Pół wieku temu, wiosną 1976 roku, jechałem autobusem, beztrosko gapiąc się na świat za jego oknami. Nagle uświadomiłem sobie, że w mojej głowie ktoś cały czas mówi. Że jestem ja i głos w mojej głowie. Trochę mnie to zdziwiło, ale zaraz wysiadłem i zapomniałem o swoim odkryciu. Nie na długo jednak. Parę miesięcy później siedziałem za biurkiem w upalny wieczór. I wtedy przyszła do mnie myśl, że ja istnieję, że ja jestem niepowtarzalny, że innego Mirka Piróga nie było ani nie będzie nigdy na świecie. Zapisałem to swoje odkrycie na kartce, którą następnego dnia włożyłem do metalowej puszki, opakowałem folią i zakopałem w ogrodzie. Po roku wykopałem, coś dopisałem i ponownie zakopałem. A potem zapomniałem gdzie ta puszka z mym odkryciem jest zakopana. I gdzieś tam spoczywa do dzisiaj, jako niemy świadek pierwocin mojej świadomości.
Te dwa odkrycia, czy też uświadomienia, są niby dwie strony jednej monety. Wpierw powstało odróżnienie między ja i myślą, w ten sposób wzmacniając dualizm świata i mnie. Dotąd świat, myśli i ja trwały w mglistej, nieświadomej jedności. Teraz byłem ja, który myślę o świecie – i także o sobie. To zaiste niszczycielska myśl: „Jestem czymś innym od świata i od samego siebie”. Ona stworzyła drugie odkrycie. Było dla mnie czymś wręcz oszałamiającym, że oto istnieję, jedyny i niepowtarzalny. Nic dziwnego, że nie zauważyłem i nie mogłem w tym wieku zauważyć, negatywnej mocy tej myśli, tego że stałem się przedmiotem swojego myślenia. Oto bez mej woli wykreowana została iluzja ja, która towarzyszy mi do dziś.
Chciałbym teraz przytoczyć wymowną anegdotę. W 1925 roku Jung odbył długą podróż po Afryce. Pewnego dnia zauważył grupkę tubylców siedzącą w ciszy w cieniu drzewa. Podszedł i zapytał, w najlepszym europejskim stylu, o czym myślą. Jeden z tubylców odpowiedział: „Tylko szaleni ludzie słyszą coś tam na górze, w głowie”. Tak, od półwieku jestem szalony i żyję w wellsowskiej krainie szalonych ślepców, dzieląc swój los z ośmioma miliardami podobnych mi istot. Dziecku, jakim byłem w wieku 12 lat, owe doświadczenia wydawał się czymś niezwykłym, tworzącym fundamenty przeżywania siebie samego. Dziś widzę już, że były po prostu koniecznym etapem w rozwoju świadomości, który mogłem osiągnąć tylko jako członek naszej kultury.
Świadomość zbudowana wokół ja jest tylko etapem, który trzeba przerosnąć. Ja to nic innego jak wszystkie myśli, z którymi się utożsamiamy. To utożsamienie zaburza zarówno postrzeganie siebie samego, jak i nasze relacje ze światem. Jak łatwo zapominamy, że myśli są ulotne jak obłoki przesuwające się po niebie, że nie mają realności poza tą, którą im nadajemy.

Ciekawe doświadczenia. I ciekawe, że tak dobrze pamiętane. A może w ten upalny wieczór to był jednak świadomy kontakt z Jungowską Jaźnią? Taki jest w końcu cel indywiduacji, byśmy uświadomili sobie swoją niepowtarzalność, ale w takim dobrym nie-egoicznym sensie. W każdym razie ja tak odebrałem ten opis. Zresztą świadomość odebrała to jako wielki dar, skoro uznała za skarb i chciała zabezpieczyć przed innymi pod ziemią. Oczywiście sam doświadczający wie najlepiej. Ale te dziecięce doświadczenia mogą być prawdziwsze (w sensie że faktycznie to było wartościowe doświadczenie) niż nasze dzisiejsze oceny, siłą rzeczy analizowane za pośrednictwem posiadanej wiedzy. Właśnie! Pytanie brzmi, czy Pan wtedy za młodu nie wiedział, czego doświadcza, czy właśnie wtedy wiedział, a teraz już nie wie, bo ocenę zaciemnia wiedza zdobyta w ciągu całego życia? Czasami mam wrażenie, że wiedza w jakimś dziwacznym sensie nas ogranicza, warunkuje. Siłą rzeczy za nią podążamy i nie jest łatwo określić kiedy ta wiedza miesza się jakoś z ego i działamy jednak egoicznie. Ja to widzę tak, że jest jakby „prawdziwa wiedza” i wiedza sztucznie tworzona. Znaczna część współczesnej nauki tobym rzekł, że jest w tej drugiej kategorii. Bardzo mocno widać to na moim własnym poletku, gdzie teorie matematyczne się mnoży i mnoży, uogólnia uogólnienia, pisze dla samego pisania. Ludzie poświęcają temu całe swoje życie. A wydaje się to w jakimś sensie mało realne, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi w kontekście matematyki… Niby to twórczość, ale sam nie wiem. To jest w ogóle fascynujące pytanie – jaka wiedza (a nawet może szerzej – informacja) jest faktycznie wartościową, a jaka to egoiczny ludzki szajs. I tak sobie myślę, że odkrycia z okresu dziecięcego mogą być bliższe tej wartościowej wiedzy właśnie.
PolubieniePolubienie
Całe życie jest dążeniem do Jaźni, indywiduacją. Tyle, że nie można mówić i ż dziecko jest zindywiduowane, bo nie ma silnego ego. Jest bliżej Jaźni, ale jest nieświadome. I podobnież, nie jest tak, że mi moja wiedza coś przesłania, raczej jest narzędziem by widzieć i zapamiętywać to czego doświadczam. Ludzie bez wiedzy po nawet najwyższych doświadczeniach mogą tylko rzec: „och”. Piszę o prawdziwej wiedzy, dotyczącej tego kim jestem. Jest wiedza „o” i wiedza „że”. Ta pierwsza jest czysto intelektualna, ta druga żywa i transformująca psychikę.
PolubieniePolubienie
Rozumiem. Mi najwyraźniej jeszcze brakuje wiedzy „że”.
PolubieniePolubienie
Wiedza „że”, albo wiedza proceduralna, jak mawiają psychologowie , bierze się długotrwałego obcowania z przedmiotem tej wiedzy, jakim tu jest nasze ja. Czasem się to nazywa medytacją 🙂
PolubieniePolubienie
No tak. Praktyki nigdy zbyt wiele.
PolubieniePolubienie