Znacie frustratów? Trudno ich nie zauważyć. Są wszędzie, jak pluskwy w tanich hotelach. Nazwa pochodzi od łacińskiego czasownika frustrare, który oznacza oszukać, pokrzyżować plany. Tak się właśnie czują frustraci. To osoby, które są ciągle niezadowolone, zagniewane na świat i ludzi, bo ich cele życiowe nie zostały zrealizowane (o ile je w ogóle mieli), reagują więc złością w najzwyklejszych sytuacjach życiowych, ciągle narzekają, obwiniając wszystkich oprócz samych siebie, a gdy już się zmęczą tym wszystkim, to popadają w prostrację. Bardzo nieciekawe typy, które zapełniają całą Ziemię.
Najgorsze jednak jest to, że frustraci mają tendencję do jednoczenia się, zakładania różnego rodzaju ruchów masowych, partii, kolektywów dzielących najdziwniejsze poglądy. Wynika to z nieuświadomionego przez frustrata podstawowego pragnienia, które konstytuuje całą jego osobowość – pragnienia ucieczki od własnego ja. Ja to boląca rana we wnętrzu frustrata, wyjąca bezsensem pustka, coś, czego chce się pozbyć, zagłuszyć w tłumie podobnych mu nieudaczników. Frustrat marzy tylko o jednym – by uciec od siebie.
Stąd też bierze wielka podatność frustratów na mistyfikacje i kłamstwa. Miast poszukiwać prawdy wolą imitować innych, im podobnych, równie jak oni łatwowiernych. Frustrat bowiem uwierzy w największą niedorzeczność, która – jak mu się wydaje – pozwoli choćby na chwilę zapomnieć o miałkości i nicości jego ja. Dlatego frustraci uwielbiają teorie spiskowe. Dają one im poczucie czegoś wielkiego, co oni właśnie przed chwilą odkryli, obejrzawszy parę filmów w internecie. I na tym odkryciu osadzają siebie, bowiem nie mają żadnego ja.
Frustrat to taki spaczony mistyk. Mistyk dąży do wyzwolenia się od własnego ja, frustrat również tego pragnie. Jednak w przypadku frustrata droga, jaką obiera do osiągnięcia swojego celu jest nawet nie tyle fałszywa, co przeciwskuteczna. Ostatecznie bowiem w tłumie na wiecu partyjnym czy w klubie dyskusyjnym racjonalistów (raz byłem na czymś takim, niczym się nie różnią od klubu zwolenników płaskiej Ziemi, tak więc nie polecam, w obu przypadkach to zgromadzenie totalnych frustratów), znowuż odnajduje tylko swoje malutkie, sfrustrowane, zagubione ja.
Archiwa miesięczne: Sierpień 2026
O religii i wieczności
Religia, a zwłaszcza religia chrześcijańska, pełna jest słów o wieczności. Próbuje osadzić wartość przemijalności w czymś niezmiennym, zwanym Bogiem. Nie może jednak zaprzeczyć doświadczeniu,
które jest nieustannym przepływem i zmiennością, więc ową wieczność i niezmienność widzi poza światem. „Wieczny odpoczynek racz im dać panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci”. Te, i tysiące im podobnych słów, od wieków programują umysły wierzących. Nic nie mam przeciwko różnego rodzaju eskapizmom, więc i ucieczka w domniemaną wieczność może być wyjściem dla wielu.
Są jednak ludzie, którzy umieją spojrzeć na ów chrześcijański eternalizm w sposób trzeźwy. Nawet jeśli są bardzo młodzi. Tak było w przypadku mojego syna, który dziś właśnie kończy czterdzieści lat. Wszystkiego najlepszego Arturze! Opowiedzmy zatem historię z nim związaną. Był rok 1997, Artur miał jedenaście lat. W tymże to roku zmarła Matka Teresa. Oglądaliśmy razem film dokumentalny poświęcony jej osobie i działalności. Po zakończeniu oglądania Artur, który nigdy nie miał za dużo wspólnego z religią, a więcej ze zdrowym rozsądkiem, filozoficznie podsumował: „Chrześcijaństwo uważa życie za tak ciężkie, że należy się po nim wieczny odpoczynek”.
Trudno o lepsze streszczenie tego, czym jest owa religia niewolników, marzących przez całe życie o odpoczynku, najlepiej wiecznym. Jakże inaczej rysuje się na tym tle buddyzm, mający u swego źródła doświadczenie księcia Gautamy. W buddyzmie ten, który osiągnął wyzwolenie zwany jest arhatem, co można przełożyć jako „szlachetny”. Słowo to oznacza człowieka, który nie ucieka od ludzkiej kondycji – jak chrześcijanie – ale ją przezwycięża w szlachetnym zmaganiu. Kondycję arhata uzyskuje się w tym życiu, nie w jakimś wyobrażonym życiu wiecznym. Jedyna wieczność dostępna człowiekowi to chwila teraźniejsza. Wszelkie inne wyobrażania o wieczności, jak te chrześcijańskie, są jedynie ucieczką od życia.
