Obejrzałem niedawno ciekawą prezentację dwóch studentek. Tematem było szczęście i to, czy można się nauczyć być szczęśliwym. Dużo by mówić. Studentki przytoczyły pewne badania natury statystycznej, poczynione przez sławnego psychologa, Otóż wykazał on, że jesteśmy najszczęśliwsi w młodości – z czym, jako z tezą ogólną można się zgodzić – a stajemy się najbardziej nieszczęśliwi w 47 roku życia. Natomiast po pięćdziesiątce nasze szczęście już tylko rośnie.
Chcę jednak pisać o czymś innym. Po wysłuchaniu prezentacji zaprosiłem studentów do dyskusji. Odezwał się jeden z nich, który zapytał czy mogę potwierdzić ową tezę, że po pięćdziesiątce poczucie szczęścia rośnie (a moje sześćdziesiąt ponad lat daje mi niejaką perspektywę do tej refleksji). I czy różni się ono od tego szczęścia lat młodzieńczych. Ponieważ lubię osobiste pytania, postarałem się mu odpowiedzieć.
Czy po pięćdziesiątym roku życia byłem szczęśliwszy niż wcześniej? Możliwe, że tak. Sporo się działo wtedy w moim życiu. Ale o tym nie będę pisał. Zastanowiła mnie bowiem druga część pytania. Czy szczęście nastolatka różni się od szczęścia osoby po pięćdziesiątce? Byłem skłonny przyznać, że tak. To, co daje szczęście młodej osobie wydaje się pochodzić z tego, co jej się przydarza po raz pierwszy, na przykład romantyczny związek, osiągnięcia osobiste, poznanie niezwykłych ludzi itd.
Nie wiem jednak czy owa pierworaźność jest podstawą różnicy szczęść. Tak sądzi wielu ludzi i po czterdziestce i pięćdziesiątce robią oni coś, czego dotąd w życiu nie robili. Często jest to realizacja marzeń zaniedbanych po przekroczeniu progu młodości (i w młodości nie zrealizowanych). Te robione po raz pierwszy w życiu rzeczy mają im dać szczęście. Niestety, często kończy się na impulsie, który wypala się niczym flara na ciemnym niebie. Tak więc szczęście po pięćdziesiątce musi polegać na czymś innym.
Pytanie studenta dotyczyło różnicy jakości szczęść. Być może opasła powieść by oddała różnicę ową najlepiej. Ja posłużę się krótszą formą, metaforą poranka i popołudnia. Otwierając rano oczy i z otwartym umysłem chłonąc świat, czujemy szczęście. Serce nam bije, oczekując w radości wydarzeń dnia. Natomiast po całym dniu, siadając przed domem i zmrużonymi oczami wpatrując się w zachodzące Słońce, czujemy szczęście. Inne niż to o poranku, bardziej spokojne, refleksyjne, wysycone doświadczeniami mijającego dnia i akceptacją przemijania. I na tym według mnie polega różnica szczęść.
I jeszcze jedno – osoba młodą, która doświadcza poranku życia, jest przekonana, że to cała treść i esencja życia. Trudno jej pojąć, nawet intelektualnie, że istnieje inne doświadczanie życia, owo popołudniowe. Ciekawość, jak u mego studenta, sięga ku późnym dekadom, ale słowa jej nie zaspokoją. Trzeba trochę pożyć, by sobie powiedzieć w pewnym wieku: „A więc to tak?”
O szczęściu po pięćdziesiątce
Dodaj komentarz
