Jest wiele wypowiedzi Carla Gustava Junga dotyczących nerwic. Najbardziej intrygujące są te, w których wiąże on coś, co nam się wydaje kwestią samej tylko psychologii indywiduum z uwagami dotyczącymi bogów czy Boga. Oto najsłynniejszy cytat: „Autonomiczne treści psychiczne wciąż nami władają tak, jakby były bogami. Dziś są to fobie, natręctwa i tak dalej, czyli objawy nerwicowe. Bogowie stali się chorobami; nie Olimpem włada teraz Zeus, ale splotem słonecznym, tworząc okazy dla poradni lekarskiej”. I w innym miejscu, jeszcze dosadniej:„Boski pierwiastek w nas funkcjonuje niczym nerwica żołądka, odbytu czy pęcherza – jako zaburzenie w naszym cielesnym świecie podziemnym”. Te słowa to nie błyskotliwa metafora. Znając poglądy Junga na sprawy religii należy je traktować całkowicie poważnie.
Ludzie współcześni nie mają żadnych doświadczeń dotyczących bogów, tego, jak mogą oni być doświadczani. Tym bardziej nie łączą doświadczenia boskości z cielesnością. Mocno zróżnicowana świadomość ludzi każe im żyć w płaskim świecie materii i racjonalizmu. Odcięci są od świata bogów i duchów, który Jung nazywał nieświadomością. Zresztą, rozszczepienie między świadomością a nieświadomością to podstawowa definicja nerwicy u Junga. Ale to, co odszczepione nie przestaje istnieć i działać, czasem w najdziwniejszy sposób. Stąd objawy nerwicowe, u których podstaw nie zawsze tkwi historia rodzinna, najczęściej chodzi o instynkty i archetypy, dla których osobiste kompleksy są tylko medium.
Jung napisał też kiedyś słowa, które brzmią jeszcze bardziej konkretnie: „Nerwica to obrażony Bóg”. Czym charakteryzuje się postawa pobożnego człowieka wobec nadrzędnego czynnika jakim jest Bóg? To bojaźń boża (deisidimonia). Określenie to brzmi w uszach współczesnego człowieka jak najgorszy zabobon. Przecież jesteśmy wyzwoleni i oświeceni tak, że już bardziej nie można, co niestety idzie w parze z tym, że nasz świat jest banalny i wypruty z sensu. Nauka i technika pozwalają nam panować nad wszystkim, mówimy mrużąc oczy. Owszem, poza własną psychiką. Nią dalej rządzą bogowie albo Bóg.
Pomyślmy o osobie cierpiącej na nerwicę obsesyjno-kompulsywną. Musi ona zważać na swoje zachowania i słowa, przymuszona przez wewnętrzny głos, grożący jej najbardziej absurdalnymi karami. Nerwica ta jest właściwie zestawem idiosynkratycznych rytuałów. Dlaczego? Bo obrażony Bóg ich wymaga, jakkolwiek by były niedorzeczne dla zewnętrznego obserwatora. Rytuały te na chwilę, iluzorycznie tylko, niwelują lęk, który w swej istocie jest lękiem przed obrażonym Bogiem.
Możemy zapytać: dlaczego Bóg się obraził? Najprawdopodobniej dlatego, że nie wypełniamy podstawowego prawa życia, jakim jest stawanie się sobą. Obarczamy rodziców i przodków winami za to, jacy jesteśmy, ale to przed nami, nie przed nimi, stoi zadanie, by wreszcie dać właściwą odpowiedź życiu. Ta odpowiedź nie będzie ani prawdziwa ani fałszywa, będzie nasza. Nim tego nie uczynimy, Bóg będzie nas nieustannie dręczył, by doprowadzić nas do samych siebie. Dopóki bowiem nie zmierzymy się z najgłębszą tajemnicą, jaką jest nasze życie, będziemy cierpieć. Będzie to jednak cierpienie fałszywe, neurotyczne, stanowiące jeno ochronę przed prawdziwym cierpieniem, jakie niesie ze sobą wszelkie życie. Można powiedzieć, że obrażony Bóg to reakcja nieświadomego na ograniczoną postawę świadomości, gdy zbaczamy z naszej ścieżki i nie dążymy do uświadomienia sobie siebie.
A na koniec, gdyby ktoś pomyślał, że popadam tu w jakąś „teologię”, przytoczę słowa Junga, które dobrze oddają jego rozumienie Boga: „Bóg to słowo, którym posługuję się dla wskazania wszystkich rzeczy niespodziewanie i beztrosko przecinających ścieżkę mej woli, wszystkich rzeczy, które są sprzeczne z moimi subiektywnymi poglądami, planami i intencjami oraz zmieniają bieg mego życia na lepszy bądź gorszy”. Słowa Bóg czy bogowie używali ludzie od tysięcy lat i zawsze wskazywało ono na określony zbiór doświadczeń, na sposób postrzegania rzeczywistości. Za tą tradycją idzie Jung. Ja wszelako preferuję inny termin, za którym też stoi starożytna tradycja – Tao.

To stawanie się sobą jako prawo życia jest fascynujące, jeśli faktycznie jest prawem, powiedzmy trochę na podobieństwo praw fizycznych. To jednak kojarzy się z pewną minimalną teologią, ale może używam tego słowa niepoprawnie. W każdym razie pewnym sacrum, którego człowiek potrzebuje, a współczesny świat każe przymykać na nie oczy. Fascynująca jest też relacja pomiędzy fenomenologią, a ontologią. Jak zwrócić uwagę ludzi na istotność tych doświadczeń, dzięki czemu mieliby szansę podążać zgodnie z prawem życia? To już by było coś… Ale ja osobiście mam wrażenie, że spsychologizowanie Boga czy bogów jak u Junga jest jednak ostatecznie pewnym wyrazem redukcjonizmu. W późnym okresie swojej twórczości chyba miał nieco większe metafizyczne ciągoty, jak z tą koncepcją synchroniczności na przykład. (Tego nie piszę z całkowitą pewnością.) Wydaje mi się, że człowiek jednak potrzebuje pewnej ontologicznej pewności faktycznego istnienia sfery sacrum. Kiedyś duchy i bogowie byli prawdziwi i zupełnie realni. Człowiekowi taka realność jest ostatecznie niezbędna. Inaczej będzie swoją potrzebę sacrum projektował wyłącznie na rozmaite wcielenia materii, a głównie mamonę.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Trafne uwagi. Możne tylko dodac, ze Jung psychologizował Boga na potrzeby swoich czytelników. Osobiście Bóg był dla niego realny, jak świadczy „Czerwona księga” i wiele wypowiedzi, jak tu: https://teologiapolityczna.pl/carl-gustav-jung-o-bogu-1
PolubieniePolubienie