Historia ludzkości to historia wielkich błędów. Niektóre trwają tysiące lat, inne parę dekad. Błędne idee opętują ludzkie umysły, sprowadzając na ludzi cierpienie. Jednej idei nie da się zaliczyć do kategorii takich błędów, bo nie jest ona ideą. To po prostu stan czystego umysłu, nie lgnącego do niczego, wyzutego z wszelkich wyobrażeń. Wtedy nie ma cierpienia i nie ma wyzwolenia z cierpienia, nie ma kresu i nie ma początku, nie ma mądrości ani lęku. Osiągnięcie takiego stanu wcale nie takie trudne. Wystarczy w nic nie wierzyć. To uwalnia i wyzwala od wszelkich błędów. Wystarczy sobie powiedzieć: „Wszystkie moje myśli są iluzją”.
O samotności
Cyceron przytacza słowa Scypiona Afrykańskiego: „Nigdy nie byłem mniej samotny niż w chwilach samotności”. Koan godny mistrza zen. Wszystko wskazuje na to, że Scypion opanował trudną sztukę obcowania ze sobą. Ludzie, jako zwierzęta stadne, zwykle źle znoszą dłuższą nieobecność osobników swojego gatunku. Są jednak tacy, nie będący dziwakami czy szaleńcami, którzy największą wartość w swoim życiu widzą w byciu sam na sam ze sobą. Ich wnętrze jest na tyle uporządkowane, tak dobrze znają siebie, że nigdy nie czują się samotni. Wprowadzili porządek do swojego mentalnego gospodarstwa i czują się w nim dobrze. Są oni przeciwieństwem nie tylko zwykłych ludzi, zagubionych, pogrążonych w chaosie, ale też i przysłowiowego, nieszczęsnego pustelnika, którym zawładnęły jego myśli i wyobrażenia tak bardzo, że trudno go nazwać samotnym.
No dobrze, ale Scypion raczej nie był mistrzem zen. Spójrzmy zatem na kwestię samotności bardziej radykalnie. Buddyzm mówi o istotach zwanych pratjekabuddami, czyli samoistnie powstałymi. Pratjekabudda jest wyzwolony, i nie potrzebował nauczyciela, by się wyzwolić. Sam również nie naucza. Przebywa w samotności medytując. Osiągnął stan arhata, czyli urzeczywistnił nieistnienie indywidualnego ja, podobnie rozpoznał pustkę wszystkich rzeczy. Nie możemy więc w sensie właściwym mówić o nim, że spędza czas w samotności, bo w jego grocie nie ma nikogo, kto by był samotny. W jednej z sutr buddyjskich pratjekabuddów określa się jako „szlachetnych spośród ludzi, wolnych od rozpaczy i pragnienia, którzy pokonali swe namiętności i osiągnęli osobiste oświecenie”.
Teraz już wiemy, co przeszkadza nam w byciu prawdziwie samotnymi. To nasze myśli, pragnienia, namiętności, lgnięcie do rzeczy zewnętrznych, ruminowanie spraw sprzed wielu lat nawet wtedy, gdy siedzimy w najgłębszej ciszy w grocie na szczytach Himalajów. Słowem, nie możemy być prawdziwie samotni dopóty, dopóki nie przestaniemy przejmować się całą naszą wewnętrzną menażerią mentalną. Boimy się, że wtedy znikniemy, ale nie, gdy ugruntujemy się poza myślami, uzyskamy spokój i radość w samotności. Wspomniany przeze mnie pod koniec pierwszego akapitu pustelnik nie umiał tego zrobić. Nie wiedział, że prawdziwa i najwyższa samotność to nieobecność siebie. Tylko te chwile, w których nie ma mnie, są najszczęśliwsze.
