Religia, a zwłaszcza religia chrześcijańska, pełna jest słów o wieczności. Próbuje osadzić wartość przemijalności w czymś niezmiennym, zwanym Bogiem. Nie może jednak zaprzeczyć doświadczeniu,
które jest nieustannym przepływem i zmiennością, więc ową wieczność i niezmienność widzi poza światem. „Wieczny odpoczynek racz im dać panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci”. Te, i tysiące im podobnych słów, od wieków programują umysły wierzących. Nic nie mam przeciwko różnego rodzaju eskapizmom, więc i ucieczka w domniemaną wieczność może być wyjściem dla wielu.
Są jednak ludzie, którzy umieją spojrzeć na ów chrześcijański eternalizm w sposób trzeźwy. Nawet jeśli są bardzo młodzi. Tak było w przypadku mojego syna, który dziś właśnie kończy czterdzieści lat. Wszystkiego najlepszego Arturze! Opowiedzmy zatem historię z nim związaną. Był rok 1997, Artur miał jedenaście lat. W tymże to roku zmarła Matka Teresa. Oglądaliśmy razem film dokumentalny poświęcony jej osobie i działalności. Po zakończeniu oglądania Artur, który nigdy nie miał za dużo wspólnego z religią, a więcej ze zdrowym rozsądkiem, filozoficznie podsumował: „Chrześcijaństwo uważa życie za tak ciężkie, że należy się po nim wieczny odpoczynek”.
Trudno o lepsze streszczenie tego, czym jest owa religia niewolników, marzących przez całe życie o odpoczynku, najlepiej wiecznym. Jakże inaczej rysuje się na tym tle buddyzm, mający u swego źródła doświadczenie księcia Gautamy. W buddyzmie ten, który osiągnął wyzwolenie zwany jest arhatem, co można przełożyć jako „szlachetny”. Słowo to oznacza człowieka, który nie ucieka od ludzkiej kondycji – jak chrześcijanie – ale ją przezwycięża w szlachetnym zmaganiu. Kondycję arhata uzyskuje się w tym życiu, nie w jakimś wyobrażonym życiu wiecznym. Jedyna wieczność dostępna człowiekowi to chwila teraźniejsza. Wszelkie inne wyobrażania o wieczności, jak te chrześcijańskie, są jedynie ucieczką od życia.
Historia ludzkości to historia wielkich błędów. Niektóre trwają tysiące lat, inne parę dekad. Błędne idee opętują ludzkie umysły, sprowadzając na ludzi cierpienie. Jednej idei nie da się zaliczyć do kategorii takich błędów, bo nie jest ona ideą. To po prostu stan czystego umysłu, nie lgnącego do niczego, wyzutego z wszelkich wyobrażeń. Wtedy nie ma cierpienia i nie ma wyzwolenia z cierpienia, nie ma kresu i nie ma początku, nie ma mądrości ani lęku. Osiągnięcie takiego stanu wcale nie takie trudne. Wystarczy w nic nie wierzyć. To uwalnia i wyzwala od wszelkich błędów. Wystarczy sobie powiedzieć: „Wszystkie moje myśli są iluzją”.

Oczywiście ludzkie życie bywa ciężkie z punktu widzenia ego i ten właśnie fakt jak sądzę zdyskontowało chrześcijaństwo. Bo to jest najprostsze. Gdyby wyzwolenie było kwestią jednej mantry, pewnie wszyscy byliby buddystami 😉 Niestety chyba jednak to nie jest takie proste.
Najlepsze życzenia dla syna! (Nawet życzenia są przesiąknięte tymi chrześcijańskimi ideami…)
PolubieniePolubienie
Jeszcze pomyślałem, że moje myśli zdecydowanie nie są iluzją.To raczej utożsamienie się z nimi jest iluzją.
Jak tamto zdanie przeczytałem, coś we mnie się oburzyło. Dlatego dodałem ten komentarz. I teraz, czy to było kompulsywne, czy nie? Czy utożsamiłem się tyn samym z tą myślą w pewnien sposób? Ciekawe. Ale i tak zdecydowanie uważam myśli za realne. Jednak staram się, by nie stawały się mną.
PolubieniePolubienie
Czyli jest podmiot i obok jego myśli ? To brzmi jak kartezjanizm, a to niezbyt dobra filozofia, np. nie wyjaśnię procesu poznania. Wykładałem ja dwadzieścia lat ..
PolubieniePolubienie