O końcu świata

Nie wierzymy, że wszystko się kiedyś skończy. A już na pewno nie może się skończyć świat. Skąd ta uparta niewiara? Wynika ona z niewiedzy ugruntowanej w strukturze ego, które nie jest zdolne wyobrazić sobie swojego nieistnienia. Tą ułomność przenosi na całość rzeczywistości, uważając, że będzie ona w tej lub innej postaci, zawsze trwała, albo że są elementy niezmienne w niej. Powstają więc rozmaite koncepcje, mające chronić przed przemianą i końcem. Jedne są bliższe rzeczywistości, inne mocno od niej odległe.
I tak – w filozofii buddyjskiej znajdujemy cenną obserwację: wszystko, co złożone, kiedyś się rozpadnie. Według buddyzmu wszystkie rzeczy są ze sobą połączone i nie mają immanentnej, trwałej istoty, co określa się mianem pustki (śunja) wszystkich rzeczy. Trwałość to koncepcja wypływająca z fundamentalnej niewiedzy, której personifikacją jest ego. Nie trzeba być buddystą, by zgodzić się w nieustannym przepływem i końcem wszystkich rzeczy.
Znamy też pewną bardzo infantylną filozofię, a właściwie religię, zwaną chrześcijaństwem, która w wymiarze indywidualnym zbawia swoje dzieci wizją nieśmiertelnej duszy, a w wymiarze zbiorowym obrazem Nowej Jeruzalem, zstępującej z nieba i stanowiącej happy end dla ludzkości, już trwale zjednoczonej z Bogiem. Praktycznie każda mitologia niesie analogiczne pocieszenie, ale chrześcijaństwo jest wyraziste i skrajne w swej naiwności.
Albowiem nawet najpiękniejsze wyobrażenia mitologiczne są niczym łowickie wycinanki z cienkiego papieru postawione wobec płonącego ognia rzeczywistości.

Dodaj komentarz