O Schopenhauerze
Parę miesięcy temu spotkałem mojego kolegę z czasów, gdy studiowaliśmy razem fizykę. On się zmienił i ja też nie wyglądam jak wtedy, dokładnie czterdzieści lat temu, kiedy ostatni raz go widziałem. Gdy wpadliśmy na siebie na ulicy, nie poznałem go, znany bowiem jestem z łagodnej prozopagnozji. On mnie rozpoznał i zagadał. Nie rozmawialiśmy długo, obiecaliśmy sobie, że się do siebie odezwiemy, jak to w takich przypadkach bywa. Poczułem się dziwnie widząc jego twarz po tylu latach. Po powrocie do domu przypomniałem sobie słowa Schopenhauera, które zapadły w moją pamięć już wtedy, kiedy je czytałem, te kilkadziesiąt lat temu: „Kiedy dwaj przyjaciele młodości spotykają się po długiej rozłące jako starcy, wówczas dominującym uczuciem, jakie wywołuje w nich wzajemny widok przyjaciela z którym wiąże się wspomnienie młodości jest poczucie całkowitego disappointment całym życiem, które niegdyś, w różowej jutrzence młodości tak pięknie się przed nimi rozpościerało, tak wiele obiecywało, tak mało zaś spełniło. Uczucie to do tego stopnia wybija się na pierwszy plan podczas ich spotkania, że nie czują nawet potrzeby wyrażania go słowami, lecz przyjmują je obaj jako cichą przesłankę i toczą na tej bazie dalszą rozmowę”. Tak, patrzymy na pooraną zmarszczkami twarz naszego przyjaciela, na jego rzadkie, siwe włosy, na zmęczone oczy i opadłe ramiona i się zastanawiamy się, jakież to nieszczęście go dopadło. Odpowiedź jest jedna: życie.
Takiego dominującego uczucia nie dostąpi, a nawet nie zrozumie, dwudziestolatek. Musi poczekać czterdzieści lat, by dostąpić mysterium życia. Życia nie można ocenić, nim nie zbliżymy się do jego zmierzchu. Poranek życia jest złudny, obiecuje mnóstwo rzeczy, których nie dostąpimy. Karmi nas wyobrażeniami nie mającymi żadnych podstaw w rzeczywistości, obiecuje miłość, szczęście, spełnienie, bogactwo – co tylko sobie ktoś wymarzy – jako esencję naszego ja. To wszystko są tylko bajki dla grzecznych dzieci. Im ktoś dłużej karmi się tymi iluzjami, tym bardziej cierpi. Obietnicą całego życia jest tylko to, że możemy pod jego koniec przejrzeć na oczy, odrzucić iluzje, stanąć na własnych nogach, nie wikłając się już w bezsensowne cierpienie. A potem szybko umrzeć. Dopóki jednak żyjemy, możemy poczytać Schopenhauera, który znakomicie pokazuje perspektywę, w jakiej powinniśmy ujmować krótki i zwykle pozbawiony głębszego sensu bieg naszego życia.
Może niektórzy lubią jakieś pocieszające opowiastki, bajeczki religijne czy duchowe, których pełno jest wszędzie i zapychają słabe umysły, ale nie ja. Już jako młody człowiek, w liceum, uwielbiałem Schopenhauera. Jego Aforyzmy o mądrości życia były wówczas lekturą, która przynosiła mi ulgę w głupich zawirowaniach młodości. Ale i teraz, po długich dekadach spędzonych na czymś, co zwiemy życiem, lektura jego dzieł niezmiennie poprawia mi nastrój. Tak już jestem skonstruowany – im bardziej pesymistyczne rzeczy czytam, tym lepiej się czuję. Gdy ktoś pragnie, bym mówił tylko dobre rzeczy, staję się podejrzliwy. Pełnię naszemu życiu nadaje jego ciemna strona, bez niej jesteśmy tylko wydmuszkami naszych pustych pragnień. Im więcej w naszym życiu rozczarowań, tym lepiej, bo życie jest niczym innym jak wielkim rozczarowaniem. I dopiero, gdy to pojmiemy, możemy od niego odpaść.
O nauczaniu
Zdałem sobie sprawę, że we wrześniu tego roku miną dokładnie 34 lata odkąd zacząłem uczyć filozofii. Był to rok 1992, zajęcia w liceum. Potem, od roku 1994 rozpocząłem pracę na uczelni, ale aż do 2003 uczyłem dalej w liceum. W roku 1998 rozpoczęły się moje wykłady publiczne, a od 2010 zaczął się czas Akademii Jungowskiej. Po drodze były książki, artykuły, a teraz blog i podtcasty. Mógłbym jeszcze bardziej szczegółowo opisywać to, co robiłem, a co można nazwać nauczaniem. Chcę jednak teraz, bez dłuższych opisów mojej przeszłości, rozpatrzyć fundamentalne pytanie: co uprawnia jedną osobę do uczenia drugiej osoby?
Przyznam, że lata temu nie stawiałem sobie tego pytania. Bezrefleksyjnie, idąc za głosem serca, wybrałem nauczanie. Nie wiedziałem dlaczego, ale taka aktywność była dla mnie po prostu najbardziej wartościowa i najprzyjemniejsza ze wszelkich innych relacji międzyludzkich, odbywających się w grupach albo w indywidualnych rozmowach. Zawsze uwielbiałem zdobywać nową wiedzę i – być może naiwnie – uważałem, że inni też lubią poznawać.
