Polubienie

      Odpowiedz
  2. Mruk's awatarMruk

    Dziekuje, piękna odpowiedź- bez żadnej ironii. Pokazuje że potrzebnie jest spore osadzenie w kulturze, inteligencja i bystrosc (ja jestem czasem za tępy), a dodatkowo bez wiekszego wsparcia z zewnatrz. Czyli dla glupkow pozostaja poradniki, chociaz w takim wypadku to lepiej nic.

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. Mirosław Piróg's awatarMirosław Piróg Autor wpisu

      Nie jest Pan głupkiem, bo głupcy nie zadają takich pytań. Jest Pan poszukującym, a poszukiwanie to nie jest łatwy kawałek chleba. Życzę powodzenia i tej podstawowej cnoty w tym dziele – cierpliwości.

      Polubienie

      Odpowiedz
  3. Mruk's awatarMruk

    Jeśli rozumiem myśl Junga to glupkiem też trzeba byc, dopiero z różnicy potencjałów powstaje napiecie i moze skoczyć iskra (lub piorun – olśniewający). Dodatkowo dotarlo do mnie dlaczego takie sprawy kiedyś byly wiedzą tajemną, nie moza tego stosowac zawsze i dla wszystkich, tak mi sie wydaje. Przepraszam jeśli zszedłem z tematu.

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz

Dodaj odpowiedź do Mirosław Piróg Anuluj pisanie odpowiedzi