Z nowym semestrem nowe zajęcia. Seminarium o samorealizacji. Dla wielu studentów to prosta rzecz. Samorealizacja oznacza dla nich pełną realizację celów, które stawia przed sobą ich ego. Gdzie wola tam i droga. Cóż, moim zadaniem jest im powiedzieć, że sprawa nie jest tak prosta. Zaczynimy od zwykłego wyrażenia. Czasem mówimy: „nie byłem wtedy sobą”. Kto nie był sobą? Ja? Brzmi to jak oksymoron, sprzeczność, wypowiedź pozbawiona sensu. Logika nie ma dużo wspólnego z naszą psychiką. Tak, możemy się poczuć „nie sobą”, porwani przez jakiś stan emocjonalny. Albo przez spontaniczną myśl czy wizję. Gdy coś takiego się pojawi, wtedy możemy – o ile mamy choć odrobinę autorefleksji – stwierdzić, że mówimy albo robimy coś, czego byśmy nie chcieli.
A teraz podam przykład. Na wspomnianym seminarium opowiedziałem studentom o wiecznym powrocie w filozofii Nietzschego. O tym, że ta koncepcja oznacza całkowitą akceptację danej chwili, bo będzie się ona powtarzać w nieskończoność. Zapytałem, czy chcemy, by ta chwila powtarzała się w nieskończonym cyklu powrotów, bo to jest podstawą amor fati, bezwzględnej miłości losu. Skierowałem to pytanie do pewnego studenta: „Czy chce Pan przez kolejne wieczne powroty siedzieć znowu na zajęciach?”. I on spontanicznie odpowiedział: „Nie!” Za sekundę skonfundowany stwierdził, że nie chodzi oczywiście o te zajęcia. Ale coś w nim to powiedziało i coś innego temu po chwili zaprzeczyło. Otóż w byciu sobą chodzi właśnie o spójność ze sobą, nie o nieustanne zaprzeczanie samemu sobie, co czynimy notorycznie, nawet tego nie zauważając.
Podałem przykład mikroniespójności, które tworzą nasze życie. Są one wynikiem konfliktu między sferą nieświadomą, naturalną i spontaniczną, a sferą świadomości zbiorowej, skrystalizowaną w ego. Bycie sobą sięga poza obszar naszej świadomości skupionej wokół ego, obejmuje bowiem też to, co nazywamy nieświadomością. Jakże jednak to, co nieświadome może być mną? – tak mógłby ktoś zapytać. Dobre pytanie. Odpowiedź jest trudna do przyjęcia dla wielu ludzi: oznacza to akceptację wszystkiego, co mi się przydarza, czy to jako pochodzącego z mojego wnętrza, czy to przychodzącego z zewnątrz. Stać się sobą możemy tylko w relacji do czegoś, co nas przerasta, do czegoś większego od nas. Samorealizacja jako rozwijanie jakości, „zasobów” naszego ego to największa iluzja. Prawdziwe bycie sobą, samorealizacja, to amor fati a nie amor sui.

Rozumiem tę kwestię w kontekście studenta, który najpierw był spontaniczny, a potem przywdział maskę studenckiej persony (tu bym się zastanawiał, czy w pewnym stopniu nie jest to jednak wyraz coraz rzadziej spotykanej u studentów grzeczności; jakoś mam wrażenie, że jak „zaczynają być sobą” to jest tylko gorzej…). Czyli to jest spójność ze światem zewnętrznym, takie wewnętrzne amor fati, co może da się porównać z akceptacją Cienia czy integracją innych archetypów. Ale jak to się przekłada na poziom zewnętrzny? Czy należy to widzieć tak, że to co zewnętrzne i tak ujawnia się w nas jako wewnętrzne, gdyż świat zewnętrzny postrzegamy jedynie poprzez naszą psyche? Czy właśnie (chyba stoickie?) amor fati lub wschodnie wu wei, bo to może powiązane, należy z takiej właśnie wewnętrznej perspektywy ujmować? Nie wiem czy jakby jest to kwestia szczególnej relacji ze światem zewnętrznym czy jednak i tak się sprowadza do wnętrza. A może to to samo?
PolubieniePolubienie