Ludzie żyją powierzchnią swojej świadomości. Prześlizgują się ponad tym, w co mogliby się zagłębić, nie widzą tego, co mogliby zauważyć, przechodzą obojętnie obok tego, co mogłoby ich poruszyć. Przechodzą przez życie pogrążeni w jego najmniej istotnym skrawku, który nazywają swoimi problemami, jak samica w rui podążają za swoimi emocjami, ślepo i bezwiednie. U początków, przez chwilę, jako dzieci, budzą się do życia, ale bardzo szybko są przywoływani do porządku przez innych, zwanych dorosłymi. Dorośli mówią dziecku – z głębi swej nic nie wiedzącej, otchłannej głupoty – co ma czuć, jak myśleć, jak żyć. Nic dziwnego, że potem dorosłe już dzieci przez całe życie unikają samych siebie, skażone tymi straszliwymi naukami.
I dziecko umiera, a gdy umrze, jego dusza wsiada na statek nazywający się zwykłe życie. Nie zawija on jednak do jakiegokolwiek portu, rozprasza się na pustym morzu. Dusza po latach rozproszenia umiera po raz wtóry, już ostatecznie, myśląc sobie: „I to już wszystko? To miało być życie? Tylko tyle?” Dziwi się, bo nie wie, że nad łonem matki, wejściem do życia, widnieje napis: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy stąd wychodzicie”. Tak, wychodzimy z łona matczynego prosto do piekła, jakim jest ten świat. Dziecko jest nieświadome. Gdyby wiedziało co je czeka, co zgotują mu inni, to już przy samych narodzinach powiesiło by się na pępowinie. Dziecko rodząc się czuje, że jest częścią życia, ale nie wie, że już w chwilę po narodzinach stanie się częścią ludzkości. Jako część samego życia pragnie żyć, cieszyć się, rozkwitać i być radosne. Jako człowiek uzyskuje świadomość cierpienia, ból i bezsens.
Gdy ktoś spogląda głębiej, pod powierzchnię życia świadomego, czuje lęk. Chce uciec, uchronić się przed tym, co nieuniknione. Ale unikanie spojrzenia rodzi cierpienie. Nikt nic nie rozumie, nie rozumie siebie, innych, niczego. Jest tylko jedno – byle się nie zagłębiać, byle nie sięgać poza to, co bezpieczne. Byle nie wzburzać fal na powierzchni szamba, w którym wszyscy tkwią po same usta. To jest kondycja człowieka. Tych, którzy nie utonęli w gównie nazywano od tysięcy lat bohaterami. Jednak epoka herosów przeminęła, o ile kiedykolwiek istniała. Teraz każdy z nas musi się samodzielnie uporać ze swym istnieniem. A to jest trudne, o ile nie niemożliwe. Żyjemy w rozproszeniu, pozbawieni substancji, chaotycznie przechodząc z dnia w dzień. Większość oszukuje siebie, kłamie, bo im się wydaje, że w ten sposób trzymają gardę wysoko, broniąc się przed okrucieństwem egzystencji. To tylko piękna iluzja. Wszyscy w swoim czasie ulegniemy rozproszeniu.

Ładnie napisane. Aż łza się w oku kręci nad kondycją człowieka. A zdanie „Żyjemy w rozproszeniu, pozbawieni substancji, chaotycznie przechodząc z dnia w dzień.” to myślę esencja. Właśnie o tę substancję chodzi. O jej brak.
Tylko obok tej trafnej diagnozy ja bym widział wskazanie promyka nadziei, który by pomógł ponad tę nadzieję i inne uczucia się wznieść. Szambo szambem, ale że jednak można po odpowiednim treningu się wspiąć po ściankach i wyjść. Diagnoza i leczenie. W tym widzę drogę. Jednak odpowiednie medykamenty są, że tak powiem trudne do przełknięcia 🙂 Uwarunkowanie kulturowe jest już bardzo silne. Żyć trudno, a wyjść ponad jeszcze trudniej.
Ale jednak! Trochę treningu i człowiek zaczyna lepiej widzieć swoją codzienną motaninę i innych trochę wyraźniej. To już coś. To już zwiększa wrażliwość na cierpienie. Małe kroki, brak skupienia na rezultatach (co jest takie niewspółczesne…), a rezultaty będą, choćbyś nie widział ich z początku. Nie, jeszcze jest nadzieja 🙂
PolubieniePolubienie
Nieuleczalny optymista :). Niestety, jedynym wyjściem jest nirwana czyli całkowita transcendencja kondycji ludzkiej.
PolubieniePolubienie
Wąż musi przejść przez wszystkie czakry 🙂 i nie będzie nirwany bez małych kroczków. Dobrze, że są tacy, którzy starają się je indukować. I to jest chyba jadnak optymizm, nawet jak pod płaszczem pesymizmu. Bo jedno chyba bez drugiego nie występuje.
PolubieniePolubienie