Po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że tylko nieliczne jednostki są podobne do mnie. Pracując już wtedy na uczelni, przechodziłem nad tym do porządku dziennego. Podobnie było z wykładami publicznymi, chociaż tu już mogłem zakładać, że jeśli ktoś chce za wysłuchanie mnie zapłacić choćby minimalną kwotę, to jest dla tej osoby coś bardziej wartościowego niż kolejny serial. Wszelako nauczanie za pieniądze nie jest odpowiedzią na moje pytanie.
Wróćmy zatem do wyjściowego pytania. Najpierw odpowiem z pozycji uczącego się. Przez 10 lat uczęszczałem na wykłady prowadzone w Instytucie Religioznawstwa UJ przez mojego promotora, profesora Andrzeja Wiercińskiego. Kabała, gematria, religie, mitologia – wtedy nie pytałem go dlaczego naucza, tylko chłonąłem wiedzę. Zdawałoby się zatem, że istnienie uczniów jest ważnym powodem do tego, by istnieli nauczyciele. To jednak zbyt prosta odpowiedź, którą wszelako w dalszym ciągu postaram się rozwinąć.
Obecnie jestem w sytuacji, która zmusza mnie do tego, bym odpowiedział na to pytanie ze strony uczącego. Co mnie uprawnia do nauczania innych? Oczywiście mam tu na myśli tylko tych, którzy, jak ja kiedyś, chcieli zdobywać wiedzę. Czy owym uprawnieniem jest, dajmy na to, różnica wieku? Niektórzy młodzi ludzie wyrażają przekonanie, że starsi coś wiedzą. Oczywiście równie wielu buntuje się przeciw starszym, mniemając, że to oni sami wiedzą lepiej. A zatem z wiekiem i wiedzą bywa różnie.
Zostawmy więc złudzenie różnicy wieku. Czyż więc takim uprawnieniem jest to, że po prostu ktoś wie więcej? To także iluzja. Dobry nauczyciel stawia więcej pytań niż daje odpowiedzi, i dzięki temu otwiera umysł ucznia, jak i swój własny. Relacja uczenia, w swoim najlepszym wydaniu, jest oparta na wzajemnym partnerstwie. A mówiąc mocniej, jest wyrazem erosa, który uczącego i ucznia prowadzi do poznania w miłosnym uścisku. Przyznam, że mi się taka relacja zdarzała, acz nader rzadko. Pozostaje ona wszakże istotą nauczania, bo czyni ucznia uczącym, transformuje jego umysł, tak że uczeń z czasem staje się własnym nauczycielem.
Nic dziwnego, że taką relację trudno zrealizować w ramach jakieś instytucji. Jeśli ktoś naucza tylko dlatego, że jest profesorem na uczelni, to przekazuje co najwyżej swoje poglądy, metody, nurty myślenia, przeżutą papkę mentalną. A to nic wartościowego. Iluż ja poznałem profesorów idiotów! Tylko biednym studentom się czasem wydaje się, że gdy ich nauczyciel używa nieznanych im słów, to znaczy, że coś wie. Uczenie nie jest tresurą, ani bezwiednym powtarzaniem czy napełnianiem pustego kubka umysłu ucznia wiadomościami. Nauczyciel nie jest kapłanem, przekazującym sztywny dogmat, który uśmierca umysły młodych ludzi. Choć niektórzy z nich zapewne tego pragną. Jeśli ktoś ma prawdziwego nauczyciela, to znaczy, że jest wybitny, bo głupcy nie mają nauczycieli. Tylko najlepsze dusze charakteryzują się libido sciendi, czyli pragnieniem wiedzy. Odnosi się to do ucznia, jak i do nauczyciela. Trzeba jednak mocno zaznaczyć, że dobry nauczyciel, o którym tu mówię, jest równie rzadkim przypadkiem jak dobry uczeń.
Czy zatem istnieje odpowiedź na pytanie, które postawiłem? Mając w pamięci słowa poety, Bolesława Leśmiana, iż wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym swojej odpowiedzi, spróbuję zaryzykować i dać odpowiedź. Brzmi ona tak: tym, co daje uprawnienie do nauczania jest tylko i wyłącznie pragnienie wiedzy u nauczającego.
Jeśli spotka ono analogiczne pragnienie u nauczanego, wtedy mamy do czynienia z najpiękniejszą relacją międzyludzką, w której dwoje ludzi spotyka się w pełnej miłości do czegoś, co ich przerasta – do wiedzy. Nie ma bowiem nic piękniejszego we wszechświecie niż wiedza, dająca wyzwolenie od wszelkich udręk. I nic radośniejszego, niż rozpalenie w drugim człowieku miłości do tego, co się samemu kocha.
