Posłuchajmy najpierw słów Stanislava Grofa: „Zrozumiałem, że brak spełnienia w ludzkim życiu wypływa z faktu naszej niegotowości do traumatycznego przeżycia narodzin i strachu przed śmiercią. Urodziliśmy się tylko anatomicznie. Proces ten jest rzeczywiście nie dokończony i nie zintegrowany psychicznie. Pytania o sens życia są znamienne dla tej sytuacji. Ponieważ życie jest cykliczne, a śmierć jest jednym z jego elementów, nie można znaleźć w nim sensu przy pomocy rozumu i logiki. Należy dostroić się do przepływu energii witalnej i cieszyć się własnym istnieniem; wartość życia staje się wtedy całkowicie oczywista.”
Trudno znaleźć bardziej syntetyczne ujęcie natury człowieka, jego wyjściowo ułomnej kondycji. Od swych początków człowiek wiedział, że do satysfakcjonującego życia potrzebne są drugie narodziny, inicjacyjne. Bez nich żyjemy tylko anatomicznie, pozbawieni dostępu do sensu. Ciągle czegoś nam brakuje, ciągle za czymś, zwykle złudnym, dążymy, by wypełnić otchłań ziejącą w samym centrum naszego bytu. Należy jednak pamiętać, że sednem inicjacji jest doświadczenie śmierci.
Mitologie wszystkich religii to mniej lub bardziej nieudane próby dostarczenia człowiekowi sensu życia. Dlaczego nieudane? Gdyż praktycznie żadnej nie udało się przekroczyć i zintegrować naszej zwierzęcej, anatomicznej natury w jakiejkolwiek rozsądnej jedności. Istniały kultury, które zapewniały środowisko umożliwiające osiągniecie pewnego stopnia spełnienia, zawsze jednak niewystarczajacego. Ale też takie jak nasza współczesna, w której jest to niemożliwe, chyba że poprzez ogromny, indywidualny wysiłek twórczy. Wtedy możemy osiągnąć to, o czym tak pięknie pisał mistrz Eckhart – cieszyć się życiem jak młody źrebak wypuszczony rankiem na łąkę.
Nie trzeba ostatecznie żadnych guru, samo życie jest guru. Łąka, trawa, słońce. Cieszmy się życiem jak Zorba. Żyjmy nie wiedząc, że to się zowie życiem.
Archiwa miesięczne: Czerwiec 2026
O końcu świata
Nie wierzymy, że wszystko się kiedyś skończy. A już na pewno nie może się skończyć świat. Skąd ta uparta niewiara? Wynika ona z niewiedzy ugruntowanej w strukturze ego, które nie jest zdolne wyobrazić sobie swojego nieistnienia. Tą ułomność przenosi na całość rzeczywistości, uważając, że będzie ona w tej lub innej postaci, zawsze trwała, albo że są elementy niezmienne w niej. Powstają więc rozmaite koncepcje, mające chronić przed przemianą i końcem. Jedne są bliższe rzeczywistości, inne mocno od niej odległe.
I tak – w filozofii buddyjskiej znajdujemy cenną obserwację: wszystko, co złożone, kiedyś się rozpadnie. Według buddyzmu wszystkie rzeczy są ze sobą połączone i nie mają immanentnej, trwałej istoty, co określa się mianem pustki (śunja) wszystkich rzeczy. Trwałość to koncepcja wypływająca z fundamentalnej niewiedzy, której personifikacją jest ego. Nie trzeba być buddystą, by zgodzić się w nieustannym przepływem i końcem wszystkich rzeczy.
Znamy też pewną bardzo infantylną filozofię, a właściwie religię, zwaną chrześcijaństwem, która w wymiarze indywidualnym zbawia swoje dzieci wizją nieśmiertelnej duszy, a w wymiarze zbiorowym obrazem Nowej Jeruzalem, zstępującej z nieba i stanowiącej happy end dla ludzkości, już trwale zjednoczonej z Bogiem. Praktycznie każda mitologia niesie analogiczne pocieszenie, ale chrześcijaństwo jest wyraziste i skrajne w swej naiwności.
Albowiem nawet najpiękniejsze wyobrażenia mitologiczne są niczym łowickie wycinanki z cienkiego papieru postawione wobec płonącego ognia rzeczywistości.
Paracelsus
Philippus Aureolus Theophrastus Bombastus von Hohenheim, znany jako Theophrastus Paracelsus (1493 – 1541). Archetypowy kontestator, gwałtowna osobowość, być może prototyp Fausta dla Goethego, człowiek, który wystąpił przeciw całości tradycji medycznej spod znaku Hipokratesa i Galena, przeciwstawiając jej wiedzę zaczerpniętą, jak piszą biografowie, od „doktorów, felczerów, cyrulików, owczarzy, żydów, cyganów, bab, katów i alchemików”. Mottem jego życia, pełnego wędrówek, było: „Do nikogo nie powinien należeć ten, kto może należeć do siebie”.
W pismach swych – częstokroć pisanych po powrocie z całonocnych eskapad po karczmach – równie gwałtowny i kontestujący jak w życiu, niestroniący od niezwykłych neologizmów, stworzył wiele nowatorskich koncepcji, takich jak archeusz czy teoria sygnatur. Za dawnymi alchemikami przyjmuje koncepcję trzech pierwiastków – merkuriusza, soli i siarki. Na stałe w ezoteryce zagościła jego wizja człowieka jako zbudowanego z dwu ciał – fizycznego i gwiezdnego (astralnego), albowiem jak pisał: „Prawdziwy człowiek jest gwiazdą w nas, gwiazdą pragnącą doprowadzić nas do wielkiej mądrości”.
Carl Gustav Jung był zafascynowany jego postacią. Widział w nim gnostyka, który w świecie odchodzącym od doktryny chrześcijańskiej szuka wiedzy jako nowej ostoi dla człowieka. W książce Geheimnisse Paracelsus wypowiada bulwersujące wówczas wielu ludzi słowa: „Jeśli nawet moją wiedzę wezmę od diabła, będzie to już moja wiedza – i mogę dzięki niej leczyć chorych i wielbić Boga”. Stanowisko to jest bardzo bliskie podejściu Junga. Szczególnie motyw gwiazdy w nas przypomina archetyp Jaźni, a gnostycki Bóg Junga, Abraksas, łączy w sobie boskie i demoniczne przeciwieństwa.
O poczuciu humoru i nieświadomości
Poczucie humoru zwykle kojarzone jest jako cecha świadomości. Kojarzy się z bystrym umysłem, inteligentnym, błyskotliwie zestawiającym słowa i obrazy. Jeśli jednak ktoś łączy ze sobą pojęcia zwykle nie ujmowane razem (co jest konstytutywną cechą humoru według Arthura Koestlera) to możemy postawić pytanie skąd się te skojarzenia biorą. Dobry dowcip „przychodzi nam do głowy”, czyli podsuwa go nam nieświadomość. Czy to jednak nieświadomość sama w sobie ma poczucie humoru czy też wynika ono z łączącej funkcji świadomości? Nad tym pytaniem chciałem się chwilę zastanowić. A by nad nim się bliżej zastanowić, opowiem mój sen.
A oto on: „Jadę samochodem do miejsca, w którym kiedyś mieszkałem. Jest to samochód, który wtedy posiadałem. Jest zima, obfity śnieg leży na ulicach. Parkuję na chodniku niedaleko mojego ówczesnego domu i gdzieś idę. Wracam i widzę, że po moim samochodzie pozostały tylko ślady na śniegu. Niedaleko mężczyzna zajęty jest jakąś pracą przy drodze. Rozmawiam z nim, ale nie pytam czy widział, kto ukradł mi samochód. Zamiast tego mówię mu: ‚Wie pan czego się tak naprawdę obawiam? Że jak złodziej zajrzy pod maskę i sprawdzi podwozie to mi ten samochód zwróci!’”.
Tak to sen mi opowiedział iście standupowy dowcip. Można oczywiście by go interpretować, ale tu nie będę tego robił. Po obudzeniu byłem pod wrażeniem, że nieświadomy aspekt mnie może opowiedzieć dowcip. Że zatem dowcip, żart, humor może być obecny we śnie i sama nieświadomość ma w sobie funkcję łączącą. Dla kogoś znającego psychologię głębi to oczywiście nic nowego. Szczególnie Jung podkreślał kreatywny aspekt nieświadomości. Ale moje główne pytanie brzmi: Co obecność lub nieobecność poczucia humoru mówi nam o relacji między świadomością i nieświadomością?
By odpowiedzieć na to pytanie rozpatrzmy intrygującą kwestię: Skąd się biorą ludzie pozbawieni poczucia humoru, skoro nawet sny je mają? Skupię się na dwóch przykładach. Pierwszy to dogmatyk, sztywno trzymający się zestawu pewnych idei, które zastępują mu jego ja. Postawę dogmatyka charakteryzuje brak kontaktu między świadomością i nieświadomością – rolę nieświadomości odgrywa jakaś doktryna, religijna czy polityczna. Nic skuteczniej niż doktryna nie odcina świadomości od kontaktu z nieświadomością, gdyż w doktrynie mamy do czynienia z pełną projekcją nieświadomości na treści zewnętrzne. Drugi przykład to neurotyk. Tu również mamy do czynienia z brakiem kontaktu między świadomością i nieświadomością. Sytuacja jest w pewnym sensie odwrotna niż u dogmatyka. Nieświadomość paraliżuje świadomość neurotyka indywidualnym, idiosynkratycznym zestawem nienaruszalnych, bo budzących lęk, przekonań. Tu również nie ma kontaktu pomiędzy świadomością a nieświadomością, gdyż nieświadomość zalewa świadomość swoimi treściami. Najlepszym przykładem jest tu nerwica obsesyjno-kompulsywna.
Jest jeszcze oczywiście trzeci przykład. Mam na myśli ludzi, którzy są po prostu głupi. Nie są ani świadomi samych siebie, ani nic nie wiedzą o nieświadomości. Są oni nudni z definicji, tak więc nimi nie będziemy się tu zajmować.
Zatem brak poczucia humoru to efekt rozmaitych dysfunkcji na linii łączącej świadomość i nieświadomość. Jung w jednym ze swoich listów, pisząc o człowieku zindywiduowanym, z aprobatą przytacza powiedzenie Schopenhauera, że poczucie humoru to jedyna boska cecha człowieka. Poczucie humoru oznacza dystans do rozmaitych aspektów swojego życia psychicznego, a ten dystans to nic innego jak świadomość samego siebie, wiedza kim się jest. Jeśli zdaję sobie z tego sprawę, znam swoje ułomności, to znaczy, że mam dobry kontakt z nieświadomością. A posiadanie dobrego kontaktu z nieświadomością to warunek poczucia humoru.
